1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Złotoryja Andrzeja Chyry

Złotoryja Andrzeja Chyry

„Ty masz twarz jak kozia dupa” – powiedział do niego Tadeusz Łomnicki po premierze „Krzeseł” Ionesco. Andrzej Chyra, który wystąpił w spektaklu w roli niemej, uznał to za wielki komplement. Po studiach aktorskich zamiast do teatru trafił jednak do wojska, gdzie był czołgistą. Przez rok. Tam także postanowił, że zostanie jeszcze reżyserem, co uczynił. Życia nauczył się jednak zupełnie gdzie indziej. „Złotoryja to mój twardy dysk, reszta to software i aplikacje”.

 

WILCZA GÓRA

Widziałem ją z okien szkoły podstawowej. Tkwiła tu zawsze, parę kilometrów od miasta, obok kopalni rudy miedzi Lena, w której pracował mój ojciec. Złotoryja to zupełnie inne miejsce w topografii mojego życia. Okoliczne skałki mają wysokość może półtora metra, ale dla mnie, osobnika z lękiem wysokości, były to prawdziwe skały. Górki, pagórki, wzgórza. Później wszędzie, gdzie mieszkałem, wszystko było płaskie. Wyprowadziłem się ze Złotoryi, mając 10 lat, ale to właśnie tu zdarzyły się najważniejsze dla mnie historie.

MOST KOLEJOWY

Pociągi były moją największą fascynacją. Te malowane, czyli spalinowe, i tradycyjne lokomotywy na parę. Nie mam pojęcia, dlaczego mówiłem „pociągi malowane” – to była jakaś moja osobista nomenklatura. Szczególnym zainteresowaniem darzyłem tajemnicze bufory. Nie miałem żadnej wizji dotyczącej ich przeznaczenia.

Właściwie to byłem dość porządnym chłopcem, trochę postrzelonym, ale generalnie trzymałem się w ryzach. Nie chodziłem na wagary, do końca podstawówki miałem same piątki. Największy kłopot miałem tylko z tzw. sprawowaniem. Coś nieustannie mnie nosiło i powodowało, że ciągle ktoś miał do mnie pretensje. Pewnego dnia, gdy miałem pięć lat, mama jak zawsze odprowadziła mnie rano do przedszkola i zostawiła przed wejściem, śpiesząc się do pracy. Zanim jednak wszedłem do budynku, spotkałem kolegę Wąsika. Nie wiem, od którego z nas wyszedł pierwszy impuls. Zamiast do przedszkola skierowaliśmy się od przedszkola. Do dziś pamiętam ten rodzaj cudownego uwolnienia. Szliśmy z Wąsikiem, powoli i dokładnie smakując wolność. Przez całą Złotoryję. Wolni! Najpierw przez targ, na którym kupowałem z mamą warzywa i jajka na sztuki, potem w dół miasta, a gdy pokonaliśmy rzeczkę Kaczawę, doszliśmy do stacji. Podszedłem do pociągu i wtedy właśnie po raz pierwszy z bliska zobaczyłem bufor. Bufor. Niebywałe przeżycie. Nie wiem, co on w sobie miał, ale przyciągał mnie wprost magicznie. Do końca swojego pobytu w Złotoryi nie dowiedziałem się, po co istnieje ta dziwna forma. Taki bufor.

WILLA

Szliśmy tak z Wąsikiem i szliśmy, aż doszliśmy do zakładowej, poniemieckiej willi, w której mieszkałem z rodzicami na początku pobytu w Złotoryi. Pamiętam pokój przedzielony parawanem, za którym mieszkał jeszcze kolega ojca. Spotkałem go w czasie tej wędrówki, pogadaliśmy trochę, poczułem się jeszcze lepiej, jak u siebie. Chciałem go poczęstować jabłkami z sadu, ale były jeszcze niedojrzałe.

Wracając, minęliśmy z Wąsikiem ceglaną pocztę, na której zawsze pewna wprawiona pani stemplowała znaczki wielką pieczątką. Szybko, ciach, ciach, to było niesamowite. Gdy zadowoleni z życia mijaliśmy kiosk, zobaczyłem nagle moich rodziców. Bardzo, bardzo się ucieszyłem. Oni może też? Aczkolwiek była właśnie piąta po południu, a oni zdążyli już zgłosić na milicję zaginięcie dziecka. Emocje były duże. Problem w tym, że pięciolatek nie umie się jeszcze postawić w sytuacji innego człowieka.

Nigdy nie zapomnę, jak w drodze do domu zbliżał się do mnie budynek milicji, tego dnia najbardziej przerażająca budowla w mieście. Był już tak blisko, że nikt, nawet ja, nie zauważył, że się potknąłem. I tak mnie ciągnięto po chodniku. Obtarte kolana, masakra, a w domu lanie. Ten dzień był jednym z najprzyjemniejszych i najbardziej przykrych przeżyć w moim życiu. Teraz, gdy się nad tym zastanawiam, myślę, że wiele rzeczy z dzieciństwa pamiętamy tylko jako takie obrazki, bezrefleksyjne migawki. Tamten dzień był jednak inny. Przez te parę godzin byłem dojrzałym, stanowiącym o sobie człowiekiem. A potem to się tak koło tego kiosku nagle skończyło... i właściwie mam wrażenie, że do dziś jestem dzieckiem.

PRZEDSZKOLE

Podejrzewam, że przygoda z Wąsikiem przyczyniła się do tego, że przeniesiono mnie z zakładowego przedszkola Leny do innego, zwanego miejskim, a przeze mnie męskim. A Lena to była bardzo, bardzo długa zjeżdżalnia, która miała może aż ze trzy metry, skarpa, chaszcze, smak niedojrzałych jabłek i ręce brązowe od włoskich orzechów. Tak to było. I Maciek Damięcki w roli telewizyjnego Telesfora. W tamtym czasie nauczyłem się na pamięć „Stefka Burczymuchy”. W przedszkolu odbywał się pewien rytuał: pani sadzała mnie na małym krzesełku na werandzie w jadalni, dawała mi książkę „Stefek Burczymucha”, ja przewracałem strony i grałem, że czytam, a tak naprawdę mówiłem z pamięci. Do dziś nie wiem, czy pani miała świadomość, że nie czytam. Tu także po raz pierwszy pocałowałem koleżankę, córkę naszych znajomych. W policzek w łazience. Potem uciekłem. Emocje, smak dorosłego… Trwało to, niestety, dość krótko, bo tego samego dnia, gdy przyszli do nas rodzice pocałowanej, okazało się, że ona mnie wsypała. Wszyscy mieli wielki ubaw. Nie zapomnę tego popołudnia: w powietrzu cha, cha, cha, ja przyczajony za drzwiami swojego pokoju, przez szkło w drzwiach wpada słońce, a mnie pali wstyd!
 

PODSTAWÓWKA

W trzeciej klasie – to był mój ostatni rok w Złotoryi – miałem koleżankę. Bardzo chciałem jej zaimponować, więc powiedziałem jej pewnego dnia zasłyszany gdzieś świński wierszyk. Nie wiem, czy mogę go zacytować... Mogę? Może nie powinienem. „Ala i As poszli w las. Ala do Asa: pokaż kutasa, a As do Ali: lepiej byśmy się poruchali”.

Wtedy nie wiedziałem nawet, co to wszystko znaczy, ale wierszyk wyrecytowałem. I cóż? Gdy wróciłem do domu, wszystko było jasne. Znów zostałem wydany. Wszystkie mnie wydawały. Musiałem deklamować wierszyk rodzicom, którzy mieli, jak teraz przypuszczam, ubaw niewąski. A ja poczułem, że znowu się przed kimś otworzyłem i... Moje późniejsze kontakty z dziewczynami polegały na tym, że a to jednej rzuciłem na nogę cegłówkę, a to pociągnąłem za włosy albo co najwyżej przeszkadzałem na lekcji.

Jak jest dzisiaj? Chyba aż tak ostrożnie do tego nie podchodzę. Co ma być, to będzie. Jak w tej policyjnej formułce: Cokolwiek powiesz, może być użyte przeciwko tobie. Zrozumiałem, że wszystko i tak jedno.

Zanim pojawiły się dzienniczki ucznia, uwagi wpisywano na końcu zeszytu, a w moim domu panował taki oto rytuał. Ojciec siadał, brał zeszyt i przeglądał go od ostatniej strony. W zależności od tego, czy coś tam było wpisane, dostawałem w skórę lub nie. Jedna z moich pierwszych uwag dotyczyła tego, że nie chciałem śpiewać ze wszystkimi w klasie piosenki „Jedzie pociąg z daleka”. Albowiem uważałem, że skoro śpiewałem ją już w przedszkolu, to w szkole, przepraszam bardzo, ale już tej głupiej piosenki śpiewać nie będę. Zaśpiewanie jej bardzo mi uwłaczało. Uparłem się jak dziki i nie mogło mi to przejść. Lanie.

W tym czasie telewizja emitowała serię kryminałów „Alfred Hitchcock przedstawia” i serial o Alu Capone. A nas było trzech. Z niejakim Czarkiem Kwaśniewskim i jeszcze jednym z pierwszej klasy, takim na posyłki jak gdyby, stworzyliśmy gang. Była to bardzo wciągająca deprawacja. A to odkręciliśmy jakąś śrubkę ze stołu na świetlicy, a to świsnęliśmy komuś długopis czy ołówek. Wszystkie zaś łupy znosiliśmy za domek, do ogródka Czarka i paliliśmy, by oczyścić się z winy, którą stanowiły dowody. Nasza kariera nie trwała długo. Któregoś dnia w poczuciu jakiejś kompletnej bezkarności pocięliśmy kurtki w szatni. Żyletką. Bardzo bałem się przesłuchania u pani dyrektor, a strach objawiał się u mnie ziewaniem. Siedziałem więc na dywaniku i ziewałem. Pamiętam tylko to ziewanie. I mamę, która w drodze do domu nie odezwała się do mnie ani słowem.

GÓRNICZA

Dom. Tu zostałem hodowcą pleśni. Drugie śniadania, o których niechcący zapominałem, lądowały za szafą albo pod łóżkiem w moim pokoju i tak, pleśniejąc, leżały tygodniami. Naprzeciwko domu mieliśmy ogródek jordanowski, dwie huśtawki może, piaskownicę, klomb z betonowym chodniczkiem dookoła, na którym kolega przejechał mnie na rowerze.

To było już mieszkanie zakładowe dla pana inżyniera, czyli ojca. Moja młodsza siostra i ja mieliśmy swój pokój. Szafa po prawej, na lewo łóżko. I parę klaserów ze znaczkami należącymi do ojca, jedna z niewielu rzeczy, którymi mogłem pochwalić się przed kolegami. Na dole mieszkał Mikus, z którym trochę się kolegowałem. Zazdrościłem mu, że uczy się grać na akordeonie. Ale tylko trochę. Nigdy nie byłem w żadnej paczce, nie wchodziłem w bliższe związki towarzyskie, były to raczej przelotne spotkania. Czytałem Niziurskiego. „Księga urwisów” była moim pokarmem. Być może to tam miałem swoją paczkę?

KINO

Nie pamiętam żadnych konfliktów w domu. Nie istniało nawet takie słowo jak „awantura”. Później, gdy wszedłem w życie, nie mogłem uwierzyć, że ludzie funkcjonują, spinając się i kłócąc ze sobą. Do dziś pewnych emocji i zachowań nie potrafię u innych w pełni zrozumieć. Co myślą o mnie teraz moi rodzice? To jest pytanie... Może to, że w gruncie rzeczy wyszedłem na ludzi, chociaż ojcu nie było łatwo pogodzić się z moją decyzją nauki w szkole teatralnej. Przez długie lata nie zdradzałem nawet, że w ogóle istnieje taki pomysł. Początkowo byłem pod wpływem Louisa de Funèsa, ale myślę, że pierwsze moje myślenie o tym, że mogę być aktorem tak jak Janusz Gajos z „Czterech pancernych”, to było chyba kukiełkowe przedstawienie szkolne, w którym grałem liska. Nie była to raczej duża rola, ale coś tam we mnie zagrało. Ten lisek i ten Gajos tak mi się po głowie razem zaczęli szwendać. Tak, moje pierwotne myśli o aktorstwie na pewno wiązały się z Januszem Gajosem. On był naszym idolem!

KACZAWA

Niezbyt duża, dosyć rwąca, zimna, niemal górska woda, kamieniste dno. Wydawało mi się oczywiste, że w każdym mieście powinna być rzeka. Bez niej miasto w ogóle nie jest miastem. Często wyjeżdżaliśmy z rodzicami nad większą wodę. Ustronie, Pobierowo, Kołobrzeg. Bałtyk i piasek. Pamiętam też moje pierwsze wyjazdy do NRD. Przywoziłem z nich zajeżdżające octem kolorowe flamastry. Największego marzenia jednak nigdy nie spełniłem. Moje dobre stopnie były normą. Nie miałem czym zasłużyć na wymarzoną kolejkę... Zgorzelec był ćwiczony i raz nawet Drezno, gdzie na schodach muzeum w Zwingerze przewróciłem się na plecy i straciłem oddech. Leżałem tak całkowicie zatkany i byłem pewny, że tak właśnie się umiera.

KOŚCIÓŁ

Byłem jednym z dwóch chłopców w klasie, którzy nie chodzili na religię. Moi rodzice nie praktykowali, ale kiedyś mama chciała mnie nawet zaprowadzić na lekcję. Byłem jednak jakiś dziki i zbuntowany. Dziwne uczucie. To się jakoś nie zgadzało ze mną. Kościół i religia były dla mnie wtedy przestrzenią kompletnie niezrozumiałą.

Później, w liceum, poszedłem z kolegami na religię, żeby poczuć, jak tam naprawdę jest. Było to dla mnie tak nienaturalne, że idzie się do tej salki katechetycznej przy kościele, tam stoi ksiądz i patrzy. Na mnie, antychrysta. Miałem wrażenie, że wiara jest sferą zbyt intymną, by omawiać ją przy wszystkich, i nie potrafiłem tego przełamać. Nie sprawdziłem się w roli ucznia. Może demony we mnie jakieś siedzą?

Był to jeden z moich najsilniejszych życiowych oporów. Później oczywiście bardzo się tym wszystkim interesowałem, ale wynikało to już tylko z mojej własnej potrzeby odpowiedzi na pewne pytania. Dziś mój stosunek do Kościoła jest co najmniej ambiwalentny. Szukam, ale nadal nie chodzę na religię.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.