1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Relacja z wieczoru autorskiego Marleny Zynger

Relacja z wieczoru autorskiego Marleny Zynger

Był grudniowy wieczór, jeden z pierwszych dni tej zimy, mroźny, śnieżny, dmuchał ostry wiatr, ale przybyliśmy z niekłamaną ochotą na wieczorek poetycki Marleny Zynger - kobiety i mężczyźni z równym zainteresowaniem. "Czas śpiewu kobiety" to tytuł obiecujący i intrygujący, zapowiadający zjawiskowość, taneczność, lekkość, zmysłowość, tajemnicę.

Artystyczna kawiarnia ANTRAKT na tyłach Teatru Wielkiego w Warszawie, prowadzona przez  panią Ewę i pana Kacpra, to miejsce zdarzenia. Bohaterka - Marlena Zynger, autorka tomu poetyckiego - "Czas śpiewu kobiety. Odsłona pierwsza", właśnie opublikowanego przez warszawskie wydawnictwo Volumen,  które po raz pierwszy zdecydowało się na wydanie poezji. A  obok Malwina de Brade, autorka finezyjnych ilustracji do wierszy, Krzysztof Łakomik, zaprzyjaźniony aktor z Teatru Witkacego w Zakopanem, Dominika Świątek, świetna interpretatorka wierszy  Marleny, znakomicie je śpiewająca. Jest ciekawie i bardzo spontanicznie, tak jak na większości dobrze zorganizowanych wieczorów autorskich, dobra poezja brzmi oczywiście wszędzie interesująco. A jednak w tym przypadku było  trochę inaczej,  chyba  rzeczywiście śpiew kobiecy był tego wieczoru we wszystkim, nie tylko w wierszach, które świetnie  zaistniały jako forma spektaklu słowno-muzycznego.

Czarowność "Alicji z Krainy Czarów" tkwiła w tym, co mówiła Autorka, co chwila publicznie wyznając swoją niezwykłą, kobiecą, miłość  do ludzi i życia. Opowiadając o przygodzie spotkania z  poszczególnymi gośćmi, wyzwoliła bajkowość, odświętność w nas wszystkich, jakieś otwarcie  przestrzeni  i czasu jak w baśni, gdzie równocześnie jesteśmy w tylu miejscach. Byliśmy zatem w podróży do Zakopanego, do Teatru Witkacego, do którego kiedyś zawitała jako osoba obca i nieumówiona, by wyjechać stamtąd,  obdarowawszy wszystkich i sama obdarowana -  przyjaźnią,  taką na dobre i złe. Byliśmy w Kazimierzu na Wisłą poprzez  podziękowanie Panu Jerzemu  Gnatowskiemu, który też ofiarował  autorce swoje ilustracje.

A  ja ze środka Warszawy pobiegłam myślą do kieleckich lasów, do małej miejscowości Suchedniów, w której mieszkała  ukochana Babcia autorki; odeszła w trakcie przygotowywania  do druku  tego tomiku.

Przypomniały mi się pierwsze spotkanie z  Panią Marleną latem ubiegłego roku. Skromna, ale bardzo zdecydowana, koniecznie chcąca pokazać swoje wiersze światu. Widząc jej zapał i przede wszystkim uznając za ciekawie brzmiący liryczny, "leśmianowski" ton tych wierszy, tworzących prawie gotowy do wydania tomik, razem z autorką  gorączkowo szukam edytora, obie wiemy jak trudno o wydanie wierszy. Znalazłyśmy go w niezwykłej osobie Pani Miry Łątkowskiej, szefującej wydawnictwu Volumen. Może nigdzie indziej nie natrafiłoby się na tak wielką subtelność w rozumieniu intencji autorki, ani na tak wielką dbałość o każdy detal książki.

I wreszcie ten piękny wieczór, jak świąteczny prezent, przyjaciele niezwykli, ludzie różnych profesji, artyści, wydawcy, naukowcy, lekarze, i oczywiście dzieci, mąż, rodzina. I poezja Marleny, a  najpiękniejsza w tym Marlena - ten śpiew uwiarygodniają jej postawa, wrażliwość, miłość do bliskich, gesty w stosunku do nas wszystkich, jednocześnie dziewczęce i macierzyńskie. Swój debiutancki tom "Czas śpiewu kobiety" zadedykowała ukochanemu mężowi. Czyż nie jest to algorytm kobiecości?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

  1. Kultura

„Wiersze w mieście” - jak w dwa tygodnie cała Polska pokochała poezję

Celem akcji jest budowanie wspólnoty wrażliwych, to zachęta do czytania i pisania wierszy. (Fot. materiały prasowe)
Celem akcji jest budowanie wspólnoty wrażliwych, to zachęta do czytania i pisania wierszy. (Fot. materiały prasowe)
„Czytanie czy słuchanie poezji to jest potrzeba”– tak do udziału w akcji „Wiersze w mieście” zachęca Artur Barciś. 

Nie czytasz? nie idę z Tobą do łóżka!, Kultura w kwarantannie, Poezja Dzisiaj - to tylko przykłady organizacji społecznych zaangażowanych w akcję „Wiersze w mieście”. W budowanie społeczności wrażliwych włączyły się również biblioteki, teatry, fundacje i organizacje kulturalne z całej Polski oraz influencerzy, youtuberzy i grupy skupione wokół kultury. Organizatorem akcji jest EUNIC Warszawa.

Artur Barciś to tylko jedna z setek osób i profili, które dołączyły do tegorocznej odsłony akcji „Wiersze w mieście”.

Piąta edycja międzynarodowej akcji „Wiersze w mieście” poświęcona jest wspólnocie.  Niepewność, związana nie tylko z panującą pandemią, ale także z zawirowaniami geopolitycznymi oraz zmianami klimatycznymi, powoduje, że to we wspólnocie szukamy wytchnienia. I na szczęście je znajdujemy. Ostatni rok pełen jest pięknych inicjatyw pokazujących siłę wspólnoty. Całe to spektrum emocji znajdziemy w wierszach biorących udział w tej edycji akcji. 20 utworów z 20 krajów. W tym roku  będzie można przeczytać i usłyszeć poezję autorek i autorów z Austrii, Czech, Estonii, Flandrii, Francji, Hiszpanii, Irlandii, Litwy, Luksemburga, Malty, Mołdawii, Niemiec, Polski, Portugalii, Rumunii, Słowacji, Szwecji, Turcji, Ukrainy oraz Włoch.

Akcja taka jak "Wiersze w mieście" sprawia, że poezja nie tylko dociera do ogromnej grupy osób, ale staje się łatwiejsza w odbiorze, a każdy z zaangażowanych podmiotów spełnia rolę przewodnika po świecie liryki. O tym m.in. mówi jeden z popularnych kanałów książkowych na YouTube „Strefa Czytacza” w nagraniu, które jest odpowiedzią na Book TAG, przygotowany w ramach tegorocznej edycji.

A może to jest właśnie droga do czytania wierszy? Nie żebyśmy byli pozostawieni samym sobie, ale ze wsparciem drugiego człowieka. pytają w swoim filmie prowadzący kanał.

W ramach „Wierszy w mieście” wszyscy miłośnicy poezji zostali zaproszeni do wspólnego pisania wiersza, do którego każdy może dopisać swój wers. Można także wziąć udział w konkursie zorganizowanym we współpracy z grupą Kultura w kwarantannie na zilustrowanie dowolną techniką jednego z 20 tegorocznych wierszy. Przez cały czas trwania akcji wrażliwi na poezję mogą dzielić się swoimi ukochanymi utworami oraz chwalić własnymi kącikami do czytania wierszy.

Celem akcji jest budowanie wspólnoty wrażliwych, zachęcenie do czytania wierszy dostępnych w ramach inicjatywy na stronie www.wierszewmiescie.eu, ale również do obcowania z poezją regularnie. Akcja  trwa do 15 maja.

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe...
Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji.
Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa!
Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami.
Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się.
O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe.
Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans...
Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”.
Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”.
Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa.
Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy.
Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Kultura

Sylvia Plath - w nieustannej walce o poezję, pracę i życie

Sylvia Plath. (Fot. BEW Photo)
Sylvia Plath. (Fot. BEW Photo)
Siedem ostatnich miesięcy jej życia to pasmo niefortunnych zdarzeń, balansowanie na skraju najsilniejszych emocji i nierówna walka o odzyskanie własnej tożsamości. Pomiędzy tym Sylvia Plath pisała swoje najlepsze wiersze, pielęgnowała kontakty z bliskimi i opiekowała się dwójką małych dzieci. Co popchnęło genialną poetkę do samobójstwa? 

Fragmenty pochodzą z książki "Ostatnie dni Sylvii Plath. Biografia" Carla Rollysona, wydawnictwo Prószyński i S-ka. Premiera 11 marca

Ona nigdy nie chciała mieszkać na wsi! To był jego pomysł. Czym był dla niego dom? Niczym więcej, zdawało się, niż postojem w podróży. Kiedy go poznała, był niechlujnym absolwentem Cambridge, który wciąż snuł się po uczelni, nie robiąc nic poza dyletanckimi wprawkami poetyckimi. Miał wspaniały głos, nad którego doskonaleniem ciężko pracował. Zależało mu na tym, aby robić wrażenie na publiczności. Pewnego razu urzekł nim Bena Sonnenberga do tego stopnia, że ten spadł z krzesła. Ted Hughes pomógł mu wstać, nie przerywając deklamacji. Wibracje „głębokiego jak Anglia” głosu Hughesa wprawiły wtedy w drżenie ciało Sonnenberga, wspominał, posługując się cytatem ze słynnego wiersza Pike. Plath nie była więc jedyną osobą, którą Hughes potrafił zahipnotyzować głosem.

Praca wymagająca umycia włosów i założenia garnituru byłaby dla niego wyparciem się ideałów, dowodem sprzedajności. Jakich znowu ideałów? – mogła go zapytać. Czyż nie wypierał się ich właśnie, zachowując swoje wiersze dla siebie i wąskiego grona przyjaciół? Nie realizował się jako poeta i pozbawiał świat możliwości obcowania ze swoją sztuką. Wzruszał na to ramionami i przywoływał uśmiech, który rozjaśniał jego mroczną, przystojną twarz. Później to wszystko go przytłoczyło: pierwsza nagroda literacka od Harpera, dom na wsi (Court Green) i praca w londyńskiej rozgłośni radiowej BBC. Poczuł się niejako wmanewrowany przez Sylvię. „Zrobiłaś ze mnie profesjonalistę”, oświadczył z wyrzutem, jakby pozbawiając go statusu amatora, ograbiła go z niewinności. To on był pokrzywdzony! Podejrzewała, co mogą oznaczać te jego podróże z Court Green do Londynu. Al Alvarez czynił podobne sugestie. Ted traktował ją jednak jak przewrażliwioną kurę domową i reagował oburzeniem na wszelkie przejawy braku zaufania. Tak samo było w Smith College. Co robi u jego boku studentka z Amherst, kilkadziesiąt kilometrów od własnej uczelni? – zapytała. Odpowiedział, że jak zwykle histeryzuje i jest chorobliwie zazdrosna. Tymczasem ona nie miała wątpliwości: nawet jej koleżanki, które nie lubiły Teda, poszłyby z nim do łóżka bez wahania, gdyby ten zrobił pierwszy ruch. Potem w Court Green zadzwonił telefon. To była ona, Assia Wevill. Zapytała o Teda nienaturalnie niskim głosem; Sylvia domyśliła się, że próbuje brzmieć jak mężczyzna. Wtargnęła do ich domu niczym Lamia z wiersza Keatsa; ta kobieta, która doprowadziła do takiej furii swoją profesorkę ze studiów w British Columbia, będącą zazwyczaj uosobieniem łagodności, że ta poderwała się od stołu podczas lunchu. „Ty suko!” – krzyknęła i wyszła. Sylvia wyrwała telefon ze ściany i wyrzuciła Teda ze swego życia. Kazała mu się wynosić, NATYCHMIAST, w obecności swojej matki. To była upokarzająca i bolesna, a zarazem jedyna metoda na poradzenie sobie z tym bierno-agresywnym człowiekiem, który niczego nie robił samodzielnie i manipulował przyjaciółmi oraz (jak się okazało) kochankami, przedstawiając ją jako gorgonę tłamszącą spontanicznego, rozrywkowego, niezależnego Teda, jakiego wszyscy znali i kochali.

Nawet sposób, w jaki ją zostawił, był irytujący. Nie protestował. Po prostu pojechał pociągiem do Londynu, gdzie rozgościł się na cudzych kanapach, rozkoszując się wolnością charyzmatycznego chłopca poety. Panie go uwielbiały, a panowie się o niego martwili. Wyrzuciła go, skarżył się z miną winowajcy. Ale co miał zrobić? Była przecież taka wymagająca, nieubłagana, odpowiedzialna. Skazany na wygnanie salwował się ucieczką. To on był w rozpaczy. On usiłował ratować ich małżeństwo. Wziął na siebie winę, oczywiście, ale właśnie w tym rzecz: obarczała go swoimi problemami. Tymczasem Sylvia obserwowała z wściekłością, jak łatwo jego przyjaciele dają się omamić jego fałszywą skruchą, jak się litują nad biednym Tedem, niezdolnym sprostać jej wyśrubowanym wymaganiom. Jakże prędko stał się w ich oczach ofiarą całej tej sytuacji! Porzucony przez żonę na pastwę losu, sam siebie biczował. Jego samooskarżanie działało lepiej niż jej oburzenie, które traktowano jako kolejny dowód niemożliwego do zaspokojenia perfekcjonizmu Plath. Odebrała mu swoje wsparcie, więc Ted jak zwykle zwrócił się do ubóstwiających go przyjaciół, wchodząc w rolę wiernego druha i przywódcy. Natychmiast uzyskał rozgrzeszenie.

Dzięki niemu wszyscy mogli poczuć się znów młodzi i serdeczni. Ted o rozbieganym spojrzeniu z karykatury Davida Levine’a nie istniał, był dziełem paranoicznego umysłu autora portretu przedstawiającego twarz z ostro zarysowanym podbródkiem i nosem jak przęsło mostu, przypominającą twierdzę. Problem stanowiła poważna, obowiązkowa, psująca wszystkim zabawę Sylvia. Pracowita mistrzyni synonimów blakła w porównaniu z ich kolorowym Tedem. Miała serdecznie dość kampanii „pozwól Tedowi być sobą”. Kiedy wchodziła do baru, zacieśniali szeregi, utyskiwali, że odciąga od nich Teda i nie potrafi się bawić, nie szanuje irlandzkiej fantazji i wielowiekowej wesołej tradycji wspólnego tworzenia przy piwie. Przy czym nikt z nich nie pochodził z Irlandii. Niepotrzebnie próbuje tak bardzo wszystko kontrolować, mówili. Ale co oni o niej wiedzieli; o tym, co pisała w swoich dziennikach – że kobieta nie może tak po prostu wejść do baru i dołączyć do męskiego towarzystwa, żeby nie zostało to odebrane jako deklaracja dostępności seksualnej. Naturalnie? Spontanicznie? Jak dokładnie kobieta, którą Ted nazywał „poetessą”, miała się zachowywać w tej cholernej, braterskiej atmosferze? Jak brat Sylvia? I o czym Ted marzył w takich chwilach? O wyprawie na ryby ze starszym bratem Geraldem? Braterska więź przebiła się przez śluby małżeńskie, spychając na drugi plan Sylvię, która usiłowała udawać silniejszą, niż była, na kartach pamiętnika i w listach, jednocześnie przeciwstawiając się dyktaturze męskiego klubu. Ostry seks w sypialni? Jak najbardziej. Ale zaznaczanie swej obecności w innych sferach życia, w których tradycyjnie dominują mężczyźni, to doprawdy nadmierna agresja. Nawet wrażliwy i krzepki wielbiciel górskich wspinaczek Al Alvarez, dorównujący Tedowi na każdym polu poza pisaniem wierszy, nie rozpoznał w Sylvii poetki, z którą współpracował jako wydawca, lecz zobaczył w niej jedynie uległą żonę kolegi od kieliszka, kiedy odwiedził ich po raz pierwszy we wspólnym domu. Konwencjonalnie wyglądająca kobieta o brązowych – już nie platynowych – włosach musiała sama przypomnieć zdumionemu Alvarezowi, że publikował jej wiersze. Że ma własne miejsce na poetyckim parnasie.

Każda minuta była dla niej walką o życie, o pracę, o poezję, które próbował zawłaszczyć Ted.

[...]

Czwartego lutego 1963 roku, tydzień przed tym, jak odebrała sobie życie, Sylvia Plath napisała list do Ruth Barnhouse, w którym przedstawiła dokładny opis swojej sytuacji i prognozę. Po siedmiu miesiącach separacji z mężem nadal budowała swoją niezależność. Zgodnie z analizą Barnhouse Plath doszła do wniosku, że w wyniku „bałwochwalczej miłości” – opisywanej przez Ericha Fromma w książce O sztuce miłości, którą przeczytała za namową terapeutki – zatraciła własne ja, robiąc z męża „idola i ojca”. Opisała siebie jako pragnącą wyjść z cienia człowieka, którego obawiała się stracić. Ale on utrudniał jej to, pozostając kochającym ojcem dla Friedy, gdy jednocześnie podtrzymywał znajomość ze swoją „dziewczyną z agencji reklamowej”, Assią Wevill.

Po rozstaniu z Tedem Hughesem usiłowała nadać swoim dniom stały rytm, szukała powtarzalnych rytuałów codzienności, by jakoś zapełnić miejsce po nim. Nazywała ten czas po jego odejściu wychodzeniem z pustki. To, co opisywała, było rodzajem żałoby, zastoju trzymającego ją w stanie swoistego „zamrożenia”, które utrudniało znoszenie bólu. Pisanie, skupienie sprzyjające powrotowi do równowagi, a także zlecenia od czasopism i BBC, które przynosiły zawodowe spełnienie profesjonalnej i zdyscyplinowanej części jej osobowości – w tym wszystkim szukała ratunku. Aż do momentu gdy poczuła się „wypisana na krawędź szaleństwa”. Miała „wizję najgorszego”, w tym powrotu do szpitala psychiatrycznego. Pigułki nasenne i mikstury uspokajające pomagały jej utrzymać się na nogach, lecz była „śmiertelnie przerażona. Powinnam skapitulować i wyciągnąć całun”.

Wpadła w panikę, osuwała się w chaos, wyobrażała sobie siebie w otchłani, z której patrzyła do góry na swoją przerażającą matkę męczennicę po jednej stronie i własne piękne dzieci po drugiej. Obwiniała samą siebie, konfrontując się z „zimnym wiatrem oskarżeń”. Ledwo mogła się ubrać czy zrobić posiłek, samo poruszanie sprawiało jej problem. Doktor Horder, czuwający nad ogólnym stanem zdrowia Plath, umówił ją na wizytę z lekarką psychiatrą – co Plath uznała za ironię losu w czasie, gdy pierwsza powieść o załamaniu nerwowym sprzed lat właśnie zbierała pochlebne recenzje. Praca umysłowa wydawała się jej ponad siły. Czuła się jak tchórz. W tamtych czasach samobójstwo „nadal było stygmatyzowane, uznawane za oznakę niewybaczalnego moralnego upadku”. Leczenie farmakologiczne depresji było jeszcze w powijakach, a pomysł, że samobójstwo może być wynikiem „biologicznej burzy w mózgu”, nie przyszedłby do głowy Plath, która chciała się poddać. Umrzeć i skończyć z tym wszystkim, wysyłając dzieci do Teda – te myśli, zdała sobie sprawę, były częścią swoistego „defetystycznego cyklu”, z którego pragnęła się wyzwolić. Ale czuła się „niezdolna do bycia sobą i kochania siebie”. Nie napisała, co trzyma ją przy życiu, lecz zakończyła list słowami: „Dzieci płaczą. Muszę je zabrać na podwieczorek”.

Nieobecny mąż, jego kochanka, lękliwe usposobienie matki, marazm, w który sama się wpędzała, samotność, dzieci – w jaki sposób to wszystko doprowadziło do przeraźliwej rozpaczy tamtego dnia, kiedy po raz ostatni szukała pomocy u Barnhouse? Co się stało podczas jej ostatniego fatalnego tygodnia w lutym?

'Ostatnie dni Sylvii Plath', Carl Rollyson, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) "Ostatnie dni Sylvii Plath", Carl Rollyson, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)