1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Julia Roberts - aktorka ponadczasowa

Julia Roberts - aktorka ponadczasowa

Julia Roberts (Fot. 123rf)
Julia Roberts (Fot. 123rf)
Uwielbiana przez widzów. Aktorka ponadczasowa, kojarząca się z najlepszym hollywoodzkim kinem. Ćwierć wieku temu zagrała w „Pretty Woman”, przed 15 laty w „Erin Brockovich”, a tuż za nią inna wyjątkowa rola – w filmie „Sekret w ich oczach”. Julia Roberts nie kryje, że tym razem praca na planie nie przypominała żadnego z jej dotychczasowych doświadczeń: „Pierwszy raz w mojej karierze tak trudno było mi oddzielić własne emocje od pracy”.

Jest południe, Roberts spóźnia się już 30 minut. Kiedy wreszcie pojawia się w drzwiach, na powitanie rzuca uśmiech wart milion dolarów, przepraszając za spóźnienie. To dobry znak, w filmowym świecie krążą plotki, że potrafi być opryskliwa dla dziennikarzy. Ubrana w marynarkę i bardzo elegancki kostium wygląda bardziej jak prezeska biznesowego imperium niż jedna z największych gwiazd w historii amerykańskiego kina. Jeszcze szybki rzut oka na jej dłonie, subtelny i idealnie wykonany manicure. Siada przy stole, uspokaja oddech i w ciągu całego wywiadu sprawia wrażenie, jakby nigdzie się nie spieszyła. Pełen profesjonalizm, siła spokoju. A kiedy ustalony wcześniej czas rozmowy minie, z tym samym rozbrajającym uśmiechem będzie się tłumaczyć, choć wcale nie musi, że pędzi do męża, przejąć od niego dzieciaki.

Chciałabym zweryfikować plotki. Czy to prawda, że w „Sekrecie w ich oczach” miałaś zagrać lesbijkę?
Taki był pierwotny plan i przyznam, że byłoby to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Podobał mi się ten pomysł godny XXI wieku. W argentyńskim oryginale filmu najważniejszą postacią jest mężczyzna, który traci żonę. W naszej wersji miała to być kobieta, która traci ukochaną. Zaczęłam czytać scenariusz naszego remake’u i gdzieś w połowie, kiedy akcja zaczęła się zagęszczać, pomyślałam: „To jednak powinno być dziecko, należy pokazać w filmie stratę kogoś, kogo wszyscy mamy lub kim byliśmy – czyimś dzieckiem. Historia zyska wtedy na uniwersalności”.

Ostatecznie w filmie zagrałaś pogrążoną w żałobie matkę.
Gram policjantkę Jess, która w trakcie służby znajduje nagie ciało swojej zamordowanej córki w śmietniku. Cały świat Jess umiera w tamtym momencie. Moja własna córka Hazel ma dziesięć lat. Nie mogę nawet o tym mówić. To niewyobrażalna strata i tragedia. Myślę, że każdy w tym filmie odnajdzie dla siebie znajomy motyw, wątek bliski sercu.

A jednak zdecydowałaś się na tę bardzo trudną emocjonalnie rolę. Podobno argentyński oryginał cię zachwycił.
Tak, i byłam bardzo zaskoczona, kiedy otrzymałam scenariusz amerykańskiej wersji. „Po co?” – pomyślałam. Nie minęło przecież tak wiele czasu od argentyńskiej premiery. Ustalmy jedno, tamten film był wybitny. Doskonałe kino zrealizowane przez znakomitych twórców, obraz wartki, trzymający w napięciu, pełen akcji, a wszystko zrealizowane tak delikatnie, subtelnie, jakby opowiedziane szeptem. Niemniej w amerykańskim scenariuszu zostały zmienione kluczowe elementy. Dlatego uznałam, że warto opowiedzieć tę historię na nowo. Zdecydowałam się na tę rolę, mimo że, przyznaję, po raz pierwszy w mojej karierze tak trudno było mi oddzielić prywatne emocje od reakcji mojej bohaterki. To było przerażające. Starałam się wykorzystać mój stan psychiczny i rozdarcie w trakcie pracy na planie najlepiej, jak potrafiłam. Z korzyścią dla roli. Niemniej było to ciężkie doświadczenie.

Scena, kiedy znajdujesz swoje martwe dziecko, jest wstrząsająca. Próbuję sobie wyobrazić, jak wielki ból niesie ze sobą takie wyzwanie aktorskie.
Nie wiem, czy ktokolwiek jest to sobie w stanie wyobrazić. Dzień, kiedy kręciliśmy tę scenę, pamiętam jak przez mgłę. Nie do końca wiem, co się wtedy wydarzyło. Straciłam tego dnia nawet głos, ale nie przypominam sobie dokładnie dlaczego. Pamiętam natomiast, jak pewnego dnia na planie jadłam śniadanie z moją filmową córką Zoe Graham. To naprawdę świetna dziewczyna. Siedzimy więc sobie i rozmawiamy o jakichś bzdetach. A ja nagle zdaję sobie sprawę, że to nie tylko śmieszne, ale wspaniałe zarazem. Obudziły się we mnie matczyne odruchy i od tego momentu wiedziałam, że granie z Zoe będzie dla mnie bardzo trudne. W głowie miałam obraz swojej własnej córki, a przed oczami tę piękną młodą istotę, na której zaczęło mi naprawdę zależeć. Codziennie na planie o tym myślałam. Żadnej taryfy ulgowej. Zero miłych dni zdjęciowych. Żyłam tragedią Jess przez cały plan zdjęciowy. Wierz mi, to było wykańczające.

Praca nad filmem jest naznaczona także bardzo osobistymi doświadczeniami. Wystarczy powiedzieć, że w czasie, kiedy kręciliście, zmarła twoja matka.
Chcę podkreślić, że cudownie pracowało mi się przy tej produkcji z całą ekipą. Niemniej jednak boję się, że w filmie jest o wiele więcej moich prawdziwych, osobistych emocji, niż chciałam pokazać. Niespodziewanie przyszło mi się zmierzyć z wieloma moimi lękami. Wiesz, że jeszcze nie widziałam filmu? Szczerze boję się zobaczyć samą siebie z tego okresu na ekranie. Chociaż, kto wie, może to będzie wyzwalające? Moja matka była wspaniałą kobietą. Bardzo wspierającą. Staram się być taką samą matką dla moich dzieci i być może dlatego „Sekret w ich oczach” jest dla mnie tak ważny.

Czy to, że pracowałaś z mężem [aktorka jest żoną operatora Danny’ego Modera – przyp. red.], przynosiło ci ulgę? Czy dzięki jego obecności łatwiej było ci zmierzyć się z własnymi demonami na planie?
Zdecydowanie tak. Danny był moim hamulcem bezpieczeństwa. Wiem, że bardzo się o mnie martwił i kontrolował, czy nie przekraczam własnych granic, czy to dla mnie nie za wiele. Najważniejsze to czuć grunt pod nogami. I taka była jego rola, był dla mnie oparciem. Oczywiście – poza tym, co się wtedy działo w moim życiu prywatnym – wykonywał po prostu swoją pracę, a ja swoją. Pełen profesjonalizm. I tylko czasami, po nakręceniu którejś z trudniejszych scen, dobrze było mieć go przy sobie i się do niego przytulić. Danny nieustannie przypominał mi, że dom jest blisko.

Na ekranie nie przypominasz siebie. Twoja charakteryzacja daleka jest od „Pretty Woman”.
Ta metamorfoza bardzo pomogła mi zbudować postać. Filmowe losy Jess rozgrywają się na przestrzeni 13 lat. Ten czas znacząco wpłynął na jej wygląd. Nie ma w niej życia. W Jess umarł duch. Na ekranie jestem szara, i to dosłownie. Mam nawet szare szkła kontaktowe. Jak inaczej pokazać, że po mojej bohaterce została jedynie skorupa? Jak pokazać kogoś, komu umarła dusza?

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Tak piękna kobieta jak ty zamienia się nagle w postać niemal przezroczystą, niedostrzegalną dla innych. To całkowita zmiana perspektywy.
Pytasz, czy to wyzwalające nie czuć tej presji piękna, będąc na planie zdjęciowym? Na pewno było to ekscytujące. Moim obowiązkiem jako aktorki jest być autentyczną w każdym możliwym aspekcie mojej pracy. Swoją drogą prawda jest taka, że wystarczy, że znana osoba ma nieuczesane włosy i zdawkowy makijaż, a już traktuje się ją jak nieatrakcyjną wersję samej siebie.

Najnowsza premiera to także dobry czas na podsumowania. Minęło 25 lat od premiery filmu „Pretty Woman” i 15 lat, od kiedy wcieliłaś się w Erin Brockovich. Jak z perspektywy oceniasz te dwa kamienie milowe w swojej karierze?
Bardzo radośnie. Weźmy za przykład „Pretty Woman”. Nie mam zielonego pojęcia, komu Garry Marshall [reżyser – przyp. red.] zaprzedał duszę, ale jego film był strzałem w dziesiątkę. Ludzie wciąż z przyjemnością go oglądają, a my wciąż jesteśmy o niego zagadywani. To prawdziwy skarb mieć taki tytuł na koncie.

Czego teraz szukasz? Czy od czasów „Pretty Woman” i „Erin Brockovich” coś się zmieniło w twoim podejściu do grania, scenariuszy, pracy na planie?
Przede wszystkim nie martwię się już o czynsz, a był to dla mnie realny problem, kiedy kręciliśmy „Pretty Woman” [śmiech]. Oczywiście, dużo rzeczy zmieniło się w moim życiu osobistym, ale nadal twierdzę, że mam najlepszy zawód na świecie, a moje potrzeby i oczekiwania „dorosły” wraz ze mną. Wszystko przyszło w swoim czasie. Rzeczy, których poszukiwałam na początku mojej kariery, pojawiły się wraz z rzeczami, które są mi bardzo potrzebne w dojrzałym życiu. Jasne, że jestem teraz o wiele bardziej świadoma jako aktorka, ale przede wszystkim jako kobieta, żona i matka.

Na koniec chciałam zapytać o temat, o którym w środowisku filmowym jest naprawdę głośno. Chodzi o seksizm w Hollywood, o nierówność płac i groteskowe traktowanie kobiet w przemyśle filmowym. Jakie jest twoje stanowisko w tej sprawie?
Przede wszystkim nie rozmawiałabym o tym problemie jedynie w kontekście Hollywood. Problem równości kobiet i mężczyzn zawsze był bardzo delikatną kwestią. Szczególnie w kontekście pracy. Moim zdaniem należy się uspokoić, zamiast rozdmuchiwać temat. Po co nam dramatyczne wystąpienia, jeśli można znaleźć rozwiązanie, które będzie wygodne, oficjalne, przejrzyste. Dla wszystkich. Tutaj sama dyskusja, która, szczerze powiedziawszy, zaczęła mnie już nudzić, niczego nie zmieni. Każdy musi walczyć o sprawiedliwe dla siebie warunki. A jeśli mamy rozmawiać, rozmawiajmy o czymś znacznie przyjemniejszym. Najlepiej o filmach i emocjach.

Julia Roberts, ur. 28 października 1967 roku. Przełomowy był dla niej rok 1990, kiedy po roli w „Stalowych magnoliach” nie tylko została dostrzeżona, ale i dostała pierwszą nominację do Oscara. Statuetkę zdobyła dekadę później za „Erin Brockovich”. Ma też na koncie trzy Złote Globy. W roku 2002 wyszła za mąż za operatora Danny’ego Modera. Para wychowuje bliźniaki: Hazel Patricię i Phinnaeusa Waltera oraz najmłodszego syna Henry’ego Daniela.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Psychologia

Mężczyzna udający dominującego władcę – takiemu panu już dziękujemy

Są mężczyźni, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, co zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. (Fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, co zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. (Fot. iStock)
Granie dominującego władcy jest udawaniem kogoś, kim w głębi nie jesteśmy. Cóż to za siła, skoro trzeba cały czas udowadniać, że się ją ma? – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt Dziurdzikowską.

Nie daj Boże o coś go zapytać: będzie tłumaczył i wyjaśniał od stworzenia świata i nie da sobie przerwać. Bo mężczyzna zna się na wszystkim. Kroczy, zasiada i przemawia. Naucza. Poucza. Niewerbalnie komunikuje: słuchaj mnie, ja wiem, wiem, co jest dla ciebie dobre. Pozwala. Albo nie pozwala. Czasem dochodzi do absurdalnych sytuacji, bo on arbitralnie zarządza pieniędzmi, które ona zarabia. Zna się nie tylko na finansach, komputerach i motoryzacji, wie także, jak urządzić dom, jakie leki są właściwe i jaki styl życia przyniesie szczęście rodzinie. Uwielbia, gdy go słuchać i potakiwać, wtedy rośnie. Tylko że my, kobiety, już nie chcemy słuchać, już nie chcemy dmuchać w jego ego, wzmacniać męskiej pychy. Patriarchalny, dominujący macho na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z naszymi współczesnymi, wrażliwymi mężczyznami. A jednak ta sztywna struktura trzyma się mocno.
To mi przypomina odgrywanie roli pana domu, przestarzałe czasy. Dawno temu pan domu to był jakiś właściciel ziemski albo właściciel fabryki. Służba mówiła: „Pan jeszcze nie wrócił”, ale mówiła też: „Pani jest w salonie”.

Symbolicznym wyrazem dominacji jest sposób, w jaki mężczyzna zachowuje się w sytuacji, gdy kobieta prowadzi samochód: łapie się za głowę, blednie, syczy, kurczowo przywiera do fotela. Te zachowania nie mają nic wspólnego z rzeczywistością: kobiety są bardzo dobrymi kierowcami, jeżdżą bezpieczniej niż mężczyźni, powodują mniej wypadków. On potrzebuje być ważny, bardzo. Jakie to męczące.
Potrzebuje czuć się autorytetem. Nie wydaje mu się, że cokolwiek narzuca – myśli, że tak jak on uważa, jest dobrze, i nie ma się czego czepiać. Jeżeli życie rodzinne układa się tak, jak on chce, zyskuje trochę spokoju.

Kontrolowanie daje spokój? Ostatnio słyszę o młodym mężczyźnie, który upiera się przy zakupie pomarańczowych kubków!
Zawsze to jakiś rodzaj stabilności, porządku: mówię i tak jest. Świat wydaje się wtedy chociaż trochę opanowany i przewidywalny. Gdy mężczyzna powie: „U mnie w domu wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku”, może mieć poczucie wewnętrznego komfortu. Niestety na krótko.

Współczesny świat jest wysoce nieprzewidywalny. Jest tak pełen zmian, zaskakujących zwrotów, że poczucie bezpieczeństwa mężczyzny jest bardzo ograniczone. Lokowaliśmy pieniądze w funduszach inwestycyjnych, graliśmy na giełdzie, zaciągaliśmy kredyty w przekonaniu, że damy radę spłacać raty: wszystko pod kontrolą, raty rozłożone na lata, stała wysokość spłat. I nagle kryzys, mnóstwo ludzi straciło pracę. Przykład trywialny, a jednak dotyczy bardzo poważnej kwestii. Jaki sygnał płynie ze świata w związku z tym kryzysem? Nie możemy być pewni jutra, przyszłości naszej rodziny, przyszłości zawodowej. Mężczyzna, który nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka jutro, żyje w potwornym stresie i to jest bardzo głęboko zakorzeniony lęk o charakterze egzystencjalnym – będę czy nie będę, będziemy czy nie będziemy…

Co ja mam do dania mojej rodzinie, skoro wszystko jest takie niepewne?
I może rodzina, dom są ostatnim bastionem, gdzie mogę powiedzieć, jak to ma być; i tak ma być. To mi daje namiastkę poczucia kontroli i bezpieczeństwa. Nawet gdyby nie było kryzysu, i tak zmiany w świecie postępują w oszałamiającym tempie, zmienia się rynek, konkurencja, opcje polityczne. Zmieniają się przepisy, przychodzi jeden rząd, dyktuje swoje pomysły, przychodzi następny, dokonuje wymiany pomysłów na własne. Mamy globalne ocieplenie, świńską grypę, a ledwie skończyła się ptasia. Jak się w tym wszystkim znaleźć? Jak zabezpieczyć rodzinę wobec tych zewnętrznych wyzwań?

Ale jest też inny aspekt tego tematu; ostrzejsza wersja męskiej dominacji. Mam na myśli mężczyzn, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, ponieważ to zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. Także w domu. Ten narcystyczny styl można rozpoznać po tym, że trudno się zatrzymać i rozluźnić. W tym przypadku bardziej niż świat zewnętrzny zagraża ten świat, który nosimy w sobie. Podstawowym etapem pozytywnej zmiany byłoby tutaj oczywiście otwarcie się na swój smutek, lęk, poczucie bezradności, złość na różne czynniki zewnętrzne, które powodują, że moje życie nie wygląda tak, jakbym chciał; że mam bardzo ograniczoną kontrolę nad tym, co się dzieje, bo wiele rzeczy nie zależy ode mnie.

Im twardsza skorupa siły i omnipotencji, tym w środku więcej niepewności i bezradności. To takie straszne przyznać się, że czasami czuję się bezradny, słaby, zrozpaczony?
Mężczyzna czuje, że oczekuje się od niego siły; że jeśli zasypią jedną jaskinię, to on ma być tym, który znajdzie drugą, jeśli w tym rewirze upoluje już wszystkie zwierzęta, ma pójść łowić gdzie indziej. Dramat mężczyzn polega na tym, że na ogół nie doceniają swojej siły, dlatego tak bardzo muszą się starać, żeby udowadniać, że ją mają. Nie doceniają tego, jak wiele różnych aspektów może mieć siła. Wydaje nam się, że gdy puścimy kontrolę, stracimy autorytet i szacunek kobiety. Umiejętność przyznania się do tego, że nie na wszystko mam wpływ i czasami sobie nie radzę, jest przejawem potężnej siły. Słaba jednostka tego nie zrobi. Słabi bardzo często próbują w sposób beznadziejny do końca udowodnić, że są silni, ale prawdziwie silny nie musi niczego udowadniać. Tak bywa, że małe psy szczekają, duże i silne nie muszą. Cóż to za siła, skoro trzeba cały czas udowadniać, że się ją ma? Cóż to za autorytet, który cały czas musi sam siebie potwierdzać i o siebie walczyć?

Mężczyzna, który się spina, autorytarny, nie zapewnia rodzinie bezpieczeństwa.
Traci mnóstwo energii na to, by wszystko szło po jego myśli; a i tak nie idzie. Sztywność utrudnia elastyczne nadążanie za zmianami, które się dokonują. Jesteśmy istotami dynamicznymi. Nasi bliscy zmieniają się, zmieniają się też ich potrzeby. Im bardziej bronimy status quo, chronimy swój wizerunek kogoś, kto wie najlepiej i sobie poradzi, tym bardziej tracimy elastyczność, a co za tym idzie – poczucie stabilności, bezpieczeństwa. Zarówno w świecie, jak i w domu z każdą chwilą pojawia się mnóstwo nieprzewidzianych, nowych elementów. Walka z nimi to jak walka z wiatrakami, zawracanie kijem Wisły. Mężczyźni szarpią się, próbując tę rzekę zawrócić, może nawet jakąś tamę wybudują i zatrzymają nurt, ale to są doraźne działania okupione potwornym wysiłkiem.

Gdy mężczyzna zarządza, kobieta czuje się tak, jakby dla niego nie istniała.
Mężczyzna zamyka się w swoich wyobrażeniach o tym, jak ma być – w psychologii nazywa się to pierwszą pozycją percepcji – czyli patrzy na świat swoimi oczyma, kieruje się własnymi kryteriami, ocenami i potrzebami. To jest źródło cierpienia, problemów. Bo jak budować relacje oparte na miłości, serdeczności, wzajemnym zrozumieniu, gdy zamykamy się na punkt widzenia bliskiej osoby, nie bierzemy go pod uwagę. Oceny, opinie, sposoby reagowania inne od naszych są okazją do poszerzenia własnych horyzontów, do zwiększenia swojej elastyczności. Każdy ma prawo widzieć rzeczy po swojemu. Gdy to szanujemy, wtedy świat nie jest już tak przewidywalny, nie kontrolujemy go w takim stopniu jak do tej pory, ale z całą pewnością jest ciekawszy. Bogactwo świata przejawia się właśnie w różnorodności. Jesteśmy obdarowani tym bogactwem także poprzez inność naszych bliskich. Są mężczyźni, którzy nie tylko zaakceptowali ową zmienność, niepewność, płynność, ale też nauczyli się w niepewności znajdować szansę i możliwości; u których ciekawość przeważa nad lękiem. Oni przypominają surferów płynących na desce, fala ich niesie, a oni wykorzystują jej energię.

Aby zaakceptować inność bliskiej osoby, zmienność i niepewność świata, potrzeba odwagi, wewnętrznego bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości, otwarcia. W jaki sposób mężczyzna miałby zbliżyć się do tych aspektów siebie?
Pierwszy krok w tę stronę to słuchać, pytać o zdanie, o opinię, o potrzeby, punkt widzenia kobiety – pytać o wszystko, co jest dla niej ważne. Co o tym myślisz? Czy będzie ci to odpowiadało? Jakie jest twoje zdanie? Czy masz jakieś pomysły, preferencje? Pytanie to absolutna podstawa. Mam wrażenie, że mężczyźni nie doceniają swoich kobiet jako źródła wiedzy, inspiracji i motywacji. Kolejnym krokiem byłoby trenowanie siebie w tym, by próbować dokonywać ocen różnych sytuacji z jej punktu widzenia. Jeżeli na przykład idziemy do sklepu i mamy kupić sztućce, zastawę stołową czy cokolwiek innego, to dobrze by było, gdyby mężczyzna zadał sobie wtedy pytanie: jakiego wyboru dokonałaby moja partnerka, czym by się kierowała? Albo przy okazji jakiegoś zdarzenia: w jaki sposób mogłaby się zachować w takiej sytuacji? Mężczyźni intuicyjnie robią to w biznesie, bo żeby negocjacje mogły być udane, trzeba wejść – jak mówią Anglicy – w buty partnera, by zorientować się, co jest dla niego ważne, jakie mogą być jego oczekiwania. Nieszczęście polega na tym, że mężczyzna wraca z pracy do domu i traci dostęp do tych umiejętności, które wykorzystuje w kontekście profesjonalnym, tak jakby zakładał z góry, że tutaj już nie musi się starać.

Jeszcze jeden pomysł przychodzi mi do głowy – żeby od czasu do czasu zamiast kina akcji, horroru czy meczu mężczyzna obejrzał film taki jak „Czego pragną kobiety?”. Bo wtedy poznaje, odkrywa, jak wygląda świat z punktu widzenia kobiet. Niewiele wymagający trening, a przynosi wiele pożytku.

Zobaczyć i usłyszeć kobietę, zanim się ją straci.
Zakładamy z góry, co jest potrzebne drugiej osobie – wszyscy wpadamy w tę pułapkę. Mężczyzna wierzy, że to, co on myśli i planuje, będzie odpowiadało kobiecie. Z tym jest związana bardzo pozytywna intencja: biorę to na siebie, żebyś nie musiała zawracać sobie głowy. Gdy kobieta się denerwuje, bo nie tego oczekiwała, mężczyzna czuje się niedoceniony, zraniony, bo przecież tak się starał. Gdy jeszcze słyszy: „Jesteś taki jak wszyscy faceci”, zamyka się. Mężczyźni nie znoszą, kiedy im się mówi, że są tacy jak inni, bo czują się wyjątkowi. To samo dotyczy kobiet – każda kobieta jest wyjątkowa. Jeżeli mężczyzna tego nie widzi, nie rozumie, to naprawdę niedobrze.

Mam wrażenie, że mężczyznom trudno nadążyć za wyzwaniami, jakie niesie współczesny świat, nie tylko za nowymi technologiami, ale także za zmianami społecznymi, za zmianami, jakie dokonały się w kobietach. Widzę tu ogromną rolę kobiet w uświadomieniu mężczyznom, w jakich stereotypach ciągle tkwią.

Trudno to robić spokojnie, bo natychmiast uruchamiają się złość i bunt, kobieca furia.
Jeśli kobiety nie będą zwracały uwagi mężczyznom, to oni nadal będą brnęli w swój paternalistyczny narcyzm. Jeśli kobiety tego nie zrobią, to kto?

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Psychologia

Nowa znajomość – po czym poznać, że facet jest w porządku?

Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Oczywiście ta lista nie zagwarantuje ci rozpoznania intencji faceta. Wielu mężczyzn umie bardzo dobrze udawać na pierwszych randkach, doskonale wiedzą, co powiedzieć, ciężko więc poznać oznaki ich podrywu. Niektórzy mężczyźni wiedzą, że kobiety są żądne uwagi i słów, więc żeby zdobyć kobietę dają to wszystko, a potem, gdy już osiągną cel, zamieniają się w chamów. O tym też pamiętaj!

Czasami niepozorny facet jest bardziej autentyczny niż ten, który na pierwszej randce obsypał cię kwiatami, obietnicami i powiedział, że jesteś wyjątkową kobietą. Dobre rzeczy mają w sobie aspekt spokoju, a oznaki podrywu faceta nie zawsze są tak oczywiste, jak ci się wydaje.

Jak mężczyzna sprawdza kobietę? Uczciwy facet będzie chciał cię bardziej poznać zanim będzie chciał z tobą być. Na pewno nie daj się namówić na pomaganie facetowi i wyciąganie go z jakiś problemów, które "tylko ty możesz rozwiązać". To prawie zawsze jest znak, że trzeba wrócić samej do domu i wykasować numer z komórki.

Nie ulegaj też przesądom w drugą stronę, że wszyscy faceci są tacy sami, że zawsze kłamią, zawsze oszukują i że chcą tylko jednego. Jest sporo rozsądnych, uczciwych chłopaków i czym będziesz bardziej radosna, spokojna i świadoma, tym większą masz szansę ich spotkać! Jeśli cierpisz i czekasz na ratunek z męskiej strony, to raczej na pewno będziesz cierpieć jeszcze dłużej. Zauważ, że najdroższe i najładniejsze prezenty dostają ci, którzy są bogaci.

Jak rozpoznać intencje faceta?

  • Czujesz się przy nim swobodnie i bezpiecznie
  • Uśmiechasz się dużo w czasie rozmowy,
  • On słucha tego, co mówisz,
  • Nie używa wulgarnych słów,
  • Nie proponuje od razu seksu,
  • Mówi dobrze o swojej mamie,
  • Nie opowiada o byłych dziewczynach i nie mówi o nich źle,
  • Nie upija się na randkach ani nie proponuje innych środków odurzających,
  • Jest uczciwy w odpowiedziach, niezależnie czy to jest dla ciebie to, co najbardziej chciałabyś usłyszeć,
  • Patrzy na ciebie z pożądaniem, ale nie prawi ci bez przerwy komplementów,
  • Nie obarcza cię swoimi problemami natury emocjonalnej lub finansowej,
  • Nie robi wszystkiego, czego chcesz - ma swoje zdanie i swoje granice,
  • Nie rzuca obietnic bez pokrycia,
  • Odnosi się do tego, co mówisz - komentuje to,
  • Wypytuje o ciebie, co lubisz, jaka jesteś,
  • Jest cierpliwy i spokojny.

Więcej na temat relacji z mężczyznami i tego, jak rozpoznać ich intencje w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.