1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Byłem panią domu”. Wywiad z poetą i blogerem Jakobe Mansztajnem

„Byłem panią domu”. Wywiad z poetą i blogerem Jakobe Mansztajnem

fot. Beata Zawrzel
fot. Beata Zawrzel
„Byłem panią domu”, czyli co jest dziś męskie a co żeńskie? Z poetą i blogerem Jakobe Mansztajnem rozmawia Magda Kuydowicz

Rozmawialiśmy na łamach dwa lata temu. Sporo się u ciebie od tego czasu zmieniło: autorski program z Rafałem Żabińskim „Make Poland Great Again” na gazeta.pl, trzecia przeprowadzka do Warszawy, kolejny nienapisany wiersz i zaniedbany wpis na blogu. Coś pominęłam?

Obawiam się, że lista moich zaniedbań jest dłuższa z każdym rokiem. Dwa lata później wciąż mam problem z odbieraniem telefonu, na wiadomości odpisuję nieregularnie, zapominam o ludziach. Ostatnio przegapiłem imieniny mojej matki, mimo że pół Polski o nich trąbiło. Matka to Barbara. Staram się chociaż zdrowiej odżywiać, sumiennie po sobie zmywam i odkurzam trzy razy w tygodniu. Przynajmniej tyle.

Często też robisz pranie. Przynajmniej sądząc z Facebooka... A tak serio, to przecież dostajesz nagrody literackie, autorski program, który robicie, świetnie ogląda się w sieci, więc jest powód do radości i satysfakcji. Najwyraźniej czegoś jednak takiemu mężczyźnie jak ty brakuje. 

Moja była dziewczyna mówiła to samo (śmiech). Doceniam to, co udało się zrobić, ale myślę, że to jednak bardzo niewiele. I mówić o satysfakcji czy radości w mojej sytuacji – kolesia, który ostatecznie tylko napisze okazjonalnie wiersz i czasem coś powie w Internecie na temat smogu czy szczepionek – to byłaby przesada. Częściej niestety myślę o tym, czego nie zrobiłem albo co straciłem. Na pytanie: „Czego żałujesz w życiu?” – zazwyczaj ludzie odpowiadają twardo, że niczego. Nigdy tego nie rozumiałem. Ja akurat żałuję wielu rzeczy. I na pytanie, czego mi w życiu brakuje, mógłbym odpowiedzieć: „Nie wiem, od czego miałbym zacząć”.

To porozmawiajmy o mężczyznach w ogóle. A konkretnie o ich roli w dzisiejszym świecie przedsiębiorczych i samodzielnych kobiet. Co jest dziś według ciebie męskie a co niemęskie kompletnie i stało się takie... no żadne?

Trudno powiedzieć, sytuacja jest dynamiczna. Kiedy byłem berbeciem, męskie było zajarać szluga na przerwie w kiblu. Albo z kimś się pobić. To była taka męskość typu „John McLane w Nakatomi Plaza”. Dzisiaj podobno bardziej męskie jest publicznie się wzruszyć albo przyznać do błędu. Słyszałem też, że płaczący mężczyzna jest seksowny. Sam już straciłem rachubę... Poza tym to mnie tego typu definicje raczej średnio odpowiadają.  To zawsze jest jakiś rodzaj uogólnienia, a każde uogólnienie jest odmianą kłamstwa. Mam np. koleżankę, która pięknie pali papierosy, tak kobieco, powiedziałbym. I przysięgam, wygląda wtedy jak z filmów Godarda. Ale to przecież nie oznacza, że palenie jest kobiece.

Poprzesuwały się te granice. Gdzie ty je stawiasz, jeśli w ogóle?

Pytasz o to, czy są rzeczy, których nie robię, bo wydają mi się „niemęskie”? Pewnie są. Jestem w końcu produktem swojego wychowania, swoich lektur i filmów. Nie płaczę publicznie, staram się swoje słabości raczej ukrywać niż się z nimi afiszować. To może nie jest najmądrzejsza strategia w życiu, zwłaszcza jak się przenosi na życie prywatne, ale takiej już jestem konstrukcji durnej, że roztkliwianie się nad sobą zawsze wydawało mi się raczej przejawem słabości niż siły. I paradoksalnie zostałem poetą (śmiech). Ale jednocześnie nie uważam, aby istniały zachowania zarezerwowane tylko dla mężczyzn albo tylko dla kobiet. Niech każdy sobie żyje po swojemu, wedle własnej definicji.

A podział ról wciąż istnieje? Czy w domu wiesz, co robić czy trzeba ci palcem wskazywać: wynieś śmieci, chleb się skończył...?

Z wiekiem przejmuję cechy swojego ojca i robię się pedantyczny. Dlatego śmieci wynoszę, zanim ktokolwiek się zorientuje, że kosz jest pełny. A chleby kupuję zwykle dwa. Jeden mrożę, żeby przypadkiem rano nie zabrakło. Ale abstrahując od tych obsesji – skoro już mieszkamy razem, to róbmy rzeczy razem. Czasem ja pojadę na szmacie w kuchni, czasem ona. Parę lat temu byłem w związku z lekarką. Ja pracowałem w domu, pisząc te swoje książki smutne i wymyślając żarty na Make Life Harder, podczas gdy ona chodziła do szpitala na 16 godzin i leczyła chorych z raka. Tradycyjny Janusz powiedziałby, że byłem panią domu. I w pewnym sensie byłem. Ale umówmy się, że męskość kryje się gdzie indziej niż w niechęci do umycia podłogi.

No tak, ale czasem musimy i my kobiety powiedzieć wam, facetom  wyraźnie, czego oczekujemy.  Ale gdy ja wyraźnie wyartykułowałam przyjacielowi, że jestem chora i potrzebuję, żeby wyszedł z psem i przywiózł mi rosół, to z psem wyszedł, ale rosół spodziewał się zastać na stole, ugotowany przez mnie. I był zdziwiony: ja–rosół!?

Ja rosołu akurat nie umiem, mógłbym co najwyżej wodę na herbatę ugotować. Ale herbatę potrafię dobrą.

Można kupić gotową zupę. I ją podgrzać. Takie niedogadania mogą w krótkim czasie doprowadzić do szału obie strony, ale podobno nie na tym polega budowanie więzi.

W ogóle niedogadanie prowadzi do szału. Takiego ogólnożyciowego. Jakiś czas temu boleśnie przeżyłem związek, w którym nie potrafiłem artykułować tego, co powinienem był. I wielkim odkryciem było dla mnie, że miłość to nie wszystko, trzeba jeszcze mieć odwagę rozmawiać ze sobą, często o rzeczach trudnych i niewygodnych. Inaczej to niedogadanie i przemilczenie będą się odkładać jak osad w czajniku i w końcu wszyscy od tego zwariują. Zupa będzie wtedy najmniejszym zmartwieniem.

Tyle że my takie drobiazgi jak zupa uważamy za niezwykle ważne. Można się nauczyć dbałości o siebie nawzajem?

Pewnie, że można. Nie oczekujmy od siebie, że każdy będzie urodzonym Ridgem z „Mody na sukces”. Ridge był takim panem doskonałym, prawda? Zrodzonym z taktu, słuchania i wyjątkowej kultury osobistej. Tymczasem życie dwojga osób bardziej przypomina grę w sapera, co chwilę się wywalasz, ale ta suma błędów, jakie się w związku i w ogóle w życiu popełnia, to tak naprawdę jedyna lekcja, którą warto przecierpieć. I jak się tych lekcji wystarczająco naodrabia, to człowiek jest ciut mądrzejszy, nie tylko w swojej głowie, ale też w relacji z innymi. Nawet tej nieszczęsnej zupy się nauczy.

Na Facebooku niedawno ukazał się ranking najprzystojniejszych poetów, który wygrałeś. Co dla ciebie konkretnie to znaczy, że jesteś przystojny? Załatwiasz coś szybciej w urzędzie na tak zwany urok osobisty?

To kłopotliwe pytanie. Rozumiem, że żyjemy w czasach epidemii ładnych mordeczek i że to jest aktualnie wartość sama w sobie  – nie twój mózg, ale to, że posiadasz ładną buzię – tylko że fiksacja na tym punkcie robi z człowieka takiego nowoczesnego debila, który zamiast budować ciekawy krajobraz w swoim mózgu – woli czesać brwi. Ja wolę o wyglądzie nie myśleć, nawet lustra w moim gdańskim mieszkaniu nie mam, bardziej mnie interesuje, czy umiałbym powiedzieć, co to jest synekdocha. A kiedy na studiach dostawałem tróję, a chciałem więcej, to zamiast robić malinowe oczka, co byłoby upokarzające, po prostu wracałem do podręcznika.

Czy dla faceta jego własna uroda jest ważna jako wyznacznik męskości? 

Co mam powiedzieć? Pewnie, że jest ważna, w końcu żyjemy w kulturze wyglądania, ale warto w tym zachować jakieś zdrowe proporcje. To trochę tak, jakby opierać poczucie własnej wartości na tym, że się kiedyś jechało drogim autem. A te rankingi to takie śmieszki raczej. Połechtają przez sekundę ego, a potem sobie uświadamiasz, jakie to w gruncie rzeczy śmieszne, że w XXI wieku ludzie dalej robią rankingi ze względu na to, jaki ktoś ma kształt głowy i rozstaw oczu.

A propos urody jeszcze, nie denerwuj się, to ostatnie pytanie, miałam ostatnio dostęp do badań o tym, co dla Polek  2016/17 jest najważniejsze, wiesz, na co poświęciłyby wolną godzinę?

Czuję się jak w reklamie Viziru. No nie wiem, na paznokcie?

Bingo! Na pedicure.

O, to może coś jednak wiem o kobietach. I co jeszcze wyszło ciekawego w tych badaniach? Może się czegoś nauczę.

Że chcemy, żebyście jako rycerze na białym koniu przyjechali i uratowali nas, kobiety, od wszystkiego. Przed światem, od samej siebie, złośliwego szefa i braku gotówki zwłaszcza...

A kto uratuje nas? Też mam taką fantazję, że w drzwiach staje ona i mówi: „Od dzisiaj wszystko będzie dobrze, Kuba, nie będziesz miał czarnych myśli, nie będziesz szukał dziury w brzuchu świata, bo świat od dziś jest sympatyczną owieczką. A szefa olać, pieniądze jakoś sobie zorganizujemy”. Myślę, że wszyscy gdzieś w środku mamy taką fantazję, bez względu na płeć.

Uśmiechasz się pod nosem. Dacie radę? Bo z badań jeszcze wyszło wyraźnie, że chcemy żebyście bardziej uczestniczyli w życiu domowym i praktycznym, ale kompletnie nie dajemy szansy się równocześnie wam wykazać. Bo zrobimy to lepiej, szybciej. W rezultacie wieczorem padamy na nos, mieszkanie jest ogarnięte a mężczyzna to już nie za bardzo... Siedzi obok nafąfany.

Wiesz, ja chyba nie mam takich doświadczeń. W ogóle ten podział ról: pani sprząta, a pan siedzi z piwkiem na kanapie – wydaje mi się przeżytkiem. To bardziej rzeczywistość z obrazków Andrzeja Mleczki. Mam wrażenie, że w moim pokoleniu, a przecież nie jestem już podlotkiem, wygląda to inaczej. Siłowanie się na to, kto lepiej pozmywa naczynia? To byłoby dość niepoważne. Życie jest dostatecznie ponure, żeby się jeszcze dodatkowo atomizować w obrębie takich pierdół.

No dobrze – to czego faceci tacy jak ty oczekują od kobiet teraz? No bo to, że same zarabiamy i dajemy radę w pracy, to chyba jest w porządku? Czy nie bardzo?

Pewnie, że jest. Ale ja ci nie powiem, czego faceci oczekują od kobiet, bo nie jestem wszystkimi facetami. Jestem dokładnie jednym. I jeśli mnie zapytasz, czego ja oczekuję od kobiety, to wymieniłbym kilka nudnych słów, takich jak np. lojalność. I żeby się śmiała chętnie, bo jak się w końcu wypali dzikość w sercu i przestaniemy się pieprzyć jak króliki, to niech nam przynajmniej będzie ze sobą zabawnie pod kocem na tych dwóch bujanych fotelach.

Kiedyś zarabiałam więcej niż mój chłopak i to dla niego był problem, szczególnie w knajpie przy płaceniu rachunku. Podawałam mu portfel pod stołem. Kłóciliśmy się o to.

Też bym nie chciał, żeby mi podawać kasę pod stołem. Przez większość swojego życia nie miałem za dużo pieniędzy, w końcu poeta, ale wtedy po prostu nie chodziłem do knajp i nie jadałem sushi ze złotem za pożyczone pieniądze, tylko gotowałem w domu makaron. I nie ma w tym wstydu. Nie ma też wstydu w tym, że kobieta zarabia więcej od faceta. Przecież to nie wyścig. Ja rozumiem, że można rywalizować z kolegą w pracy na to, kto wyharpuni większą podwyżkę albo zrobi zajebistszy raport w excelu, ale jak się takie odruchy przenoszą na związek, to chyba nie będzie to udany związek. Moja matka zarabia więcej od mojego ojca i jakoś kochają się nieprzerwanie od 40 lat.

Nam się rzeczywiście nie udało. I to nie przez finanse. A obyczaje? Poznałam ostatnio coacha, który zajmuje się zawodowo uczeniem kobiet miękkiego sposobu zarządzania. Bo okazuje się, że gdy kobieta szef powie coś ostrym tonem to jest uznana za sukę, za przeproszeniem, więc szefowe muszą to mówić inaczej, łagodniej. Krótko mówiąc, facetom wiele uchodzi w tym względzie…

Bo my w sporej części jesteśmy nieokrzesanymi wieprzami. I tak się przyjęło, że jeśli kobieta podnosi głos, to robi histerię, a kiedy facet krzyczy, to to jest tylko takie głośniejsze mówienie. Ale z tym miękkim zarządzaniem, to ja bym w to szedł, bo to dobry kierunek dla świata. Pomijając kwestie płciowe, wolałbym szefową, która mówi do mnie „wypierdalaj” takim tonem, że czuję ekscytację przed podróżą, niż szefa, któremu piana leci z ust, ilekroć się walnę z cyferkami w kolumnie. Łagodzić obyczaje, odwieprzawiać społeczeństwo. To powinno być zadanie Polaków na 2018.

Odwieprzawiajmy więc... A wracając do ciebie, to przy takim zaangażowaniu w pracę i przy twojej  naturze: prześmiewcy i poety równocześnie musisz odczuwać czasem potrzebę samotności. Może dlatego się alienujesz, nie odbierasz maili i telefonów?

Natura jest chyba jedna, tylko profesje dwie. Ten smuteczek z jednej strony i śmieszki z drugiej – to dwie strony tej samej wrażliwości. Potrzeba samotności bierze się chyba z czegoś innego. Ja swoje towarzystwo zwykle po prostu lubię bardziej niż towarzystwo innych ludzi. Z takich prozaicznych powodów jak ten, że sam przed sobą nie muszę grać w ludzkie gry, być błyskotliwy ani zabawny. Mogę gapić się w ścianę i zastanawiać, ile w języku polskim jest słów na literę „ź”. Ale z wiekiem zauważam, że robię się jak kot moich rodziców – Tuwim Długa Łapa. Jemu z początku też niespecjalnie leżało towarzystwo ludzi, a teraz jest największym pieszczochem w rodzinie. Ja jeszcze tam nie dotarłem, ale zauważam, że chętniej garnę się do ludzi. Być może dlatego, że sam sobie tych ludzi dobieram.

A łatwiej ci się pisze dla nich czy z nimi rozmawia?

Pisanie to mozolna i chirurgiczna dyscyplina jak zimowa wyprawa na Lhotse, więc na pewno łatwiej się rozmawia. Ale jakbym mógł wybrać, wolałbym do ludzi pisać niż mówić. Myślę, że język pisany jest precyzyjniejszy. Mówienie z ludźmi to zwykle rolowanie waty i taki ping pong zwrotów grzecznościowych. I zwykle wiem, kiedy coś, co napiszę, jest gotowe do druku. Z mówieniem już nigdy taki pewien swego nie jestem.

Bo nad słowem pisanym masz kontrolę, a nad tym, co mówisz już mniej?

Zabrzmiało, jakbym był Arturem Bińkowskim udzielającym wywiadu (śmiech). Staram się nie uprawiać biegunki słownej i panować nad tym, co mówię. Ale umówmy się – mówienie zawiera w sobie mnóstwo niepotrzebnych elementów. Do tego często obciążone jest niezręcznością społecznej spierdoliny. Pomyśl, ile związków albo ile karier można by ocalić, gdyby zamiast mówić naprędce, co ci ślina na język przyniesie – najpierw można by to było spisać i na spokojnie przeczytać.

No fakt. Podobno myślisz o napisaniu powieści. Mikro czy makro à la Twardoch – że przytoczę nazwisko twojego „ulubionego” powieściopisarza

Pytasz, czy wolę dłuższą czy krótszą formę? W dłuższej więcej uchodzi. Trzeba oczywiście być czujnym jak lis i panować nad strukturą, co jest zadaniem trudnym, ale jeśli zostawisz w powieści siedem niepotrzebnych zdań, to powieść się od tego nie zawali. Z mikro, np. z wierszem jest inaczej. Kiedy piszesz w siedmiu zdaniach to, co można powiedzieć w jednym, to poety z ciebie raczej nie będzie. Ale serce moje jest rozdarte. W równej mierze co w poezji – bije ono w prozie. Zresztą prędzej na prozie się wychowałem niż na poezji. „Paragraf 22” Hellera czytałem częściej niż jakikolwiek tomik. Co do Twardocha zaś – on chyba właśnie bardzo ładnie panuje nad strukturą i umiejętnie rozkłada akcenty, ale nie mogę tego potwierdzić z całą pewnością. Do „Morfiny” podejście robiłem dwa razy i zawsze odpadałem na fragmencie, gdzie bohater przez cztery strony wchodzi po schodach.

Kiedyś wyznałeś, że wielu rzeczy się boisz. Nadal masz ten strach w sobie czy to mija albo się zmienia w coś innego?

Na to nie da się tak łatwo i wiarygodnie odpowiedzieć, nie rozpisując się na konteksty biograficzne. Powiem tak: kiedyś naiwnie myślałem, że rozterki i lęki to domena dzieciństwa. Wiem, że to głupie, ale pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem „Sąd ostateczny” Memlinga, to serce mi struchlało i przez wiele miesięcy nie mogłem spać. Chodziłem w nocy do dużego pokoju, budziłem rodziców i pytałem, czy to prawda, że wszyscy kiedyś umrzemy. Matka mnie zapewniała, że nas to nie dotknie. I mnie się wtedy naiwnie wydawało, że gdy już przejdę ten most dziecięcych strachów i obsesji, to z wiekiem będzie łatwiej. Że te małe lęki z czasem zamienią się w realne sprawy, takie jak praca, mieszkanie, związek. Zrobić zakupy, zapłacić ratę. I że to człowieka odciąga od myślenia o tym, jak wygląda życie po śmierci i czy w ogóle jakoś wygląda. Ale im starszy się robię, tym częściej przyłapuję się na tym, że w Biedronce na nabiale zastanawiam się, czy nie położyć się na ziemi i nie zaczekać na koniec świata.

Interesujące są te twoje wyprawy do Biedronki... Ale jesteś tak naprawdę  samodzielnym i ogarniętym facetem. Trochę się znamy, a raz mnie poprosiłeś o przysługę. Ja dręczyłam cię kilkakrotnie i zawsze mi pomogłeś.

Nie jestem ekspertem od męskich dusz, ale myślę, że jest w mężczyznach sporo urojonej dumy, która krzyżuje się z powtarzanym nam przez kulturę zdaniem, że to na nas spoczywa wszelka odpowiedzialność. I kiedy świat się potem wali, to zamiast poprosić o pomoc – stoisz niewzruszony i zaklinasz rzeczywistość. Ale może być też tak, że gadam teraz głupoty i to kwestia absolutnie indywidualna. Jeśli idzie o mnie, to ja chyba po prostu – wbrew tym tendencjom w Biedronce – bardzo rzadko czuję się bezradny, więc bardzo rzadko też proszę o pomoc. I jeśli obrywa mi się w mieszkaniu parapet, to nie dzwonię po ludziach z histerią, tylko szukam młotka.

Czyli to jest też wyznacznik męskości. Bycie samodzielnym i radzenie sobie w życiu?

Myślę, że to jest wyznacznik dorosłości. Ale jeśli trzymać się pojęcia „męskości”, to znam bardzo wiele „męskich” kobiet. Samodzielnych i zorganizowanych lepiej niż niektórzy moi koledzy. Zresztą zgadzam się tutaj ze wspomnianym już Twardochem, który kiedyś powiedział, że mężczyźni przeżywają kryzys męskości. Stali się niewyraźni, pozbawieni charakteru. I kobiety zajmują ich dawne pozycje.

A więc jednak. Patrzysz na zegarek, więc pewnie musimy kończyć. Podrzucisz mnie w stronę centrum na przeceny?

Pewnie.

Poprowadzę cię, to po co włączasz GPS?

Dla świętego spokoju. Kiedyś na Ursynowie, po mojej drugiej przeprowadzce do Warszawy, postanowiłem przykozaczyć i pojechać bez GPS-a. Trochę błądziłem, więc postanowiłem na sekundę się zatrzymać. Akurat obok był parking jakiejś małej – jak sądziłem – galeryjki handlowej. Za moment się okazało, że to nie parking galeryjki handlowej, tylko jestem na długoterminowym parkingu „Parkuj i jedź” i za 45 sekund postoju musiałem zapłacić 100 monet. Straszny frajer ze mnie.

Nie ufasz blondynce? Nie no, proszę bardzo, już się nie odzywam, ale jeśli tu skręcisz, to wrócimy do punktu wyjścia ...

Dobra, wyłączam. Mów, jak jechać. Tu w lewo?

Tak, w lewo i masz Puławską.  Wiesz, o czym to świadczy, że spytałeś jednak?

Że nie lubię błądzić?

....I  że uczysz się na błędach, tu wysiadam, tu wysiadam, uwaga: Domy Centrum po prawej! Jeszcze ostatnie pytanie, o muzykę – czego słuchasz?

To akurat Tracy Chapman. Moja dziewczyna sprzed lat bardzo lubiła Tracy i mnie też coś z tej jej sympatii zostało. Poza tym robię sobie składanki do samochodu. Najczęściej straszną wiochę, takie szlagiery z lat 90. Mówię „wiochę”, bo dzisiaj wszystko musi być z etykietką indie albo przynajmniej elektro, ale mnie ta wiocha lat 90. bardzo w trasie odpowiada. A że sporo złotą kobrą jeżdżę, to sporo mam tych wieśniackich składanek.

Złota kobra. Pieszczotliwa nazwa. To długa fascynacja, prawda?

To relacja bardzo intymna. Z nikim tyle czasu nie spędzam, co z tym samochodzikiem. W poniedziałek złota kobra idzie do mechanika na parę dni. Nie wiem, jak ja przeżyję tę rozłąkę...

Ale ona wróci, Kuba. Dzięki, czegoś się jednak od ciebie o męskości dowiedziałam. Teraz czekam na powieść i wtedy znowu porozmawiamy, dobrze? 

Dobrze. Tylko trochę będziesz musiała poczekać. Tomiki piszę co pięć lat, to z powieścią pewnie wyrobię się w 20. Akurat na kryzys wieku średniego.

Boisz się tego?

Nie ma nic bardziej śmiesznego. Jeśli za 20 lat zamienię się w śmiesznego kolesia, który chodzi w rurkach, czerwonych butach i próbuje mówić językiem szesnastolatków, jeżdżąc na deskorolce, to proszę mnie odnaleźć i pochować żywcem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy.
 (Fot. materiały prasowe)
Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. materiały prasowe)
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.

  1. Kuchnia

W kuchni najważniejsza jest różnorodność i słuchanie swojego organizmu – przekonuje Michel Moran

Michel Moran (fot. materiały prasowe Kenwood)
Michel Moran (fot. materiały prasowe Kenwood)
Znany juror MasterChef Polska, francuski kucharz o hiszpańskich korzeniach, ambasador marki Kenwood, ma wreszcie czas na gotowanie w domu. Przynajmniej dopóki nie otworzy nowej restauracji. A to nastąpi już niebawem… Jak prezentuje się kulinarny świat Michela Moran?

Mamy wiosnę. Jak wygląda ta pora roku w Pana kuchni? Wszyscy tęsknią za świeżymi owocami i warzywami. Tymczasem dietetycy odradzają jedzenie nowalijek. Jakie Pan ma podejście?
Nie jestem ekspertem od dietetyki. Uważam jednak, że człowiek powinien jeść to, co akurat rośnie o danej porze roku, co proponuje nam ziemia. Kalendarzowo mamy wiosnę. Musimy jednak dalej spożywać to, co mamy z zapasów. Jeszcze trochę za wcześnie na te wiosenne warzywa i owoce. We Francji czy w Hiszpanii mamy już szparagi, świeże sałaty. U nas musimy jeszcze chwilę poczekać.

Moja kuchnia jest teraz pewną mieszanką. Są takie dni, gdy nadal jemy dania tylko zimowe. Są też dni, kiedy mam już ochotę na coś lekkiego i wiosennego. To jest trudny okres dla kucharza, bo nie jesteśmy już w okresie zimowym, a jeszcze nie ma pełnej wiosny.

Jakiego rodzaju potrawy gotuje więc Pan w tym okresie?
Ta kuchnia domowa, jak wspominałem, jest dość mieszana. Niedawno przyrządzałem np. duszoną kapustę z piersią z kaczki, czyli typowo zimowe danie. Próbuję robić dużo dań warzywnych, bo jem coraz więcej warzyw, a coraz mniej mięsa. Nie znaczy to, że jestem na jakiejś diecie. Po prostu prosi mnie o to mój organizm.

Można więc powiedzieć, że zgodnie z trendami podąża Pan w stronę wegetarianizmu?
Nienawidzę „trendów”. Jestem anty-trendy. To słowo nie istnieje w mojej głowie (śmiech).

Ja po prostu staram się wsłuchiwać w swój organizm. Mam prawie 60 lat. Kiedyś jadłem bardzo dużo masła, piłem litr mleka dziennie i jadłem może 300 g glutenu (w produktach z białej mąki). Już tak nie jem, ale nie ze względu na dietę. Czuję, że to nie jest mi potrzebne. Słucham swojego organizmu.

Pamiętam jak prowadził Pan swoją restaurację Bistro de Paris i rozmawialiśmy o gotowaniu. Wówczas nie miał Pan w ogóle czasu na przyrządzanie posiłków w domu. Rozumiem, że teraz to się zmieniło?
Tak, teraz tego czasu na gotowanie w domu mam aż za dużo. Moja poprzednia restauracja jest już sprzedana, a kolejną remontuję. Myślę, że będzie gotowa dopiero w lipcu albo w sierpniu.

Gotuje więc Pan dla siebie i dla żony. Macie zgodne preferencje kulinarne?
Jesteśmy dosyć zgodni. Żona trochę bardziej uważa na dietę niż ja. Kobiety w ogóle są bardziej skrupulatne jeśli chodzi o odżywianie. Nie ma jednak takiej sytuacji, że nagle na palnikach mamy cztery różne patelnie… Zwykle jemy to samo.

Czy są dania, które szczególnie lubicie i wybieracie najczęściej?
Powiem prawdę: nie mam ulubionych dań. Uwielbiam mięsne czy rybne pulpety. Są jednak takie dni, kiedy mam ochotę na zwykły makaron ze świeżym pomidorem, plus czosnek i dobra oliwa… i jestem szczęśliwy. Bywają dni, że mam ochotę na coś bardziej wyszukanego.

Myślę, że ochota na jedzenie często jest związana z tym, jaką mamy pogodę, jaki humor, jakie plany, ile czasu na gotowanie. Kucharz nie myśli tak mocno o jedzeniu jak każdy. Żyjemy „z gotowaniem” od wielu lat, więc trochę inaczej to u nas działa, mamy inne podejście. Po prostu gotujemy.

W kuchni panuje różnorodność. Czasem mamy ochotę tylko na sałatkę, innym razem gotuję coś orientalnego. Są też dni, gdy piekę całą kaczkę w piekarniku. Nie mamy tu żadnych specjalnych reguł. Na pewno, co najmniej raz lub dwa razy w tygodniu jemy w domu świeżą rybę.

Czyli kwasy omega?
Nie jestem dietetykiem, zawsze to podkreślam, ale myślę, że najzdrowsza dieta polega na różnorodności.

Ludzie w Polsce kojarzą Pana głównie z programem MasterChef. Można powiedzieć, że ten związek jest jak „stare, dobre małżeństwo”.
10 lat już ma to małżeństwo (śmiech).

Czy czerpie Pan od tych kucharzy - amatorów inspirację?
To są ludzie, którzy mocno ewoluują. Może nie tyle czerpię inspirację, co odwagę, którą oni mają. To nie są profesjonalni kucharze. Może dlatego nie mają żadnych zakazów, żadnej reguły, żadnej granicy. I to jest piękne. Robią w kuchni co chcą. Jestem często pełen podziwu, że mają odwagę łączyć różne rzeczy, których ja, jako fachowiec, bym nie łączył, bo tak mnie uczono, bo tak się nie robi…  Potrafią stosować kulinarne połączenia, na które ja bym nie wpadł lub nie miał odwagi spróbować. To jest duża lekcja dla nas, kucharzy profesjonalnych, że czasami jesteśmy zamknięci w regułach, które istnieją w gotowaniu, albo których uczyli nas nasi szefowie wiele lat temu. Świat kulinarny też się zmienia. Przykładem są te łączenia składników, kolorów, produktów. Musimy iść do przodu.

Jest Pan też ambasadorem marki Kenwood. Prowadzi Pan warsztaty z Kenwoodem, które wcześniej odbywały się w gronie dziennikarzy kulinarnych, czy blogerów. Teraz zostały przeniesione do Internetu i są dostępne dla wszystkich. Jak Pan się odnajduje w tej nowej sytuacji?
To zupełnie inna rzeczywistość. Jest to fajne, choćby ze względu na ludzi, którzy się przyłączają online i są aktywni w tym warsztacie. Ma to więc swoje plusy. Mogę pokazać jak używać robota Kenwood, odpowiedzieć na pytania wysyłane w trakcie warsztatów przez internautów. Jest to wygodne. Nie ukrywam jednak, że wolę ten warsztat, gdzie jestem w kuchni razem z ludźmi. Mam wtedy realny kontakt z osobami, nieważne czy to jest pięć – sześć osób, czy pięćdziesiąt, ale ta wymiana jest bezpośrednia.

Jednak z Internetem dobrze Pan sobie radzi. Widoczna jest pana aktywność w mediach społecznościowych.
Nie mam wyboru. Trzeba spróbować być aktywnym. Ja jestem głównie aktywny na swoim profilu na Instagramie.

Zdradzi nam Pan plany kulinarne na najbliższą przyszłość? Wiemy już, że otwiera Pan nową restaurację.
Będzie nowa restauracja, dziesiąta edycja MasterChef, kontynuacja współpracy z Kenwoodem. I tak już dużo (śmiech).

Wracając do tematu inspiracji, o której mówiliśmy, myślę, że jestem teraz w takim okresie życia (i w takiej sytuacji na świecie), że mam zupełnie inne przemyślenia odnośnie tego, co miałbym robić… dotyczą one choćby restauracji, którą mamy otworzyć latem. Ja chcę już zapomnieć o tej kuchni wykwintnej, wyrafinowanej, jaka była w Bisto de Paris. Chciałbym teraz całkowitej zmiany. Czegoś prostego. Zastanawiam się: co powinienem proponować moim gościom na co dzień? To bardzo trudne pytanie dla mnie. Nie wiem, w którym kierunku iść… bo kucharz nie gotuje dla siebie. Kucharz gotuje dla innych. Trudno jest przewidzieć, na co mają teraz ludzie ochotę. Mam więc ogromny stres związany z nową restauracją. Pracowałem przez 40 lat w restauracjach drogich, luksusowych, dedykowanych konkretnym klientom, zwykle biznesowym. Już tego nie chcę. Chcę otworzyć restaurację dla ludzi, żeby każdy mógł wpaść. Dla dzieci, dla wegetarian, wegan, dla wszystkich. To nie jest łatwe. Teraz trzeba dobrać menu, opracować szczegóły. Obawiam się, że goście oczekują ode mnie czegoś więcej. Jak już jednak wspomniałem, mam prawie 60 lat. Restauracja ma być teraz frajdą, a nie samym biznesem.

Michel Moran:
francuski kucharz o hiszpańskich korzeniach. Znany Polakom przede wszystkim z programu MasterChef. Jako ambasador marki Kenwood prowadzi warsztaty kulinarne, podczas których wykorzystuje roboty kuchenne Kenwooda. Jak sam podkreśla: Mam  robot na stałe w mojej kuchni. Ile razy coś blendujemy, robimy ciasto, mielimy pulpety, czy szatkujemy warzywa – robot zawsze ułatwia nam pracę. Jest bardzo wygodny, nawet gdy gotujemy dla dwóch – trzech osób.

Dla miłośników gotowania Kenwood stworzył też na Facebook’u grupę You can Cook. Jeśli należysz do ludzi kochających gotowanie – warto dołączyć.

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Psychologia

Nie bój się mówić mężczyźnie, czego od niego chcesz

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wiadomo o kobietach, że czekają, aby ich mężczyźni domyślili się, czego one chcą. Skazują się tym samym na dramatyczne rozczarowanie. Czekają, czekają, przeważnie się nie doczekują… i zaczyna się: żal i pretensja.

Ogłupiały chłop słyszy: „Ty mnie wcale nie rozumiesz! Nie spełniasz moich potrzeb!”. A skąd on ma znać jej potrzeby? Jeszcze pół biedy, kiedy ona sama zna je jako tako. „Ale o co ci chodzi? Co ty byś chciała, żebym ja robił? Wytłumacz mi” – dopytuje, jeszcze otwarty na spełnianie życzeń ukochanej mężczyzna. „Ach tak, ty, oczywiście, nie wiesz!” – stwierdza z gryzącą ironią ona. „A skąd mam wiedzieć, jeśli ty mi nie mówisz!” – On jest coraz bardziej zły. „Wszystko mam ci mówić jak dziecku, tak? To taka sztuka pomyśleć, czego potrzebuje twoja kobieta?!” – Rozżalona partnerka czuje się coraz bardziej niekochana. Jemu opadają ręce, a ponieważ nienawidzi czuć się bezradny, dobija ją: „No nie, wy jesteście nie do wytrzymania. W ogóle nie można się z babami dogadać!”.

Uwaga na boku – zdarzają się męskie wyjątki, które same z siebie odczytują kobiece pragnienia, bo je znają: są to bracia licznych sióstr (ale ilu takich można spotkać w przyrodzie?) lub wychowani w symbiozie z matką (ale ile z nas chciałoby mieć takiego partnera?). No i jeszcze oszuści matrymonialni, którzy żyją z tej wiedzy.

No więc nadchodzą ciche dni, potem zgoda. Później on znów się czegoś nie domyśla. Nawet próbuje i się stara, ale nie trafia i po jakimś czasie (różne osobniki męskie poddają się w różnym tempie) przestaje nawet próbować. Wtedy ona, obolała od tego oczekiwania, donosi mu: „Ja już cię wcale nie obchodzę!”. A on zaczyna się zastanawiać, czy tak jest naprawdę…

Tak, tak, jest to obraz jednostronny. Świadomie dotykam tu tylko jednego kawałeczka tkającego się nieustannie gobelinu pt. „Trudne życie we dwójkę”. A propozycję rozwiązania przedstawię też tylko na przykładzie jednej, ale, sądzę, dość symptomatycznej sytuacji. Nazwijmy je „Instrukcją obsługi płaczącej kobiety”.

Nadchodzi taki dzień, że kobieta zamyka się w pokoju i znienacka zaczyna: płakać, siąpać nosem, nie słyszeć, co się do niej mówi, patrzeć nieprzytomnie (niepotrzebne skreślić). On, zaniepokojony, pyta: „Czy to przeze mnie?”. Ona fuka: „Mam swoje sprawy”. On, z ulgą, że to nie o niego chodzi, wkracza w rolę doradcy: dopytuje, zbiera dane, wyciąga wnioski, co ona ma z tym zrobić, i na koniec zadowolony, że rozwiązał jej problem, oświadcza: „No już, już się nie przejmuj. Nie ma powodu”. Czeka na pochwałę, a tu baba w bek. „No nie, znowu?! Ja już nic nie rozumiem”. I to jest właśnie prawda.

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili, mniej więcej tak:

Mój kochany, chcę cię poprosić o coś, co będzie dla ciebie łatwe, a dla mnie ważne i miłe. Powiem ci, jak potrzebuję być przez ciebie traktowana, kiedy płaczę. Otóż chcę móc wtedy złożyć główkę na twoim męskim ramieniu i chlipać bez żadnych rad ani pytań z twojej strony. „Jak to bez rad i pytań?!” – zapyta on wtedy. (Mój spytał). – „Przecież chcę wiedzieć, co się dzieje!” To ja ci potem opowiem, jak mi już przejdzie albo jak załatwię sprawę. Ja chcę się przy tobie móc tylko wypłakać. Czuć się wtedy zaopiekowana, a nie wypytywana. Nie musisz się wcale skupiać na powodach mojego stanu. Możesz myśleć, o czym chcesz, nawet o meczu, byłeś mnie mocno objął i może trochę pogłaskał. „Naprawdę?!” – zdumiał się mój mężczyzna. – „Ja ci się zawsze staram pomóc!” Ale ja jestem duża dziewczynka, jeśli chodzi o radzenie sobie, ja tylko chcę się poczuć małą dziewczynką, która ma się komu wypłakać.

A jak już ucichnę, to jeszcze mógłbyś zapytać czule: „Może jeszcze trochę zostało?”, i poczekać, aż powiem: „Już”.

„I to wszystko?!” – on ma okrągłe oczy ze zdziwienia. Tak, kochanie, to wszystko, a ja będę ci bardzo wdzięczna i zachwycona, że mam takiego kochanego mężczyznę, opokę. „Ja będę mógł myśleć o meczu, a ty mną będziesz zachwycona?!” Dokładnie tak, tylko mnie słodko obejmuj. „Kochanie, masz to u mnie od dziś”. A po chwili: „A gdy będziesz płakała przeze mnie?” – zapyta przytomnie. A to już będzie całkiem inna historia.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym