1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Katarzyna Dąbrowska: Rude jest piękne, czyli jak pozbyłam się kompleksów

Katarzyna Dąbrowska: Rude jest piękne, czyli jak pozbyłam się kompleksów

Katarzyna Dąbrowska podczas Gali Finałowej Plebiscytu Telekamery Tele Tygodnia 2018 (fot. BEW PHOTO)
Katarzyna Dąbrowska podczas Gali Finałowej Plebiscytu Telekamery Tele Tygodnia 2018 (fot. BEW PHOTO)
Kasia Dąbrowska - popularna aktorka serialowa i teatralna, laureatka wielu konkursów wokalnych. Swoje pierwsze kroki na scenie stawiała w Nidzicy, gdzie się wychowała. I kto by pomyślał, że wszystko zaczęło się od marzenia małej piegowatej dziewczynki. 

Podobno to Wojciech Młynarski namówił cię do tego, żebyś zdawała do szkoły aktorskiej. Namówił to zbyt wiele powiedziane, być może z perspektywy Pana Wojciecha to był grzecznościowy small talk z licealistką, ale dla mnie ta rozmowa była swego rodzaju katalizatorem. Konkurs Piosenki Francuskiej, rok 2000, Wojciech Młynarski jako przewodniczący jury, dostałam wtedy nagrodę Grand Prix w kategorii amatorów. Miałam 16 lat, padło pytanie o studia po maturze, czy myślę o zdawaniu do szkoły teatralnej, bo mam rodzaj scenicznego zacięcia. Odpowiedziałam, że owszem, ale po cichu. Mistrz zaaprobował, odszedł, a ja zostałam. Oszołomiona. Miałam już wtedy pierwsze amatorskie doświadczenia, zarówno te muzyczne, jak i teatralne. Zawsze dobrze czułam się na scenie i nieśmiało marzyłam, by ta pasja stała się moim zawodem, ale miałam w sobie wiele obaw. Kiedy więc wielki Wojciech Młynarski zasugerował, że mogłabym się do tego nadawać, uwierzyłam, że to możliwe.

Co by było, gdybyś go nie spotkała? Nie wiem i zgadzam się, że od tego, jakie osoby los postawi na naszej drodze, często zależy wybór ścieżki, którą dalej pójdziemy. Oczywiście, słyszałam już wcześniej głosy aprobaty, zbierałam nagrody na rożnych konkursach, ale takich dzieciaków jest mnóstwo. Tak naprawdę myślą o tym, że chce zdawać do szkoły aktorskiej, zaczęłam dzielić się ze światem dopiero po słowach Mistrza. Wcześniej wiedziała moja mama, no i Jacek, instruktor z Domu Kultury w Nidzicy. Na zajęcia do NOK-u wymykałam się zresztą tak często, jak tylko mogłam. Ciągnęło mnie na scenę, do tej magii, kiedy strach zostaje za kulisami i jest tylko przyjemność, adrenalina. To trochę jak przejście przez szafę do Narnii. Nigdy nie zapomnę też momentu, kiedy na egzaminach wstępnych do szkoły aktorskiej Maja Komorowska dała mi zadanie, by „pofrunąć” podczas jednego z monologów. I naprawdę miałam poczucie, że to możliwe, że jeszcze chwila i pofrunę. To było takie dziwne uczucie, które pojawiło się nie tylko w mojej głowie, ale i w ciele, wolność, lekkość, a jednocześnie pokusa, by odepchnąć się od tego powietrza wokół mnie.

Pracujesz na emocjach. Bez ram się nie obejdzie. Najlepsze ramy to te wynikające własnie z dobrego przygotowania i to mi daje poczucie bezpieczeństwa. W „Na dobre i na złe” mamy od tego cały sztab lekarzy – konsultantów dbających o nasz komfort w scenach medycznych. Kiedy dostałam propozycję zagrania Dziuni w „Sprawiedliwym”, poczułam, że muszę dowiedzieć się jak najwięcej na temat sytuacji kobiet w latach 40., zwłaszcza na wsi. Była biblioteka, Internet, ale i przyjaciele, którzy znosili mi to, co znaleźli w domach, filmy dokumentalne, albumy, biografie… Bardzo pomogła mi Jadwiga Adamowicz, konsultant programowy i dobry duch Teatru Współczesnego, wyszukała dla mnie „Pamiętniki Chłopów”. Sięgnęłam też do moich wspomnień z dzieciństwa, wakacji spędzanych na wsi i opowieści dziadków o wojnie. Przygotowując się do „Agnus Dei”, miałam już połowę pracy za sobą, czyli szeroko zakrojony pejzaż historyczny, ale doszło mnóstwo przygotowań dotyczących życia zakonnego. Był taki czas, że co wieczór czytałyśmy scenariusz z reżyserką, Anne Fontaine, i biegałyśmy na próby chóru… To było bardzo intensywne, ale też bardzo twórcze. Rzadko spotykany komfort.

Aktorzy mówią, że bardzo wiele zmienia sam kostium... Lubię moment pierwszych przymiarek, ciesze się na to nadchodzące spotkanie z kobietą, którą mam za chwilę stworzyć, pokazać na ekranie czy na scenie, jestem jej ciekawa. Dziunia w dużych męskich butach, które zakłada do pracy, ma prawdziwe wełniane, zrobione na drutach skarpety z dziurami na spodzie – to prowokuje niewygodę, a niewygoda jest dla mnie interesująca.

Cofnijmy się do czasów, kiedy to wszystko się zaczęło. Mazury, Nidzica. W ekranizacji „Ziarna prawdy” pada zdanie: „Mieszkał pan kiedyś poza Warszawą? Nie?! To gówno wie pan o życiu”. Prowincja nigdy nie stanowiła dla mnie problemu. Moje kompleksy były związane bardziej z piegami i rudymi włosami, a nie z tym, że pochodzę z małego miasteczka. Kiedy przyjechałam na studia do Warszawy, nadal nie odczuwałam, że małe miasto to coś złego. Na roku więcej nas było z Kozienic i Starachowic niż z Warszawy czy Krakowa.

Może prowincja to siła? Ludzie tam odważniej marzą. Niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że gdybym nie była tą małą rudą dziewczynką z Nidzicy, to może nie byłabym tu, gdzie jestem. Kompleksy są ogromną siłą. Choć akurat Nidzica zawsze była dla mnie powodem do dumy. Ciesze się, że jestem z Mazur! To na nidzickiej scenie, na zamku, stawiałam pierwsze kroki. Kocham te krajobrazy, lasy, jeziora… To mój najlepszy azyl, mam tam swoje ulubione miejsca, na uboczu, z dala od  głównych traktów turystycznych. Ciesze się, że są jeszcze takie rejony, w które ludzie boja się zapuszczać. Nidzica kojarzy mi się też z dzieciństwem od rana do nocy na podwórku, gdy do zabawy wystarczały dwa pustaki i trzy liście babki, tam królowała nasza wyobraźnia. Jednocześnie jako dziecko z kluczem na szyi na tym nidzickim osiedlu czułam się bezpiecznie, dopiero dziś widzę, że ta mała okoliczna społeczność bardzo nawzajem o siebie dbała, zawsze któraś z sąsiadek miała nas na oku.

To plusy, ale bohater Miłoszewskiego miał na myśli także swoistą małomiasteczkową psychikę. Jako piegowaty rudzielec musiałaś odstawać od reszty. Moje rude koleżanki z dużych miast nie miały kompleksu z powodu swoich włosów, może więc małe społeczności, ponieważ są mniej zróżnicowane, są mniej tolerancyjne? W każdym razie była to niezła szkoła życia, szybko nauczyłam się nie pozostawać dłużną swoim ewentualnym oprawcom. Jeśli mnie ktoś zaczepił, dostawał natychmiastową ripostę i kontratak – potrafiłam się w mig ze wzorowej uczennicy przemienić w niezłego łobuza.

No ba, ruda to charakter! Kiedy zrozumiałaś, że kolor włosów może być atutem, nie wadą? Po pierwszym miesiącu w szkole teatralnej mieliśmy rozmowy z profesorami i zapytano mnie, co chciałabym zagrać u Szekspira. „Sama nie wiem, taka ruda, z takimi dziwnymi warunkami. A co mogłabym zagrać?” – wahałam się, na co jeden z moich profesorów odpowiedział: „Pani Kasiu, w Szekspirze dla pani akurat jest prawie wszystko, zresztą nie tylko w Szekspirze”. Widzisz, byłam ze względu na swój typ urody komplementowana również wcześniej, ale nie potrafiłam tych miłych słów przyjmować, szkoła teatralna mnie z tego wyleczyła. Przestałam się zajmować kompleksami, bo tam nie było czasu, żeby się nad sobą użalać. Nawet nie zauważyłam, kiedy wreszcie uwierzyłam, że kolor to mój atut.

Bo jest! Z drugiej strony na castingach ludzie kierują się tyloma względami, że nic nie jest oczywiste. Ale śledzę ścieżkę zawodową wszystkich rudzielców (śmiech). Jessica Chastain, którą uwielbiam, powiedziała kiedyś, że w pewnym momencie była tak załamana brakiem ciekawych ról, że chciała przefarbować włosy na blond. Dzisiaj coraz częściej zdarza się, że ktoś mówi: „Ej, ty nie jesteś wcale ruda, tylko blond”. Szkoda, bo z czasem mój naturalny kolor zbladł pod wpływem słońca. Wewnętrznie rudzielcem będę zawsze. Nie mam jednak hamulców, by się przepoczwarzyć do jakiejś roli – przefarbować, oszpecić – jeśli będzie to miało głębszy sens. Kiedy grałam w „Sprawiedliwym”, nie chciałam siebie oglądać, żeby nie kontrolować tego, jak gram. Bałam się, że zacznę „cenzorować” Dziunie, a nie grałam przecież seksbomby, tylko wiejską dziewczynę.

Porozmawiajmy o Wiktorii Consalidzie, którą grasz w „Na dobre i na złe”. Przylgnęła do niej łatka „wrednej rudej”. Powiedziałaś kiedyś, że bardzo cię ten epitet cieszy. Podtrzymuję, uwielbiam tę rudą, choć obecnie nie jest już taka wredna jak kiedyś. Trochę się uspokoiła, ale nie spokorniała. Jest ordynatorem, więc musi umieć postawić na swoim. Na początku miała konflikt z całym światem. Chciała wszystkim udowodnić, że jest najlepsza. Teraz skoro zawodowe marzenia się spełniły, zaczęła zauważać, że bez bliskich relacji i udanego związku nie jest to jednak pełnia szczęścia. Myślę, że to, co pokazujemy na ekranie, to bardzo współczesna kwestia, znam i obserwuję takie kobiety. Całą swoją energię wkładają w pracę, w zawodowy sukces, który daje im poczucie spełnienia, a potem nagle okazuje się, że na poziomie budowania bliskiej relacji z drugim człowiekiem ich doświadczenie jest nikłe, tak jakby w tej dziedzinie nie zdążyły dojrzeć.

W sztuce „Najdroższy” grasz Olgę, która zakochuje się w przeciętniaku. Twoje serce by zdobył? Moja bohaterka ma zupełnie inny background niż ja, 10 lat z nieokrzesanym Kazachem czegoś ją jednak nauczyło, prawda? Pignon, którego gra Andrzej Zieliński, ma ogromne poczucie humoru, a to działa na kobiety. Zdarzyło mi się poznać mężczyznę, który aparycją nie zachwycał, ale jego inteligencja i dowcip rozłożyły mnie na łopatki. Ja chyba bardziej zakochuję się w mózgu niż w efektach specjalnych. Nie jestem jednak pewna, czy Pignon to mój ideał faceta, ale może nie powinniśmy tak trzymać się tych ideałów?

Jesteś mocno osadzona we współczesności czy czujesz się dziewczyną z innej epoki? Zadałaś najtrudniejsze pytanie świata! Bo z jednej strony mocno stąpam po ziemi, z drugiej mam w sobie jakąś tęsknotę za przeszłością. Uwielbiam stare meble, pasjami czytam książki opisujące inne epoki i uciekam w świat wyobraźni. Do tego jestem zodiakalną Rybą. Bywa, że pędzę z miejsca na miejsce, plan zdjęciowy, zakupy na targu, kolejna próba, spektakl. A są dni, gdy zaszywam się pod kocem z książką lub od rana do wieczora oglądam stare francuskie filmy. Lubie się zanurzać w inne światy. Im bardziej coś jest odległe ode mnie, tym bardziej mnie fascynuje. Także zawodowo. Moim zdaniem fajna praca to taka, która cię rozwija także prywatnie. Myślę, że w każdej z moich ról dotknęłam ciekawego tematu. Nawet jeżeli dziś to na razie teoria, to przynajmniej postawiłam sobie ważne pytania. Czasem wracam do domu po 18 godzinach, ale nie mam poczucia, że to jest harówka. Sama się dziwie, jak to jest możliwe, że ktoś mi za to płaci. Za najlepszą przygodę mojego życia!

Wyobraź sobie, że możesz zagrać w jednym z bijących rekordy popularności seriali… Myślę, że byłabym super w „Grze o tron”. Mogłabym zagrać tam cokolwiek. Nie miałabym też nic przeciwko roli Claire Danes w „Homeland” – silna i jednocześnie bezbronna wobec swojej choroby. Niesamowita jest też Robin Wright w „House of Cards”. Filmowo zdecydowanie interesują mnie silne kobiety.

Choć mówi się, że w życiu maja trudno. I znów wracamy to tego, jak często różni się to, jak nas postrzegają, od tego, jacy jesteśmy. Mam opinię pracusia, tymczasem ja się uważam za nie dość pracowitą, bo po prostu bardzo łatwo przyswajam najtrudniejsze nawet teksty. Zdarza mi się też słyszeć, że przy pierwszym spotkaniu wydałam się komuś zimna, niedostępna. Podobno mam takie warunki. Silny, autorytarnie brzmiący głos, do tego jestem dość wysoka, w teatrze mówią „posągowa”… Najzabawniejsze, że ja się wcale tak nie postrzegam. Ale już wiem, jakie mogę sprawiać wrażenie – mogę nad tym pracować albo zaakceptować, i tyle. Najtrudniejszy jest okres dojrzewania, kiedy nic nie rozumiesz i wszystko cię przeraza. Dziś momenty, kiedy niczego nie ogarniam i pytam siebie: „Co się dzieje z moim życiem?”, zdarzają mi się o wiele rzadziej.

Czego jeszcze się o sobie dowiedziałaś? Przestałam się już bać prosić o pomoc. Także w chwilach, kiedy czuję, że zwariuję, a dzieje się to zwykle wtedy, gdy w moim życiu następuje spokój i stagnacja. Bywają też momenty paniki w stylu: „A co, jeśli ja tej roli nie udźwignę?”. Przy „Sprawiedliwym” bardzo mi pomógł Maciej Englert, dyrektor Teatru Współczesnego. Kiedy powiedziałam mu, kogo gram, że to lata 40., dał mi taką radę: „Pamiętaj, wtedy ludzie nie bali się swojej emocjonalności. Wy dzisiaj chcecie grać skomplikowanych ludzi i głęboko schowane uczucia, które tylko czasami przebłyskują lub wybuchają spod tych grubych warstw. Oni byli bardziej »na zewnątrz«, sentymentalni, prości w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie wstydzili się wzruszyć wschodem słońca”. To była genialna wskazówka.

Masz jeszcze jakieś plany, marzenia na ten rok? Obiecałam sobie dwutygodniowy urlop, bo w zeszłym roku nie było na to czasu. Być może jakaś daleka podroż, żeby spojrzeć na życie z dystansem. Chciałabym, żeby było tak, jak jest, by dobra passa trwała, a plany zawodowe, które maja ruszyć, ruszyły. To wszystko…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - skąd je brać?

Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Samouwielbienie i totalny brak wiary w siebie - dwa skrajne sposoby odczuwania własnej wartości. Obydwa niszczące. A nic tak człowieka nie buduje jak głębokie wewnętrzne przekonanie, że jest ważny i zasługuje na szczęście. Jednak ważny i zasługujący na szczęście tak samo jak inni ludzie.

Artykuł archiwalny

Poczucie własnej wartości (inaczej samoocena) to fundament, na którym opiera się cała konstrukcja naszego życia, to podstawowa ludzka potrzeba. Takiego zdania są zarówno psychologowie, jak i nauczyciele duchowi. Nathaniel Branden, autor książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, pisze: „Są rzeczy, przed którymi nie ma ucieczki. Jedną z nich jest rola poczucia własnej wartości”.

Wielu z nas próbuje jednak uciekać przed prawdą o sobie. W pracę, uzależnienia, przyjemności. Ci permanentni uciekinierzy to ludzie o niskim poczuciu własnej wartości. Ale niska samoocena działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. Cicho tyka przez całe lata, podczas gdy człowiek żądny sukcesu i wrażeń wspina się po szczeblach kariery, rzuca w coraz to nowe zajęcia, zmienia partnerów. A wszystko po to, aby jeszcze bardziej zademonstrować swoje „mistrzostwo”, a tak naprawdę zagłuszyć dochodzące z głębi duszy złe mniemanie o sobie.

Przeznaczenie do szczęścia

To musi się źle skończyć, bo samoocena jest jak samospełniająca się przepowiednia – jeżeli źle oceniamy siebie, to mniej lub bardziej świadomie programujemy się na porażkę. Ludzie z niską samooceną wycofują się, poddają, zamykają. Albo za wszelką cenę chcą pokazać całemu światu, że jest inaczej, niż sami o sobie myślą. A kiedy przychodzi sukces, sabotują go: rozpijają się, wikłają w toksyczne związki, prowadzą hulaszczy tryb życia. Dzieje się tak dlatego, że sukces koliduje z ich wewnętrznym przekonaniem o tym, kim są. Jeżeli „wiem”, że moim przeznaczeniem jest bycie nieszczęśliwym, to nie mogę pozwolić, by rzeczywistość wprowadziła mnie w zakłopotanie z powodu szczęścia. Dlatego niszczę to, co osiągnęłam. I nie ma znaczenia, że to irracjonalne i autodestrukcyjne. Podobnie, wbrew własnym interesom, postępuje wielu błyskotliwych ludzi. To, że są inteligentni, nie stanowi żadnego zabezpieczenia.

Skutecznym zabezpieczeniem jest jedynie wysoka samoocena. Poczucie, że potrafię stawić czoła podstawowym życiowym wyzwaniom. Umiejętność patrzenia na świat własnymi oczami. Przekonanie, że mam prawo do szczęścia, zaspokajania swoich potrzeb i pragnień, osiągania tego, co dla mnie ważne, do radości z owoców swojej pracy. Mimo deficytów, słabości, ocen płynących ze świata.

Ela Krzemińska, zakopiańska artystka, projektantka mody, mama dwóch synów, (po rozwodzie), żyje jakby na przekór schematom. Zamieszkała w Zakopanem, choć nie może chodzić po górach. Zajmuje się modą, choć nigdy nie założy mini ani szpilek. Jest aktywna zawodowo, społecznie, a wedle stereotypów powinna tylko liczyć na innych. I na dodatek cieszy się życiem, a byłaby usprawiedliwiona – wszak jest po chorobie Heinego-Medina – gdyby załamywała ręce nad swoim losem.

– Mam różne braki, choruję od piątego miesiąca życia, ale nie jestem brakiem ani chorobą. Jestem tym, co robię, myślę, widzę, czuję, czytam, mówię. Anthony de Mello napisał, że jeśli ktoś chce być ofiarą, to będzie. Ja nie chcę, szkoda mi czasu.

Nathaniel Branden powiedziałby, że Eli pomogła wysoka samoocena. Jej esencją jest zaufanie do własnego umysłu i przekonanie, że zasługujemy na szczęście. Potęga takiego myślenia o sobie polega przede wszystkim na tym, że motywuje do działania. A jednocześnie zależy od tego, jak działamy. Bo działanie i samoocena są ze sobą sprzężone. Mając wysoką samoocenę, jestem wytrwalsza w pokonywaniu trudności. Bardziej uparta i zmotywowana do osiągania celu. A gdy go osiągam – umacniam tym samym obraz samej siebie.

„Wartość wysokiej samooceny nie polega wyłącznie na tym, że pozwala nam czuć się lepiej, ale że pozwala ŻYĆ lepiej” – pisze Branden.

Poczucie własnej wartości ma wielki wpływ na wszystkie dziedziny naszego życia, zarówno zawodowe – a więc satysfakcję z pracy, osiągnięcia – jak i prywatne: w kim się zakochujemy, jak traktujemy partnerów, dzieci, przyjaciół, czy czujemy się szczęśliwi.

Kostas Georgakopulos, muzyk, kompozytor, lider niszowego zespołu Kostas New Program, stworzył na Festiwalu Filmowym „Era Nowe Horyzonty” we Wrocławiu scenę muzyczną, na którą zaprosił wiele alternatywnych kapel ze świata. Kiedy zapytałam, czy nie korci go, żeby samemu wskoczyć na scenę, odpowiedział: – Nie. Bo ja nie mam kompleksów.

Badacze tematu między brakiem kompleksów a wysoką samooceną stawiają znak równości.
Kostas: – Moim zdaniem wysokie poczucie własnej wartości to obiektywna analiza swoich możliwości plus to, co możemy zrobić, żeby było coraz lepiej. Przekonałem się, że kiedy dokonuję takiej analizy, chłodnej i wyważonej, wcale nie muszę się frustrować, bo mierząc siły na zamiary, nie podejmuję się rzeczy, których nie udźwignę. I nie najgorzej na tym wychodzę. Realizuję swoje małe plany i o to mi właśnie chodzi, żeby nie mieć poczucia, że toczy się za mną wielka kula, która może mnie przygnieść, tylko żeby każdego dnia spokojnie działać. Nie wybiegam przy tym specjalnie w przyszłość ani też nie wracam do przeszłości. Tak po buddyjsku, choć nie jestem buddystą, zatapiam się w tu i teraz.

Ela Krzemińska: – Co rozumiem przez poczucie własnej wartości? Wiarę w siebie, z dystansem, bez przesadnego krytycyzmu, ale i bez kompleksów, które są motorem złych rzeczy. Jako projektantka obserwuję ludzi i po tym, jak się noszą i jak chodzą, widać, jakie mają o sobie mniemanie. Ważna jest też uczciwość. Jeżeli człowiek jest uczciwy, to patrzy w oczy, chodzi z podniesioną głową, czuje się pewnie.

Potwierdzają to psychologowie: Na to, jak o sobie myślimy, wpływa wiele cech osobowości: uczciwość, racjonalizm, intuicja, niezależność, elastyczność, szczerość, zdolność do radzenia sobie ze zmianą, umiejętność przyznawania się do błędów, życzliwość i gotowość do współpracy.

 

Cieszę się, że jestem inny

Skąd jednak brać to poczucie? Ela Krzemińska: – To się wynosi z domu. Moi rodzice nie robili problemu z tego, że jestem chora. Mieli te same oczekiwania wobec wszystkich dzieci i tak samo nas kochali. To dało mi mocny kręgosłup.

Posłali Elę do szkoły muzycznej po to, żeby – jak tata potem tłumaczył – dać jej jeszcze jeden atut: Nie może biegać, to zagra na pianinie.

Ela mówi, że miała także szczęście do ludzi. Pamięta pierwszą rytmikę w ognisku muzycznym. Wiadomo, że ona się do tych zajęć nie kwalifikuje, a nauczycielka mówi: „Ćwicz sobie w swoim rytmie”. Nieustannie doświadczała życzliwości i zrozumienia.

– I to mi pomagało uwierzyć w siebie. Nigdy nie czułam się pokrzywdzona. Dużo czytałam, wszystkiego byłam ciekawa, zawsze chciałam mieć coś do powiedzenia.

Kryzys przyszedł w okresie dojrzewania, kiedy zaczęła myśleć o sobie jako o kobiecie, kiedy chciała się podobać. Wcześniej nie miała oporów, żeby chodzić w sukienkach, które dostawała w paczkach z Ameryki. A tu zaczęła ukrywać chorą nogę w spodniach. Ale nie trwało to długo.

– Doszłam do wniosku, że jeśli będę nieszczęśliwa, to wszyscy będą się ze mną męczyć, i że ja tego nie chcę. A potem wymyśliłam sobie wizerunek, ni to cygański, ni to hippisowski. Na tyle skutecznie, że zaczęto wołać za mną „Cyganka”, a nie „Kulawa” na przykład.

Kostas, jak sam mówi o sobie, jest człowiekiem dwóch energii: spokojnej, wyważonej, pragmatycznej (mama Polka) i gwałtownej, dionizyjskiej, spontanicznej (tata Grek).

– Moje nazwisko bardzo pomogło mi w samookreśleniu się i zaistnieniu wśród rówieśników. Jadę na kolonie, nazywam się Kostas Georgakopulos i natychmiast się wyróżniam. Wiele lat takiego wyróżniania z powodu nazwiska spowodowało, że się do tego przyzwyczaiłem. Moja inność mnie wzmacniała, dawała poczucie ważności, pewności siebie. Do dzisiaj czuję się fantastycznie z tym, że mama jest Polką, tata Grekiem, że trochę bywam tutaj, trochę tam. A w ogóle jestem anglofilem, bo tak naprawdę najbardziej na świecie kocham kulturę anglosaską. Kompletna paranoja? Raczej eklektyzm w pozytywnym sensie. Teraz już wiesz, dlaczego udało mi się stworzyć taką scenę muzyczną na festiwalu Era Nowe Horyzonty.

Twierdzi, że swoje mocne poczucie wartości zawdzięcza także literaturze, muzyce i kinu. Książki wręcz pożerał – w wieku ośmiu lat zapisał się do biblioteki osiedlowej. Pomogła mu także muzyka – od 17. roku życia śpiewa, gra na instrumentach analogowych, komponuje.

– Miałem zawsze takie fajne poczucie podmiotowości. Patrzyłem na ludzi na ulicy i myślałem sobie: „Jestem muzykiem, wyróżniam się”. Taka naturalna chłopięca radość z egzystencji. Zawsze najważniejsze było dla mnie tworzenie, nie zastanawiałem się, czy będę gwiazdą rock and rolla. Już jako dorosły odkryłem kino. Moim największym sukcesem jest to, że od 25 lat gram. Mam taką wręcz zwierzęcą potrzebę tworzenia muzyki. W październiku wychodzi moja nowa płyta „Fooodd”, do nagrania której zaprosiłem muzyków z całego świata. Ta płyta jest moją niezgodą na to, że nie ma na świecie autorytetów.

Pozdrawiam twoją wielkość

Wysoka samoocena przynosi same korzyści – stymuluje do podejmowania ambitnych celów, daje siłę do radzenia sobie z problemami. Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. Tym lepiej jesteśmy przygotowani do tworzenia harmonijnych, a nie wyniszczających związków.

Czy poczucie własnej wartości może być zbyt wysokie? Według Brandena nie może. Tak jak nie można być zbyt zdrowym. Czasami jednak wysoka samoocena jest mylona z arogancją, narcyzmem, przerostem ambicji, poczuciem wyższości. Osoba o wysokiej samoocenie nie potrzebuje wywyższać się ani udowadniać swojej wartości przez porównywanie się do innych. Radość daje jej to, kim jest, a nie to, że jest lepsza od innych.

Poczucie własnej wartości na głębokim duchowym poziomie jest rozumiane jako wspólna wszystkim ludziom część, coś, co ich łączy. W kulturze tybetańskiej nie istnieje pojęcie niskiego poczucia własnej wartości. Kwintesencją wysokiego poczucia są słowa, jakimi Tybetańczycy pozdrawiają każdego napotkanego człowieka: Tashi deley („Pozdrawiam twoją wielkość”). Pozdrawiam miejsce w twym sercu, w którym mieszkają: twoja odwaga, honor, nadzieja, miłość i marzenia. Pozdrawiam to miejsce w tobie, gdzie – jeżeli ty znajdujesz się w tym miejscu wewnątrz siebie, a ja w takim miejscu wewnątrz siebie – jesteśmy jednością.

  1. Psychologia

„Zapobiegaj zamiast żałować” – jak przeciwdziałać samobójstwom dzieci i nastolatków?

- Poczucie własnej wartości jest dla każdego trampoliną do działania. - podkreśla Michał Zawadka, ekspert relacji z młodzieżą. (fot. iStock)
- Poczucie własnej wartości jest dla każdego trampoliną do działania. - podkreśla Michał Zawadka, ekspert relacji z młodzieżą. (fot. iStock)
10 września obchodzimy Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Jest to coraz bardziej palący problem, również w Polsce. Warto zwrócić na niego uwagę szczególnie pod kątem dzieci, które częściej niż kiedyś targną się na swoje życie. Wykluczanie, piętnowanie, hejtowanie – to mechanizmy, które zwykle przyczyniają się do tragedii. 

Samoocena polskich nastolatków jest bardzo niska. Coraz więcej z nich cierpi na brak wiary w siebie, w swoje możliwości. Żyją z poczuciem, że są nikomu niepotrzebni. Depresyjne stany trwające miesiącami, a nawet latami w połączeniu z wyzwalaczem, jakim jest szkalowanie ze strony rówieśników (często poprzez media elektroniczne) – prowadzą do porywania się na własne życie.

W statystykach policji z ostatnich lat można znaleźć przerażające dane. Co 47 minut młody człowiek próbuje targnąć się na swoje życie, a 16% dzieciaków, w wieku między 11 a 17 rokiem życia, samookalecza się...

- Znam te wszystkie dane. Czytam o nich regularnie. Regularnie też przypominają mi o tym młodzi. Spotykam się z nimi intensywnie od wielu lat, słucham, czytam tysiące wiadomości, poznaję historie pełne krzyku i życiowego bólu i… to nie jest problem! Obecna sytuacja młodego pokolenia to nie jest problem! Musimy sobie zdać sprawę, że to są konsekwencje – tłumaczy ekspert relacji z młodzieżą Michał Zawadka - Uznając to za problem, zajmujemy się objawami, szukając rozwiązania w zmianie zachowań nastolatków. Natomiast kiedy obecną sytuację potraktujemy jako konsekwencje, będziemy mieli szansę spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. Przeanalizujemy co do niej doprowadziło i doprowadza, czego zabrakło, czego było za dużo, co było nieodpowiednie, co zmienić. To jedyna droga do pracy z młodzieżą - zmiana świata, często naszego dorosłego, który wpływa na młodych ludzi. To co musimy zmienić to „społeczne bodźce” zewnętrzne.

Odkąd zacząłem pracować z dziećmi i pisać dla nich książki, praktycznie w każdym tygodniu czytam słowa wyciskające łzy. Nie zawsze są to listy samobójcze, jednak jest ich zatrważająco dużo... Wśród ponad dwóch tysięcy wiadomości 60 do 70 procent to krzyk o uważność. Dlaczego ja o tym czytam, a rodzice nie wiedzą? Ponieważ ja ich słucham, a rodzice w pędzie za pozornym szczęściem swoich dzieci często żyją wyobrażeniami na temat swoich dzieci, a nie wiedzą o nich.

Brak dobrych relacji ze swoim dzieckiem i nieumiejętność ich budowania to temat wielu organizowanych współcześnie konferencji i szkoleń. Dotarliśmy do czasów, w których gonimy wciąż za dobrobytem materialnym i nie starcza nam czasu na załatwienie codziennych spraw. Relacje międzyludzkie i rodzinne stały się tu najsłabszym ogniwem. Chcemy dostosować się do innych i ulegamy społecznej presji. Dzieci też to czują. Odbierają sobie więc prawo do popełniania błędów, do bycia nieidealnym. Żyją w poczuciu winy. Nie znając ich trosk, wyzwań, emocji, przeżyć i marzeń - tracimy je. Jak podkreśla Michał Zawadka: Nie, nie chcę z nich robić delikatnego pokolenia. Wręcz przeciwnie, oddajmy im możliwość doświadczania porażek, uczmy samodzielności zamiast ich wyręczać, a przede wszystkim zauważajmy ich, a nie wyniki. Słuchajmy ich, a nie własnych teorii na ich temat.

Pamiętajmy, dzieci nie wymagają od nas nie wiadomo ile czasu. Za to wymagają naszego stuprocentowego zaangażowania w tym czasie, bycia w danej sytuacji tylko dla nich. Od prezentów lepsza będzie rozmowa od serca, spacer po parku, wspólne kibicowanie ulubionej drużynie, realizowanie się we wspólnej pasji. To te chwile będą szły z naszymi podopiecznymi w dorosłe życie i będą dla nich opoką w kryzysowych momentach.

Uważność rodziców to komunikat dla dzieci, że są dla nich ważne. Na tym przekonaniu, o byciu ważnym, buduje się poczucie własnej wartości, które zdaniem Michała Zawadki jest nieocenione:

Kiedy młody człowiek będzie miał adekwatną samoocenę i akceptację w rodzinie to będzie wiedział:

  • że wartość jest w nim, a nie w opiniach o nim,
  • że nie musi nikogo pytać czy może marzyć,
  • że błąd, czy słaby stopień nie mówi o nim, a o zastosowanej strategii i jest powodem do wyciągnięcia lekcji i rozwoju,
  • że nie musi się wstydzić, że czegoś (jeszcze) nie umie, że czegoś nie ma, że wygląda „jakoś”,
  • że nie musi niczego udowadniać, żeby go akceptowano w grupie, bo nie każdy musi go lubić i to jest ok,
  • że może mieć swoje słabości,
  • że może otwarcie mówić o swoich potrzebach i wyrażać swoje zdanie.
Jedną z rzeczy, która pomoże rodzicom i nauczycielom wspierać i budować adekwatną samoocenę jest „mała - wielka” zmiana myślenia z oceniania na docenianie. Dzięki niej dostrzeżemy wewnętrzne wartości, dobre intencje, pomimo popełnianych błędów i przede wszystkim młodego człowieka, zamiast wynik testu…

Co popycha młodych ludzi do drastycznych rozwiązań?

Zwykliśmy uważać, że próby samobójcze to wynik depresji lub innych chorób psychicznych. Nie jest to jednak prawda. Do prób samobójczych popychają traumatyczne zdarzenia (utrata bliskiej osoby, kalectwo, gwałt, ciążka choroba), a także niski status socjoekonomiczny, albo zażycie substancji psychoaktywnych. Wśród czynników wymienia się też poczucie osamotnienia i brak wsparcia ze strony rodziny. Gdy u wrażliwego, zakompleksionego nastolatka, który czuje się opuszczony, pojawią się dodatkowe problemy, takie jak trudności w kontaktach z rówieśnikami, przemoc z ich strony, czy nawet kłopoty w nauce – może skończyć się różnie. W ostatnich latach kluczową rolę odgrywa tu wirtualna rzeczywistość, która młodym ludziom wymyka się spod kontroli. Pełne nienawiści komentarze zamieszczane w Internecie trafiają w czułe punkty odbiorców. Dzieci, czy młodzież, często nie mają świadomości jakie konsekwencje może wywołać agresja słowna, do jakich dramatów może doprowadzić. Dlatego uczmy nasze dzieci, że słowo może uleczyć lub zabić i należy je wybierać i dobierać mądrze (nie tylko w Internecie)!

Jeśli ktoś zwierza się nam, że myśli o samobójstwie lub sami widzimy sygnały ostrzegawcze płynące z jego zachowania – NIE BÓJMY SIĘ POMAGAĆ. Nie obawiajmy się rozmawiać, pytać i okazywać zainteresowanie problemami. Poświęćmy swój czas i okażmy wsparcie. Słuchajmy bez oceniania, z pełną akceptacją emocji drugiej strony. Poszukajmy też pomocy u osób kompetentnych, takich jak psycholog lub psychiatra oraz w instytucjach pomocowych. Pomagajmy – na szali jest życie drugiego człowieka.

Tekst powstał na podstawie materiałów prasowych, przygotowanych we współpracy z Michałem Zawadką – ekspertem relacji z młodzieżą i autorem bestsellerowych książek z zakresu rozwoju osobistego i społecznego dzieci oraz młodzieży, takich jak „Chcę być kimś” i „Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia”.

  1. Psychologia

Jestem w związku z egoistą. Gdy partner skupia się tylko na swoich potrzebach

Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek. (Fot. iStock)
Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek. (Fot. iStock)
Kobieta czuje, że nie ma oparcia w mężczyźnie „synku”. Trudno być z nim w kontakcie. Trudno poczuć: „Tak, jesteśmy razem”. Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek i szybko może go stracić – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On chce, żeby go podrapać po pleckach, zrobić jajeczko na miękko, kogel-mogel z miodkiem. Troszczyć się, opiekować, organizować, chwalić, doceniać… By kobieta była dla niego matką. Nie rozumie, dlaczego ona zaczyna mówić o rozstaniu. To już trzecia, która chce odejść z tego powodu. Czy na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy biorą sobie do serca zdrowe kobiece granice: „Nie jestem twoją matką”?
Oczywiście. Jest wielu mężczyzn, którym zależy, żeby dociekać, dlaczego wciąż potrzebują matki, mimo że już dawno nie są chłopcami. Jest wielu takich, którzy szukają partnerskich relacji z kobietami. To, co płoszy kobiety w zetknięciu z mężczyznami, o których mówisz, to nie kogel-mogel z miodkiem, ale ich postawa, stan wewnętrzny, w którym się znajdują. Kobieta czuje, że nie ma oparcia w takim mężczyźnie. Trudno w ogóle być z nim w kontakcie. Trudno przy nim poczuć: „Tak, jesteśmy razem”. Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek, zaniedbuje coś, co psychoterapeuta par Stan Tatkin nazywa systemem ochrony więzi. On buduje system ochrony siebie i system zaspokajania własnych potrzeb. Gdy rodzi się dziecko, sytuacja jeszcze bardziej się pogarsza. Mężczyzna jest zazdrosny, popada w depresję, trudno mu odnaleźć się w nowej roli. Jak ma być ojcem, skoro jest synkiem?

Chociaż ogólnie nie ma nic złego w traktowaniu siebie nawzajem z czułością, po dziecięcemu.
Szczególnie w sytuacjach kryzysowych, w czasie choroby możemy być dla siebie nawzajem matką i ojcem, troszczyć się, opiekować. Jednak partnerstwo polega na tym, że ta troska płynie w obie strony. Nasuwa się pytanie, czy mężczyzna traktuje swoją partnerkę równie czule i troskliwie, na przykład proponuje, że zrobi jej masaż.

No nie.
W takiej relacji nie ma symetrii. Jest dawczyni i biorca. Najczęściej taki układ wyczerpuje się, ponieważ kobieta czuje się przeciążona, po pewnym czasie wyeksploatowana, i odchodzi.

To, co czasem wstrzymuje kobiety przed odejściem, to jego deklarowana miłość: on przyrzeka, że ją kocha.
Być może naprawdę kocha. Gdy jednak do głosu dochodzą chłopięce deficyty, braki, niezaspokojone potrzeby, miłość zostaje nimi przykryta, przytłoczona. On jest naprawdę zaangażowany, naprawdę mu zależy, a równocześnie robi wiele, żeby ją stracić. Nie potrafi dawać i dlatego traci. Jest tu jeszcze inna ciekawa dynamika: jeśli mężczyzna ma taki deficyt, to – paradoksalnie – pojawia się tendencja, żeby wchodzić w relacje, w których tego nie dostanie. I to jest właśnie to wyzwanie, które należy podjąć. Zaczynamy od świadomości: co sprawia, że tak bardzo potrzebuję matki?

Czego potrzebuję? Czego mi zabrakło? Czego dotyczy żal, tęsknota?
Jeśli dziecko nie otrzymało wystarczającej ilości troski, opieki i wszystkiego, co je nakarmi, wtedy w dorosłym życiu te potrzeby odzywają się i domagają zaspokojenia, wyrównania. Jednak może być też tak, że ten mężczyzna wiele dostał, i nie chodzi tu o deficyty. Chodzi o tradycję rodzinną – po prostu jest to jedyny model związku, jaki zna. W jego rodzinie właśnie tak było – kobiety opiekowały się mężczyznami, matkowały im, ale nie nauczyły syna, jak samodzielnie ma się o siebie troszczyć. Gdy był mały, mama robiła kanapeczki, kroiła jabłuszka, głaskała po główce, tuliła, leczyła. Znalezienie źródła trudności, które pojawiają się w dorosłym życiu, jest istotne, ponieważ wtedy można lepiej zrozumieć, o co chodzi; dlaczego coś jest dla mnie tak ważne, dlaczego mną kieruje.

Załóżmy, że takie rozpoznanie zostało dokonane.
Teraz czas na zatroszczenie się o siebie, a jednocześnie o potrzeby partnerki. Możemy sprawdzać, dowiadywać się, czego ona pragnie, potrzebuje, co dałoby jej szczęście, radość bycia razem. Żeby tak mogło się stać, mężczyzna potrzebuje najpierw w sobie odnaleźć źródło troski, opieki i miłości – odnaleźć wewnętrznych rodziców, być dla siebie matką i ojcem. W psychologii nazywa się to odzyskaniem lub rozwinięciem swojego wewnętrznego rodzicielstwa. Wewnętrzni rodzice opiekują się, kochają, wybaczają, dają prezenty.

Jak by to miało wyglądać w praktyce?
Zacznijmy od prostych rzeczy: możemy sobie zafundować wyjście do kina, na koncert. Pamiętam wiele lat temu, po 21-dniowym kursie, w którym brałem udział, byłem tak zmęczony, że już niczego nie przyswajałem. Marzyłem, żeby się oderwać. Od razu po zajęciach poszedłem do kina. Sam, ponieważ akurat żona gdzieś wyjechała. Pamiętam, że to mi sprawiło wielką przyjemność. Zrelaksowało mnie poczucie satysfakcji, że zadbałem o siebie. A przecież mogłem się poużalać, że no tak, jej nie ma, znowu nie dostanę tego, czego potrzebuję, jak zwykle… Weź los w swoje ręce, mówi przysłowie. No, to weźmy, kupmy bilet do kina, pójdźmy na spacer do lasu, zróbmy sobie prezent – książkę, płytę. Ja często tak robię: po przeprowadzonym warsztacie czy szkoleniu kupuję sobie książkę niezwiązaną ze sprawami zawodowymi i zanurzam się w lekturze. Prezenty od innych mogą być rozczarowujące, ale kiedy sam wybieram to, co lubię, wtedy pojawia się przyjemne uczucie zaspokojenia. Po zajęciach w innym mieście idę do dobrej wegetariańskiej restauracji. Fantastyczna sprawa. Gdy gotuję sam, jest w tym macierzyńska troska i opieka; karmię sam siebie. Karmienie siebie i innych to wspaniała forma afirmowania istnienia.

Ta świadomość zmienia energię w relacji, odpręża, uwalnia.
Mężczyzna, który potrafi sam o siebie zadbać, z radością i z wdzięcznością przyjmie od swojej partnerki wszelkie przejawy troski. Jednak to nie jest być albo nie być dla jego szczęścia. Nie będzie w nim presji, którą mężczyźni „synkowie” wywierają na swoje partnerki. Gdy kobieta jest bardziej rozluźniona, chętniej daje to, czego jej bliski mężczyzna potrzebuje. Daje z obfitości i wie, że ta obfitość jest także w nim.

Troska o siebie to także wybaczanie sobie, bycie dla siebie życzliwym.
„Nie jestem tak idealny, jak bym chciał, popełniam błędy, mam ograniczenia, nie jestem samcem alfa”. „Byłbym bardziej atrakcyjny dla mojej partnerki, gdybym osiągnął więcej, zrobił karierę”. Mężczyźni mają stereotypowe oczekiwania w stosunku do siebie, kompleksy, poczucie niskiej wartości: bo nie sprostali społecznym stereotypom albo stereotypom swojej rodziny. „Powinni” się zmusić, a już nie dają rady. Najwyższy czas z życzliwością akceptować swoje ograniczenia, wybaczyć sobie, że je mamy.

Troska o siebie przełoży się na siłę, męskość, decyzyjność?
Wyobraźmy sobie, że w relacji trzeba podjąć ważną decyzję, a mężczyzna mówi: „Ale najpierw mnie przytul i ugotuj coś pysznego”. Mężczyzna wypada wtedy z roli partnera i wchodzi w rolę dziecka, synka. Gdyby to jeszcze działało w taki sposób, że po tych czułościach on staje do pionu i mówi: „No, to teraz mogę po męsku podjąć wyzwanie!”. Problem w tym, że ta pieszczota może dodatkowo doprowadzać do regresji wiekowej; można się łatwo cofnąć do roli, która była właściwa dawno temu. Tak mu dobrze, że już nie chce się zajmować dylematami, trudnymi wyborami, więc unika odpowiedzialności, odkłada na później. Szkoda mu tracić przyjemność, błogostan. Dlatego warto, aby mężczyzna wyobraził sobie, że radzi sobie w życiu sam, podejmuje decyzje, jest odpowiedzialny.

No właśnie, kobiety „synków” słyszą: „Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie!”. Na swój sposób cudowne… i przerażające.
Zniewalające. Dobrze poćwiczyć wyobraźnię: jak by to było, gdybym mieszkał sam? W jaki sposób zorganizowałbym wtedy swoje życie? Jak mógłbym się troszczyć o siebie? Jak mógłbym realizować swoją ścieżkę życiową, talenty, zainteresowania? Dobrze jest też sprawdzić – na przykład przez miesiąc pomieszkać samemu.

Są mężczyźni, którzy przechodzą z kobiecych rąk do rąk. Mówią, że w ich rodzinie od zawsze tak było.
Czas sięgnąć po męskie wzorce. W filmie, w literaturze jest ich mnóstwo. Ale także w zaprzyjaźnionych rodzinach. Gdy rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że świat funkcjonuje na różne sposoby i może już czas pożegnać stare rozwiązania, przekroczyć próg, poeksperymentować trochę. Eksperymenty polegają na tym, że przyjmujemy rolę, która dotąd była nam obca. I sprawdzamy, jak się w niej odnajdujemy, jak działa, jak reaguje partnerka. Na przykład kobieta wraca z pracy. Zamiast prosić: „To teraz się mną zajmij”, możemy zaproponować: „Chciałbym ci zrobić masaż, masz ochotę? Teraz nie? W porządku, jednak gdybyś zechciała, daj znać”. A kolejnego dnia możemy zapytać, jak chciałaby spędzić wieczór, weekend. Jeśli kobieta nie ma specjalnych oczekiwań, sami możemy coś zaproponować. Możemy zrobić listę nowych zachowań i sprawdzać, eksperymentować, ćwiczyć. Pytać: „Jak było w pracy? Co mogę dla ciebie zrobić?”. Budujemy wtedy system ochrony więzi partnerskiej. Skupiamy się na tym, co naszą więź pogłębia, dożywia. Zwiększamy świadomość, co możemy zrobić ze swojej strony, abyśmy w relacji czuli się szanowani, respektowani i kochani.

Pytać, interesować się, szczodrze dzielić się sobą. To wydaje się bardzo proste, pod warunkiem że mężczyzna widzi w tym sens.
Często otrzeźwieniem jest groźba rozstania. Eksperymentowanie, sprawdzanie nowych rozwiązań pozwala wyjść z tendencji do skupiania się wyłącznie na sobie. Potocznie mówi się, że przełamuje egoizm. To zbyt trywialne określenie. Chodzi o to, że mężczyzna rozwija w ten sposób umiejętność dostrzegania szerszego spektrum rzeczywistości, wykracza poza stereotypy. To naprawdę wiele zmienia, uruchamia empatię, kreatywność. Zdarza się jednak, że uczucie tęsknoty za opieką macierzyńską jest tak dotkliwe i nieprzyjemne, że żadne starania i eksperymenty nie przynoszą efektów. Wtedy trzeba oczywiście poprosić o profesjonalną pomoc.

  1. Psychologia

Lęk przed przemijaniem

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Są w wieku, w którym można zdobywać góry. Zdrowe, wykształcone, atrakcyjne. A one się zamartwiają. Robią wszystko, żeby zatrzymać czas. Mówią, że chcą się nażyć, napodróżować, nacieszyć, zanim przyjdzie to coś strasznego, najgorszego, co, jak myślą, może człowieka spotkać, czyli starość. – Im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany – uważa psycholożka Ewa Jarczewska-Gerc.

Są w wieku, w którym można zdobywać góry. Zdrowe, wykształcone, atrakcyjne. A one się zamartwiają. Robią wszystko, żeby zatrzymać czas. Mówią, że chcą się nażyć, napodróżować, nacieszyć, zanim przyjdzie to coś strasznego, najgorszego, co, jak myślą, może człowieka spotkać, czyli starość. – Im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany – uważa psycholożka Ewa Jarczewska-Gerc. Czy na starość czeka nas coś dobrego? – Tak. Szczęście  – mówi pisarz i dziennikarz Carl Honoré.

Beata, lat 34, socjolożka, żyje na pełnych obrotach. Samodzielnie wychowuje pięcioletnią córkę, pracuje na uczelni, uczestniczy w projektach badawczych, pisze.

– Już teraz jest ciężko, a co będzie w przyszłości? Boję się o zdrowie córki, czy uda mi się zrobić doktorat, spłacić kredyt, ułożyć sobie życie. Frustruje mnie, że nie mieszczę się w spodnie, że słyszę w sklepie: „Ta kolekcja jest dla młodych dziewczyn, nie dla pani”. Starzeję się! Dożyć stu lat? Nigdy w życiu! Pamiętam, jak śmieszyły mnie starsze panie z krzywo umalowanymi ustami, rozmazanym makijażem. Boję się, że za parę lat będę wyglądać tak samo. Ale najbardziej na świecie boję się samotności, zdania na łaskę innych. Wolę umrzeć niż tego dożyć.

Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS: – Lęk młodych kobiet przed upływem czasu bierze się z antycypacji, czyli przewidywania tego, co jeszcze nie nastąpiło, ale co za ileś lat nastąpi. I na ogół mija wtedy, gdy kobieta wkracza w wiek, którego się bała. Okazuje się, że kiedy się z nim skonfrontujemy, wtedy tak naprawdę zaczynamy lubić siebie i godzimy się z upływem czasu. Skończę w tym roku 40 lat i powiem szczerze, że czuję się bardziej atrakcyjna niż kiedyś, mimo że bez wątpienia świeżość mojej urody nieco wygasła. I nie jestem w tym odosobniona.

Psycholożka wyjaśnia, że dzieje się tak dlatego, że dojrzałość osobowości stabilizuje się pomiędzy 35. a 40. rokiem życia, niezależnie od płci. 20-latkom wszystko nie pasuje: albo są za grube, albo za chude. A kobiety około czterdziestki zaczynają siebie akceptować, rozkwitają seksualnie. Zatem lęk przed przemijaniem, mówiąc językiem naukowym, koreluje z wiekiem.

Psycholożka zauważa, że kiedyś ludzie nie bali się starzenia, bo walczyli o przetrwanie. Zresztą i dzisiaj, w czasach pandemii, lęk przed starzeniem się może zejść na dalszy plan, bo mamy na głowie realne problemy zdrowotne, finansowe, logistyczne. Paradoksalnie, kiedy żyjemy bardziej komfortowo, lęki związane z przemijaniem mogą się nasilać, natomiast gdy przychodzą ciężkie czasy – ustępować… innym lękom.

Ewa Jarczewska-Gerc podkreśla różnicę między lękiem a strachem. Strach to emocja adekwatna do sytuacji, której powinniśmy się bać. Jej celem jest przewidzenie i zaradzenie niebezpiecznym zdarzeniom. To mądry mechanizm ewolucyjny. Natomiast lęki nie są do końca adaptacyjne. Wyolbrzymiają niebezpieczeństwo, są nieadekwatne do sytuacji, paraliżują, powodują, że nie zachowujemy się tak, jak byśmy chcieli.

Mam ograniczony czas

Józefina, lat 39, copywriterka w agencji reklamowej, modelka, wrzuca codziennie na Facebooka fotki ze stylizacjami ubiorów na różne okazje: do pracy, na imprezę w klubie, do teatru, na fitness, jogging. Wszystkie starannie przygotowane, dobrze oświetlone i profesjonalnie sfotografowane przez jej chłopaka.

– Zabawa modą to moja pasja. Wyżywam się w tym, bo zdaję sobie sprawę, że mam ograniczony czas. Już teraz muszę korzystać z Photoshopa, a co będzie później? Strach się bać.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

Ewa Jarczewska-Gerc nie lubi narracji, że kiedyś ludzie nie zwracali uwagi na wygląd, a teraz, za sprawą Instagrama i Facebooka, myślą tylko o tym. – Zwracanie uwagi na wygląd nie jest niczym nowym, to naturalne. Nawet noworodki mają wdrukowane pewne standardy piękna, uśmiechają się do ludzi ładnych, o symetrycznych twarzach i bez wyraźnych oznak zniekształcenia, a brzydkich się boją. Natomiast bez wątpienia to, że dzisiaj każdy z nas może być VIP-em, publikować swoje zdjęcia w Internecie, mieć miliony followersów, wystawia nas, na własne życzenie zresztą, na ocenę. Tak więc możliwość upowszechnienia własnego wizerunku powoduje, że staje się on jeszcze ważniejszy. A lęk przed jego nadwątleniem większy.

Jeszcze nie teraz

Gosia, 36 lat, italianistka, pracuje jako tłumaczka i pilotka wycieczek. Uwielbia podróże, ludzi i oczywiście Włochy. Ciągle na walizkach. A w nich oprócz niezbędnika turystki – witaminy, suplementy, słoiki pierzgi od zaprzyjaźnionego pszczelarza i kapsaicyna zrobiona przez mamę. Przyznaje, że jest przeczulona na punkcie zdrowia. Dlatego jak wraca (na krótko) do domu w Łodzi, chodzi po lekarzach, na zabiegi, robi badania. – Boję się, że się zestarzeję, więc dbam o siebie. Bardzo chciałabym mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz. Dziecko to koniec wyjazdów i początek etapu, którego na razie nie chcę zaczynać. Jakiego etapu? Drugiej połowy życia, która wiadomo do czego zmierza. Jeszcze nie jestem na to gotowa.

Takie dylematy młodych kobiet to według Ewy Jarczewskiej-Gerc znak naszych czasów: – Nasze matki i babki nie zastanawiały się, jak się nie zestarzeć, tylko rodziły dzieci, pracowały. Po wojnie był nakaz pracy, a kobiety chciały być matkami, więc nie rozkminiały, jak to godzić, tylko godziły.

Lęki przed upływem czasu są podsycane przez różne narracje społeczne. Młoda kobieta czyta, że najlepiej urodzić dziecko po dwudziestce albo że spokojnie może czekać do czterdziestki. Kiedyś była presja, żeby rodzić wcześnie, teraz – późno.

– Optymalny wiek na urodzenie dziecka, choćbyśmy nie wiem jak zaklinały rzeczywistość, to okres między 25. a 35. rokiem życia – mówi psycholożka. – Możemy dziś rodzić dzieci w wieku 45 lat, ale wiele kobiet mówi, że nie mają wtedy takiej energii życiowej, jaką miały. Mam dwoje dzieci i cieszę się, że są w wieku szkolnym, bo teraz swoją energię mogę przeznaczyć na pracę. Dziecko nie musi ograniczać. Martyna Wojciechowska urodziła córkę i po kilku miesiącach pojechała w ukochane góry. Zrobiła to, co chciała, dziecko jej w tym nie przeszkodziło. Nie patrzyła na to, że jacyś ludzie powiedzą: „Wyrodna matka”. Nie roztrząsała: mieć dziecko czy nie, tylko je ma, kocha i realizuje swoje pasje. Ale, oczywiście, każda kobieta ma prawo do własnych decyzji. Tu nie powinno być reguł narzuconych społecznie. Chodzi tylko o to, żeby kobiety nie żyły w lęku, że życie ucieka. No bo ucieka, i co z tego.

Nic już mi nie pomoże

Iwona, 35 lat. Ma własną kawiarnię na obrzeżach Warszawy, wymuskane mieszkanie i obsesyjny lęk przed starzeniem. Codziennie ogląda się w lustrze od stóp do głów, waży, mierzy. Regularnie chodzi na zabiegi upiększające, manikiur, do fryzjera. I drży, że nadejdzie taki moment, kiedy nic już jej nie pomoże.

– Czy wyobrażam sobie siebie na starość? Nawet o tym nie myślę. Bo niby po co, żeby się dołować? Sorry, ale starość kojarzy mi się z czymś bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnym. Brzydotą, zniedołężnieniem, poniżeniem. Jak będę miała dzieci, to im powiem, żeby oddały mnie do domu opieki, bo nie chcę, żeby mnie oglądały.

Może z lęku kobiet przed przemijaniem wynika jednak coś pozytywnego? Na przykład to, że bardziej dbają o siebie, nie tylko o wygląd, ale też o zdrowie, kondycję?

– Do tego samego celu prowadzi wiele dróg – odpowiada Ewa Jarczewska-Gerc. – Bo z jednej strony narracja społeczna jest taka, że trzeba dbać o siebie, a z drugiej – żeby to robić jak najmniejszym wysiłkiem. Coraz młodsze kobiety korzystają z medycyny estetycznej, decydują się na operacje bariatryczne zamiast po prostu upocić się, umęczyć i zrobić to swoim wysiłkiem. Oczywiście, dobrze, jeśli ten lęk przełoży się na konstruktywne formy dbania o siebie. Czyli na dobrą dietę, bo ludzie jedzą, ale się nie odżywiają. Na regularne ćwiczenia, fajne relacje z ludźmi, dbanie o sen, także o wysiłek intelektualny, ponieważ ćwiczenia umysłowe są równie ważne jak fizyczne. Natomiast obawy może budzić to, że coraz młodsze kobiety powiększają sobie usta, przyklejają sztuczne rzęsy, robią sobie liposukcje.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

– Co w tym złego? – pytam.

– No to, że te działania nie zmieniają myślenia ani stylu życia. Życie wymaga wysiłku, nic nie ma za darmo. Jeżeli kobiety sobie tego nie uświadomią, to zyska na tym tylko medycyna estetyczna, która jest dla ludzi, jak najbardziej, ale niekoniecznie dla 20-latki.

Uciekam, zaprzeczam

Psycholożka uspokaja: lęk przed przemijaniem i śmiercią jest naturalny. Problem w tym, że współczesna kultura robi wszystko, żeby nie mówić na ten temat. To ucieczkowy sposób radzenia sobie z tym lękiem.

– Są badania, które pokazują, że kobiety przed wizytą u fryzjera mają większy poziom lęku przed śmiercią niż po wyjściu. W ogóle istnieje hipoteza, że dbanie o siebie, te wszystkie zabiegi urodowe nie tylko mają nam poprawić wygląd, samopoczucie, ale buforują też lęk przed śmiercią. Bo jak wyglądamy ładnie, to mamy poczucie, że nie weźmie nas licho. A jak weźmie, to i tak nas lepiej zapamiętają, staniemy się nieśmiertelni w sensie kulturowym.

Ewa Jarczewska-Gerc na stażu naukowym w Stanach, w Indiana University of Pennsylvania, miała okazję uczestniczyć w kursach związanych z psychologią śmierci. Przytacza badania, które pokazują, że im częściej mówi się o tym, że przemijanie to naturalny proces, tym bardziej redukuje się lęk z nim związany. Tak więc nadanie przemijaniu racji bytu, zgoda na to, że wszystko ma swój początek i koniec, docenianie każdego przeżytego dnia, wdzięczność za to, co mamy, codzienna uważność – to wszystko powoduje, że możemy być szczęśliwsi. Natomiast uciekanie i zaprzeczanie są strategią na chwilę. Bo jak się przed lękami ucieka w dzień, to one będą nam się śnić w nocy.

– Żeby kobiety wyzwoliły się od tych lęków, trzeba już małe dziewczynki uczyć niezależności – uważa psycholożka. – Niezależności od opinii i oczekiwań innych, ale też wytrwałości, stawiania sobie celów, określania marzeń, a potem do nich dążenia. Dobrze byłoby sobie powtarzać: „Nie jestem nieśmiertelna, dlatego każdego dnia robię to, co mnie rozwija, co sprawia, że jestem człowiekiem”. Badania pokazują, co leczy z lęków przed przemijaniem: pasja, aktywność i pięć filarów zdrowego życia, czyli dieta, ruch, sen, dobre relacje z ludźmi, ćwiczenia intelektualne. Mamy wybór – możemy coś dobrego zrobić i dzięki temu dobrze się czuć albo narzekać, bać się starości i czuć się źle.

  1. Psychologia

Kompleks? Nikt nie jest doskonały

Kompleks może być naszym motywatorem do zmiany i działania. (Fot. iStock)
Kompleks może być naszym motywatorem do zmiany i działania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wszyscy mamy kompleksy. Negatywne jest zatem nie to, że mamy jakiś kompleks, tylko że sobie go nie uświadamiamy i że kompensujemy swoje kompleksy, niszcząc samych siebie i innych.

Jagoda ma 45 lat, tytuł doktora farmacji uzyskany w Oksfordzie, własną firmę farmaceutyczną, mieszkanie w ekskluzywnym apartamentowcu, najnowszy model bmw. Właściwie to ma wszystko, co mieć chciała, z wyjątkiem przekonania, że przynależy do tego świata luksusu, w którym od dobrych paru lat się obraca. Pochodzi z prostej chłopskiej rodziny, jej rodzice skończyli tylko podstawówkę, i to w trybie przyspieszonym, na kursach. Choć całe życie ciężko pracowali, niczego się nie dorobili. Bywało, że piątce ich dzieci głód zaglądał w oczy. Jagoda pamięta, jak pragnęła zwykłego cukierka. Miała za to co innego – książki i naukę. Prymuska w podstawówce i w liceum. Kiedy dostała się na medycynę w stolicy, myślała, że złapała Pana Boga za nogi. Na inaugurację roku akademickiego pojechała rozentuzjazmowana, w garsonce pożyczonej od kuzynki i z torebką od sąsiadki. Po uroczystości zapytała dwie stojące obok dziewczyny: „kiedy wracacie do akademika?”. Popatrzyły na siebie i parsknęły śmiechem: „czy my wyglądamy na dziewczyny z akademika?”. Po raz pierwszy w życiu dotarło do niej, że ludzie dzielą się w zależności od tego, skąd pochodzą. Ponieważ nie mogła dorównać koleżankom lepiej urodzonym – nie mogła mieć dżinsów z Peweksu czy butów z Chmielnej – więc zacisnęła zęby, uczyła się języków, czytała, chodziła do kina i teatru. Znajomości nie podtrzymywała, bo w którymś momencie zawsze schodziło na dom, rodzinę, a ona nie miała się czym chwalić. Raz spróbowała skłamać, że rodzice są nauczycielami, ale jej nie wyszło – powiedziała to tak cicho, że kolega nie usłyszał. Zaczęła więc ukrywać swoje pochodzenie. Zmieniła nawet imię ze staroświeckiej Jadwigi na nowocześnie brzmiącą Jagodę.

Kompleks przekuty w zwycięstwo

– Pochodzenie było moim największym kompleksem. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nie mogę zaprzeczać rzeczywistości, że nie zmienię sobie rodziny, domu i życiorysu, ale skrywałam to wszystko jak wstydliwą ranę. Towarzyszyło temu wielkie poczucie winy, bo rodziców bardzo kocham i szanuję. To podwójne życie strasznie dużo mnie kosztowało.

Po studiach w Polsce dostała się na farmację na Oksfordzie. Ten okres to jej wielka życiowa przygoda. Rzuciła się w wir życia naukowego i towarzyskiego. I choć mogła tam skutecznie ukryć swoje pochodzenie, zaczęła wszystkim opowiadać o swoich rodzicach, rodzeństwie, malowniczej wsi pod Łomżą. Nagle to, czego się dotychczas wstydziła, stało się jej atutem, pewną osobliwością, czymś oryginalnym.

– Tam nikt nikogo nie osądzał, wszyscy byliśmy siebie nawzajem ciekawi. Okazało się, że swojej wiejskości nie muszę ukrywać. Co więcej, nieoczekiwanie dla samej siebie zaczęłam się nią chwalić. Parę razy zaprosiłam na wieś koleżanki z zagranicy, do dziś zresztą tam się spotykamy, bo obok rodzinnego domu postawiłam dom letniskowy. Po powrocie do Polski założyłam firmę, wyszłam za mąż (mąż też pochodzi ze wsi), mam wspaniałą 12-letnią córkę, przyjaciół. I tak sobie myślę, że wszystko to zawdzięczam kompleksom. A właściwie temu, że za wszelką cenę chciałam je przezwyciężyć.

Czym skutkuje kompleks?

Już Alfred Adler twierdził, że kompleksy – przede wszystkim niższości – są głównym czynnikiem motywującym ludzkie działania. Jedni mają kompleksy spowodowane brakiem urody, fizyczną ułomnością, inni pochodzeniem czy brakiem wykształcenia, ale – zdaniem Adlera – wszyscy cierpimy na to samo poczucie niższości zrodzone w dzieciństwie, kiedy to byliśmy zależni od dorosłych. Każdy kompleks niższości rodzi potrzebę wyrównania. Taki na przykład Byron miał niesprawną nogę, a był świetnym pływakiem. Dzisiaj można dorzucić: taki Muniek – sepleni, a śpiewa. Albo Janek Mela – po wypadku, bez nogi i ręki, a zdobywa bieguny. Sam Adler jako dziecko był częściowo sparaliżowany, przechodził zapalenie płuc. Możliwe więc, że jego teoria wywodziła się z własnych doświadczeń w przezwyciężaniu chorób.

Psycholog, profesor Katarzyna Popiołek: – Słowo „kompleks” we współczesnej psychologii najczęściej zarezerwowane bywa dla czegoś, czego człowiek nie jest świadomy, co zostało wyparte, stłumione. Gdy to zostaje uświadomione – wówczas mówimy już nie o kompleksie, a o poczuciu niższości, winy i tak dalej.

Z pojęciem „kompleksu” wiąże się pojęcie „kompensacji”. Co to takiego? To rodzaj mechanizmu obronnego używanego do walki z kompleksami. Mechanizmy te chronią nas przed złym myśleniem o sobie, są utrwalonymi sposobami zachowania pozwalającymi utrzymać pozytywną samoocenę. Na przykład ktoś uważa się za słabego fizycznie i kompensuje sobie ten kompleks świetnym obyciem towarzyskim czy głęboką wiedzą. Tak rozwiązywany kompleks nie szkodzi. Wprost przeciwnie – może być źródłem wielu osiągnięć.

Kompleks, czyli „awatar”

Mariusz Treliński, reżyser, który wystawia swoje opery na całym świecie, wydaje się człowiekiem bez kompleksów. – Czy rzeczywiście? – pytam. – Oj, żebyś się nie zdziwiła – odpowiada. – Nie mam ochoty mówić o sobie, ale zapewniam cię, że to, jak mnie ludzie odbierają, nie ma nic wspólnego z tym, co istnieje wewnątrz mnie. Artysta pozbawiony kompleksów to pojęcie sprzeczne. Kompleksy, problemy są budulcem i treścią każdego dzieła sztuki.

Mariusz Treliński (Fot. Wikimedia Commons) Mariusz Treliński (Fot. Wikimedia Commons)

Mariusz przyznaje, że z wiekiem ma coraz większe przeświadczenie, że słowo „rzeczywistość” jest podejrzane, bo cała istota życia rozgrywa się w świecie psychicznym. Wszystkie uczucia – nasza miłość, namiętność, wiara, nadzieja, lęk – wszelkie te podstawowe batalie toczą się poza światem realnym, wewnątrz człowieka.

– Mnie w ogóle byt realny coraz mniej interesuje. Po co zarabiamy pieniądze? Po co walczymy? Co znaczą te nasze minizwycięstwa i przegrane? Tak naprawdę ocena pojawia się w naszej psychice, jest względna i tylko pozornie zależna od realności na zewnątrz nas. Co to jest miłość? To iskra między dwojgiem ludzi, alchemia, która zmienia wszystko, ale to też świat psyche. Z zewnątrz właściwie niepojmowalny.

Im dłużej żyję, tym wyraźniej dostrzegam, że relacje międzyludzkie oparte są na zakładaniu kolejnych masek.
Wysyłam do ciebie awatara, tak jak w grze czy w filmie. Jeśli jestem nieśmiały i delikatny, to wyślę ci mężczyznę muskularnego, który siecze mieczem. Inne figury wysyłam teraz w rozmowie z tobą, inne jak reżyseruję, jeszcze inne jak kocham. W zależności od siły mojego oddechu, potencji konstruuję postać, która ma w sobie siłę lub słabość. Na co dzień żonglujemy serią takich masek, figur, awatarów, które skrywają to, czego się wstydzimy. I to są właśnie kompleksy.
 
– A jak ma się to do szczerości w kontaktach? – pytam. – Zapewniam cię, że za każdym razem jestem szczery, że te wszystkie awatary są szczere. Szczerość jest kolejną maską. Uważam, że nie ma czegoś takiego jak jeden ja, pisał zresztą o tym Gombrowicz. Ale to nie znaczy, że w którymś momencie kłamię czy udaję. Za każdym razem wierzę w takiego siebie. Weźmy Franza Kafkę. Pisarz, który stał się uosobieniem lęku i kompleksów. Tenże wycofany Kafka, tak dobrze znany nam z powieści, w biograficznych opisach przedstawiany jest jako czarujący, pełen energii mężczyzna, dowcipny, uwodzący kobiety. Być może taki właśnie był, tylko wysyłał awatary lęku. To nie jest więc takie proste, że istnieje jakaś jedna prawda o nas. Nie wiem do końca, kim jestem. Ten ekspansywny mężczyzna jest mną i ten złamany też jest mną. Zakładam wiele masek, przy czym użycie słowa „maska” jest o tyle mylące, że przypisuje się jej funkcje zakrywania, więc lepsze jest: „wysyłam awatary”. I wszystkie one są prawdziwe. Budujemy gmachy, a w środku mamy pełno ran, które ciągle się odnawiają i powodują, że jesteśmy pęknięci. W jednym z filmów na Erze Nowe Horyzonty usłyszałem piękne słowa: „Anioły są wśród nas. Po czym je poznać? Po ich wielkiej bezbronności”. To piękne mieć w sobie taką niedoskonałą, pękniętą osobę, która jest bezbronna i świeci nikłym światłem. Ja kultywuję swoje kompleksy, szukam w nich pełni. Ta ciemna strona jest nam chyba potrzebna.

Mariusza Trelińskiego uważa się za kogoś pozbawionego kompleksów także dlatego, że będąc z wykształcenia reżyserem filmowym, zainteresował się operą, nowym dla siebie medium.

– Sam siebie również wprawiłem w zdumienie, gdy zająłem się operą – śmieje się Mariusz. Ale tak naprawdę robię to, na czym się znam, bo muzykę mam we krwi. Ona zawsze była pierwsza. Była podstawą moich wszystkich filmów. W swoim pierwszym manifeście filmowym (kiedy miałem 16 lat) walczyłem o umuzycznienie języka kina. W muzyce zawiera się przekaz ducha daleko istotniejszy niż często ułomne didaskalia operowe. W niej tkwi esencja, wokół której konstruuję operową rzeczywistość. Kompleksy nie zawsze jednak dopingują do działania. Wiele z nich rujnuje nam życie. W naszym otoczeniu nie brakuje osób gotowych na wszystko, żeby tylko mieć najlepsze samochody, największe domy, pokazywać się w prestiżowych miejscach. Albo takich, które zamykają się w domu, izolują, bo czują się gorsze od innych. Jeszcze gorzej, gdy działanie kompleksu niższości jest tak silne, że powoduje skrajnie egoistyczne, społecznie szkodliwe zachowania. Gdy ktoś ma szaleńczą żądzę władzy i upokorzenia innych. Wystarczy przyjrzeć się niektórym politykom, aby ten mechanizm zobaczyć jak na dłoni.

Skąd się biorą kompleksy?

– Z pragnienia bycia doskonałym – odpowiada profesor Katarzyna Popiołek. – Biust ma być idealny, tak samo nogi, oczy i figura. A ideału, jak wiadomo, nie ma. Bardzo często wymagania, które sobie stawiamy, są za wysokie i to właśnie jest źródłem kompleksów. Inne powstają w wyniku zranień w dzieciństwie. Wystarczy, że dawno niewidziana ciocia Basia, składając wizytę w naszym domu, palnie: „ależ ta Ola ma krzywe nogi”. I Ola do końca życia może nie pozbyć się kompleksu krzywych nóg. Czasem zwykły mankament zauważony przez kogoś urasta do rozmiarów potwora, który zaczyna przeszkadzać nam w codziennym funkcjonowaniu i w kontaktach z ludźmi. Im jesteśmy bardziej wrażliwi, niepewni siebie, tym łatwiej przychodzi nam tworzenie kompleksów. A tworzymy ich całe mnóstwo – współczesna psychologia naliczyła ich około 50. Wiele z nich rodzi się w dorosłym życiu jako efekt czegoś, co w socjologii nazywane jest rozbieżnością czynników statusu. Co to znaczy? Otóż każdy człowiek w związku z tym, że zajmuje taką, a nie inną pozycję, powinien spełniać pewne wymagania, bo tego oczekuje od niego otoczenie. Na przykład jeśli jest dyrektorem, oczekuje się od niego, że będzie miał wyższe wykształcenie, doświadczenie, że potrafi współdziałać z ludźmi. Jeśli jest nauczycielem – że będzie kompetentny, sprawiedliwy. Jeśli jest bogaty – że będzie miał obycie i dobre pochodzenie. Często zdarza się, że nie wszystkie te wymagania spełniamy. Na przykład majętny człowiek wstydzi się swojego pochodzenia. I co wtedy robi? Próbuje gwałtownie podbić wymagany przez otoczenie czynnik statusu i żeni się z osobą z nazwiskiem albo wiesza na ścianie obrazy wymyślonych przodków. Im większy stopień rozbieżności, tym ludzie czują się bardziej niepewnie. To, że inni widzą tę rozbieżność, jest dla nich źródłem kary. Gdy potrafią ją usunąć – mają poczucie nagrody.

– Człowiek czuje się pewnie, gdy jego status jest zbieżny, to znaczy, gdy wszystkie wymagania związane z jego pozycją są spełnione – mówi profesor Katarzyna Popiołek. – Gdy w dodatku status ten jest wysoki, jego posiadacz nie przywiązuje wielkiej wagi do zachowań, jakie są mu przypisane. Ktoś bardzo bogaty, kto jednocześnie wie, że ma wiele zalet, wykształcenie i odpowiednie kompetencje, będzie spokojnie podlewał ogród w rozciągniętym podkoszulku, jeździł skromnym samochodem i przyznawał się, że czegoś nie wie, bo nie musi podkreślać swego statusu. On go ma. Osoba niepewna statusu czuje, że nie spełnia wszystkich wymagań, więc bardzo podkreśla posiadanie przysłowiowej fury, skóry i komóry.

Mariusz Treliński niczego nie musi udowadniać. Zrozumiał, że w sztuce najważniejsze jest dać sobie prawo do błędu. Ta postawa otwiera na poszukiwania, bez których nie istnieje rozwój. Tu chodzi o drogę, a nie o sukcesy poszczególnych tytułów. Nie jest więc ważna ocena. Twierdzi – za Rilkem – że jedynym elementem weryfikującym dzieło sztuki jest konieczność jego powstania. Mariusz mówi, że za każdym razem musi odnaleźć w sobie tę podstawową potrzebę, a reszta nie ma znaczenia.

– Próbuję odnaleźć w sobie tę konieczność. Wsłuchać się w wewnętrzny głos, który jest jedynym głosem prawdy. Mam wrażenie, że dzieła sztuki są już uformowane, gotowe, należy je tylko wydobyć na światło dzienne w sposób niezakłócony, niezafałszowany. Chodzi o prostą zgodność z samym sobą – to pojęcie w sztuce i psychologii znaczy to samo.

Kompleks niższości

Najdotkliwszym wśród kompleksów jest chyba kompleks niższości. Pół biedy, gdy ludzie nań cierpiący stają się śmieszni – na przykład nie mając wykształcenia, zamiast się uczyć, wolą udawać, że dużo wiedzą i używają górnolotnych słów. Markowanie, że się ma to, czego się nie ma, bywa bardzo zabawne, ale w sumie niegroźne. Kompleks ten jednak może bardzo zubażać nasze życie. Jeśli ktoś wstydzi się swojego pochodzenia, często zaczyna unikać tych ludzi, którzy patrzą na niego przez ten pryzmat. I w ten sposób ogranicza swoje kontakty do otoczenia, które nie zwraca na to uwagi. Kompleks niższości powoduje, że stajemy się trudnymi partnerami, przyjaciółmi, pracownikami. Bywamy przeczuleni na jakimś punkcie, nadwrażliwi, jeśli chodzi o pewne kwestie. Gdy mowa o czymś, co skrywamy, nagle się rumienimy, zaczynają nam wypadać przedmioty z ręki, złościmy się albo zmieniamy temat.
 
– Żeby było śmieszniej, często kompleks niższości powiązany jest z kompleksem wyższości – mówi Katarzyna Popiołek. – Ktoś, kto czuje się gorszy, chce to poczucie przełamać, stale podkreślając, że jest lepszy i że inni nie dorastają mu do pięt.

Kompleksu wyższości nie można mylić z poczuciem własnej wartości. Ludzie z silnym poczuciem własnej wartości na ogół nie pogardzają innymi, nie afiszują się z tym, co mają i potrafią, bo czują się wewnętrznie mocni. Natomiast osoby cierpiące na kompleks wyższości, tak naprawdę czują się słabe, niepewne, więc usiłują wmówić innym, że są fantastyczne. Tak postępuje macho, który ma poczucie, że wcale nie jest ze stali, więc pręży muskuły, traktuje wszystkich z góry i udaje silnego.

Kompleks Polaków - Inni mają, a my nie

My, Polacy, często prężymy muskuły. Profesor Katarzyna Popiołek: – Nasze narodowe kompleksy są głęboko zakorzenione w historii. Mamy poczucie, że jesteśmy niewinnymi ofiarami losu, bo albo mieliśmy nie najlepiej rządzących królów elekcyjnych, albo zaborców, albo okupantów, wreszcie trudne warunki w PRL-u. A przecież zawsze byliśmy zaradni, staraliśmy się tymi rękami coś robić, natomiast inni nam ciągle przeszkadzali.

Więc to nie my jesteśmy winni naszych niepowodzeń i trudności, tylko inni. Dlatego powinniśmy uzyskać od nich zadośćuczynienie. Niech Europa płaci, niech daje, bo nam się należy, bo cierpieliśmy. Kompleks ofiary rodzi postawę roszczeniową – domaganie się współczucia, rekompensaty, sprawiedliwości. Jednak świat nie jest przecież sprawiedliwy, natura też nie jest sprawiedliwa, więc domaganie się, żeby tak było, jest przyjęciem postawy dziecka. Zamiast koncentrować się na poczuciu krzywdy, lepiej działać.

Drugi nasz kompleks narodowy to kompleks niższości. Rzeczywiście mamy jeszcze pewne zapóźnienia cywilizacyjne w stosunku do świata zachodniego, ale – paradoksalnie – mamy też niezłomne przeświadczenie, że my tę Europę powinniśmy gromko pouczać, zbawiać.

I trzeci kompleks – poczucie permanentnego niedocenienia. Towarzyszy nam przekonanie, że za mało eksponuje się nas na forum światowym, że inni nie doceniają naszych zasług. Jesteśmy na to bardzo wyczuleni, bywa, że przesadnie. A przecież Polska to jeden z wielu krajów, nie można wymagać, żeby był wciąż w centrum uwagi.

Możemy się wyróżnić swoją działalnością, sukcesami, ale my chcielibyśmy, niejako z definicji, lokować się wysoko w ocenach, bo uważamy, że „inni nie zasłużyli, a to mają, podczas gdy myśmy zasłużyli, a nie mamy”.

Kompleksy nie są groźne, o ile nie niszczą nam życia, nie utrudniają funkcjonowania wśród ludzi, nie hamują naszego rozwoju. Najważniejsze, żeby sobie je uświadomić. Bo największe spustoszenia sieją te nieuświadomione. Natomiast wszystkie nasze znajome braki, niedostatki zawsze można przepracować.

Jak? Na przykład powiedzieć sobie: Nikt nie jest doskonały, ja też nie muszę. Może mam za duży nos, ale jestem atrakcyjna, umiem to i tamto, lubię ludzi. Nie muszę się wszystkim podobać. Jeśli moim kompleksem jest nieśmiałość, to wzmacniam wiarę w siebie. Jeśli zdaję sobie sprawę, że czegoś nie umiem, buduję swoje kompetencje. Przyznanie się do swoich słabych stron to podstawa. A my często tego właśnie nie potrafimy.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”

Lektury dla zakompleksionych:

Renata Gut, Maria Piegowska, Barbara Wójcik „Zarządzanie sobą. Książka o działaniu, myśleniu i odczuwaniu”, Difin 2008; Nathaniel Branden „6 filarów poczucia własnej wartości”, Feeria 2006; Matthew McKay, Patrick Fanning „Poczucie własnej wartości”, Rebis 2002.