1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Margot Robbie - dziewczyna, która ma plan

Margot Robbie - dziewczyna, która ma plan

Margot Robbie podczas konferencji prasowej
Margot Robbie podczas konferencji prasowej "The Shape of Water", listopad 2017 roku. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Margot Robbie ma talent i urodę, lecz owe atuty nie wystarczają, by zostać gwiazdą światowego formatu. Potrzebny jest również plan. Trzydzieste urodziny aktorki to doskonała okazja, aby przypomnieć sobie jej drogę na szczyt. 

Stwierdzenie, że Robbie mozolnie pięła się po szczeblach kariery, byłoby przesadą. Jednak angażu do „Pewnego razu… w Hollywood” Quentina Tarantino nie dostała na niewątpliwie piękne oczy. Wcześniej zdążyła namieszać w amerykańskiej branży filmowej jak żadna Australijka od czasu Nicole Kidman. Do Los Angeles trafiła przez Wielką Brytanię, gdzie wystąpiła u boku innej sławnej cudzoziemki, a mianowicie Kanadyjki Rachel McAdams, w komediodramacie „Czas na miłość”.

Karykatura prowincjuszki

Margot zauważył i wprowadził do pierwszej ligi Martin Scorsese, proponując rolę Naomi – żony oszusta finansowego Jordana Belforta (Leonardo DiCaprio) w „Wilku z Wall Street”. Mówiła niczym rodowita mieszkanka Brooklynu, według wpływowej recenzentki Sashy Stone „ukradła każdą ze scen, w której miała choćby trzy linijki dialogu”. Później musiała już tylko przełamać myślowe schematy decydentów szufladkujących ją jako blond misia o bardzo małym rozumku. Zrobiła to wyjątkowo inteligentnie.

Margot Robbie jako Naomi Lapaglia w filmie 'Wilk z Wall Street', reż. Martin Scorsese, 2014. (Fot. BEW PHOTO) Margot Robbie jako Naomi Lapaglia w filmie "Wilk z Wall Street", reż. Martin Scorsese, 2014. (Fot. BEW PHOTO)

Sięgnęła do pokładów mitologii nowej ojczyzny, a konkretnie lat 90. – dekady, w której ziściła się przepowiednia Andy’ego Warhola, że kiedyś każdy będzie miał swoje 15 minut sławy. Za rządów seryjnie zdradzającego żonę Billa Clintona runęła nieprzekraczalna bariera oddzielająca informację od rozrywki. Zawrotne kariery robiły 16-letnia „Lolita z Long Island” Amy Fisher, która przestrzeliła szczękę żonie kochanka, prostytutka Divine Brown – aresztowana z Hugh Grantem na Bulwarze Zachodzącego Słońca, Lorena Bobbitt, co obcięła małżonkowi przyrodzenie i wyrzuciła z pędzącego samochodu, by nie mógł znaleźć.

Ameryka bez reszty oddała się podglądactwu skrywanemu wcześniej za fasadą konwenansów. Bohaterką jednej z najgłośniejszych medialnych oper mydlanych została reprezentantka USA w łyżwiarstwie figurowym Tonya Harding. Zasłynęła, gdy jej narzeczony wynajął zbirów z bejsbolowymi pałami, by połamali nogi jej olimpijskiej konkurentce Nancy Kerrigan.

Sprawa stała się tak głośna, że o konflikcie między zawodniczkami zrobiły paradokumentalne filmy wszystkie sieci telewizyjne. A Robbie uświadomiła sobie, że blisko ćwierć wieku później można na kanwie bulwarowej legendy opowiedzieć nie tyle o łyżwiarskim dramacie głębokości naparstka, co raczej jego socjologicznej otoczce i szerzej – o amerykańskiej kulturze masowej.

Margot Robbie jako Tonya Harding w filmie 'Jestem najlepsza. Ja, Tonya', reż. Craig Gillespie, 2018. (Fot. materiały prasowe Monolith Films) Margot Robbie jako Tonya Harding w filmie "Jestem najlepsza. Ja, Tonya", reż. Craig Gillespie, 2018. (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Owszem, w „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” wyglądała jak karykatura prowincjuszki ze społecznych dołów, która chce się zrobić na bóstwo. Ale cyrkowy wizerunek podkreślał subtelność kreacji. Margot bardziej nadawałaby się do roli księżniczki Nancy – hołubionej przez działaczy, kibiców a nawet sędziów za urodę, nienaganne maniery, wyniesioną z domu ogładę, lecz zdołała odwrócić bieguny sympatii i antypatii bez wygładzania chropowatości postaci. Wspaniale sportretowała uosabiającą mentalność, tudzież estetykę wiochy dziewczynę, która mimo talentu nie daje rady wejść na sportowe salony, bo urodziła się – jak mawiają Amerykanie – „w strefie przelotów”, którą mieszkańcy inteligenckich, zamożnych wybrzeży oglądają tylko z wysokości dziesięciu kilometrów. Była groteskowa i tragiczna, zagrała całą sobą – m.in. nauczyła się całkiem nieźle jeździć na łyżwach. Dostała 90 proc. pozytywnych recenzji (wedle rankingu Rotten Tomatoes), nominacje do Oscara i Złotego Globu, zdobyła nagrodę stowarzyszenia krytyków filmowych (CCA) – jaka jest dokładnie nazwa i skrót.

Na łamach "Vogue’a" wyznaje, że dopiero po tym sukcesie ośmieliła się napisać list do swego idola Tarantino. „Uwielbiam pańskie filmy i marzę o nawiązaniu współpracy. Jakiejkolwiek. Choćby tyciej” – cytuje aktorka. Wybrała dobry moment. Reżyser skończył akurat własny list miłosny skierowany do Hollywood schyłku lat 60. – scenariusz filmu o symbolicznej cezurze między epoką eisenhowerowsko-kennedy’owskiej beztroski a nixonowskiego pesymizmu i rozgoryczenia, którą stanowiły morderstwa dokonane przez sektę Charlesa Mansona.

Margot Robbie w roli Sharon Tate

Tex Watson, Susan Atkins, Linda Kasabian i Patricia Krenwinkel zadźgali, zatłukli i podziurawili kulami będącą w ósmym miesiącu ciąży Sharon Tate (żonę Romana Polańskiego), adorującego ją fryzjera gwiazd Jaya Sebringa, scenarzystę Wojciecha Frykowskiego, dziedziczkę kawowej fortuny Abigail Folger oraz syna dozorcy Stevena Parenta.

Na brzuchu Tate wycięli literę X, jej krwią napisali na drzwiach wejściowych „Świnia” (Pig). Następnej nocy równie okrutnie zamordowali dyrektora sieci supermarketów Lena LaBiancę i jego żonę Rosemary, zostawiając napisy: „Powstańcie”, „Śmierć świniom” i „Helter (sic!) Skelter” (od tytułu piosenki Beatlesów). Samych ciosów nożem zadali 169.

Zbrodnie uznano za symboliczny koniec hipisowskiej rebelii. Prasa pisała, że pogubione dzieciaki przyjechały do San Francisco z kwiatami we włosach, a wyjechały z krwią na rękach. Jednak Tarantino nie ma zwyczaju kręcić filmów historycznych. Woli kreować mity. Wulgarne, postmodernistyczne, inspirowane w równej mierze francuską Nową Falą oraz filmem noir co tanimi kryminałami, precyzyjnie wyznaczające granicę między dobrem a złem. Nie inaczej jest tym razem. Manson – drobny cwaniaczek, zawodowy kryminalista i cyniczny manipulator wykreowany przez media na demona, a przez rockandrollowców na wyzwolonego z okowów mieszczańskiej moralności buntownika – został potraktowany tak samo jak przywódcy III Rzeszy w „Bękartach wojny”. Zemsta jest rozkoszą artystów! Zaś bieg dziejów na bardziej pasujący Quentinowi zmienia Bruce „Smok” Lee, karate mistrz!

Gdy przyszedł list od Margot, reżyser zastanawiał się nad obsadą. Już wcześniej znajomi sugerowali, że powinien dać rolę Tate Australijce, więc nieco zabobonny – jak większość pracowników branży, w której o triumfie bądź klęsce decyduje często przypadek – natychmiast zaprosił aktorkę do domu. Siedziała przy kuchennym stole i czytała scenariusz, on zaś podawał a to czipsy, a to australijskie piwo Victoria Bitter, po które specjalnie wyskoczył do sklepu. Decyzji nie przypieczętowały, oczywiście, czułe słówka.

– Margot jest podobna do Sharon Tate – stwierdził Tarantino w jednym z wywiadów. – Jednak, co ważniejsze, emanuje podobną niewinnością i prostolinijnością, a to cechy kluczowe dla fabuły.

Margot Robbie jako Sharon Tate w filmie 'Pewnego razu... w Hollywood', reż. Quentin Tarantino, 2019. (Fot. BEW PHOTO) Margot Robbie jako Sharon Tate w filmie "Pewnego razu... w Hollywood", reż. Quentin Tarantino, 2019. (Fot. BEW PHOTO)

Ponadto zdążyła dowieść, że umie nie tylko brać piankowe kąpiele, sącząc szampana i dobrze wyglądając („Wilk z Wall Street”), machać bejsbolem, wyglądając jeszcze lepiej („Legion samobójców”), tudzież przydawać feminizmu dla ubogich oraz fasadowej niezależności archetypowi „damy w opałach” („Tarzan: Legenda”).

Współprodukowała „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”, podejmując kluczowe decyzje kreatywne, które – jak dowiodła lawina prestiżowych nagród i nominacji (razem 95) – okazały się więcej niż słuszne. Kolejny raz w podwójnej roli gwiazdy i producentki wystąpiła przy kręceniu czarnego jak smoła dreszczowca „Terminal” – odzwierciedlającego jej fascynację Tarantinem jeszcze dobitniej niż wspomniany list.

Żywoty świętych

Grając Elżbietę I („Maria, królowa Szkotów”), pozwoliła się oszpecić garbatym nosem, łysiną, bliznami po ospie i grubą warstwą przeraźliwie białego pudru, by prawdzie historycznej stało się zadość. Charakteryzacja nie przesłoniła ludzkiej twarzy królowej: inteligencji, zazdrości, uporu, ambicji, która sprawiła, że dla władzy wyrzekła się miłości. Lecz właśnie puder, a nie interpretacja postaci dodał aktorce splendoru. Tak się bowiem porobiło w Hollywood, że jeśli chcesz, by cię docenili, musisz iść do make-upowej Kanossy wzorem Nicole Kidman („Piętno”, „Godziny”), Charlize Theron („Monster”), Jennifer Aniston („Cake”), Julii Roberts („Sekret w ich oczach”), Salmy Hayek („Frida”). Margot nie przywiązuje nadmiernej wagi do wyglądu.

Margot Robbie jako Elżbieta I w filmie 'Maria, królowa Szkotów', reż. Josie Rourke, 2018. (fot. BEW PHOTO) Margot Robbie jako Elżbieta I w filmie "Maria, królowa Szkotów", reż. Josie Rourke, 2018. (fot. BEW PHOTO)

Nienawidzę określenia seksbomba – twierdzi. – Trochę głupio tak się wkurzać, bywają gorsze epitety, ale z pewnością nie jestem osobą, która sprawia, że rozmowy cichną, wszystkie głowy się odwracają.

Najchętniej nosi dżinsy, T-shirt i zero makijażu. Niedbały wizerunek poza wygodą gwarantuje anonimowość, gdy wypuszcza się do miasta na ulubionego steka.

– Kocham mięso – zwierzała się „Vogue’owi”. – Wegetarianką próbuję być w poniedziałki ze względu na ekologię i tak dalej, ale to kurewsko trudne.

Dużo przeklina, często się śmieje, gwiazdorów wymagających, by napełniać im wanny evianem, uważa za „świrów, którzy najwyraźniej muszą odreagować kompleksy”. W podstawówce przebrana za gotycką wiedźmę chodziła na hardcore’owe koncerty. Jako znana już aktorka taplała się w błocie niejednego rockowego festiwalu. Podczas wycieczki do Marrakeszu zainteresowała się tańcem brzucha i wzięła serię lekcji.

Od dziecka wiedziała, kim chce zostać, jak będzie duża. Robiła magiczne sztuczki, powtarzała z pamięci filmowe dialogi, grała w szkolnym teatrze. Kiedy miała 16 lat, do jej rodzinnego, liczącego 12 tys. mieszkańców przemysłowego miasteczka Dalby, na wschodnich rubieżach stanu Queensland, przyjechała studencka ekipa filmowa. Po kilku tygodniach spędzonych na planie dziewczyna bez namysłu spakowała manatki, wsiadła w samolot i poleciała do Melbourne, żeby robić karierę. Dostała rolę w młodzieżowym serialu „Księżniczka z Krainy Słoni”, więc głodem nie przymierała, ale profesjonalny agent okazał się za mało asertywny jak na jej temperament i ambicje. Przez wiele tygodni sama wydzwaniała do firmy produkującej najpopularniejszą na kontynencie operę mydlaną „Neighbours” („Sąsiedzi”), aż dostała rolę. Niełatwą, gdyż jej postać, Donna, była strasznie gadatliwa, więc Margot codziennie musiała uczyć się na pamięć 60 stron maszynopisu.

Niestety, perspektywy artystycznego rozwoju miała ograniczone, bo – jak tłumaczy – Australijczycy cieszą się z twoich sukcesów dopóty, dopóki nie zaczniesz nadmiernie wyrastać ponad resztę. Wtedy sięgają po kosę. Dlatego „Neighbours” to rodzaj farmy, z której plony zbierają Amerykanie. Na planie serialu kariery zaczynali Russell Crowe, Naomi Watts, Guy Pearce, Heath Ledger, Chris Hemsworth. Robbie studiowała ich biografie niczym żywoty świętych, ale jeszcze więcej uwagi poświęcała utalentowanym kolegom i koleżankom, którym po drugiej stronie Pacyfiku się nie udało. Analizowała ich błędy, szukała prawidłowości, układała własny, niezawodny przepis na sukces. Gdy przyszedł czas przedłużenia umowy, była gotowa. Zamiast złożyć podpis, wyjechała do Los Angeles.

Klucz otwierający wszystkie drzwi

Próbowała załapać się do nowej edycji „Aniołków Charliego”. Dzięki przygotowanemu na tę okazję nienagannemu akcentowi ze środkowego zachodu dostała rolę w serialu „Pan Am”. Zdjęcia odbywały się w Nowym Jorku, pokochała to miasto. Mieszkała w najmodniejszej wówczas dzielnicy Williamsburg, wieczorami siedziała na schodkach przed domem, sączyła piwo i chłonęła feerię barw, etnicznej egzotyki, ulicznej gadki, stylizacji. „Pan Am” padł po jednym sezonie, zaś angaż u Scorsesego Margot zawdzięczała w dużej mierze improwizacji, na którą odważyła się podczas castingu. – Raz się żyje – stwierdziła i wymierzyła DiCaprio bynajmniej nieudawany policzek. Reżyser był zachwycony, co ciekawe – gwiazdor również. Dała z siebie wszystko, dostała nagrodę Empire dla najlepszej debiutantki i nominację do MTV Awards (MTV Movie Awards?) za aktorski przełom roku.

Promując „Wilka z Wall Street” w Londynie, zaprosiła na premierę członków ekipy swojego następnego filmu „Francuska suita”. Balowali do rana, niestety, Margot musiała wracać do Los Angeles, by zdążyć na rozdanie Złotych Globów.

– Kurde, dlaczego nie możemy mieszkać wszyscy razem! – rzuciła przed odlotem i nie były to puste słowa. Trzy dni później wróciła, wynajęła z nowymi przyjaciółmi dom, a szczególnie upodobała sobie pracującego przy „Francuskiej suicie” jako asystent reżysera Toma Ackerleya.

Na weekendowych imprezach odgrywali „postacie z najbardziej rozrywkowych filmów”, np. z „Boogie Nights”: Tom przebierał się za dilera kokainy Rahada, Margot, oczywiście, za Wroteczkę. Założyli razem wytwórnię LuckyChap, w 2016 r. wzięli ślub. Skąd nazwa firmy? – Byliśmy nawaleni, nikt nie pamięta – przyznaje aktorka. – Chyba chodziło o Chaplina. To tak jak z pijackim tatuażem, budzisz się, jest i koniec.

Miała w ręku klucz otwierający wszystkie drzwi – poważną kreację u jednego z gigantów kina. Musiała tylko umiejętnie ten klucz wykorzystać: potrzebowała roli w kasowym megahicie. Reżyser „Tarzana: legendy” Jerry Weintraub dostrzegł w niej „Audrey Hepburn – nieziemską, dochodową, elegancką”, lecz przedsięwzięcie niosło spore ryzyko wizerunkowe. Biały chłopiec awansuje na króla afrykańskiego ludu, przeprowadza się do Anglii, wiedzie życie arystokraty, po czym na wieść, że czarnym źle się dzieje, wraca, by ich wyzwolić. To niby co: sami nie dają rady? Potrzebują przywództwa białego człowieka, w dodatku z wyższych sfer? Rasizm i elitaryzm! A na dokładkę seksizm.

– Modliłam się: „Boże, przeprowadź nas bezpiecznie przez wzburzone odmęty Twittera” – żartuje aktorka w rozmowie z „Vanity Fair”. Udało się.

Margot Robbie jako Harley Quinn w filmie 'Legion samobójców', reż. David Ayer, 2016. (Fot. materiały prasowe Warner Bros) Margot Robbie jako Harley Quinn w filmie "Legion samobójców", reż. David Ayer, 2016. (Fot. materiały prasowe Warner Bros)

Wątpliwości nie budziła natomiast – zewnętrznie przypominająca Tonyę – Harley Quinn w „Legionie samobójców”. Robbie, oczywiście, przeanalizowała najpierw wszystkie za i przeciw. Wyszło, że fani lubią narzeczoną Jokera najbardziej ze wszystkich żeńskich postaci DC Comics, więc nie grozi jej porażka w stylu Halle Berry, która przejechała się na „Kobiecie-Kocie”, Umy Thurman jako Trującego Bluszczu („Batman i Robin”) czy Jennifer Garner („Elektra”). Potraktowała rolę jako rodzaj polisy ubezpieczeniowej.

Kolejny raz kalkulacje nie zawiodły. Film zarobił 750 mln dol., a po nim Margot produkuje autorski, dozwolony tylko dla dorosłych „Birds of Prey”, w którym szurnięta pani psychiatra awansowała na postać pierwszoplanową. Aktorka stanowi antytezę szablonowego millennialsa, który wiele żąda, lecz mało robi, bo nade wszystko ceni wygodę.

Margot Robbie jako Harley Quinn w filmie 'Ptaki nocy', reż. Cathy Yan, 2020. (Fot. materiały prasowe Warner Bros) Margot Robbie jako Harley Quinn w filmie "Ptaki nocy", reż. Cathy Yan, 2020. (Fot. materiały prasowe Warner Bros)

– W jej wieku nie byłam tak dojrzała i silna – ocenia Kidman. – Nie miałam też możliwości produkowania filmów, nie kontrolowałam własnej kariery. Grzechy branży – mizoginia, seksualne molestowanie, dyskryminacja płacowa kobiet – to dla Margot Robbie historia. Jest nową twarzą starego, złego Hollywood.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021