1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Anita Lipnicka - nie dam się złapać

Anita Lipnicka - nie dam się złapać

(Fot. Adam Pluciński/Move Picture
(Fot. Adam Pluciński/Move Picture
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mija ćwierć wieku, od kiedy pojawiła się na muzycznej scenie. W tym czasie nieraz udowodniła, że jest niezależna, że nie ma zamiaru odcinać kuponów od tego, co było. – przez te 25 lat nauczyłam się, że przede wszystkim żyjesz dla siebie, i to siebie, nie innych, musisz w pierwszej kolejności zadowolić – mówi Anita Lipnicka.

Dobrze pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Był rok 1994, świeżo po wydaniu twojej pierwszej płyty z zespołem Varius Manx. Krótkie włosy, skórzana marynarka, dżinsy – tak cię zapamiętałam. I to, że w czasie rozmowy często uciekałaś wzrokiem. Wtedy, jako nastolatka, nie bardzo wiedziałam, jak to zinterpretować. Uznałam chyba, że to oznaka nieśmiałości.
To akurat mało prawdopodobne. W tamtym czasie byłam raczej bardzo pewna siebie, może nawet chwilami arogancka. Miałam silny charakter, nawet jeśli od samego początku na sesjach zdjęciowych wszyscy z uporem maniaka stylizowali mnie na anielicę w zwiewnych sukienkach. A mnie spod tej zwiewnej kiecki wystawał diabelski ogon.

W momencie, o którym mówisz, byłam też mocno zdezorientowana. Wyobraź sobie, co się działo. Kiedy wyszła płyta „Emu”, byłam w klasie maturalnej. Sprawy potoczyły się błyskawicznie, sława spadła na mnie nagle i z całą mocą: wywiady, koncerty, sesje zdjęciowe. Prosto z ławki szkolnej w Piotrkowie Trybunalskim wskoczyłam w muzyczny show-biznes. Żeby sobie poradzić, chroniłam się w jakichś pozach. To była moja postawa obronna.

Wydawałaś mi się strasznie dorosła.
A czułam się staro. Mam dziwną naturę, bo w ciągu tych lat wiele razy wydawało mi się, że jestem dużo starsza, niż rzeczywiście byłam, z kolei teraz coraz częściej czuję się młodziej. Zupełnie jak w tym filmie o Benjaminie Buttonie, tylko u niego zachodziła odwrotna przemiana fizyczna, a u mnie to dzieje się w głowie.

Myślisz z czułością o tamtej pewnej siebie dziewczynie?
Zwłaszcza teraz, kiedy sama mam córkę z mocnym charakterem. Myślę, że pewna doza zdrowej arogancji jest potrzebna, żeby odnieść sukces w życiu. Zdecydowanie łatwiej jest do czegoś dojść, jeśli wierzysz w siebie i w swoje wybory.

25 lat na scenie. Dobry powód do świętowania.
A ja się długo oswajałam z myślą, żeby cokolwiek z tej okazji zrobić, żeby jakoś to uczcić. Zresztą w ogóle nie jestem typem osoby, która ogląda się wstecz. To jeden z powodów, dla których bardzo długo prawie w ogóle nie grałam swoich starych piosenek.

Co się zmieniło?
Zmobilizowali mnie fani, którzy są ze mną od samego początku, którzy dorastali razem ze mną i moją muzyką. Ludzie przychodzili do mnie po koncercie i dzielili się swoimi historiami. To są czasem bardzo intymne rzeczy – że w ciężkich chwilach poczuli się lepiej dzięki jakiemuś tekstowi albo że przy moich piosenkach po raz pierwszy uprawiali seks.

Szczerze powiedziawszy, mam za sobą takie muzyczne wątki, do których chętnie bym nie wracała. Bo już jestem gdzie indziej, bo poszukiwałam zawsze nowych muzycznych wrażeń. Ale też w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że, owszem, mogę uważać, że jakaś aranżacja jest straszna, żałować, że kogoś kiedyś posłuchałam i zrobiłam coś, co nie do końca było moje, albo że po prostu byłam niedojrzała. Tylko że dla innych to nie ma większego znaczenia. Kiedy pracujesz nad piosenkami, to one są jeszcze tylko twoje, ale jak już je wydasz, należą do tych, którzy chcą ich słuchać. Doszłam do wniosku, że to nie jest tylko moja twórczość, ale i przeszłość, ścieżka dźwiękowa do życia innych ludzi, i ja się z tą przeszłością zaczęłam bardziej godzić, w końcu ją do siebie przytuliłam. O, na przykład, ostatnio na Facebooku napisał do mnie pan marynarz, że pozwalam mu przetrwać na morzu podczas rejsów. W tej otchłani bezkresnej…

Co mu odpowiedziałaś?
Że chciałabym się z nim zamienić [śmiech]. Tyle czasu dla siebie, takie piękne tło do rozmyślań.

(Fot. Adam Pluciński/ Move Picture) (Fot. Adam Pluciński/ Move Picture)

Bywasz jeszcze czasem w Piotrkowie?
Bywam, bo mieszka tam nadal moja mama. Te wizyty wywołują we mnie ambiwalentne emocje. Z jednej strony czułość i tęsknotę. Z drugiej – właściwie wszystko jest już tam dla mnie obce. Bo prawie nic już z tego miejsca, w którym dorastałam, nie zostało. Nie ma knajpy, do której chodziłam na wagary, restauracji Ormianin – nie wiem, skąd ta nazwa, bo nie serwowali tam nic ormiańskiego. Ani kina Hawana, w którym oglądałam po raz pierwszy filmy Polańskiego. A przede wszystkim nie ma mojego taty, który zmarł, kiedy byłam z Polą w ciąży. I bez niego nie ma już domu.

W jednym z wywiadów opowiadałaś o tym, jak to w dzieciństwie po raz pierwszy dorwałaś się do mikrofonu. Przełomowe wspomnienie związane z twoim tatą.
To było podczas gwiazdki zakładowej u niego w pracy. Tata był elektrykiem, pracował w Rejonie Budowy Dróg i Mostów. Wyjechał nawet na kontrakt do Iraku.

Ile miałaś wtedy lat?
Byłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Wtedy takie wyjazdy były dość powszechne, mama koleżanki jako pielęgniarka pracowała w Libii. Mój tata wyjechał na rok. Strasznie przeżyłam jego zniknięcie. Do tego stopnia, że nie mam z tamtego okresu żadnych wspomnień. Z mamą, bratem. Pamiętam tylko jedno – że właśnie wtedy mama zapisała mnie do szkoły muzycznej na skrzypce, których nienawidziłam. Tak naprawdę marzyłam, żeby grać na pianinie, ale nie było nas na nie stać, zresztą i tak gdzie byśmy je wstawili, żyliśmy w dwóch pokojach. Skrzypce to była porażka, nauczyciel był surowy i chyba generalnie nie bardzo się nadawał do pracy z dziećmi. Pamiętam tylko swoją spuszczoną głowę i że na lekcjach patrzyłam cały czas na buty. Swoje i jego, jego były ogromne! To było tym bardziej przygnębiające, że na początku powiedziano mamie, że mam słuch absolutny, a już pierwszy egzamin oblałam. Usłyszałam, że się do niczego nie nadaję.

Uważasz się za dziecko PRL-u?
Tak, i nawet myślę, że to, że dorastałam w tamtej dojmującej szarości, było pozytywne. Rozbudzało pragnienia. Jak masz wszystko, trudno jest do czegokolwiek aspirować. Patrzę na swoje dziecko i widzę, że obfitość wyboru może być przytłaczająca. Problemem Poli jest bardziej to, że sama nie wie, czego chce, na co się zdecydować.

Ty w jej wieku wiedziałaś?
Chciałam się wyrwać, uciec. Miałam ulubioną pozycję i miejsce do rozmyślań. Siadywałam na wiadukcie kolejowym ze spuszczonymi nogami. Ludzie chodzili za moimi plecami, a ja siedziałam i patrzyłam, jak pociągi jeżdżą w jedną i drugą stronę. Lubiłam sobie wyobrażać, że któregoś dnia w jakiś wsiądę i nie wrócę. Ten motyw ucieczki i pragnienia lepszego życia pchał mnie do przodu.

Dopiero potem, kiedy liznęłam trochę świata, odkryłam, że jest też jednak coś, czego nigdy z siebie nie wykorzenię. Kompleks bycia obywatelem drugiej kategorii, z gorszego świata. To dziecko z PRL-u się we mnie mazgaiło i do dzisiaj czasem się we mnie odzywa.

Tamten rok bez taty wpłynął na waszą późniejszą relację?
Jak wrócił, długo nie odstępowałam go na krok. Ja w ogóle byłam zawsze bardziej zżyta z nim. Miał dla mnie dużo czułości, jak na tamte czasy to było coś wyjątkowego u ojców. Jeździliśmy na ryby. Ja czytałam książkę, tata zapuszczał wędkę, uwielbiałam być blisko niego w ciszy. Albo zbieraliśmy razem grzyby. Tata nie był typem człowieka, który udziela ci rad, przekazuje mądrości życiowe. To, co nas łączyło, to było coś pozawerbalnego. Moja relacja z mamą była dużo bardziej złożona, trudniejsza.

Uważasz, że ta silna więź z ojcem wpłynęła na to, jak się później dogadywałaś z facetami?
Mam jeszcze starszego o trzy lata brata [Arkadiusza Lipnickiego, artystę kabaretowego związanego z Grupą Rafała Kmity – przyp. red.]. Rodzice dużo pracowali, chodziliśmy z kluczem na szyi, ja byłam skazana na niego, on na mnie. I kiedy tak się za nim wszędzie ciągnęłam, musiałam wypracować pewne strategie, jakoś w tym chłopackim świecie przetrwać, a przynajmniej być niezauważona, żeby mnie z niego nie wyrzucili. Myślę, że to mnie w dużej mierze ukształtowało. A potem jakoś tak naturalnie przeszłam do kolejnego etapu, zaczęłam pracować z facetami, stałam się dziewczyną z bandu. I do dzisiaj pracuję i przebywam głównie w męskim gronie. Zawsze miałam trudności w budowaniu silnej więzi z kobietami. Nie nauczyłam się tego. Moja mama była wiecznie zapracowana, brakowało mi jej uwagi, nie pamiętam, żebym robiła z nią jakieś babskie rzeczy. W podstawówce miałam bliską koleżankę, potem inną w liceum, ale nasze drogi się rozeszły. Jedyna przyjaciółka, z którą utrzymuję w miarę regularny kontakt, zwykle się denerwuje, że jej nie odpisuję, nie oddzwaniam, że zniknęłam. A mnie wciąga życie, praca. Zazdroszczę dziewczynom, które potrafią tak po prostu razem iść na zakupy i gadać godzinami. W ogóle nie uważam, żeby to było mało poważne. Zazdroszczę, ale ja tak nie umiem. Dlatego tak się ucieszyłam, że urodziłam córkę, i bardzo się starałam, żeby nic w tej relacji nie zepsuć.

Było ci trudno?
Kiedy Polcia przyszła na świat, zupełnie nie wiedziałam, co z nią zrobić, nie rozumiałam jej sygnałów. Teraz myślę, że znaczenie miało to, co się stało, kiedy byłam z nią w ciąży, że umarł nagle w wypadku mój tata. Jak się Pola urodziła, była cała roztrzęsiona. Dużo płakała. Do tego stopnia, że pewnego dnia pojechałam z nią do szpitala, położyłam ją na przewijaku w gabinecie i powiedziałam, że już nie dam rady. Że mój instynkt macierzyński nawala, nic mi nie podpowiada. Niech mi ktoś powie, czy jej za zimno, czy gorąco, czy jest głodna, czy przejedzona. Byłam bezradna. Musiałam swoje przejść, odkryć, że ona to nie miniwersja mnie samej. Że inaczej widzimy, czujemy świat. Paradoksalnie spadł ze mnie olbrzymi ciężar, kiedy pojęłam, że moja córka nie należy do mnie. Jest osobną, absolutnie wyjątkową istotą.

Skąd brałaś wzorce kobiecości, które jej dzisiaj przekazujesz?
No właśnie. Trudne pytanie. Paradoksalnie wiele zawdzięczam jednak mamie. Przesiąknęłam nią. O ile mój tata był takim typem człowieka, który w kolejce wszystkich puści przodem, aż dla niego samego nie będzie już w środku miejsca, o tyle mama jest tą osobą, która się wepchnie na sam przód kolejki. Pracowita, ambitna i niezależna, z różnych powodów nie mogła iść na studia, ale zawsze miała otwartą głowę, zawsze była bardzo nowoczesna. Wszyscy znajomi mi tego zazdrościli. Myślę, że to po niej mam to wewnętrzne poczucie niezależności. „Nie dam się złapać”, i już. Jak czuję, że ktoś przejmuje nade mną kontrolę, albo kiedy tkwię w sytuacji, w której mi ciasno, duszno, niewygodnie, to się wyślizguję, wyswobadzam i ulatniam.

Jak wtedy, kiedy w wieku 15 lat zdecydowałaś, że praca modelki na pewno nie jest dla ciebie?
Pamiętam ten moment, bo to wtedy się do siebie z mamą bardziej zbliżyłyśmy. Jakby mnie nagle dostrzegła, zobaczyła w innym świetle. Teraz sądzę, że w pewnym sensie byłam przedłużeniem jej własnych niespełnionych ambicji, marzeń. „Gazeta Wyborcza” ogłosiła nabór do agencji modelek w Tokio. Pół roku trwały ogólnopolskie eliminacje, przyjeżdżałam do Warszawy na zdjęcia próbne, w końcu wybrano pięć dziewczyn, w tym mnie. Doświadczenie całkowicie nierealne, jak sen. Ale było też sporo sytuacji, które mogły się skończyć źle. Jako białe modelki miałyśmy wstęp do klubów, barów, a tam drinki za darmo. Pamiętam jedną taką noc, kiedy jadę gdzieś autem z ludźmi, których nie znam. Nie za bardzo rozumiem angielski, nie mówiąc o japońskim, ktoś wychodzi nagle z tego samochodu, dzwoni domofonem, ktoś inny znosi biały proszek. Zaczyna robić się dziwnie, a ja w przypływie zdrowego rozsądku wybiegam z tego auta. To była pora deszczowa, po ulicach przelewały się strumienie, a ja biegłam przed siebie w środku nocy, zupełnie nie wiedząc dokąd. Cudem znalazłam odpowiednią stację metra i dotarłam nad ranem do domu.

Dlatego tak szybko wróciłaś do Polski?
Patrzyłam na 13-, 14-letnie dziewczyny, które już nie chodziły do szkoły. Byłam skrajnie niedojrzała, ale gdzieś mi w głowie świtało, że to nie jest dobra droga. Uznałam, że jak we wrześniu nie wrócę do liceum, to już po mnie. Poza tym świat modelingu, podszyty dwuznacznymi spojrzeniami otaczających cię facetów – już wtedy wiedziałam, że się do tego nie nadaję.

Zaraz po powrocie miałam totalne wyparcie kobiecości. Wzięłam nożyczki i zaczęłam ścinać włosy do samej skóry. Chodziłam z łysą głową, w ciężkich butach i wyciągniętych swetrach. Mój ówczesny chłopak jeździł na motorze, a ja razem z nim. Robiłam wszystko to, co chłopaki. Nie chciałam, żeby koledzy zauważyli, że mam piersi, że jestem ładna. Po jakimś czasie wszystko wróciło do jako takiej normy, ale trochę mi zajęło, zanim przygoda z modelingiem przestała mi się odbijać czkawką.

(Fot. Adam Pluciński/Move Picture) (Fot. Adam Pluciński/Move Picture)

Druga spektakularna ucieczka: rok 1995. Jesteś u szczytu sławy i opuszczasz Varius Manx. Wytrzymałaś z nimi niecałe dwa lata. Nie mogłaś choć trochę dłużej?
Nie mogłam, bo to było zbyt intensywne, czułam się wyeksploatowana. Podpisywałam umowy, nie wiedząc, co podpisuję, sprzedawaliśmy setki tysięcy płyt, a mój poziom życia nie ulegał zmianie. Nie stać mnie było nawet na dobre ciuchy, kreacje na scenę szyła mi krawcowa z osiedla, mama kupowała materiały gdzieś na bazarze. Po pierwszej płycie natychmiast mieliśmy stworzyć następną, megahitową, było ciśnienie, żeby utrzymać popularność, i nie było na ten temat żadnych dyskusji. W tydzień czy dwa pisz 12 tekstów. Kiedy nadarzyła się okazja, skończył się kontrakt – podpisaliśmy go na dwie płyty – natychmiast z niej skorzystałam. Miałam już wtedy serdecznie dość. I zespołu, i wytwórni, i śpiewania. To jest właśnie to, o czym ci mówiłam. Czułam, że ktoś na mnie za bardzo napiera, naciska. Więc uciekłam.

Nie bałaś się, co będzie z tobą dalej?
W takich sytuacjach nigdy się nie boję. Źle się czułam tylko w stosunku do kolegów z zespołu. W młodości dwa lata to jak 20. Przeżyliśmy razem dużo ważnych momentów.

Ale nie zgodziłaś się na wspólną trasę po latach.
Dla mnie to jak ustawianie się do zdjęcia z byłym mężem w rocznicę ślubu. Nie wierzę w takie powroty.

W życiu prywatnym jesteś równie niezależna?
Czasem przesadzam. Za bardzo forsuję swoje wizje, ustawiam innych. Najpierw oczekuję, żeby ktoś coś wymyślił, zaskoczył mnie, a potem i tak decyduję ja. Trudno mi jest odpuścić. Na przykład mówię do partnera: „W tym roku ty wymyślasz wakacje”. Po czym pytam zdziwiona: „Serio? Ten hotel? To miejsce?”. I zabieram się do planowania wycieczki autem przez pół Europy.

Nie tak dawno przyznałaś publicznie, że wzięłaś ślub. Uważasz, że związek nieformalny różni się czymś od formalnego?
Tak, myślę, że tak. I mówię to, chociaż nigdy nie byłam typem osoby, która marzy o welonie, o tym jedynym, wyjątkowym dniu. Wzięłam ślub dla mojego męża. Bo to on bardzo chciał. Był pierwszym mężczyzną w moim życiu, dla którego to było tak istotne. Teraz przyznaję mu rację. Zresztą jakiś czas temu widziałam się z Kasią Nosowską. Ona też opowiadała, jak ostatnio wzięła ślub z długoletnim partnerem, i nawet w tym przypadku to coś jednak zmienia.

Na czym polega ta różnica?
Na zaufaniu. Jakimś takim oddaniu ostatecznym. Nie podpisaliśmy z Markiem żadnej intercyzy. Jesteśmy dla siebie na dobre i na złe. A może przede wszystkim na to złe. Nie sztuka być razem, kiedy jesteście młodzi, ładni i odnosicie sukcesy. Bądź z kimś i niech ten ktoś z tobą będzie, jak razem macie pod górę. To nie takie proste związać i pogodzić dwa życia dojrzałych osób, które mają dzieci z poprzednich związków i jeszcze są z innych krajów.

Kiedy po raz pierwszy mówiliśmy o ślubie, martwiłam się, że się dopiero co poznaliśmy, że może nie teraz, może nam nic z tego nie wyjdzie. A Mark mówił: „Jak nie teraz, to kiedy? Przecież mamy po 40 lat”.

Zyskałaś poczucie bezpieczeństwa?
Raczej poczucie odpowiedzialności za siebie nawzajem. I jakiejś wspólnoty, grania do jednej bramki.

Otwarcie mówisz o tym, że przeszłaś terapię. Polecasz innym ten rodzaj pracy nad sobą?
Tylko wtedy, kiedy uda ci się trafić na kogoś, komu ufasz, kto potrafi z tobą pracować. I kiedy jesteś gotowa, by się otworzyć. Długo chodziłam na różne terapie, ale tak naprawdę nie byłam w terapii. Różnica jest zasadnicza. Jak się nie ma uczciwego związku z samym sobą, to się nie nawiąże go z żadnym terapeutą. Każdy jednak ustawia się do zdjęcia tym lepszym półprofilem.

W moim przypadku dodatkowym utrudnieniem było to, że jestem osobą rozpoznawalną. Z jednej strony trudniej się otworzyć, mówić całkiem szczerze. Z drugiej – dla ciebie samej rozpoznawalność to coś, czego po prostu nie da się zignorować, pominąć. Bo to zmienia wszystko – dynamikę relacji, także – choć komuś to może wydawać się niemożliwe – rodzinnych. Poza tym to w pewnym sensie obieg zamknięty, pułapka.

Odnosisz sukcesy? Chcesz się schować. Masz gorszy moment, ludzie nie przychodzą na koncerty, płyta się nie sprzedaje? Masz poczucie, że cię nie ma, zawodzisz, nie spełniasz oczekiwań.

Ponadto byłaś w związku ze znaną osobą...
I jak ten związek zaczął nam się z Johnem [Porterem – przyp. red.] sypać, to jeszcze jakiś czas stwarzaliśmy pozory, że jesteśmy razem, choć to dla nas obojga było bardzo trudne. Nie mieliśmy odwagi, żeby się oficjalnie rozstać, baliśmy się, że nie dadzą nam spokoju, będą pytać, wypisywać bzdury. Mieliśmy poczucie, że musimy na tyle odpowiedzialnie kierować naszym wizerunkiem, żeby któregoś dnia Pola nie przyszła ze szkoły i nie powiedziała: „Mamo, a mama Oli przeczytała o was to czy tamto”. No wiesz, fajnie się czyta o czyimś ślubie, gorzej jest, jeśli chodzi o rozstanie. Ja się zresztą bałam, że to koniec świata. Że nigdy nikogo więcej nie pokocham. Pod tym względem ostatnia terapia bardzo mi pomogła. W pewnym sensie nauczyła mnie mądrze kochać. Pamiętam taki moment, kiedy mój terapeuta już nie wiedział, co ze mną począć. I bezradny zapytał, jak ma do mnie dotrzeć. „Miłością!”. To był impuls, nie zastanawiałam się, tak po prostu odpowiedziałam. Coś się przełamało.

Czegoś szczególnie w życiu żałujesz?
Nic mi teraz nie przychodzi do głowy, chociaż życie faktycznie potrafi być przewrotne. Kiedy śpiewałam przed tłumami, z Varius Manx, miałam do swojej sławy specyficzny stosunek, może nawet mnie złościła, wkurzały mnie te tłumy rzucające we mnie maskotkami. Wokół były te tłumy, tylko mnie tam nie było. A potem bywały takie chwile, kiedy śpiewałam dla garstki publiczności, bo tyle wykupiło bilety. Nie miałam menedżera, nikogo mój los nie obchodził, musiałam przez to przejść. To, czego się przez te 25 lat na pewno nauczyłam, to to, że sukces jest czymś relatywnym. Przez pierwsze lata kariery myślałam, że pstryknę palcami, a wszystko będzie się sprzedawać – i tak się właśnie działo. A potem życie mnie nauczyło, że czasem walczysz, szarpiesz się i nic z tego nie wynika. To cię uczy pokory. I jeszcze czegoś ważnego – że przede wszystkim żyjesz dla siebie, i to siebie, nie innych, musisz w pierwszej kolejności zadowolić. Teraz na koncertach bardzo doceniam to, że ludzie przyszli, wydali pieniądze na bilet i postanowili ten wieczór spędzić ze mną. Może masz rację w tym, co zauważyłaś jako dziewczynka. Że uciekałam wzrokiem. Teraz patrzę tym ludziom w oczy, zależy mi na nawiązaniu z nimi prawdziwej więzi. Siedzę, podpisuję płyty do oporu, jestem ciekawa, co chcą mi opowiedzieć.

Album nagrany z okazji 25-lecia to składanka „The Best of”?
Nie, nie cierpię odgrzewanych kotletów. Wymyśliłam sobie, że najpierw pojadę i pokażę ludziom, z jakich dźwięków się składam, kim muzycznie jestem. Zamiast śpiewać tylko swoją, wzięłam na warsztat muzykę ludzi, którzy mnie inspirowali przez ćwierć wieku, swoich muzycznych bohaterów. Trasa „Z bliska” była na początku roku, jesienią jest jeszcze w planach parę koncertów w tym wydaniu. Teraz przyszedł czas na prawdziwy tort okolicznościowy. Płyta „OdNowa” to odwrotność tamtej trasy. Już nie mój muzyczny autoportret, ale portret wielokrotnie złożony. Moja twórczość przefiltrowana przez wrażliwość innych. Oddałam swoje piosenki ośmiu producentom reprezentującym różne style i pokolenia, żeby zinterpretowali je, jak chcą, jak mnie widzą.

Odnalazłaś się we wszystkich ich pomysłach?
Bywało różnie [śmiech]. Wyszły z tego ciekawe kwiatki – śpiewam dance, jest piosenka w klimacie punkowo-garażowym, brzmienia typowo klubowe, jest dużo alternatywy, elektroniki. Przy okazji robiłam wywiady z każdym z tych chłopaków, każdemu zadawałam te same trzy pytania. Na przykład: „Twoje pierwsze wspomnienie z moją muzyką”. Kuba Karaś z zespołu The Dumplings, który ma 23 lata, odpowiedział: „Pierwsze dyskoteki”. Śmiałam się: „Kuba, przecież ja »Piosenkę księżycową«, którą sobie wybrałeś, napisałam, jak ciebie na świecie nie było!”.

„Tak, ale mama puszczała w domu, więc ja potem, jak się zajmowałem didżejowaniem, zawsze puszczałem »Księżycową« na koniec klubowej imprezy”. Trzeba przyznać, przerobił ją przepięknie. Wraca brzmieniami do lat 80., których ja, nawiasem mówiąc, nie cierpię. Uważam, że to najbardziej obciachowy czas w muzyce. Jednak jeśli ktoś z takim talentem jak Kuba bierze coś na warsztat, wychodzi z tego wyjątkowa materia.

Ale też miałam taki moment, że pisałam do wytwórni i mojego menedżera: „Ja tam w ogóle nie czuję siebie! To nie wypali”. Odpisywali mi: „Przecież to są twoje piosenki!”. A ja: „Tak, ale ja do nich w ogóle nie pasuję”. To było przekraczanie własnych granic. Teraz się cieszę. Nigdy nie nagrałabym tak różnorodnej płyty. To było odświeżające.

Zaraz, zaraz, ale skąd ten przełom? Dlaczego zmieniłaś zdanie?
Po prostu odkrywasz, że nie zawsze to ty wiesz najlepiej. I to jest fajne odkrycie.

Anita Lipnicka, rocznik 1975; piosenkarka, autorka tekstów i muzyki.  Na początku kariery była wokalistką grupy Varius Manx. Od rozstania z zespołem w 1995 roku nagrała 13 albumów, w tym cztery wspólnie z Johnem Porterem.  Jej najnowsza płyta „OdNowa” ukazała się we wrześniu. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Kultura

Nowości muzyczne – płyty, których warto posłuchać

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasza płytoteka powiększyła się o kilka pozycji. Sprawdźcie, co polecamy w tym miesiącu.

Na równych prawach

Ta bardzo przyjemna płyta dowodzi, że żywiołem Stinga są duety. „Nie spotkaliśmy się, pracowaliśmy na odległość, śpiewając w różnych studiach, więc to była taka pandemiczna relacja aż do czasu kręcenia teledysku” – tak Sting opowiada o nagrywaniu wspólnie z Melody Gardot singla „Little Something”. To akurat nowość na „Duets”, które zasadniczo jest płytą wspominkową.

Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)

69-letni muzyk zebrał tu swoje ulubione duety z ostatnich dwóch dekad. Pojawiają się więc i Mary J. Blige, i Annie Lennox, Herbie Hancock i Eric Clapton, Julio Iglesias i Charles Aznavour, Zucchero, Shaggy… To zarazem festiwal różnych oblicz Stinga: jazzowego, soulowego i popowego, w stylu reggae, włoskim i latynoskim. No i algierskim w „Desert Rose”, które nagrał z pieśniarzem Chebem Mamim. Wszystkie te duety pokazują też, że Sting nie ma w zwyczaju w nich dominować, pozostawiając odpowiednią przestrzeń swoim drugim połówkom.

Sting, 'Duets' (Fot. materiały prasowe)Sting, "Duets" (Fot. materiały prasowe)

Niemal debiutanci

Gitara, fortepian, głos i blues. Pola Chobot i Adam Baran znają się już z grupy Jabłonka, ale dwa lata temu zadebiutowali w parze, a innych muzyków dopraszają w miarę potrzeb. Na minialbumie „Trzeba mi” snują tajemnicze, senne opowieści, a prowadzi nas przez nie niebywale nastrojowy wokal Chobot. Wciąż są na tym etapie, gdy cieszą się każdą nową słuchaczką i każdym nowym słuchaczem, serdecznie więc zachęcam, żeby dołączać do tego grona.

Pola Chobot&Adam Baran 'Trzeba mi'. (Fot. materiały prasowe)Pola Chobot&Adam Baran "Trzeba mi". (Fot. materiały prasowe)

Wreszcie

Premierę opóźniła najpierw pandemia, potem był problem, żeby zdążyć z wytłoczeniem wersji winylowej. Ale wreszcie poznaliśmy siódmy już album dopiero 35-letniej Amerykanki, która nigdy nie lubiła opuszczać studia na zbyt długo. Nie lubi też podwójnych standardów w show-biznesie, porusza tu więc podobne kwestie co Brytyjka z recenzji po prawej. A muzycznie? Trwa przy nienachalnym popie z folkową podszewką, to ostatnie akcentując na koniec coverem „For Free” Joni Mitchell.

Lana Del Ray 'Chemtrails over the country club'. (Fot. materiały prasowe)Lana Del Ray "Chemtrails over the country club". (Fot. materiały prasowe)

Przejąć kontrolę

„To płyta o zyskiwaniu kontroli nad własnym życiem” – deklaruje jasno wokalistka London Grammar Hannah Reid. Bo gdy inni gratulują ci sukcesów, ty wciąż sama siebie pytasz: kto tym wszystkim kieruje? I zastanawiasz się, jak przetrwać w kranie mizoginii, jaką jest pop. O tym, jak się z tym czuje, postanowiła powiedzieć światu z pomocą kolegów z zespołu – i tak trzecią płytę angielskie trio potraktowało jako swego rodzaju terapię. Co nie kłóci się z tym, że ten album to zestaw solidnych przebojów.

London Grammar 'Californian Soil'. (Fot. materiały prasowe)London Grammar "Californian Soil". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

62. sezon Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich po raz drugi online

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Niebywały sukces Koncertów Chopinowskich w wersji online z ubiegłego roku oraz trwające ograniczenia dotyczące organizacji imprez skłoniły organizatorów wydarzenia do kontynuowania recitali w formie online.

Koncert inauguracyjny odbędzie się w niedzielę 16. maja, tradycyjnie o godz. 12:00. Transmisja będzie dostępna na www.facebook.com/koncertychopinowskie, a także na Youtube i stronach internetowych www.koncerty-chopinowskie.pl i www.estrada.com.pl. Spacerujący w Łazienkach Królewskich będą mogli wysłuchać muzyki Chopina z głośników rozstawionych w głównych miejscach królewskiego parku w każdą niedzielę w południe.

W koncercie inauguracyjnym wystąpi amerykański pianista Kevin Kenner, uznawany za jednego z najwybitniejszych wykonawców muzyki Chopina. Zdobył najwyższą nagrodę na XII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jest również laureatem Międzynarodowego Konkursu im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie i wielu innych.

Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)

Ten pochodzący z Kalifornii pianista wcześnie miał okazję zapoznać się z polskimi tradycjami muzyki klasycznej – w wieku kilkunastu lat studiował pod kierunkiem wybitnego polskiego profesora Ludwika Stefańskiego w Krakowie. Kenner jest również wybitnym pianistą studyjnym – czasopismo „Grammophone” określiło wszystkie jego interpretacje utworów Paderewskiego i Chopina mianem nagrań miesiąca. Inne jego nagrania zostały wyróżnione przez „Diapason”, „Fanfare” i Polskie Radio. Przez ponad dziesięć lat Kevin Kenner był zatrudniony na stanowisku profesora w Royal College of Music w Londynie. Obecnie pracuje na wydziale muzycznym Uniwersytetu Miami (Frost School of Music), gdzie przygotowuje młodych, utalentowanych pianistów do występów na scenach świata. Zasiadał w jury wielu międzynarodowych konkursów pianistycznych, w tym Konkursu im. Ferruccio Busoniego we włoskim Bolzano i Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)

Plenerowe koncerty muzyki Chopina zorganizowano po raz pierwszy w 1959 r., po zrekonstruowaniu pomnika kompozytora. Z biegiem czasu wielokrotnie zmieniały swoją formułę. W tym roku, po raz kolejny pianiści nie zagrają pod pomnikiem Chopina, lecz wystąpią dla słuchaczy online. Recitale zarejestrowane zostały w wyjątkowym wnętrzu Sali Balowej w Pałacu na Wyspie, zbudowanej pod koniec XVIII wieku, z dekoracyjnymi marmurowymi kominkami z rzeźbą Herkulesa i Apolla Belwederskiego. Koncerty w tej formule będą kontynuowane w każdą niedzielę o godz. 12:00, a jeżeli sytuacja na to pozwoli Stołeczna Estrada powróci do organizacji koncertów w tradycyjnej formie – na żywo.

Kalendarz najbliższych koncertów:

MAJ

16 maja – koncert inauguracyjny, godz. 12.00 - Kevin Kenner (USA)

23 maja – Łukasz Byrdy

30 maja – Aleksandra Hortensja Dąbek

CZERWIEC

6 czerwca – Mateusz Tomica

13 czerwca – Viet Trung Nguyen (Wietnam/Polska)

20 czerwca – Maciej Wota

27 czerwca – Edward Wolanin

LIPIEC

4 lipca – Mateusz Krzyżowski

Wszystkie koncerty dostępne będą bezpłatnie.

Cykl koncertowy finansowany jest ze środków Miasta st. Warszawy.

koncerty-chopinowskie.pl

  1. Kultura

Mistrzowskie skrzypce

Mistrzowskie skrzypce
Mistrzowskie skrzypce
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Już jutro 8 maja rozpoczyna się Międzynarodowy Konkurs Lutniczy im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu.

Najlepsi lutnicy z 14 krajów na całym świecie, m.in. z Włoch, Francji, Belgii, Korei Południowej, Chin, Japonii oraz Polski, zgłosili do konkursu 88 instrumentów. To nieco mniej niż zwykle – ze względu na pandemię, część ze zgłoszonych wcześniej skrzypiec nie dojechała. Poznański konkurs lutniczy odbywa się co 5 lat od 1957 r., jest najstarszym na świecie i jednym z najważniejszych obok Cremony, Mittenwaldu i Pekinu.

Międzynarodowe jury w skład którego wchodzą zarówno lutnicy, jak i muzycy, już niedługo rozpocznie oględziny instrumentów. Oceniane będą zarówno walory lutnicze instrumentów, jak i barwa dźwięków, które wydają. W finale instrumenty zagrają podczas przesłuchań kameralnych i orkiestrowych. To dla nich najsurowszy sprawdzian. Siła (głośność), barwa i nośność dźwięku robią różnicę. Najlepsze zostaną docenione. Na finalną punktację przypada ocena lutnicza - 50 proc, i drugie 50 proc. na ocenę dźwiękową. Dlatego w jury obok lutników zasiadają muzycy, m.in. Laura Hamilton – koncertmistrzyni Metropolitan Opera w Nowym Jorku i pedagog NY University oraz Bartosz Bryła, jeden z wybitnych współczesnych polskich wiolinistów i wykładowców.

(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)

(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Główną nagrodą w tegorocznym Międzynarodowym Konkursie Lutniczym jest 16 tysięcy euro. To nagroda fundowana przez Ministerstwo Kultury. Zwycięskie instrumenty zasilają Narodową Kolekcję Instrumentów Lutniczych, której zasoby są wypożyczane najzdolniejszym krajowym muzykom. Kolekcja istnieje od lat. Pomogła zbudować światową karierę m.in. Wandy Wiłkomirskiej, Piotra Janowskiego czy Bartłomieja Nizioła.

W tegorocznym składzie jury zasiada Marcin Krupa, lutnik wielokrotnie nagradzany na międzynarodowych konkursach lutniczych, m.in. w Cremonie, Moskwie, Londynie, Baltimore i Poznaniu, ze znanej lutniczej poznańskiej rodziny. Również jego brat - Krzysztof wybrał ten zawód. Synów wykształcił ojciec, Antoni Krupa, który założył pracownię lutniczą w Poznaniu wiele lat temu. To jedno z tych miejsc, w których czas się zatrzymał i dziś możemy odczuć tam prawdziwą atmosferę ręcznej pracy w drewnie.

„Tradycje rodzinne w tym zawodzie nie są rzadkością. W Polsce, podobnie jak w innych krajach, zawód lutnika często  przechodzi z pokolenia na pokolenie. Wychowałem się w pracowni ojca, od małego złapałem bakcyla – lubiłem mu pomagać, przebywać tam i nasiąkałem wiedzą na temat sztuki budowania instrumentów. Ojciec ułatwił mi wejście w lutniczy świat. To dzięki niemu znam tajniki tego zawodu, był moim mistrzem. Każdy lutnik stara się na początku znaleźć takiego mistrza na początku swej drogi, który wskaże mu swoje sposoby na uzyskanie wyjątkowego dźwięku budowanego instrumentu. Tato przekazał mi wiele ze swoich głęboko skrywanych tajemnic. Dzięki temu miałem łatwiejszy start, choć oczywiście musiałem odebrać gruntowne wykształcenie”. - mówi Marcin Krupa.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

Lutnik to fach z tradycją, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Rzemieślnik-artysta, który, w dobie automatyzacji i superszybkich maszyn, wciąż wykonuje swoją mozolną pracę ręcznie i to czyni ją wyjątkową. Lutnik to zawód, który może wykonywać osoba mająca wiele talentów: muzykalność, zdolności manualne, umiejętności plastyczno-rzeźbiarskie, cierpliwość, ale i zmysł techniczny, niezbędny do zbudowania misternej konstrukcji. Bez wątpienia ci, których instrumenty znajdą się w finale poznańskiego konkursu – to artyści tworzący arcydzieła. Takie skrzypce to skarb dla muzyka.

„Kiedyś lutnik nie zawsze był muzykiem, jednak gdy umie się grać – ułatwia to pracę nad instrumentem. Zna się lepiej oczekiwania wiolinisty, jego perspektywę, bo przecież instrument wykonujemy dla skrzypka.” – wyjaśnia Marcin Krupa.

Współczesne kształcenie lutnicze to średnia szkoła muzyczna z kierunkiem lutniczym (Poznań lub Zakopane), a później studia na wydziale lutniczym Akademii Muzycznej w Poznaniu – to jedyna uczelnia w Polsce, która kształci lutników. Właśnie tutaj Marcin Krupa został wykładowcą lutnictwa. Kolejnym krokiem jest praktyka u mistrza i udział w konkursach lutniczych. One pozwalają na międzynarodowy start, wysokie miejsca w rankingach konkursowych przyciągają klientów z całego świata. Kolejne zbudowane instrumenty i zadowoleni skrzypkowie uruchamiają następne zlecenia, w ten sposób buduje się swoje nazwisko i opinię w tym świecie, jednak swój warsztat trzeba cały czas doskonalić, co wymaga cierpliwości i czasu.

„Dla mnie ważny jest bieżący kontakt z muzykami. Wiele od nich się uczę, słucham ich uwag. Pomaga w tym lokalizacja mojej pracowni w Poznaniu – blisko opery i filharmonii” – mówi Marcin Krupa.

Do budowy skrzypiec wykorzystuje się tylko klon jawor oraz świerk. Drewno musi być lekkie i elastyczne. Poszukiwanie odpowiedniego kawałka drewna to temat na oddzielną opowieść. Specjalizują się w tym firmy, drewno sprzedawane jest na specjalistycznych targach, a nawet bywa nagrodą na konkursach lutniczych. Wielu lutników m.in. dlatego wybiera życie blisko natury, lasów, gór. Tak jest  w przypadku Joanny Plęs, która wraz z mężem Tomaszem Linką prowadzi pracownię w Ustrzykach Dolnych. Tu łatwiej o ciszę, spokój, koncentrację na pracy z dala od zgiełku wielkiego miasta. Blisko są Bieszczady, lasy, łatwiej nawiązać bezpośrednią relację z dostawcami drewna, a klienci i tak przyjadą do renomowanego lutnika. Instrumenty z pracowni Joanny Plęs doceniono m.in. na konkursach w Moskwie, Mittenwaldzie i Poznaniu - wiele lat temu jej skrzypce ze względu na wybitne walory dźwiękowe zostały zakupione przez Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu, organizatora Międzynarodowych Konkursów Lutniczych.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

„Zawód lutnika wymaga zdobycia wszechstronnych umiejętności w zakresie rysunku, rzeźby, ogólnego wyczucia proporcji. Bardzo ważne jest duże doświadczenie oraz wykształcenie muzyczne, które pomaga sprostać wysokim wymaganiom muzyków. - mówi  Joanna Plęs. Lutnik stara się nadać wszystkim instrumentom piętno swej indywidualności dlatego każdy instrument jest niepowtarzalny. Drewno (jawor i świerk) musi sezonować się przez długie lata, a lakier składający się z wyselekcjonowanych naturalnych żywic każdy mistrz sporządza sam według tylko sobie znanej receptury, by nałożyć go później na swe dzieło w kilku, a nawet kilkudziesięciu cieniutkich, transparentnych warstwach” – przekonuje Joanna Plęs.

Więcej na  lutniczy.wieniawski.pl

Planowane są transmisje online przesłuchań instrumentów. Po MKL najlepsze instrumenty będą dostępne dla publiczności na wystawie w Muzeum Narodowym w Poznaniu przez 2 tygodnie.

  1. Kultura

Rzuć to wszystko, wszystko co złe, co gnębi cię... Wspominamy Zbigniewa Wodeckiego

Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas - mówił Zbigniew Wodecki, który dziś obchodziłby swoje 71. urodziny. Z tej okazji przypominamy jego ostatni wywiad na łamach "Zwierciadła". 

Szybki i frenetyczny, ale w branży mówią o nim: kawał dobrego chłopa, i trudno się dziwić, bo pocieszy, poklepie, parę groszy pożyczy. Skubnął życia i kariery w komunie, nie dał się transformacji, a dziś? - Cały ten showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch&Mitch, bo to czyste dzieciaki - mówi Zbigniew Wodecki.

Słuchasz dużo muzyki? Nie znoszę tego robić, ponieważ jeśli mi się coś nie podoba, to szlag mnie trafia, że w ogóle to słyszę, a jeśli ktoś świetnie gra? To wściekam się, że to nie ja skomponowałem. Całe to moje śpiewanie wzięło się zresztą z komponowania, bo wciąż siedziałem przy fortepianie i wyśpiewywałem wszystkie istniejące „ewrybady”, a później tworzyłem z nich piosenki. Własnie tak powstało „Zacznij od Bacha”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Izolda”, po latach duża forma na orkiestrę symfoniczną i dwa chóry dla Niepołomic, na którą to okazję kupiłem sobie specjalny program do pisania nut, ale... Widzisz, technika mnie zabiła... Jednak nie do końca, bo jednak migiem poleciałem do papierniczego po części do mojego nowego komputera: ołówek, ekierkę, gumkę.

Nie boisz się z takim ekwipunkiem grania z Mitch & Mitch? Ja się wszystkiego boję, nawet jutra, ale miałem już tyle w życiu wpadek, że... Raz na przykład w Domu Kultury w Dąbrowie Górniczej odbywała się uroczystość barbórkowa. Do dziś nie wiem czemu, wtedy nie wpadłem na to, by nauczyć się na pamieć tekstu. Pamiętałem jedynie pierwszą linijkę: „Odjeżdżają pociągi daleko”, a dalej? „La, la, la, la, la”. Cztery minuty i tylko to „la, la, la, la”, masakra. Prawie tam padłem ze strachu i stresu. Trochę mnie to co prawda zahartowało, ale do dziś za każdym razem, nawet jeśli wszystko dobrze pamiętam, boję się zupełnie tak samo jak w tym domu kultury, tym bardziej teraz, bo tak szczerze mówiąc, nie do końca potrafię sprecyzować to, co razem z tymi Mitchami tworzymy. Chłopaki, znane z tego, że są nieznane, i z tego, że oficjalnie przyznają się, że nie śpiewają, wynaleźli gdzieś moją starą płytę, która powstała w czasie, gdy byłem gościem płodnym i zadurzonym w muzyce Burta Bacharacha i tworzyłem trochę pod niego. Tak powstały dwie typowe bakarakówy „Parę słów” i „Rzuć to wszystko co złe” – od razu wiedziałem, że są fajne, nietuzinkowe, aranż dobrze zgrany z linią melodyczną, a mnie się jeszcze w dodatku wtedy zdawało, że jestem świetnym kompozytorem i do usranej śmierci będę na topie. No, ale widzisz, żeby się tego od świata dowiedzieć, musiałem czekać 40 lat, aż Mitche to wszystko wygrzebią, a najpierw się w ogóle urodzą. Zrobili mi tym naprawdę wielką przyjemność. Zagraliśmy w Trójce – zrobił się mały szmerek, na offie – szum, później większy, gdy wyszła płyta. A grzmot największy, kiedy piosenka „Rzuć to wszystko co złe” pojawiła na pierwszym miejscu listy przebojów...

A teraz jest już chyba regularny huk. Dostałeś dwa Fryderyki. Tak. Fryderyki są dwa: jeden z Mitch & Mitch Orchestra and Choir w kategorii album roku pop za płytę „1976: A Space Odyssey”. Oraz drugi w kategorii utwór roku za piosenkę „Rzuć to wszystko co złe”. I ja się ciesze! Ale też i dziwię, że dzięki Mitchom zacząłem „zdobywać świat”, i to z powodu płyty, która jest starsza nawet od mojej „Izoldy”. Za co zresztą dziękuje także Wojtkowi Trzcińskiemu, który w 1976 roku wpadł na to, żeby tę płytę w ogóle nagrać. A dziwię się, bo nie wiem, jakie mechanizmy społeczne czy kulturowe zagrały, żeby po takim czasie nagle to wszystko ruszyło. I skąd chłopcy wiedzieli, że to zadziała? A wiedzieli od początku, że będzie dobrze, choć ja im nie wierzyłem, i jeśli mogę być szczery, do dziś nie wierzę, że to wszystko się stało. Ukoronowany sukcesem rozdział z chłopakami uważam już jednak za zamknięty, choć będziemy jeszcze dużo koncertować. Ja tymczasem pracuję nad moją nową płytą, którą wyda Agora, a producentem będzie Rafał Stępień, świetny pianista i aranżer. I to będzie coś miedzy Alem Jarreau a Philem Collinsem, bo taki klimat mnie ostatnio kręci. Widzisz, jak to jest? Ja się bez roboty po prostu zapadam, nie ma mnie. Jest dokładnie tak, jak powiedział kiedyś Krzysztof Piasecki: „Stary, to, co nas trzyma, to adrenalina. Jak zejdziemy ze sceny, to się natychmiast sypniemy”.

Swoje pierwsze występy na scenie wspominasz czule? No, a jak! 1968 rok, na świecie cię jeszcze, kwiatuszku, nie było. Marek Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz założyli Anawę i poprosili mnie, bym z nimi grał. Na skrzypeczkach. To była muzyka, ale i niesamowita aura tego wszystkiego, co się działo dookoła. Przy barku w Piwnicy pod Baranami zawsze o 15.00 na posterunku był już Skrzynecki, Konieczny, Kwinta, Litwin, Demarczyk. Wszyscy jak jeden mąż palili papierosy i jakoś nikomu to nie szkodziło. Wszyscy pili i to też nie było nic okropnego. A teraz jakoś tak ludziom nagle wszystko zagraża... Do rana graliśmy sobie w tej Piwnicy i było to genialne uzupełnienie mojej szkolnej edukacji typu Paganini i Czajkowski. Wreszcie mogłem improwizować, czyli cieszyć się instrumentem jak głupi pudełkiem zapałek. Bo w sztuce ten dar od Boga, jakim jest gotowość i umiejętność improwizacji, jest najistotniejszy. I do tego dobra, autentyczna radość i zabawa.

No tak, tu akurat trudno cię chyba prześcignąć? Wystarczy wspomnieć trasy z Ewą Demarczyk. Wspólnie przeszliśmy swoje. Wspólne tremy, wspólne garderoby, wspólne konserwy, bo kto by wtedy wydawał niemieckie marki na jedzenie, skoro za cztery można było w Polsce przeżyć miesiąc? Albo w Peweksie sobie kupić dobrą wódeczkę czy ortalionowy płaszcz. Pamiętam, gdy byliśmy pierwszy raz w życiu w Kolonii. Szok! Święta, gdzie okiem sięgnąć wesołe światełka, a w PRL-u w tym czasie wszędzie to ponure i smutne 40 vatów. Nikt w tej Kolonii chyba wtedy nie spał, a nas po prostu zatkało. Spaliśmy tam zresztą w hotelu przy zapalonym świetle, bo kto by tam wiedział, jak nacisnąć niemiecki prztyczek? Pamiętam tez Kubę dziesięć lat po Zatoce Świń. Wyruszyliśmy tam starym iłem w szóstkę: wiolonczela, perkusja, gitara klasyczna, dwoje skrzypiec i Ewa Demarczyk. Oraz likier. Bananowy, ananasowy, cytrynowy... dalej już nie wiem. I cygara, bo wtedy można było jeszcze palić na pokładzie. Kuba, z pełną euforią – dlaczego, nie wiem – przyjęła nasz osobliwy repertuar, składający się głównie z wojennych wierszy Baczyńskiego i poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, który graliśmy w koszulach non-iron, a na to czarne fraki i żar – 40 stopni C. Półtora miesiąca minęło jednak z szybkością strzały i teraz tak. Strach wracać tamtejszymi liniami, bo po dwóch godzinach lotu pojawiał się w nich komunikat „usterka”, pojazd wracał i sześc godzin czekania, bo remont... Co można zatem zrobić z taką mądrością? Jedno. Cała nasza szóstka nabyła na lotnisku po komplecie souvenir from Cuba. Czyli dwie butelki rumu, kilka likierów i cygara z głębokim postanowieniem, że wszystko to spożyjemy na pokładzie, ale nie po to, by się znieczulic. Koncepcja była taka, że jak najszybciej opróżniamy butelki, szczelnie je zatykamy i w razie czego, jakby – odpukać – samolot spadał do oceanu, to butelki będą pełnić funkcje kamizelek ratunkowych (bo wtedy jeszcze nie istniało coś takiego na pokładzie), uniosą nas na wodzie i wreszcie prędzej czy później, ale zdecydowanie lepiej prędzej, ktoś nas może na tej tafli odnajdzie. I tak to coraz mniej nerwowo ściskając coraz bardziej ubogie komplety pamiątkowe, dolecieliśmy z kubańskich tropików prosto do Campbell, by zatankować paliwo, a tam? Minus dziesięć stopni, ale myśmy już tego w ogóle nie czuli...

Myślisz, ze to młodość? Czy artystom za komuny w ogóle było lepiej? Widzisz, komuna dawała kasę na transmisję szopenowskich festiwali, Jazz Jamboree, Warszawska Jesień, teatry. A dziś? Koncert Wieniawskiego o drugiej w nocy puszczą, więc kto ma to niby oglądać? Lunatycy? Artystom kiedyś nie było źle, mimo że zawsze byli przecież „przeciw”, bo nawet gdyby czerwoni byli superdobrzy, to i tak nie wypadało być „za”. Wszyscy więc napieprzaliśmy na te komunę i każdy z nas stawiał sobie za punkt honoru, żeby go przymknęli choć na jedną dobę hotelową. Piotr Skrzynecki chodził na przykład w tym celu godzinami po krakowskim Rynku, ale zawsze wracał do Piwnicy przygnębiony, bo jednak znów ZOMO go nie spałowało. A ja z kolei, pamiętam, też chciałem się postawić i już miałem szczeknąć „czerwone świnie”, ale nie zdążyłem. „Te, to Pszczółka Maja przecież” – usłyszałem spod mundurów, omal nie zaczęli mnie z radości całować, więc wróciłem do Piwnicy w podobnym stanie co na ogół Skrzynecki. W komunie było bardziej czarno-biało, ale dawało się przeżyć na grząskiej i mglistej powierzchni show-biznesu, bo w statku obok płynął zawsze jakiś Szymanowski czy też Rachmaninow. A dziś? Pozycja artysty w wolnej Polsce zdziadziała do tego stopnia, że mówią o nim grajek. Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas. Staliśmy się leniwi, wygodni. Za chwile już nawet ognia nie będziemy umieli rozpalić, bimbru pędzić, chleba upiec, dziury zacerować. A ile warte będzie to przysłowiowe wiadro złota, jeśli system padnie? Nic, bo złota nie zjemy. Stąd prosty wniosek: ten cały showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch & Mitch, bo to czyste dzieciaki.

A co na tę twoją współpracę z Mitchami twoje dzieciaki? Syna nie pytałem jeszcze, bo to straszny indywidualista, wiec aż się boję, a córki lubią takie rzeczy. Każda po swojemu. Kaśka ze swoim dobrze wyważonym spokojem. Joaśka pośpiesznie, bo jest babką, która nawet na rodzinnym obiedzie spędza trzy minuty i ustępuje z pola widzenia.

Ale ty jesteś taki sam jak ona. [Śmiech]. No tak, ja też się non stop śpieszę. Zawsze chodziłem po cztery schody i do dziś, gdy ktoś zaczyna mi coś opowiadać, to ja już jestem na etapie konkluzji i naprawdę mam ochotę oszaleć, że muszę jeszcze słuchać tego perorowania. I wiesz co? Nic na to nie mogę poradzić. Nic, choć wiem, że to okropne i że moja rodzina była przez to kiedyś kilka razy na granicy wydolności. Przeprosiłem dzieci, głównie syna Pawła, za mój fatalny temperament, za to, że się nad nim pastwiłem, gdy grał na fortepianie, choć to w ogóle nie była jego bajka. Byłem młody, durny. Facet moim zdaniem powinien mieć dzieci dopiero po czterdziestce, a poza tym z powodu nadmiaru pracy w domu pojawiałem się tylko od wielkiego dzwonu i od razu rzucałem się, żeby nadać mu swój rytm. Tak jest zresztą do dziś, że większa porcja mojego życia dzieje się gdzieś tam, w świecie, ale dbam o to, żeby wszyscy moi bliscy mieli to, czego im trzeba.

Powiedziałeś kiedyś, że każdy jest do kupienia, pytanie tylko za ile. Piękny dowcip mi się przypomniał, pisz, jak chcesz. Facet podchodzi do eleganckiej kobiety: „Przepraszam, czy pani by mi się oddała za 5 milionów dolarów?” „No, wie pan... Chyba tak”. On na to: „A czy pani by mi się oddała za sto złotych?”. Ona: „No, wie pan! Za kogo pan mnie ma?”. „To żeśmy już ustalili, teraz negocjujemy cenę” – brzmiała jego odpowiedź. Pytałaś o show-biznes – no, to masz szybki przykład od szybkiego faceta. A im jestem starszy, tym jestem szybszy. I biegam po tym świecie z tą swoją wiecznie poważną miną, na którą nic poradzić nie mogę, bo nawet gdy jestem wyluzowany, i tak wyglądam, jakbym chciał kogoś ukatrupić.

Po śmierci Andrzeja Zauchy stwierdziłeś: kara śmierci dla morderców. Zmieniłeś zdanie przez te 20 lat? A skąd! Jeśli tylko ktoś zamordowałby mi kogoś bliskiego, nie tylko przegryzłbym mu własnymi zębami grdykę, ale i pieczołowicie obserwowałbym, jak bardzo się męczy. Czy tak jest po chrześcijańsku? Raczej tak, bo w Starym Testamencie jest „oko za oko”. Jestem zresztą pewien, że każdy normalny człowiek ma w sobie taką pierwotną siłę, choć oficjalnie powie, że nadstawi drugi policzek, no ale to jest tylko hipokryzja. Zupełnie taka jak u pewnego pasterza z Torunia, który swoim wężowym sykiem radzi ludziom, jak najlepiej na świecie znienawidzić bliźniego i jak najskuteczniej mu źle życzyć. Cóż, szkoda tylko, że ten naród taki głupi. No ale co?! Nie będę walił głową w mur. Już nie dziś. Mam rodzinę, ręce, nogi, mam co jeść i umiem się podzielić – to podstawa. I głęboko współczuję tym, którzy barykadują się w luksusowych willach i w samotności liczą te swoje pieniądze, nie wiedząc, że to taka frajda komuś coś dać. Jak to śpiewał Alosza Awdiejew: „Sąsiadowi się spaliła stodoła, niby obcy człowiek, a tyle radości”. My, Polacy, mamy ten mental opracowany do perfekcji.

Ciebie akurat każdy lubi, a jeśli nie lubi, to na pewno szanuje, wiem, bo pytałam. Dlaczego tak jest? Przypuszczalnie trochę z powodu tego, co w życiu zaśpiewałem, w szczególności „Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”. Ale też wcale nie zdumieliby mnie ci, którzy pamiętają mnie z festiwali w latach 70., 80., i szczerze mnie nie cierpią. Sam bym się chętnie dezaktywował, choćby za tamte wizerunkowe akcje typu: ciemne okulary, kawa z mlekiem, wolne tempa, ulizane fale. Boże jedyny, masakra! Wszystko rzewne takie, do szlagtrafienia ckliwe, mdłe. I to jest w ogóle dość dziwne, wiesz, że wtedy mi się tak stało, bo naturę mam raczej subtelnego świra, choć może tego nie widać.

Widać. A to doskonale, wszystko jasne, dziękuje!

Wiem, że cię już o to kiedyś pytałam, ale może coś się zmieniło? Wziąłbyś udział w reklamie szamponu do włosów? Nic się nie zmieniło. Szampon? Bardzo chętnie, ale nie przeciwłupieżowy. Maści przeciwko mendom też bym nie promował oraz takiej na hemoroidy, to na pewno nie, do widzenia. Kwiatuszku, zasady to jedno, ale ja przecież jestem estetą.

Zastanawiałeś się, co by było, gdybyś był łysy? Choć nic okropniejszego niż takie włosy jak moje nie może się facetowi w życiu przytrafić, to bez tych włosów?! Nie, nie. Gdybym był łysy, musiałbym wszystko zaczynać od początku. Bo włosy to moje logo. Włosy to ja.