1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. NeSpoon - matrixowa koronczarka

NeSpoon - matrixowa koronczarka

Mural na budynku muzeum sztuki koronczarskiej. Alencon (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)
Mural na budynku muzeum sztuki koronczarskiej. Alencon (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Jej filigranowe, wypalane z gliny i ogromne muralowe koronki można znaleźć na ulicach Hongkongu i Berlina, w rybackich wioskach Goa, we włoskich miasteczkach. Tymczasem lokatorzy kamienicy na warszawskim Mokotowie nie mają pojęcia, że w ich piwnicy pracuje NeSpoon – artystka, która koronkami upiększa świat.

Kilka lat temu pojechała nad Bałtyk odpocząć. Miało nie być malowania, rysowania, sprejowania, żadnej sztuki, tylko słońce, piasek i święty spokój. Już nawet leżała na tym piasku i szykowała się na ten spokój. Ale zobaczyła drzewa, a właściwie potrzaskane i wyrzucone przez morze pnie. W jej wyobraźni wyświetliły się na nich koronkowe wzory. Zamiast odpoczywać, ruszyła do Gdańska kupić koronki, sznurki i gumki recepturki. A potem plotła i zawieszała pomiędzy surowym, popękanym drzewem białe, lekkie jak pajęczyna koronkowe mandale. Według niej jest w nich harmonia, równowaga i naturalny porządek. A czy nie tego właśnie wszyscy szukamy?

Od koronek na wyrzuconych przez morze konarach dziewięć lat temu wszystko się zaczęło. Plaża w Dębkach. (Fot. archiwum prywatne NeSpoon) Od koronek na wyrzuconych przez morze konarach dziewięć lat temu wszystko się zaczęło. Plaża w Dębkach. (Fot. archiwum prywatne NeSpoon)

– Jestem jak typowa finalistka konkursu piękności – chciałabym, żeby na Ziemi panował pokój i sprawiedliwość, żeby wszyscy byli uśmiechnięci i dobrzy dla siebie.

Sama nie da rady załatwić tego wszystkiego, ale stara się uczynić świat odrobinę piękniejszym. I chyba się jej udaje, bo po dziewięciu latach od dnia, w którym przykleiła na warszawskiej ulicy pierwszą ceramiczną koronkę, Google wyrzuca 115 tysięcy wyników wyszukiwania słowa „NeSpoon”, a jej prace nie zdobią ulic jeszcze tylko w Ameryce Południowej – na innych kontynentach już była i zostawiła tam swój koronkowy ślad.

Oleje, Rembrandt i „Matrix”

Jej pseudonim wziął się ze słynnej sceny w „Matrixie”, kiedy Neo uczy się rozumieć, że to, co wydaje się rzeczywistością, jest tylko projekcją naszych przekonań. I wtedy może wygiąć łyżeczkę, jedynie na nią patrząc. – Wierzę, że ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach. Gdy zrozumiesz, że łyżeczka nie istnieje, możesz skoczyć tak daleko, jak tylko chcesz – mówi NeSpoon.

Ona skoczyła bardzo daleko od pięciolatki, która zapytana, kim chce być w przyszłości, odpowiedziała, że nie księżniczką ani piosenkarką jak koleżanki, ale malarką. Malowała i rysowała w każdej wolnej chwili. Sama przerabiała historię malarstwa, uczyła się pejzażu, malowania zwierząt, ludzi. Jako 15-latka zachwyciła się Rembrandtem, potem pokochała minimalizm Richtera i Rothki. Mając 19 lat, znalazła pracę w korporacji, która pozwalała się jej utrzymać, a po godzinach nieustannie malowała. – Wydawało mi się, że by być artystą, trzeba malować poważnie i być poważnym, więc malowałam duże ciemne obrazy olejne. Byłam wtedy dość nieszczęśliwa, więc pewnie wyrzucałam na płótna te emocje. Aż po dwóch latach poczuła nagle, że to koniec, nie weźmie już więcej pędzla do ręki. – Zawsze słucham siebie, więc tego dnia odłożyłam oleje, które tak kochałam. Nadal uwielbiam ich zapach, fakturę. Ale potrzebowałam przerwy, dystansu, ponownego zdefiniowania sensu i celu. Malarstwo zastąpiła ceramika. Proste manualne rzemiosło stało się odskocznią od wielkiej sztuki. Odciskała w glinie koronki i liście, a po dwóch latach niemal nieustannego lepienia misy, miseczki i talerzyki jej produkcji miała już cała bliższa i dalsza rodzina oraz wszyscy przyjaciele i znajomi. Wtedy właśnie jej pracująca na wysokich obrotach wyobraźnia wyświetliła wizję koronki na słupie ogrodzenia, który mijała, wracając do mieszkania na warszawskim Forcie Bema. W kwietniu 2009 roku słup dostał pierwszą wypaloną z gliny koronkę, a ona przedefiniowała swoją artystyczną tożsamość. Stała się NeSpoon – matrixową koronczarką, która chce upiększać świat. I w najśmielszych marzeniach nie przewidziała, że świat aż tak zachwyci się jej pracami.

Puzzle na rusztowaniach

– Odkryłam, że koronka nie musi mieć funkcji użytkowej, jest piękna sama w sobie. I samą sobą może zdobić nie tylko stół w domu, ale całe miasto. Często jest tak, że jakieś miejsce mnie woła, widzę ścianę, szczelinę w asfalcie, dziuplę drzewa i muszę ją wypełnić wzorem.

Koronka na warszawskiej ulicy. (Fot. Archiwum prywatne NeSpoon) Koronka na warszawskiej ulicy. (Fot. Archiwum prywatne NeSpoon)

Najmniejsze, te wypalane w piecu do ceramiki, mieszczą się w dłoni. Największe, sprejowane na murach, zajmują ściany wielopiętrowych budynków. Wszystkie koronki NeSpoon mają jedną cechę wspólną – są piekielnie pracochłonne. – Małe ceramiczne formy robię pod wymiar, pod upatrzone miejsce. Starannie dobieram odcień gliny, rodzaj koronki – najczęściej dbam, by był to lokalny wzór. Później ją przez wiele godzin lepię, bo moje prace są przestrzenne, nie płaskie, wydobywam wzór, robiąc miliony maleńkich dziurek. Musi być perfekcyjnie. Glina schnie od siedmiu do dziesięciu dni, potem wypalanie przez 24 godziny, szkliwienie, znowu wypalanie, i tak kilka razy, bo NeSpoon lubi, gdy kolory szkliw się przenikają. Zrobienie jednej ceramicznej koronki trwa około dwóch tygodni. Prace nad wielkim koronkowym muralem – jeszcze dłużej.

– Samo przygotowanie szablonu na ścianę mającą 200 metrów kwadratowych zajmuje mi tydzień. Muszę to wszystko zaprojektować, rozrysować w skali 1:1 i wyciąć. Wszystko robię ręcznie.

Szablon na ścianę to tak naprawdę koronkowe puzzle – setki kartek z wyciętymi fragmentami wzoru. Każdą trzeba podnieść, przyłożyć do ściany, przesprejować, odłożyć i wziąć następną, nie pomylić kolejności. I tak przez osiem, dziesięć godzin na rusztowaniu lub podnośniku na wysokości kilku pięter.

Praca na ścianie trwa kilka dni. Non stop niezależnie od pogody. Auckland, Nowa Zelandia. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon) Praca na ścianie trwa kilka dni. Non stop niezależnie od pogody. Auckland, Nowa Zelandia. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

– Gdy maluję mural, mam przeważnie cztery, pięć dni na pracę na ścianie. Pracuję cały dzień, do zachodu słońca, z jedną godzinną przerwą. Nieważne, czy pada – a potrafi lać jak w Szwecji – non stop przez cztery dni malowania, czy mróz, czy wieje. Gdy malowałam mój pierwszy mural, dostałam niestabilny podnośnik. Wiało tak strasznie, że gdy na nim stałam, odchylało mnie od ściany na półtora metra. Miałam objawy choroby morskiej, kładłam się spać i wszystko mi się dalej bujało. A kolejnego dnia trzeba było pracować dalej. Obiecałam sobie, że jak nie spadnę i to przeżyję, to nigdy więcej nie zrobię następnego.

Praca na ścianie zajmuje 4-5 dni. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon) Praca na ścianie zajmuje 4-5 dni. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

Wkrótce jednak weszła na kolejną ścianę. Bo chociaż to mordercza praca, uwielbia każdą jej minutę. – Jasne, że wiele razy mam dość. Siadają barki, boli właściwie wszystko, nawet palec – bo nim przyciskam wentyl spreju przez osiem czy dziesięć godzin. Zimą maluję w ciężkim ubraniu roboczym, czasami w zabezpieczającej uprzęży ważącej kilka kilo, w kasku i w masce chroniącej przed toksynami z farb. Klęcząc, leżąc, bo między rusztowaniami też trzeba nałożyć wzór. Ludzie pytają, dlaczego w urban arcie jest tak mało kobiet. Bo to po prostu ciężka fizyczna praca. Jak na budowie.

NeSpoon dba o anonimowość. Trochę dlatego, że, jak mówi w wywiadach, jej imię i nazwisko to przeszłość, teraz jest kimś zupełnie innym. A trochę, bo sporo prac wykonuje nielegalnie. Na szczęście jej „artystyczny wandalizm” obejmuje głównie stare, zniszczone budynki, nigdy nielegalnie nie maluje na nowych fasadach. Ale i tak wychodząc „na robotę”, zawsze ma ze sobą dowód osobisty. I uśmiech dla policjantów. Jej koronki chyba łagodzą obyczaje, bo dotąd nie miała kłopotów z prawem.

Spotkanie z policją. Do tej pory NeSpoon ani razu nie została ukarana mandatem. Nijmegen, Holandia. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon) Spotkanie z policją. Do tej pory NeSpoon ani razu nie została ukarana mandatem. Nijmegen, Holandia. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

– Policja spisywała mnie kilka razy w różnych krajach. Zawsze się legitymuję i jestem bardzo miła. Nigdy nie dostałam nawet mandatu. Tak naprawdę bałam się tylko raz, gdy przyklejałam swoje prace na ścianach w Nowym Jorku. Tam jest twarda polityka, zero tolerancji i policjanci nie patyczkują się z ulicznymi twórcami, a ja musiałam stać dziesięć minut na ruchliwej ulicy, przyciskając ceramikę do muru, bo klej nie chciał schnąć. Na szczęście nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Ciasto w Portugalii, dyskrecja w Wiedniu

Zauważają ją za to ci, dla których się stara – zwykli przechodnie. Robi koronki dla nich, po to, żeby się po prostu uśmiechnęli, przez moment poczuli lepiej.

– Gdy maluję ściany w małych miasteczkach, pierwszego dnia ludzie mi się przyglądają, drugiego zaczynają przynosić ciasto i owoce, trzeciego idę ulicą i już jestem swoja. Najfajniej jest na południu Europy, we Włoszech, w Hiszpanii czy Portugalii. Ludzie wyciągają krzesełka, stawiają je koło rusztowania i godzinami mi się przyglądają. Są dumni, że ktoś robi coś dla nich, dla ich ulicy. Ponieważ staram się korzystać z lokalnych wzorów, starsze kobiety są często wzruszone, że ktoś pamięta o ich pracy.

Mural dla babci. W tym domu na warszawskiej Ochocie babcia artystki chodziła do gimnazjum. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon) Mural dla babci. W tym domu na warszawskiej Ochocie babcia artystki chodziła do gimnazjum. (Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

Nawet Szwedzi, którzy nie słyną z wylewności, przynosili jej gorącą kawę i nieustannie przepraszali, że u nich ciągle pada deszcz. Tylko dwa razy spotkała się z obojętnością. – Moje prace pokazało chińskie wydanie „Elle” i chyba dlatego dostałam zaproszenie do Hongkongu. Życie toczy się tam w niewiarygodnym tempie, wszyscy przechodnie niemal biegli, nawet zdjęcia robili bez zatrzymywania się. Nikt o nic nie zapytał. To samo było w Wiedniu, zero interakcji, ale tam czułam raczej, że ludzie są taktowni i po prostu nie chcą mi przeszkadzać…

Koronka jest piękna sama w sobie. I samą sobą może zdobić nie tylko stół w domu, ale całe miasto.
Dziś NeSpoon jest obywatelką artystycznego świata – kilka miesięcy w roku spędza, uczestnicząc w festiwalach sztuki i biorąc udział w wystawach (ma na koncie m.in. murale dla muzeum sztuki koronczarskiej we Francji, indywidualne wystawy w Polsce, we Włoszech i w Australii, instalacje w Irlandii, Portugalii, Nowej Zelandii i Indiach, udział w biennale urban artu w Moskwie czy trzymiesięczną rezydencję artystyczną w Berlinie przy otwartym w 2017 roku Urban Nation Museum for Urban Contemporary Art. Pracowała nawet w zamkniętej strefie przy elektrowni atomowej w Czarnobylu). Polscy fani koronek mogą podziwiać jej dzieła m.in. w formie murali dla Galerii Koronki Klockowej w Bobowej i Muzeum Koronki w Koniakowie, gdzie malowała ścianę z okazji 103. urodzin koniakowskich koronek. Ogromny mural zdobi też gdańskie CH Forum i lubelską Starówkę. We Wrocławiu odnaleźć można jej interaktywną instalację „Brama do wszystkiego”. Emocjonalnie najważniejszy jest jednak dla niej mural koło warszawskich Hal Banacha. Wygląda, jakby wielki koronkowy obrus delikatnie przykrywał dach szarej kamienicy i spływał po jej ścianie. To prezent NeSpoon dla babci, która przed drugą wojną światową w tym budynku chodziła do gimnazjum. Nie po raz pierwszy koronka łączy stare czasy z nowymi.

– Podróżując po całym świecie, wszędzie widzę powrót mody na koronki. Zawsze odwiedzam lokalne targi, szukam kontaktu z koronczarkami. Zazwyczaj są to kobiety, spotkałam tylko dwóch robiących koronki mężczyzn, w Helsinkach i naszej Bobowej. Doskonale działają muzea koronek, nawet w najmniejszych miejscowościach, prowadzą warsztaty, zwiedzający na miejscu mogą się nauczyć, jak robić koronki. We Francji, Włoszech czy w Belgii koronczarstwo ma status sztuki.

Mural na budynku muzeum sztuki koronczarskiej Alencon. (|Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon) Mural na budynku muzeum sztuki koronczarskiej Alencon. (|Fot. Archiwum prywatne NeoSpoon)

Myśli o Reichstagu

Choć na świecie najbardziej znana jest z koronek, NeSpoon nie potrafi długo zajmować się jednym medium. Potrzebuje nieustannego ruchu, najchętniej mieszkałaby na artystycznym squacie i non stop współtworzyła powstające tam projekty. W sumie więc dobrze, że nie została malarką. – Oszalałabym, gdybym miała spędzać całe dnie przy sztalugach, choć wciąż oprócz ścian maluję płótna. Dziś, gdy mam dość malowania, wracam do ceramiki, jak już się nawypalam, biorę się do instalacji przestrzennych, projektów konceptualnych czy wideo.

A kiedy czuje, że przez moment świat jest wystarczająco napełniony koronkowym pięknem, daje upust temu, co ją mocno dotyka. Napędzana troską o Puszczę Białowieską zrobiła „Epitafium dla lasu” – odcisnęła w glinie korę starych puszczańskich drzew skazanych na wycinkę, wypaliła ją i przykleiła na warszawskiej ulicy, dając jednocześnie przechodniom możliwość podpisania petycji przeciw wycince puszczy. Te, jak mówi, „pośmiertne maski” drzew wraz z filmem o ich tworzeniu pokazywane są także w galeriach sztuki nie tylko w Polsce. W projekcie „Blizny” na fasadach starych domów wypełniała gliną pozostałe z czasów drugiej wojny ślady po kulach, symbolicznie lecząc miejską tkankę.

– Te dziury i odpryski to fizyczna reprezentacja pamięci o krzywdach, które wtedy zostały wyrządzone. Chciałabym, żeby te rany już się zagoiły. Ciągłe przywoływanie traumy nie pozwala normalnie żyć, funkcjonować, budzi lęki, wywołuje nieufność i wrogość do otoczenia.

NeSpoon woli więc patrzeć w przyszłość. Co roku dwa, trzy miesiące poświęca projektowi „Myśli”, którego realizację zaplanowała na 30 lat. – Chcę ulepić półtorej tony porcelanowych płatków i wysypać je na dziesięciu 15-metrowych stołach wystawionych w galerii. Zwiedzający będą mogli przejść wzdłuż nich i, przeciągając palcami przez płatki, słuchać ich głośnego dźwięczenia. Tak głośnego, że zagłuszy ich myśli. Wierzę, że ten dźwięk w jakiś sposób oczyszcza umysł.

Na razie lepi płatki od sześciu lat, ma ich już kilkaset kilo i kilka razy pokazywała je w galeriach. Ale przestała, bo zwiedzający… zabierają je ze sobą. – Z jednej strony to piękne, że chcą je mieć na własność. Ale po każdej wystawie wraca do mnie o kilkanaście kilogramów płatków mniej. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie ulepię tyle, ile planuję.

Ulepienie jednego płatka zajmuje jej ponad minutę. To trochę jak medytacja – poświęca temu kilka godzin dziennie po to, by później odwiedzający galerię mogli fizycznie dotknąć jej zmaterializowanych w glinie myśli. Ostatnią serię lepiła, siedząc latem na chodnikach Berlina. Uwielbia to miasto między innymi dlatego, że zawdzięcza mu jedno z najsilniejszych przeżyć artystycznych w życiu. – Jako nastolatka widziałam, jak Christo i Jeanne-Claude opakowali Reichstag. Było lato 1995 roku, siedziałam na łące przed budynkiem wśród tysięcy ludzi z całej Europy, panował nastrój radości, optymizmu i wiary w lepszą przyszłość. Zrobiło to na mnie niewiarygodne wrażenie. I teraz też chcę zrobić jednoczącą ludzi, wielkoskalową instalację przed Reichstagiem, przywołać tamten klimat.

Z realizacją tego marzenia NeSpoon nie będzie łatwo – oprócz olbrzymich kosztów potrzebne będą zezwolenia na działanie w reprezentacyjnej przestrzeni miasta. Realizacja projektu Christo zajęła od pomysłu 23 lata, NeSpoon wierzy, że pójdzie jej znacznie szybciej. A ponieważ ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach, możemy już wkrótce usłyszeć o instalacji koronczarki z „Matrixa” pod Reichstagiem...

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.