1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Olga Tokarczuk odbiera Nagrodę Nobla: "Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy"

Olga Tokarczuk odbiera Nagrodę Nobla: "Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy"

Olga Tokarczuk wygłasza mowę noblowską (Fot. Nobel Lecture. NobelPrize.org. Nobel Media AB 2019. Mon. 9 Dec 2019)
Olga Tokarczuk wygłasza mowę noblowską (Fot. Nobel Lecture. NobelPrize.org. Nobel Media AB 2019. Mon. 9 Dec 2019)
Dziś jest wielki dzień nie tylko dla polskiej literatury, ale także dla literatury światowej - wręczenie Nagrody Nobla Oldze Tokarczuk. Z tej okazji chcieliśmy wybrać kilka najważniejszych myśli z mowy noblowskiej wygłoszonej przez pisarkę, które warto zapamiętać i zapisać w sercu i umyśle.

Okazało się to jednak niebywale trudne. Esej Olgi Tokarczuk jest tak bogaty i gęsty od znaczeń, że wybranie z niego pojedynczych zdań, wydaje się nam praktycznie niewykonalne. Dlatego poniżej publikujemy cały tekst. Warto go nie tylko przeczytać, ale również posłuchać, aby w pełni docenić przekaz, który z niego wybrzmiewa (poniżej link do relacji).

Czuły narrator

1.

Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie – to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna.

Kiedy ją potem pytałam o ten smutek – a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo – mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni.

– Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.

– Ale może też być odwrotnie – odpowiadała. – Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: „Jestem nieobecna”, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: „Jestem” – najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

2.

Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi.

Dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne „teraz”, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem – brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie.

Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc „pierwszoosobowe” mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi wokół „ja” twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z „ja”, jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję: „ja” i „świat”, a ta bywa alienująca.

Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata. Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu „ja”, które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd – mimo, że jeden z wielu – traktowany jest zawsze z uwagą i powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej, jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś „ja” i słuchamy świata w jego imieniu, buduje więź z narratorem jak żaden inny i każe postawić się w jego niepowtarzalnej pozycji.

Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji – przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów czy bóstw, na które nie mamy wpływu, na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym jak my. Na dodatek, z takimi samymi jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu pomiędzy narratorem opowieści a czytelnikiem czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie, bazujące na empatii. Ta zaś ze swej natury zbliża i niweluje granice – bardzo łatwo jest zatrzeć w powieści granice między „ja” narratora i „ja” czytelnika, a powieść, która „wciąga” wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona, i to czytelnik, dzięki empatii, stanie się na jakiś czas narratorem. Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna – każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji „głosu, który mówi”. Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki.

Kiedy odwiedzam targi książki, widzę jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego – autorskiego ja. Instynkt ekspresji – może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie – najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: „Opowiem ci moją historię”, „Opowiem ci historię mojej rodziny”, ewentualnie „Opowiem ci, gdzie byłam” to dziś najpopularniejsze gatunki literackie. Jest to fenomen na wielką skalę także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażenia siebie samego w słowie i opowieści. Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów – głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko, jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego „ja” nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to – jak się zdaje – paraboliczny wymiar opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się Każdym i Wszędzie. Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści, może utożsamiać się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację jak swoją, w paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się tym Każdym. W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola, znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność jest świadectwem bezradności.

Być może, żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki jak wyspecjalizowanych zawodników.

Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże – odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest, że to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczania wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle. I zupełnie wykluczają z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki. Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię. Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania (i przez to też rozumienia) świata jest rewolucyjny.

Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie w narracji w obrębie czasu, generując jego różne tempa, odnogi i aspekty, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza jak najdłużej – narracja serialowa mnoży wątki, splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę: „deus ex machina”. Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną, postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do której zdążyliśmy się już przywiązać, traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji.

Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne psychologiczne skutki, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność. Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formuły. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości.

Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury.

Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To, czego według nich brakowało światu to była powszechna mądrość, płynąca z wiedzy.

Jan Amos Komenski, wielki pedagog XVII wieku, ukuł termin „pansofia”, w którym zawarł idee możliwej omniscjencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu. Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem?

Kiedy powstał Internet wydawało się, że idee te będą wreszcie mogły zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram, mogłaby wydać się Komenskiemu, podobnie jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości – oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na Ziemi.

Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać – różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących.

Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie „pansoficznie”, ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica.

Zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości: Internet to coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku.

Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komenskiego, opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność, powoduje powstawanie rożnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego.

Kategoria fake newsów i fake upów stawia nowe pytania o to, czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, zdezinformować czy wyprowadzić w pole, nabierają powoli specyficznej nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukces literatury non-fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy ponad naszymi głowami: „Opowiadam wam prawdę, tylko prawdę”. „Moja opowieść oparta jest na faktach!”.

Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: „Czy to prawda, co pani napisała?” Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury.

To niewinne z punktu widzenia czytelnika pytanie, dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam odpowiedzieć? Jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka?

Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego (konkretnego, historycznego, ale i symbolicznego, i mitycznego) uczestniczenia w łańcuchu wydarzeń zwanym naszym życiem. Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć i nadać im sens, zamieniają się one w doświadczenie. Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie, jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie. Wierzę, że rolę takiej struktury pełni mit. Mit jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do Dynastii, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft.

W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar.

Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non-fiction, chyba, że uznamy je tylko za deklaratywne i uznaniowe. W morzu wielu definicji fikcji, najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy.

Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Forster. Pisał on, że kiedy mówimy „Umarł mąż, a potem umarła żona” – to jest to relacja. Kiedy zaś mówimy „Umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona” – to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania – „Co było potem?” do próby jego zrozumienia opartym na naszym ludzkim doświadczeniu: „Dlaczego tak się stało?”

Literatura zaczyna się od owego „Dlaczego?”, nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy zwyczajnym: „Nie wiem”.

Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii, wykracza bowiem poza same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania.

Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: Najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej „odkodowanie” na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej. A przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie.

Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia, od oralności, zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian. Największym osiągnięciem tej zmiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii czy symboli. Dziś – to jasne – stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego.

Nie ma już potrzeby prowadzić dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać list, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu? Zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę. Sięgnąć po autobiografię? Nie ma sensu, skoro śledzę życie celebrytów na Instagramie i wiem o nich wszystko.

To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX wieku, martwiąc się wpływem kina i telewizji. To zupełnie inny wymiar doświadczania świata – oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.

3.

Nie chcę szkicować tu jakiejś całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące „ktoś”, „coś”, „gdzieś”, „kiedyś” może dziś być bardziej niebezpieczne niż wygłaszane z absolutną pewnością bardzo konkretne i określone idee – ziemia jest plaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. „Gdzieś” toną jacyś ludzie, próbujący przeprawić się przez morze. „Gdzieś” od „jakiegoś” czasu trwa „jakaś” wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają.

Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie „dobre wiadomości”, ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak. To poczucie, zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem.

Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze „psychologiczna”. Skupia się bowiem na wewnętrznych racjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępne dla drugiego człowieka lub zwyczajnie prowokuje Czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań. Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, rozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los.

Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu. Nawet jeżeli nie wyraża tego wprost, nawet kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii, poszukując nowych środków wyrazu. Czytając nawet najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść, nie potrafimy powstrzymać się od pytań: „Dlaczego tak się dzieje?”, „Co to znaczy?”, „Jaki jest tego sens?’, „Do czego to prowadzi?” Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje. Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści, było fatum, które oprócz tego, że jawiło się zawsze ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.

4.

Szanowni Państwo,

Kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze było, kilka lat później czytała mi bajki.

W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi – pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho. A przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia.

Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt – były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności, tajemniczy Raumgeist. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał, i Słońce i Księżyc i wszystkie ciała niebieskie. Cały widzialny i niewidzialny świat.

Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukuję w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym jak za sprawą jednego kliknięcia, wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze. Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów i męczący biały szum oceanów informacji.

Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość, w jakiej żyjemy w tym nas upewnia: lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, obiad nijak się ma do wielkich ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku.

Żeby łatwiej nam było to znieść dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił – fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.

5.

Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu, te wszystkie mosty, śruby, spawy i łączniki, które śledziłam w „Biegunach”. Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy – jestem o tym przekonana – pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości.

Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść, żeby umiała unieść tę wielką konstelacyjną formę świata?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej, znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych.

Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata.

Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 roku, odbija nieduża karawela o nazwie „Santa Maria”. Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk, ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka.

Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 procent całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała lata i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadnianych w wyrafinowany sposób polach uprawnych, wróciła dzika roślinność. Prawie sześćdziesiąt milionów hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę.

Roślinność regenerując się, pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla, przez co osłabł efekt cieplarniany. To zaś obniżyło globalną temperaturę Ziemi.

Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI wieku przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu.

Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc wiązać swej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd. Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorsza, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii – dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe. Znaczące ochłodzenie szczególnie dotkliwie było odczuwane w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatku. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrok na południe wdając się w wojny z Polską (zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk, przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii) i angażując się w wojnę trzydziestoletnią w Europie.

Wysiłki naukowców, próbujących lepiej rozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęsto powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny „efekt motyla”, który jak wiemy polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu, mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł, ciągle w ruchu. Potężna fala życia, która wędruje poprzez czas.

Odkrycie „efektu motyla” kończy według mnie epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną swoją sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek mogło się człowiekowi wydawać. I że jest on zaledwie małą cząstką tych procesów.

Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasem bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu.

Jesteśmy wszyscy – my, rośliny zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk – wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makroskala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją na innym poziomie jego nieustannych procesów przemiany.

6.

Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą.

Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego „ja”, odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego oczywistego i banalnego centrum „powszechnie podzielanych opinii” i potrafiła spojrzeć na sprawy eks-centrycznie, spoza centrum?

Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję, marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy.

Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu gramatycznego, ale potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe.

Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: „Na początku było słowo”? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: „I uznał Bóg, że to było dobre”. Kim jest to, które wie, co sądził Bóg?

Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas poznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest „tu” jest powiązany z gestem „tam”, że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części, że rozróżnienie na „moje” i „twoje” zaczyna być dyskusyjne.

Należałoby więc uczciwie opowiadać tak, żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór, odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Snuć historię, żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach.

Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej, z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki. Zrezygnować z określenia „literatury narodowe”, wiedząc dobrze, że kosmos literatury jest jeden niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś Autor i Czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji.

Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej i w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje.

Myślę, że czeka nas przedefiniowanie tego, co rozumiemy dziś pod pojęciem realizmu, i poszukiwanie takiego, który pozwoliłby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie. Może to, co nieuchronnie nas czeka, to jakiś neosurrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo skutkowego. O, tak, nasza rzeczywistość już stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować (co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu).

Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni, porzucimy stare krepujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi.

W Doktorze Faustusie Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego, na czym miałaby polegać ta muzyka, stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć i w ten sposób sprawić, że mogłoby ono stać się wyobrażonym. A to, co wyobrażone, jest pierwszym stadium istnienia.

7.

Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować.

Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawaniem istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić.

Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości.

Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest „ja”.

Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu.

Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią.

© THE NOBEL FOUNDATION 2019

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Antonia Lloyd-Jones - kim jest tłumaczka książek Olgi Tokarczuk?

Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Jest jedną z najwybitniejszych tłumaczek polskiej literatury. Antonia Lloyd-Jones przekładała na angielski m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Pawła Huelle, Olgę Tokarczuk. Podarowała światu Polskę w jej najlepszym wydaniu. Tłumacząc, staje się agentką autorów. A także w jakimś sensie każdym z nich.

Jak poznałaś Olgę Tokarczuk?
Na progu jej domu w Krajanowie. Powitała mnie, wręczając szczoteczkę do zębów, piżamę i jednorazowe papierowe majtki, bo straciłam w podróży walizkę. Do dzisiaj te majtki są dla nas zagadką. Był rok 1996. Ad van Rijsewijk, założyciel holenderskiego wydawnictwa De Geus – ma żonę Polkę, mówi po polsku, bardzo dużo wie o polskiej literaturze i był agentem kilku polskich autorów – zaprosił mnie do domu w Kotlinie Kłodzkiej, który niedawno kupił. Niewinnie pomyślałam: „Jadę”. Odebrał mnie z Wrocławia, ale w drodze wyjaśnił, że dom nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Zawiózł mnie pod dom Olgi, bo mieszkała w pobliżu. Zorganizowała mi nocleg u sąsiadów, sama akurat miała pełno gości. Nie wiedziałam jeszcze, jak ważny okaże się ten adres, że będę tłumaczyła jej książkę „Dom dzienny, dom nocny”, inspirowaną i tym domem, i okolicą. Mieszkałam u bardzo fajnych ludzi, mieli burego kota Czesława. Bardzo się z nim polubiłam. Kiedy wróciłam do nich po latach, już nie żył, ale pojawił się kolejny, identyczny, również Czesław. Prawie co roku przyjeżdżałam do Olgi. Na jej wiejskiej klaczy, która nazywała się Halina, jeździłam po okolicy. Wspaniale było. Wieczorami z Olgą, jej rodziną, ich przyjaciółmi gadaliśmy, piliśmy, śpiewaliśmy. Któregoś wieczora Olga mówiła po angielsku taki śmieszny wiersz Gelletta Burgessa o fioletowej krowie: I never saw a Purple Cow,/I never hope to see one;/But I can tell you, anyhow,/I’d rather see than be one [Nie widziałam fioletowej krowy/I nie liczę na widok takowy,/Ale mogę już teraz dać słowo:/Wolę widzieć niż sama być takową.]. Nazajutrz dosiadłam Halinę i pokłusowałyśmy po łagodnych wzgórzach. Nagle widzę fioletową krowę. Była posmarowana jodyną. W domu nikt mi nie uwierzył.

W Polsce czujesz się jak w domu?
O, to musi być długa opowieść. Mając 18 lat, jechałam pociągiem z Londynu do Moskwy, gdzie w czasie igrzysk olimpijskich pracowałam jako opiekunka do dzieci u pewnego dyplomaty. Jechałam w wagonie sypialnym. Obudziłam się wcześnie rano, za oknem pola, płasko, mgła. Wyobrażałam sobie, że z tej mgły wyłonią się zaraz polscy kawalerzyści, galopując na koniach. Bardzo romantyczny obraz mglistego pola bitwy. Kiedy wracałam, Polacy postawili na torach traktor, żeby wykoleić radziecki pociąg. Doszło do wypadku. Straciłam przytomność, bo nie można było otwierać okien z jednej strony. Na korytarzu było otwarte tylko jedno, małe. Było potwornie duszno. Przypadkowo byli tam irlandzcy mistrzowie olimpijscy. Jechali pociągiem, bo jeden z nich bał się latać. Zaopiekowali się mną. Mówili: „Potrzebujesz tabletki z solą, jak nasz biegacz, też stracił przytomność”. To było moje pierwsze doświadczenie z Polską, kiedy Polacy wykoleili pociąg.

Brzmi symbolicznie. Kiedy tu przyjechałaś?
Pierwszy raz latem 1983 roku, był jeszcze stan wojenny. Miałam we Wrocławiu znajomych, to byli bracia, którzy w czasie karnawału Solidarności wyjechali do Berlina, do pracy. Tam ich poznałam. Maciek był trochę starszy ode mnie, Piotrek młodszy. Korespondowaliśmy, wiedziałam, co się w Polsce dzieje. Przesyłałam im płyty, ciuchy, czasami ginęły na granicy. Nie mówiłam po polsku, tylko po rosyjsku, bo studiowałam rusycystykę. Tu stan wojenny, ja jadę do Polski, mogąc się porozumieć wyłącznie po rosyjsku, bardzo się krępowałam. Nikt nie chciał uwierzyć, że jestem Angielką. Bo co by tu miała robić Angielka? Polacy byli pewni, że jestem Rosjanką, jeszcze te moje kości policzkowe! Kolega studiował rolnictwo, miał z kumplami opiekować się stadem krów w Kotlinie Kłodzkiej. Wyjechaliśmy na wieś. Usiadłam w polu z podręcznikiem „Naucz się polskiego”. Pierwszym słowem, jakiego Anglik miał się z niego nauczyć, było „kochać”. Słuchaliśmy muzyki. Piotrek miał obsesję na punkcie Stinga i The Police. Dali mi kasety, na których były nagrane ich ulubione polskie hity. Wśród nich Martyny Jakubowicz „Żagle tuż nad ziemią”: Lokomotyw dym senne żagle wzdyma/Tuż nad ziemią/świat udaje kolorowy film/A tutaj tylko ciemność. Piosenki Maanamu, Lady Pank. Pamiętam koncerty na wyspach we Wrocławiu. Chłopaki mieli też obsesję na punkcie reggae. Oszaleli, kiedy zagrał brytyjski zespół Misty in Roots. W pociągach parowych w Kotlinie Kłodzkiej ciągle śpiewaliśmy Boba Marleya: Rastaman vibration, yeah, positive. Piotr chciał zostać rastamanem, ależ to były fajne czasy! Chcieliśmy się upijać, imprezować, kochać. To, co inni młodzi.

Ilustracja Studio ABC Ilustracja Studio ABC

Uczyłaś się Polski? 
To był dar od losu, że trafiłam do tej rodziny. Pochodzili z Kresów – mama z Pińska, ojciec z Łucka, był AK-owcem. Mając 14 lat, wyszedł z domu bez butów ze starą zepsutą bronią, by walczyć na Wołyniu. Jego starszy brat też był partyzantem, utopił się w rzece podczas ucieczki. On to widział. Po wojnie umiał pisać o swojej walce, ale przez wiele lat nie mógł opisać śmierci brata… Był pierwszym Polakiem, który tłumaczył mi historię Polski.

Rozumiałaś stan wojenny, to, co się wtedy działo?
U nas wszyscy wiedzieli, kim jest Wałęsa. Byłam uprzywilejowaną, bardzo dobrze wykształconą Angielką, ale to był inny świat. Mimo to instynktownie rozumiałam, co się dzieje. Pamiętam, chciałam przedłużyć wizę. Musiałam chodzić po urzędach, pójść na komisariat milicji, dużo papierów, pieczątek... Kolega pokazał więzienie, w którym siedział. Wszyscy walczyli z milicją na ulicy i siedzieli w jakimś więzieniu. Spotkaliśmy Amerykanina. Krzyczał: „Ci głupi ludzie nic nie rozumieją!”. Tłumaczyłam, że to on powinien zrozumieć kraj, który ma swoje kłopoty, że dla Polaków nic nie jest proste. Ale on był wściekły. Gdyby Piotrek go zrozumiał, toby go pobił. Stale pytał: „Co on mówi, co on mówi?!” „Za chwilę ci powiem”. Kiedy wyszliśmy z tego biura, wyjaśniłam. Chciał wracać. W innym spotkaliśmy drugiego Amerykanina, bardzo Polakom współczuł. Opowiadał, że nauczył się polskiego na statku… Tak więc w tamtym czasie spotkałam we Wrocławiu dwóch obcych – wściekłego i sympatycznego. Co tam robili, nie wiem.

Ale dlaczego Polska?
Olśnienie? Intuicja? Poczucie, że odnalazłam nareszcie to, czego szukałam, że jestem w domu i tu powinnam być. Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Jak wyglądało twoje życie wcześniej?
Wyrosłam w Oksfordzie. Mój ojciec był profesorem literatury starogreckiej, słynnym badaczem. Zdobyłam prawdopodobnie najlepsze możliwe wykształcenie. Najpierw uczyłam się w męskiej Dragon School w Oksfordzie, na 500 chłopaków było pięć dziewczyn. Byłam jedyną dziewczyną na roku. Grałam w rugby, krykieta, piłkę. Kiedy trafiłam do szkoły dla dziewcząt, nie umiałam się odnaleźć, w ogóle ich nie rozumiałam. No, a potem była druga ważna po Eton szkoła w kraju, bardzo stara, Westminster, znów męska, dziewczyny uczą się w niej ostatnie dwa lata.

Co by było, gdyby ojciec nie czytał ci Turgieniewa?
Zawsze dużo razem czytaliśmy, na głos. Do śmierci ojca. „Pierwszą miłość” Turgieniewa czytał mi, kiedy miałam 11 lat, byłam pod wielkim wrażeniem, bo domyślałam się, kto naprawdę miał romans z Zinaidą. W Dragon School była klasa, w której można było się uczyć rosyjskiego. Chciałam tę książkę przeczytać kiedyś w oryginale, więc poszłam na lekcje. Mój ojciec był wspaniałym lingwistą. Mówił płynnie w kilku językach.

Ale nie po polsku?
Ani po polsku, ani po rosyjsku. Urodziłam się z talentem do języków, ale podświadomie wybrałam te, których nie znał. Mógł być ze mnie dumny, bez krytykowania. Miał wysokie standardy i zawsze wszystkich poprawiał. To zniechęcające dla dziecka. A z drugiej strony – ośmielał: „Po prostu mów, zrobisz błędy, trudno, ale jeżeli nie będziesz mówić z obawy, że zrobisz błędy, nigdy się nie nauczysz. Ludzie cię polubią, jak będziesz robiła błędy w ich języku”. Zrozumiałam to, kiedy na przyjęciu u Antoniego Libery rozmawiałam z pewną Amerykanką, nie mówiła po polsku. Wyjęła z torebki papierosa, ale nie miała zapalniczki. Zapytałam, czy poprosić kogoś o ogień. Zwróciłam się do mężczyzny, który siedział najbliżej, a ponieważ tego dnia słuchałam na iPadzie piosenek Okudżawy po rosyjsku, nałożyły mi się języki. „Czy mogę pana prosić o ogon?” – zapytałam. Był zachwycony.

Słyszałem cię czytającą po angielsku „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Słusznie myślę, że czytasz głośno przekłady, pracując nad nimi?
Tłumacz powinien słyszeć tekst. Kiedy zaczynam przekładać, często słucham audiobooka. Bywa, że więcej można z niego zrozumieć. W tej chwili tłumaczę opowiadania Lema, są arcytrudne. Całe szczęście jest wspaniały audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Odnalazłam go na Facebooku i chciałam podziękować, niestety, dowiedziałam się, że ciężko choruje. Życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia.

Nie chciałaś być pisarką?
Marzyłam o dziennikarstwie, nie o tłumaczeniu. Ale lubię swoją pracę. Czasem mówię pisarzowi, którego tłumaczę: „Widzę, że dla ciebie ważne jest to słowo…” „Tak? Naprawdę?”. Zdarza się, że pytam Olgę, co znaczy coś, co napisała. Odpowiada: „No, to moja poezja”. „Ale musi coś znaczyć” – drążę. Teraz wspólnie z Zosią Krasodomską-Jones tłumaczę „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzaty Rejmer. To bardzo literacki reportaż, miejscami poezja. Głos tej książki jest mocny. Trzeba go poczuć. Nie lubię tłumaczyć dwóch książek równocześnie, bo chcę czuć jeden głos.

Kiedy przyjeżdżałaś do komunistycznej Polski, myślałaś, że się kiedyś zmieni?
Byłam przekonana, że do końca mojego życia będzie arcyponura komuna. Chciałam zostać dziennikarką, by pisać o tym, co się w Polsce dzieje, i w ten sposób pomóc znajomym. Nikt u nas wtedy nie rozumiał, jak wiele pokolenie rodziców moich polskich przyjaciół straciło przez wojnę i komunizm i jak beznadziejne jest życie moich rówieśników. Mogli wyjechać do Kanady, tak w pewnym momencie zrobił Maciek, albo zostać bez perspektyw. Dlatego tak mnie teraz rozczarowuje to, co się w Polsce dzieje.

Co robiłaś po powrocie do Anglii?
Chciałam zostać na uniwersytecie i uczyć się polskiego, nie dostałam na to pieniędzy. Moje pierwsze słowniki były rosyjsko-polskie, czytałam polskie powieści, mając otwarte ich przekłady, porównywałam. Polskiego nauczyłam się sama. Kiedy masz 21 lat, wszyscy zadają ci głupie pytanie: „A czym się zajmujesz?”. Nie miałam pracy, odpowiadałam: „Uczę się polskiego”. Zatrudniłam się we wspaniałej księgarni Mandarin Books w Notting Hill Gate w Londynie. Przychodzili do niej pisarze. Była niedaleko BBC, więc filmowcy, producenci telewizyjni zaglądali, szukając książek do adaptacji. Mavis, właścicielka księgarni, miała wielki wpływ na to, jakie seriale oglądali Anglicy.

Kiedy zaczęłaś przekładać?
Po pięknych czasach Solidarności jakby się znów wszystko cofnęło. Dostałam pracę u wspaniałego Polaka, Leopolda Łabędzia, wyjechał z Rosji z wojskiem Andersa, studiował we Włoszech i zamieszkał w Londynie. Był bliskim znajomym Zbigniewa Brzezińskiego. Prowadził pismo o polityce świata komunistycznego. „Trochę znasz polski, przełóż to” – mówił, dając mi teksty. Próbowałam tłumaczyć ze słownikiem. Przez niego poznałam Janka Chodakowskiego, prowadził wydawnictwo Polonia i założył wydawnictwo Puls. W 1988 roku pojechałam do Glasgow na festiwal kultury polskiej, w kawiarniach były takie okrągłe stoliki; „O, to jest Polsce potrzebne” – mówiłam. Przyjechali Antoni Libera, Paweł Huelle, Bronisław Maj, byli jak niewolnicy egipscy w operze, jakby wyszli z jaskini do świateł, bo w końcu mogli wydostać się z kraju. Janek miał świetny pomysł – wydać dobre powieści z centralnej Europy w tłumaczeniu na angielski. W Polsce dopiero co wyszedł „Weiser Dawidek” Pawła Huellego, zyskał rozgłos. Poznałam słynnego tłumacza z rosyjskiego Michaela Glenny’ego, uczył mnie przygotowywania materiałów o książce tak, by chciał ją kupić brytyjski wydawca. Przełożyłam fragmenty „Weisera...”, to był mój pierwszy przekład. Michael przekonał Liz Calder, królową brytyjskich wydawców, do zakupu praw. Zaproponowała mi przełożenie całej książki. „Ale skąd, nie jestem tłumaczką. Nie za dobrze znam polski” – broniłam się. „Ale świetnie przełożyła pani fragmenty”. Moja współlokatorka namawiała: „Co ty?! Spróbuj”.

Twoi znajomi mówią, że jesteś jak Holly Golightly ze „Śniadania u Tiffany’ego”, ciągle w podróży.
No i mam rudego kota. Rok zaczęłam w Portugalii, potem byłam w Polsce, ale przez epidemię nie podróżowałam od lutego. Tęsknię za Polską, bo prawie co miesiąc przyjeżdżam. Dużo podróżuję do Stanów. Jestem energiczna. Po przejściach, więc trochę wytarta. Może już nie tak energiczna jak dawniej, ale w ruchu.

Jakie światło jest w Polsce, a jakie na Alasce? Jak tam w ogóle trafiłaś?
Mieszkałam na Alasce pięć lat. Miałam partnera biologa. Mieszkaliśmy też w Nowej Zelandii. Ale… To inny rozdział mojego życia. Na początku, nikogo nie znając, bałam się. Zaraz ci powiem, jak sobie można poradzić na świecie. Po pierwsze, wszędzie są Polacy. Na Księżycu są Polacy. Na Marsie też. Na Alasce student mojego partnera miał żonę Polkę, Ewę. Poznała mnie ze środowiskiem polskich biologów. Poznałam też Polaków, którzy mieli parafie wśród Eskimosów, Inuitów, latali między tymi parafiami małymi samolotami. Po drugie, przydaje się jazda konna. Bardzo łatwo zaprzyjaźnić się z koniarzami. Na Alasce jest dużo koni. Po trzecie, robienie na drutach. W każdym nowym mieście szukam sklepu z wełną. Nie muszę znać języka. Naszym wspólnym językiem są druty. Wielu ludzi tak poznałam. Na Alasce jest wspaniała wełna z piżmowołu. Mieszkaliśmy w lesie, pod miastem. Zimą światło księżyca pada między drzewa, jest niebieskie, niesamowite. Latem… Osiki, których rośnie tam tak wiele, mają małe liście, szeleszczą na wietrze. Przekładałam „Brzezinę” Iwaszkiewicza, jest tam obłędny opis szelestu liści. Usłyszałam go na Alasce. Wreszcie dokładnie zrozumiałam, co opisał.

To dla ciebie ważny pisarz?
Uwielbiam go. „Brzezina” napisana jest jak koncert. Są różne tony, crescenda, diminuenda. Jest dwóch braci – ponury Bolesław, zmarła mu żona, nie wie, co począć, ale fizycznie jest w pełni sił; i Staś, który uwielbia życie, ale fizycznie umiera. Jest kontrast między słowami „pokój” i „niepokój”. Nawet nie zauważamy, jak na nas działają. Miałam trudność, aby w angielskim znaleźć odpowiednie słowa. Chciałam, żeby ich echo było niezauważalne.

Jaki masz plan, kiedy już uda ci się przyjechać do Polski?
Natychmiast pojadę do Puszczy Białowieskiej, do Adama Wajraka. Chcę tłumaczyć jego wspaniałą książkę o wilkach. Reklamuje mi puszczę jako małą Alaskę. Przysyła filmiki z wilkami, żubrami, zdjęcia. Wszystko, co pisze o tym miejscu, bardzo mnie przyciąga. To w tej chwili moje marzenie. Mam kolejkę wspaniałych książek do tłumaczenia. Pewni polscy pisarze piszą jak anioły. A przy tym są tacy różni. Nie tylko ich książki są w moim życiu, również oni. Ta praca to wielka odpowiedzialność, i jaka frajda! Mogę być trochę każdym z nich.

Antonia Lloyd-Jones, przekładała również: Jacka Dehnela, Mariusza Szczygła, Joannę Olczak-Ronikier, Wojciecha Tochmana, Wojciecha Jagielskiego, Jacka Hugo-Badera, Witolda Szabłowskiego, Żannę Słoniowską, kryminały Zygmunta Miłoszewskiego i Maryli Szymiczkowej (czyli duetu Jacek Dehnel–Piotr Tarczyński), Janusza Korczaka, Ryszarda Kapuścińskiego, Józefa Czapskiego, Józefa Wittlina, Juliana Tuwima. Laureatka nagród: Found in Translation (dwukrotnie), Stowarzyszenia ZAiKS, Transatlantyku. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk w jej przekładzie był na krótkiej liście Man Booker Prize 2019. Mieszka w Londynie. 

  1. Kultura

"Erotica 2022" - pierwszy polski film Netflixa

Premiera filmu
Premiera filmu "Erotica 2022" jest zapowiedziana na jesień 2020 roku. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Netflix zapowiedział premierę pierwszego polskiego filmu na ich platformie streamingowej. "Erotica 2022" to film o kobietach stworzony przez kobiety - pięć reżyserek i pięć pisarek (m.in. Olga Tokarczuk) opowiedziało historię pięciu kobiet, żyjących w surrealistycznym świecie. 

"Erotica 2022" trafi na platformę streamingową Netflix już jesienią bieżącego roku. Jest to film stworzony przez pięć wyjątkowych polskich reżyserek: Olgę Chajdas ("1983", "Nina"), Annę Jadowską ("Dzikie róże"), Katarzynę Adamik ("1983", "Pokot") Jagodę Szelc ("Wieża. Jasny dzień") oraz Annę Kazejak ("Obietnica"). Reżyserki podjęły się przeniesienia na ekran historii autorstwa pięciu uznanych polskich pisarek: Gaję Grzegorzewską, Grażynę Plebanek, Joannę Bator, Ilonę Witkowskę i laureatkę Nagrody Nobla Olgę Tokarczuk.

Pierwszy polski film Netflixa to opowieść o świecie podobnym do tego, w którym obecnie żyjemy, ale znacznie bardziej opresyjnym wobec kobiet i surrealistycznym. Kobiety w nim są produktami, ich seksualność jest tłamszona, a macierzyństwo staje się obowiązkiem. Pięć bohaterek stawia czoła rzeczywistości pełnej absurdów, niezdrowych relacji, braku prawdziwych emocji i samotności. Obraz przedstawiony w filmie z jednej strony jest sztuczny, a jednocześnie niesamowicie wiarygodny.

(Fot. materiały prasowe Netflix) (Fot. materiały prasowe Netflix)

W "Erotica 2022" zagrają m.in.: Małgorzata Bela, Agnieszka Żulewska, Julian Świeżewski, Agata Buzek, Andrzej Konopka, Sebastian Stankiewicz, Monika Pikuła, Ignacy Liss, Sara Celler Jezierska i Sebastian Pawlak. Jego producentką jest Marta Lewandowska ze studia filmowego Friends with Benefits.

  1. Styl Życia

Ruszyła licytacja bestselleru Olgi Tokarczuk z jej osobistą dedykacją

Olga Tokarczuk wspiera zbiórkę na budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, zorganizowaną przez Fundację UNAWEZA. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk wspiera zbiórkę na budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, zorganizowaną przez Fundację UNAWEZA. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk postanowiła wesprzeć Fundację Martyny Wojciechowskiej UNAWEZA w zbiórce na budowę domu dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i dzieci. Noblistka przekazała na licytację swoją bestsellerową powieść z osobistą dedykacją. 

"Dobrej Duszy, która wsparła budowę domu dla matek z małym dzieckiem. Dziękuję!" - napisała laureatka Nagrody Nobla Olga Tokarczuk w dedykacji na pierwszej stronie jej powieści "Księgi Jakubowe", którą przekazała na licytację Fundacji UNAWEZA. Dochód z licytacji zostanie przeznaczony na zorganizowaną przez fundację Martyny Wojciechowskiej zbiórkę pieniędzy na wybudowanie domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, który ma być dla nich pomocą w radzeniu sobie z trudami macierzyństwa. "Księgi Jakubowe" z dedykacją Olgi Tokarczuk można wylicytować na portalu internetowym Allegro.pl.

Choć istnieją w Polsce Domy dla Samotnych Matek, to okazuje się, że nie powstał jeszcze dom dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci. A jest to niezwykle potrzebna inicjatywa, zapełniająca istotną lukę w systemie pomocy społecznej, z której niewiele osób zdaje sobie sprawę. Dlatego też Martyna Wojciechowska wraz ze swoją Fundacją UNAWEZA postanowiła wesprzeć inicjatywę wybudowania takiego domu, która została zainicjowana przez Fundację po DRUGIE. Domu, dzięki któremu nastoletnie matki nie będą już musiały się obawiać tego, że zostaną rozdzielone ze swoim dzieckiem. Otrzymają również w nim odpowiednie wsparcie w dorastaniu do najważniejszej i najtrudniejszej roli w życiu – bycia matką.

https://www.facebook.com/podrugie/videos/553352532044157/

Te dziewczyny nie mają edukacji seksualnej, czasem nie rozumieją co się dzieje z ich ciałami, jakie są konsekwencje ich decyzji. A co, kiedy zachodzą w ciążę? Kiedy nastolatka rodzi dziecko to nie może się nim zajęć, bo nie ma władzy rodzicielskiej. A nie zawsze może liczyć na wsparcie rodziny. Wtedy noworodek trafia do rodziny zastępczej, a młoda Mama jest pozostawiona sama sobie. Napiętnowana i odrzucona. Z kolei Dziecko pozbawione jest na starcie tego, czego każdy potrzebuje najbardziej – bliskości i czułości Mamy, której nie zastąpi nic na świecie. Oboje przepadają w bezdusznym systemie. Czuję niesprawiedliwość i żal, że ten świat został przez nas dorosłych tak urządzony. I nie mam na to zgody - napisała Martyna Wojciechowska.

Według informacji podanych na stronie Fundacji UNAWEZA, nieletnia dziewczyna, która zaszła w ciążę, po urodzeniu dziecka nie ma władzy rodzicielskiej. Opiekę nad maluchem może sprawować jej rodzina. Jeśli pochodzi z patologicznego domu, na którego pomoc nie może liczyć lub została z niego wyrzucona przez ciążę, może się zdarzyć, że młoda mama straci dziecko i zostanie ono umieszczone w rodzinie zastępczej. To samo dzieje się w sytuacji, kiedy matkami zostają dziewczyny z domu dziecka lub zakładu poprawczego. Nawet jeśli matka deklaruje chęć zatrzymania malucha i jego wychowania. Jej zdanie w tej sytuacji może nie być wzięte pod uwagę.

W domu dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci ma jednorazowo mieszkać maksymalnie sześć kobiet. Każda z matek będzie mogła mieć swój pokój, łazienkę oraz osobny pokój dla dziecka. Będzie tam również wspólna kuchnia, jadalnia, salon, miejsce dla opiekunów, pralnia i magazyn. Dom powstaje w Warszawie, ale będzie przyjmował dziewczęta z całej Polski.

Celem zbiórki jest zebranie 500 tys. złotych. Pieniądze można wpłacać na stronie Fundacji UNAWEZA. Fundacja UNAWEZA jest Parterem tej inicjatywy, realizowanej z Fundacją po DRUGIE, która w Warszawie pracuje z młodzieżą i młodymi dorosłymi zagrożonymi wykluczeniem społecznym.

  1. Kultura

Jak się ma czytelnictwo w Polsce? Raport za 2019 rok

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Biblioteka Narodowa opublikowała najnowszy raport dotyczący stanu czytelnictwa w Polsce. W 2019 roku czytaliśmy więcej, do czego przyczyniła się między innymi Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk.

 

W 2019 roku stan czytelnictwa w Polsce nie pogorszył się, a nawet, względem poprzednich lat, uległ delikatnej poprawie. 39 proc. Polaków zadeklarowało przeczytanie przynajmniej jednej książki. Według informacji zawartych w raporcie Biblioteki Narodowej jest to wynikiem dobrej koniunktury, która pozwoliła ludziom na zakup nowości książkowych oraz pogłębiania zainteresowań czytelniczych dzięki powstającym ekranizacjom książek, serialom i grom komputerowym. Co więcej, dużą rolę we wzroście czytelnictwa w Polsce miała również Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk.

Po książki których autorów sięgaliśmy najczęściej w 2019 roku? Po raz pierwszy od 2012 roku na czele najczęściej wymienianych autorów książek znaleźli się sami pisarze współcześni: Remigiusz Mróz, Olga Tokarczuk i Stephen King, wśród których to Remiugiusz Mróz okazał się być tym najpopularniejszym. Warto podkreślić wysoką pozycję Olgi Tokarczuk, która po raz pierwszy znalazła się w czołowej trójce, choć od momentu debiutu jej książki zawsze były wymieniane przez respondentów. Czytelnicy najczęściej sięgali po te jej pozycje, które otrzymały Literacką Nagrodę „Nike”, czyli „Biegunów” (aż 2,5 proc. ogółu czytelników) i „Księgi Jakubowe” (2 proc. czytelników).

W 2019 roku czytelnicy najczęściej sięgali po literaturę gatunkową: kryminalną, sensacyjną, a przede wszystkim thriller psychologiczny. I tutaj również wysokie pozycje, już od kilku sezonów, trzymają polscy autorzy, m.in.: Remigiusz Mróz, Katarzyna Bonda, Joanna Chmielewska i Marek Krajewski. Wśród obcych autorów kryminałów wysoko utrzymują się: Harlan Coben, Stephen King i Agatha Christie.

W raporcie znajdziemy także informacje dotyczące pochodzenia książek, które w 2019 roku czytaliśmy najczęściej. Zatem, podstawowym źródłem zdobywania książek przez czytelników jest: zakup (41 proc.), pożyczenie od znajomego (35 proc.), prezent (31 proc.), wypożyczenie z biblioteki (27 proc.) i księgozbiór domowy (20proc.).

Ciekawe są również dane odnoszące się do korzystania czytelników z różnych formatów książek. Książki papierowe wciąż dominują - 98 proc. czytelników (czyli 39 proc. w całej populacji) przyznało, że korzysta z tradycyjnej formy książek. Natomiast 6 proc. (2,5 proc. w całej populacji) zadeklarowało korzystanie z e-booków, słuchanie audiobooków 3 proc. w całej populacji, a 6 proc. czytelników łączy czytanie ze słuchaniem.

Badanie czytelnictwa książek w Polsce realizowane jest cyklicznie od 1992 roku. W 2019 roku przeprowadzono je w listopadzie, a podstawą analiz były połączone wyniki trzech niezależnych sondaży sporządzonych na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie osób w wieku co najmniej 15 lat, co dało łącznie 3 tys. respondentów. Wszystkie trzy sondaże przeprowadzono metodą CAPI (Computer Assisted Personal Interview), wykorzystywaną w poprzednich edycjach badania.

Źródło: Raport Biblioteki Narodowej dotyczący stanu czytelnictwa w Polsce w 2019 roku. 

 

  1. Kultura

Wirtualne spotkanie z Olgą Tokarczuk - słuchajmy noblistki

(Fot. Wikimedia Commons; materiały prasowe)
(Fot. Wikimedia Commons; materiały prasowe)
Unia Literacka, stowarzyszenie pisarek i pisarzy, zorganizowała w czasie epidemii wirtualny festiwal literacki "UL z książkami". Wkrótce do UL-a przyleci sama Królowa, czyli ni mniej nie więcej Olga Tokarczuk.

Podczas trwającego do 5 kwietnia wyjątkowego festiwalu literackiego "UL z książkami" literatki i literaci czytają, opowiadają o swojej pracy i odpowiadają na pytanie Internautów. W tygodniu dla dorosłych, a w weekendy dla młodszych czytelników. Wszystko odbywa się w przestrzeni wirtualnej na Facebooku. Można było już posłuchać między innymi pisarki Grażyny Plebanek, ilustratorki Iwony Chmielewskiej, czy Maxa Cegielskiego. Czekają nas jeszcze spotkania z twórcami książek  dla dzieci Grzegorzem Kasdepke i Joanną Olech, no i oczywiście wyjątkowe spotkanie z Olgą Tokarczuk.

3 kwietnia o godz. 19 zasiądźmy przed monitorami komputerów i zamieńmy się w słuch. Olga Tokarczuk przeczyta swoje stare opowiadanie, sprzed 22 lat, zatytułowane „Próba generalna”. Jak sama mówi ten krótki tekst dziwnym trafem stał się dziś bardzo aktualny.

https://www.facebook.com/unia.literacka/videos/907268889728969/UzpfSTE0Nzk0MjEyMTk6MTAyMTYxNDIwMzIyNTE3NTg/?__tn__=K-R&eid=ARABtK4cr0-3HEs9OCleeCeoGI_cI0pLgETFeptpZLmobAXXdF7Uo1BAuWpBn0EnxSS2rzgsDcJxRbTP&fref=mentions&__xts__[0]=68.ARDPrAfkaaIOnuLWcivpDBdF6I1er7MUjENlUW6QfMVQYsEA8egCdzbydRjrzRZvPeC0IIlhoedD6QJrIGrb-NSu5yHr1p4ArTQO6rZ8eYB6waG--RgnSe-DDs71ArfV1xlFfcm2hqtGC1lfDcoC-wXE3svGLL-yEj7muJe8cwi65buTx_EtffRMPumS6V8Shcdzax0xBthlSDYzn1IUKMNHgEVxquCxtRtgYVX8vJphEjJv6x0uzpqck6IxzWPh8icQpvfl4mYgSxtIjtZaEwznps6sm70gAeoQJ_5I3CMERLmVL290AMm1WHCJ6lJ8XveZ13dWpfuUAYvPjRkCyRw