1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Gary Oldman. Złe początki dobrego

Gary Oldman. Złe początki dobrego

Gary Oldman zachwyca w każdej roli. Teraz możemy oglądać go w najnowszym filmie Davida Finchera,
Gary Oldman zachwyca w każdej roli. Teraz możemy oglądać go w najnowszym filmie Davida Finchera, "Mank" (dostępny na Netflixie). (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
"To wielki aktor. Najlepszy aktor swojego pokolenia" - powiedział kiedyś o nim Francis Ford Coppola. Gary Oldman nie raz już udowodnił, że poradzi sobie z każdą rolą. Na ekranie zachwyca ponadprzeciętną charyzmą i ekspresyjnym stylem gry. Teraz możemy oglądać go w najnowszym filmie Davida Finchera, "Mank", który od piątku dostępny jest na platformie Netflix. 

"To wielki aktor. Najlepszy aktor swojego pokolenia" - powiedział kiedyś o nim Francis Ford Coppola. Gary Oldman nie raz już udowodnił, że poradzi sobie z każdą rolą. Na ekranie zachwyca ponadprzeciętną charyzmą i ekspresyjnym stylem gry. Teraz możemy oglądać go w najnowszym filmie Davida Finchera, "Mank", który od piątku dostępny jest na platformie Netflix. 

Gary Leonard Oldman przyszedł na świat w Londynie w 1958 roku. Gdy chłopiec miał siedem lat, jego ojciec, alkoholik, opuścił rodzinę, zostawiając syna pod opieką matki. Szesnastoletni Oldman porzucił szkołę i zatrudnił się w sklepie ze sprzętem sportowym, ale jednocześnie zaczął pracować nad urzeczywistnieniem swoich prawdziwych marzeń związanych z aktorstwem.

Początki jego kariery aktorskiej nie były usłane różami – członkowie komisji w londyńskiej szkole Royal Academy of Dramatic Art poradzili mu, by porzucił marzenia o byciu aktorem, ponieważ zupełnie się do tego nie nadaje. Oldman jednak, wbrew ich radom, nie zrezygnował, po latach zaś przyznawał, że to właśnie dzięki aktorstwu jego życie stało się interesujące i bogate. Wybrał inną szkołę teatralną, a po jej ukończeniu występował na londyńskiej scenie, gdzie odniósł pierwszy sukces – w latach 1984-1985 otrzymał dwie nagrody przyznawane najlepszemu młodemu aktorowi.

Gary Oldman jako Sid Vicious w filmie 'Sid i Nancy'. (Fot. Initial Pictures/Entertainment Pictures/Forum) Gary Oldman jako Sid Vicious w filmie "Sid i Nancy". (Fot. Initial Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

Wkrótce potem powoli ruszyła jego kariera w przemyśle filmowym; w 1986 roku, dzięki roli kontrowersyjnego muzyka zespołu Sex Pistols, Sida Viciousa w filmie „Sid i Nancy”, został zauważony i doceniony przez krytykę. Już w 1987 roku znany amerykański krytyk filmowy Roger Ebert nazwał Gary’ego Oldmana jednym z wyróżniających się brytyjskich aktorów swojego pokolenia. Obecnie krytycy często porównują Oldmana z Robertem De Niro ze względu na jego umiejętność doskonałego zmieniania wizerunku scenicznego w zależności od przyjętej roli – z tego powodu zyskał miano scenicznego kameleona.

Przyjmowane przez Oldmana scenariusze powoli uformowały jego charakterystyczne emploi – w jego dorobku przeważają role mężczyzn skrywających mroczne tajemnice, morderców, dziwaków, podejrzanych indywiduów, często szalonych i zdecydowanie nietypowych. Wystarczy tu wspomnieć jego występ w „Leonie zawodowcu”, gdzie jako Norman Stansfield, uzależniony od narkotyków, skorumpowany policjant-psychopata, polował na skądinąd poczciwego seryjnego mordercę Leona i jego podopieczną, małoletnią Matyldę. W serii o Harrym Potterze wcielił się w Syriusza Blacka, ojca chrzestnego głównego bohatera, niesłusznie oskarżonego o morderstwo, i choć obdarzonego dobrym sercem, to nieco rozchwianego emocjonalnie i ukrywającego mroczną przeszłość.

Gary Oldman jako Syriusz Black w filmie 'Harry Potter i Więzień Azkabanu'. (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum) Gary Oldman jako Syriusz Black w filmie "Harry Potter i Więzień Azkabanu". (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum)

W „Dziewczynie w czerwonej pelerynie” (nowatorskiej wersji baśni o Czerwonym Kapturku) zgrał Solomona, łowcę wilkołaków korzystającego z kontrowersyjnych metod. Nawet wykreowani przez niego bohaterowie pozytywni to postacie niejednowymiarowe i często dwuznaczne, jak chociażby wspomniany Syriusz Black, Jim Gordon z reżyserowanych przez Christophera Nolana „Batmanów” czy też George Smiley ze „Szpiega”, za którego otrzymał swoją pierwszą nominację do Oscara. Międzynarodową sławę przyniósł mu jednak wcześniejszy film, w którym zagrał postać będącą swoistym konglomeratem cech kojarzonych z granymi przez Oldmanami bohaterami, „Dracula” Francisa Forda Coppoli. Jako książę ciemności, praojciec wampirów i uwodziciel Winony Rider zdobył prawdziwą popularność – mimo iż samemu filmowi miłośnicy prozy Stokera zarzucali wiele, sam występ aktora nie spotkał się z zastrzeżeniami.

Gary Oldman jako komisarz Gordon w serii filmów o Batmanie Christophera Nolana. (Fot. BEW Photo) Gary Oldman jako komisarz Gordon w serii filmów o Batmanie Christophera Nolana. (Fot. BEW Photo)

Co ciekawe, statuetkę Akademii Filmowej otrzymał dopiero w 2018 roku za rolę Winstona Churchilla w filmie "Czas mroku". Kreacja brytyjskiego premiera zapewniła mu również Złoty Glob oraz nagrodę BAFTA.

Teraz możemy podziwiać go w najnowszym filmie Davida Finchera zatytułowanym "Mank". Oldman wciela się w nim w zjadliwego krytyka społecznego i uzależnionego od alkoholu scenarzystę Hermana J. Mankiewicza, który ściga się z czasem, aby ukończyć scenariusz „Obywatela Kane’a” dla Orsona Wellesa. Ten fascynujący obraz, będący nowym spojrzeniem na Hollywood lat 30. XX wieku, dostępny jest na platformie Netflix.

Kadr z filmu 'Mank' w reżyserii Davida Finchera. Gary Oldman jako Herman J. Mankiewicz. (Fot. materiały prasowe Netflix) Kadr z filmu "Mank" w reżyserii Davida Finchera. Gary Oldman jako Herman J. Mankiewicz. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Mrok i tajemnice spowijają nie tylko jego aktorskie wybory, ale i życie prywatne. Idąc w ślady swego ojca, Oldman popadł w nałóg alkoholowy – by go zwalczyć, poddał się terapii, którą zakończył zwycięsko w 1997 roku. Wtedy też powstał jego reżyserski debiut „Nic doustnie”, częściowo autobiograficzny, zadedykowany ojcu film opowiadający o patologii w rodzinie. Wprawdzie Oldman zaprzeczał, jakoby ta produkcja miała być w jakiś sposób powiązana z jego życiem, jednak według niektórych „Nic doustnie” stało się dla niego sposobem na odreagowanie, pomogło odegnać nieprzyjazne demony z dzieciństwa.

Gary Oldman jako Norman Stansfield w filmie 'Leon Zawodowiec'. (Fot. BEW Photo) Gary Oldman jako Norman Stansfield w filmie "Leon Zawodowiec". (Fot. BEW Photo)

Niezbyt szczęśliwie wyglądało również jego życie uczuciowe; pierwszy związek małżeński z Lesley Manville zawarty w 1987 roku rozpadł się już po trzech latach, a rozpoczęte w tym samym roku małżeństwo z aktorką Umą Thurman przetrwało zaledwie dwa. Z trzecią żoną, Donyą Fiorentino, Oldman spędził cztery lata (ślub odbył się w 1997 roku), a następnie związał się z z młodszą od niego o 19 lat Alexandrą Edenborough, piosenkarką jazzową, z którą rozstał się w 2015 roku. Obecnie jego żoną jest kuratorka sztuki Gisele Schmidt.

Ma trzech synów, Alfie Ronalda (z pierwszego małżeństwa), Gullivera Flynna i Charliego Johna (ze związku z Donyą Fiorentino). Lecz choć Oldman jest jednym z najpopularniejszych aktorów na świecie, właściwie niewiele o nim wiadomo – chroni prywatność i nie dopuszcza dziennikarzy do swojego życia osobistego, ponieważ, jak zapewnia, nie zależy mu na sławie i wcale o nią nie dba. Jednak z dostępnych, szczątkowych informacji można wywnioskować, że obecnie jego życie osobiste jest coraz bliższe sielanki i stoi w opozycji do wybieranych przez aktora mrocznych ról. Aktorskie gaże, jakie Oldman otrzymuje za swoje występy w filmach, pozwalają mu coraz częściej spędzać czas na opiece nad synami niż pracy na planie. Można chyba powiedzieć, że jest nie tylko spełnionym aktorem, ale i ojcem. Z uśmiechem na ustach mówi, że doskonale sprawdza się w swojej największej jak do tej pory roli.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Co jest wstydliwego w naszej seksualności?" O nowym polskim serialu dla Netflixa rozmawiamy z Małgorzatą Foremniak

Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
"Sexify" to najnowsze dzieło polskich twórców - Kaliny Alabrudzińskiej i Piotra Domalewskiego. Opowiada historię trzech przyjaciółek, które wspólnymi siłami starają się stworzyć wyjątkową aplikację mającą pomóc zaspokoić i zrozumieć potrzeby seksualne rówieśników - przede wszystkim dziewcząt i kobiet. Każda z nich to inna historia, inne problemy i poszukiwanie odpowiedzi na to, co wiąże się z własną seksualnością. 

W tej drodze, którą dziewczyny podjęły pomaga im m.in. matka jednej z nich - Joanna, która stara się przekonać dziewczyny do tego, że odnajdowanie w sobie kobiecości, świadomości własnych potrzeb i upodobań to nie tylko klucz do udanego życia seksualnego, ale przede wszystkim zrozumienie siebie samej i akceptacja własnych pragnień i wyborów życiowych. W rolę Joanny wcieliła się znana polska aktorka - Małgorzata Foremniak, którą zapytaliśmy o to, o czym tak naprawdę opowiada "Sexify".

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

„Sexify” to opowieść o trzech dziewczynach, które decydują się stworzyć innowacyjną aplikację pozwalającą odkrywać i zaspokajać seksualne potrzeby – zwłaszcza kobiet. Czy serial, który tak wiele mówi o odkrywaniu kobiecej siły oraz własnej seksualności jest potrzebny, zwłaszcza że tak wiele mówi się, że jest to nadal temat pomijany, na punkcie którym kobiety są dyskryminowane? MF:  Pomysł głównych bohaterek na aplikację  może stać się bardzo  pomocny w poszukiwaniu własnej seksualności. Joanna – postać, którą gram, uczy w swojej Akademii Uważności, aby kobiety odkrywały same siebie jak mapę. Nie tylko mapę ciała, ale także mapę emocji, potrzeb, wrażliwości, bo są to obszary dla wielu kobiet wciąż nieznane.

Kiedyś o sprawach tak intymnych, zwłaszcza w kontekście osiągania przyjemności seksualnej przez kobiety nie mówiło się wcale bądź w znikomym stopniu. Kobiety nie miały zbyt wielu możliwości poznania, zrozumienia tego, co dzieje się z ich ciałem, co daje im satysfakcję seksualną. Czy dalej jest to temat kontrowersyjny, czy miała Pani poczucie, że bierze udział w kontrowersyjnym serialu? MF: Nie miałam takiego poczucia. To dobrze, że taki serial powstał. Z jednej strony żyjemy w świecie przepełnionym technologią, przesiąkamy nią. Z drugiej, często ta technologia odcina nas od prawdziwych siebie. Zapominamy w tym pędzie o naszych potrzebach, o potrzebach naszego ciała, o naszych uczuciach. Przewrotne jest to, że aplikacja którą tworzą bohaterki może pomoc kobietom przybliżyć się do ich wewnętrznego świata poprzez odkrywanie swojej  prawdziwej natury.

Czy "Sexify" może wpłynąć np. na zmianę patrzenia na potrzebę edukacji seksualnej w Polsce? MF: Może nie tyle edukacji, co myślenia o seksualności. Wbrew pozorom serialowa rozrywka może być dobrym źródłem spojrzenia na ten temat z rożnej perspektywy. Mówienie o seksualności jest bardzo ważne dla każdego młodego człowieka, który wkracza w dorosłość. "Sexify" swoją formą w naturalny i życiowy sposób może otworzyć pole do rozmowy czy refleksji.

W serialu gra Pani Joannę, matkę Moniki, która przeżywa dość ciężki okres w życiu, pomimo młodego wieku. Co okazało się największym wyzwaniem podczas tworzenia postaci Joanny? MF: Wyzwaniem to za dużo powiedziane, ale pewną trudność stanowił dla mnie wątek kursu Akademii Uważności, którą prowadzi moja postać. Nie chciałam przekraczać pewnych granic. Zastanawialiśmy się wspólnie, jak to zrobić, żeby to było ciepłe, organiczne, przyjazne. Chciałam, żeby te sceny były lekkie, bo w lekkości więcej widzimy, więcej możemy. Mam nadzieje, że tak się stało.

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

Serial "Sexify" będzie dostępny na platformie Netflix od 28 kwietnia 2021 r.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) "My Octopus Teacher" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.

  1. Seks

Tak jak na ekranie

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Facet na święta" (Fot. materiały prasowe Netflix)
Seriale nie rozwiążą naszych problemów, ale mogą nam pomóc dostrzec pewien wymiar relacji, na który nie zwracaliśmy uwagi– mówi psycholożka Olga Kamińska. A czy mogą też odmienić nasze życie seksualne?

Bohaterka norweskiego serialu „Facet na święta”, 30-letnia pielęgniarka, wybiera mężczyzn na randkę z aplikacji bez słowa rozmowy. Atrakcyjna mężatka z „Miłości i anarchii” masturbuje się nawet w toalecie w pracy. A mama 16-letniego Otisa z „Sex Education” szuka kochanków tylko na jedną noc, bo nie chce stałego związku. W książce „#Love. Jak kochać w XXI wieku” pisze pani, że seriale nas kształtują. Pokazują nie tyle jak kochamy, ile jak mamy kochać. Czy to możliwe? Prawda jest taka, że ludzki mózg jest dynamiczny i kształtuje się w kontekstach społecznych. Nasze zachowania miłosne i seksualne zmieniają się więc pod wpływem doświadczeń, socjalizacji i kultury, a więc też seriali czy bajek. Kiedy wyrastamy w jakimś świecie, to myślimy tym światem. A gdy zmieniamy świat, zmieniamy myślenie. Potwierdzają to badania. Chińczycy mieszkający w diasporze w USA, zapytani – po angielsku, a potem po chińsku – o to, czym jest dla nich miłość, mówili o dwóch różnych konceptach, wartościach.

Za sprawą seriali żyjemy na innym seksualnie kontynencie niż nasi rodzice? Bajki, na których się wychowałyśmy, pokazywały kobietę w relacji jako nieaktywną. To mężczyzna musiał dokonać czegoś niezwykłego, aby ją zdobyć. Przekonywały nas też, że tylko z miłością w parze jesteśmy pełni i szczęśliwi. Jednak już pokolenie 20-latków wychowało się na bajkach, w których zmieniała się rola kobiety oraz miłości w jej życiu. Dziś bajki dla dzieci mówią wprost o bohaterkach, które same decydują o sobie, dowodzą, bronią braci czy przyjaciół. Co więcej, ich celem nie jest znalezienie księcia. Mają własne plany. Podobnie seriale dla dorosłych przedstawiają kobietę funkcjonującą na swoich zasadach: bohaterka serialu „Easy” zarabia więcej niż jej mąż, dlatego to on rzucił pracę i zajął się domem i dziećmi. Z kolei pani seksuolog z „Sex Education” przeszkadza obecny w jej domu mężczyzna, bo kiedy ona prowadzi warsztaty dla kobiet uczące, jak mogą same doprowadzić się do orgazmu, on przywierca półki w kuchni.

Hałas wiertarki kończy ich związek? Tam pojawia się problem przestrzeni dla związku. Jean Milburn, wspomniana seksuolożka, przyzwyczajona jest do niezależności i dlatego nie dzieli się przestrzenią w domu ze swoim partnerem. Ale nas to nie dziwi, bo kilka dekad temu bohaterki kultowego „Seksu w wielkim mieście” już były niezależne. Również w sferze seksualnej potrafiły same o siebie zadbać. Nie czekały, aż zostaną wybrane, same podrywały. To samo, tyle że dzięki aplikacji randkowej odważniej i na większą skalę, robi bohaterka „Faceta na święta”. Proaktywnie poszukuje kochanka i dopiero kiedy po serii nieudanych randek decyduje się spotkać z 19-latkiem, wreszcie ma świetny seks. I to nie budzi naszego zdziwienia!

No to skoro seriale nas kształtują, pewnie czeka nas teraz wysyp relacji starszych kobiet z młodymi mężczyznami. Sofie, mężatka z „Miłości i anarchii”, też bawi się świetnie z 20-latkiem. Media z jednej strony nas kształtują, z drugiej – odzwierciedlają zachodzące w społeczeństwie zmiany. Kobiety są proaktywne, szukają rozkoszy na własnych zasadach. Również w relacjach z młodszymi mężczyznami. Oczywiście, takie seriale także normalizują takie związki. Dla mnie to korzystny proces. Popatrzmy na proaktywne uwodzenie poprzez modele matematyczne: jeśli kobieta aktywnie wchodzi w kontakt z mężczyznami, to rozszerza pole potencjalnych partnerów. Są w nim nie tylko mężczyźni, którzy zainicjowali z nią kontakt, ale też ci, których sama wybrała. Pula zwiększa się więc nie tylko liczbowo, ale także jakościowo – o mężczyzn, którzy są odpowiedzią na jej potrzeby.

Kobiety zwiększają pulę, ale co z nastolatkami? Te z seriali udają luz i chodzą do łóżka jak dorośli, choć nie wiedzą, czym jest seksualność i co im sprawia w niej przyjemność. Motywuje je raczej lęk przed staniem się looserem w oczach rówieśników. Dzieciaki ulegają seksualizacji kultury znacznie silniej niż dorośli, bo nie mają wiedzy, nie potrafią jeszcze stawiać granic, a uznanie rówieśników to podstawa ich poczucia wartości. Dlatego dobrze, że jest taki serial, jak brytyjski „Sex Education”, który uczy, jak poznawać swoje potrzeby oraz że mogą one być różne u różnych osób. Ale także dorośli znajdą w tym serialu coś dla siebie. Nie tylko nastolatka może odczuwać lęk przed tym, że podczas orgazmu jej twarz jest przerażająca dla partnera. Czy nie rozumieć, czemu ładniej pachnie jej koleżanka niż jej chłopak.

O świecie młodych ludzi mówi także amerykański serial „Euforia”, ale pokazuje go o wiele dramatyczniej. Widzimy tu napięcie, jakiego doświadczają młodzi ludzie w związku z przekraczaniem granic intymności, za sprawą choćby prywatnych zdjęć, które trafiają do sieci. W rezultacie relacje, które budują, nie dają im poczucia bezpieczeństwa. To, co zaobserwowali scenarzyści, widzą także naukowcy – młodzi mają problem z zaangażowaniem się w relacje, z decyzją: „Tak, chcę budować z tobą coś trwałego”. To dla nich trudne, bo żyją w poczuciu tymczasowości. To są dzieci pokolenia rozwodów, zawiedzione rozpadem małżeństw rodziców, którzy nie mieli dla nich czasu, a swoją miłość wyrażali przez drogie prezenty – ucząc, że miłość to przedmioty, przyjemność, a nie bliskość. Jak sugeruje socjolożka Eva Illouz, młodzi przejawiają tendencję, by w relacjach szukać przyjemności, przez co wchodzą w nie z płaszczyzny popędowej, doznaniowej. Liczą się dla nich seks, orgazm, euforia. Nie wiedzą, że miłość na poziomie psychologicznym też bywa bardzo nagradzająca.

Kadr z serialu 'Euforia' (Fot. materiały prasowe Netflix) Kadr z serialu "Euforia" (Fot. materiały prasowe Netflix)

W „Sex Education” dzieciaki odkrywają znaczenie miłości i przyjaźni. Ale zanim do tego dojdzie, trzy nastolatki na imprezie uczą się na bananach robić loda, jakby ta umiejętność decydowała o ich być albo nie być. Satysfakcja płynąca ze sfery seksualnej jest niezwykle istotna. Wiąże się to także ze zdobywaniem umiejętności i wiedzy na temat tego, co mi sprawia przyjemność, a co mojemu partnerowi. Jak lubię być dotykana, pieszczona. No, ale też jak mój dotyk, pocałunki działają na partnera. W bliskich relacjach istotny jest seks, ale też zaangażowanie emocjonalne. Niestety, za sprawą czynników kulturowych dla wielu młodych ludzi seks staje się osią budowania relacji. Młode kobiety rywalizują między sobą o mężczyzn, co zajmuje znaczną część ich przestrzeni życiowej. Ich proaktywność jest świetna! Problemem jest to, że są zafiksowane wyłącznie na seksie. A to pozbawia ich możliwości zbudowania głębokiej miłosnej relacji. Ale też możliwości rozwoju innych sfer życia, poszukiwania pasji, odkrywania tego, kim mogłyby być, także w sensie emocjonalnym i duchowym. Michelle Obama powiedziała kiedyś, że gdyby w młodości koncentrowała się tylko na związkach, na tym, by szukać partnera czy kochanka, nie byłaby teraz żoną prezydenta. Można polemizować z jej potrzebą określania się przez mężczyznę, ale jednak w tej wypowiedzi skierowanej do młodych dziewcząt wybrzmiewa bardzo ważny przekaz: „Rozwijajcie swoje pasje, relacje przyjacielskie, a na budowanie związków przyjdzie czas”.

Dla mnie jasne! Ale dlaczego dziewczyny z seriali uważają, że muszą być świetnymi kochankami? Winna jest temu tylko kultura i seksulizacja wszystkiego – od reklam aut do ciastek? Oczywiście poza czynnikami kulturowymi istotne są też nasze doświadczenia rodzinne. Badania mówią, że jeśli w dzieciństwie nasi opiekunowie w takich samych sytuacjach raz byli czuli, a raz agresywni – brak poczucia bezpieczeństwa, jakiego doświadczyliśmy na skutek nieprzewidywalności ich reakcji, budził w nas lęk. I nauczył budować relacje na zasadzie lękowo-ambiwalentnej. No i w każdej bliskiej relacji odtwarzamy później ten schemat emocji. A to znaczy, że będziemy przekonani, iż musimy być wyczuleni na potrzeby partnera, aby je zaspokoić, bo inaczej odejdzie. Nie będziemy dbali o siebie, nie będziemy słuchali sygnałów płynących z naszego ciała. W tym wczesnodziecięcym doświadczeniu upatruję jednego ze źródeł tego problemu.

I to się zgadza z serialami, bo tam seksliderki mają trudne relacje z rodzicami, którzy są uzależnieni albo zajęci karierą. Często ci, którzy w dzieciństwie doświadczyli chłodu i odrzucenia, unikają bliskości w dorosłym życiu. Seks traktują jako potrzebę fizyczną, a nie emocjonalną. Lubią przelotne zbliżenia bez zobowiązań. Nie dążą do pogłębiania relacji więzi. W związkach też mogą mieć skłonność do unikania zbliżeń z ukochaną osobą, często zamiast tego wybierają masturbację albo seks poza relacją. Natomiast ci, którzy mieli czułych i akceptujących rodziców, wrażliwych na ich potrzeby, potrafią budować relacje w oparciu o tak zwany styl bezpieczny. Dla nich seks to element budowania bliskości z drugim człowiekiem, czerpanie i dawanie przyjemności. Nowy trend w relacjach to situational relationship, czyli ludzie nie chcą nazywać się parą, ale tworzą związki na jakiś czas, bo mają potrzebę bliskości i mają libido. No więc są razem na przykład do czasu, kiedy oboje mieszkają w tym samym mieście lub nie różnią ich cele życiowe. Ten trend zaobserwowano w Stanach, gdzie jest duża mobilność, ludzie w jednym mieście się uczą, w innym studiują, a potem w jeszcze innym pracują, i to też tylko przez kilka lat. Mając jednego partnera, mają „relację z głowy”. Mam na Instagramie konto „Relacje z głowy”, bo myślę, że powinniśmy dążyć do tego, żeby poukładać sobie te kwestie i nie mierzyć się cały czas z tym tematem! Pisząc książkę, chciałam podzielić się wiedzą na temat miłości, ułatwić jej rozumienie, zdjąć miłość romantyczną z piedestału i zwrócić się w stronę innych, niezwykle cennych relacji, takich jak przyjaźń, koleżeństwo czy wspólnota. Opisuję znajomą, która obiecywała sobie, że jak tylko wyjdzie za mąż, to zacznie permakulturę, działalność charytatywną i tysiące innych rzeczy. Ale kiedy do ślubu nie doszło, stwierdziła, że nie zrealizuje już marzeń. Dlaczego? Miała głębokie przekonanie, że to mąż był furtką do jej samorealizacji.

Czy znajdziemy tam naukowy przepis na szczęście we dwoje? Twierdzi się, że po kilku latach związku silna intymność i bliskość seksualna słabną. Ten wzorzec potwierdza się w większości relacji, ale nie we wszystkich! Na przykład badania Fischer, Aron i Brown przeprowadzone na parach, które po latach nadal były w sobie szaleńczo zakochane, pokazały, że kiedy badani patrzą na zdjęcie ukochanej osoby, aktywizują się w ich mózgach te same struktury co u zakochanych. Czyli układ nagrody odpowiedzialny za przyjemność i motywację. Jest więc możliwe podtrzymanie przez lata gorącej miłości. Dlatego kiedy produkcja hormonów zakochania spadnie w naszym mózgu, nie myślmy: „wypaliło się”. Miłość wymaga czasu. A my rozstajemy się, mówiąc: „to koniec”, nim naprawdę coś się zacznie! To dlatego, że nie umiemy rozmawiać i okazywać sobie zainteresowania. Jesteśmy hedonistycznie nastawieni do związków. Dopóki dają nam przyjemność, dopóty w nich trwamy. Mamy tendencję do wycofywania się w momentach trudnych. Uczmy się wspólnego pokonywania trudności!

Czy są seriale, które poleciłaby pani do obejrzenia we dwoje? Zaczęłam sama oglądać „Sex Education”, a mój partner, który lubi kino niezależne, zerkał, zerkał, aż do mnie dołączył. To niezwykle mądry serial o tym, że seks jest doświadczeniem wspólnym nam wszystkim, elementem bycia człowiekiem. Polecam także serial „Od nowa”, który łączy wątki psychologiczne i kryminalne. Z kolei „Easy” zaczyna się od dyskusji o tym, czy kiedy kobieta widzi męża przy zmywaniu i traci ochotę na seks, to miałaby jej więcej, gdyby widziała go przy rąbaniu drewna.

Serial może poprawić nasze życie seksualne? Seriale nie rozwiążą naszych problemów, ale mogą nam pomóc dostrzec pewien wymiar relacji, na który nie zwracaliśmy uwagi. Kiedy oglądając jakiś serial, czujemy dyskomfort psychiczny, potraktujmy to jako sygnał, że to, z czym zmaga się bohater, może być też naszą sprawą do załatwienia. Przegadajmy to z ukochaną osobą. Może się okazać, że serial ujawnił prawdziwe źródło nieporozumień między nami. Myślimy, że powodem jest brak seksu, a tak naprawdę może być nim brak szacunku dla emocji drugiej osoby. Warto też pamiętać, że czas spędzony przed ekranem nie jest czasem budowania bliskości. Dopiero rozmowa o tym, co oglądaliśmy, może sprawić, że się do siebie zbliżymy. 

Dr Olga Kamińska, psycholożka eksperymentalna, badaczka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, autorka książki „#Love. Jak kochać w XXI wieku” (wydawnictwo Znak Literanova).

 

  1. Kultura

Olivia Colman - aktorka o filmach "The Crown", "Faworyta" i innych rolach

Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie
Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie "Faworyta". (Fot. BEW)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Na ekranie jest niekwestionowaną królową. I nie chodzi tylko o obsypaną nagrodami rolę Anny Stuart w „Faworycie” czy o jej Elżbietę II z serialu „The Crown”. Za to prywatnie Olivia Colman sprawia zupełnie inne wrażenie. Spontaniczna, otwarta, nieco roztargniona, autentycznie skromna. Bez przerwy żartuje, a jakikolwiek komplement natychmiast zbywa, żywo gestykulując.

Aktorką zostałaś, bo… Nie byłam zbyt dobra w niczym innym. Nie wyróżniałam się wśród rówieśników, nie byłam dobrą uczennicą, ale w wieku 16 lat zagrałam w szkolnej sztuce. Spodobało mi się, choć nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś zostanę aktorką. Mama pielęgniarka, ojciec geodeta – nikt, kogo znałam, nigdy nie występował na scenie. Miałam więc zostać nauczycielką. Dość, jak zakładam, przeciętną.

Chyba się nie doceniasz. Wiem o co najmniej kilku twoich młodzieńczych talentach. Na przykład o twojej pasji motoryzacyjnej. [śmiech] Tak, samochody. Mieszkaliśmy w odległym rejonie Norfolku i nauczyłam się jeździć po polu jako 12-latka. Dużo podróżowałam z mamą jej małym samochodem, bez którego nie mogłaby jeździć do pacjentów w swoim rewirze. Z kolei mój ojciec był entuzjastą motoryzacji, więc w toalecie było pełno magazynów o tematyce samochodowej. Lubiłam je przeglądać. Kiedy uczyłam się w szkole nauczycielskiej w Cambridge, dojeżdżałam tam moim pierwszym autem. To był czerwony morris. Rajdowe prawo jazdy zrobiłam w wieku 16 lat. Byłam dobrym pilotem. Lubiłam też… sprzątać. Naprawdę! Kiedy zrezygnowałam ze szkolenia dla nauczycieli, podjęłam się sprzątania tylko po to, żeby zarobić trochę pieniędzy. Wiem, że ludzie zwykle mówią, jak bardzo nienawidzą robić coś takiego nawet dla pieniędzy, ale ja autentycznie kochałam to zajęcie. Uwielbiam czyścić listwy przypodłogowe i tego typu trudno dostępne miejsca. To była czysta satysfakcja z pracy. Mogłabym nadal to robić, gdyby nie to wszystko.

I to mówi ekranowa królowa, wielokrotna monarchini… Kiedyś jakiś dziennikarz z „Daily Telegraph” napisał, że nie nadaję się do ról królowych, bo mam wyraźnie… lewicową twarz. Jednak, jak widać, to mnie nie zdetronizowało [śmiech]. To, kim jestem w życiu prywatnym, ma się nijak do tego, kogo gram.

Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu 'The Crown'. (Fot. BEW) Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu "The Crown". (Fot. BEW)

A jednak w wywiadach nie ukrywasz, że miałaś problem z tym, że o ile królowa Anna z „Faworyty” jest postacią historyczną, z XVII wieku, o tyle Elżbieta II z „The Crown” jest już osobą żyjącą i miłościwie panującą. Podkreślałaś, że to było wyjątkowo stresujące, musiałaś też przejść specjalne szkolenie. Myślę, że najtrudniejszą rzeczą jest odgrywanie prawdziwej, żyjącej osoby. W trzecim sezonie „The Crown” gram królową Elżbietę II w latach 60., czyli jeszcze zanim się urodziłam. Tu było mi trochę łatwiej. Stres pojawił się w związku z sezonem czwartym, który rozpoczyna się pod koniec lat 70., a więc obejmuje stosunkowo niedawną historię Windsorów. Wielu ludzi na świecie pamięta jeszcze te czasy i każdy ma swoje własne wyobrażenie na temat tego, jaka jest brytyjska monarchini prywatnie, za zamkniętymi drzwiami pałacu. Na tym zresztą polega nasza fascynacja, obsesja na punkcie życia koronowanych głów. Wiedziałam, że będę porównywana do oryginału. Musiałam się nauczyć inaczej mówić, poruszać, bo usłyszałam, że chodzę jak farmerka. Przy stole trenowałam siedzenie z łokciami trzymanymi przy sobie i z prostymi plecami. Nie tyle obawiałam się reakcji samej królowej Elżbiety II na moją kreację – szanuję zresztą monarchinię, wiele przeszła, jestem jej fanką – ile tego, czy zdołam przejąć pałeczkę po Claire Foy, która zagrała młodszą królową w dwóch pierwszych sezonach. Claire była zjawiskowa, głupio byłoby to schrzanić!

Czy Elżbieta II przyjęła cię na audiencji? Byłam jedynie na krótkim spotkaniu na imprezie brytyjskiego przemysłu filmowego. To nie było nawet spotkanie, raczej rząd ludzi ściskających dłonie i dygających. Nie wiedziałam nawet, że Elżbieta II tam będzie. Wszyscy nagle znaleźliśmy się w kolejce i nie mogłam ustalić jej przyczyny. Potem wyjrzałam za róg i zobaczyłam królową i księcia Filipa. Setki ludzi chciało podejść, przedstawić się. Królowa też musiała stać przez cały ten czas, uśmiechając się. Właściwie to współczuję jej tego braku prywatności. Dygnęłam przed nią, uścisnęłam dłoń księcia. Nie było nawet czasu na rozmowę. Następnie udałam się do jednej z 78 łazienek pałacu Buckingham, żeby wziąć na pamiątkę rolkę papieru toaletowego.

Słucham?! To w końcu nie byle jaka rolka [śmiech]!

Lubię w tobie i kilku innych aktorkach brytyjskich, które osiągnęły sukces w dojrzałym wieku i zarazem mocno stąpają po ziemi, ten rodzaj nonszalancji wobec konwencjonalnych i oczekiwanych w środowisku filmowym zachowań. Nie zapomnę nigdy, jak odbierałaś Oscara za „Faworytę”… Pewnie chodzi ci o to, że pokazałam język do kamery? No cóż… emocje wzięły górę. Kiedy usłyszałam swoje nazwisko, myślałam, że się przesłyszałam. Wstałam z miejsca, ale słowo daję, do końca nie byłam pewna, czy o mnie chodzi. Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdyby okazało się, że to jednak nie dla mnie był ten Oscar. No więc zaczęłam iść w stronę sceny, cały czas zatrzymując się i odwracając do widowni, aby nabrać pewności siebie. Kiedy już tam dotarłam, a statuetka wylądowała w moich rękach, wykrztusiłam, że to przezabawne, a potem zwróciłam się do wszystkich dziewczynek, które ćwiczą oscarowe kwestie przed telewizorem: „Nigdy nie wiecie, co się może wydarzyć!”. No a kiedy wreszcie na prompterze ukazał się komunikat: „proszę kończyć”, machnęłam ręką, pokazałam do kamery język i spokojnie skończyłam mowę dziękczynną.

Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW) Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW)

Oscar zmienił wiele w twoim życiu? Udzielałam kiedyś wywiadu dla „Vogue’a” – przyjęłam dziennikarza w wystawnym pałacu w otoczeniu służby, antyków i pięknych przedmiotów. Powiedziałam, że tak wygląda codzienność aktorek po zdobyciu Oscara [śmiech]. A co!

A już bardziej serio, palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. Moje dzieci [dwóch synów w wieku 15 i 13 lat oraz 5-letnia córka – przyp. red.] oraz mąż [producent Ed Sinclair – przyp. red.] przyjęli tę nagrodę dość chłodno. I dobrze. Rodzina stawia mnie do pionu. Postaraliśmy się o to, żeby Oscary, inne nagrody i czerwone dywany nie były czymś dominującym w naszym życiu. Dzieci wiedzą, że mama ma pracę, którą uwielbia. Że czasem zakłada dziwne suknie i wyjeżdża na kilka tygodni, ale zawsze wraca i jest przede wszystkim ich mamą. Tą, która piecze ciasta, smaży omlety, pierze, sprząta, a czasem pomaga odrabiać lekcje.

Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW) Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)

Wyglądasz na osobę wciąż onieśmieloną swoją sławą. Tęsknię za anonimowością, za chodzeniem do pubu. To naprawdę dziwne, kiedy ludzie dookoła dobrze znają twoją twarz, ale ty nie znasz ich. A przecież rozmowa z przypadkowo spotkanymi ludźmi jest jedną z radości życia. Zamiast tego wciąż odbieram nagrody. To oczywiście ekscytujące, ale stresuje mnie wbijanie się w niewygodne kiecki i buty na szpilkach na te wszystkie gale. Nie tylko Oscary, ale Złote Globy, BAFT-y. Trzeba bardzo na siebie uważać podczas tych wszystkich ceremonii. Musisz lepiej się zachowywać, bo ludzie naprawdę cię zauważają. Tymczasem ja nie lubię zamieszania wokół siebie. Najswobodniej, najlepiej czuję się w domu. Zawsze pierwsza opuszczam przyjęcia i jadę do siebie. Zakładam rozciągnięty sweter, ciepłe kolorowe skarpety i zaparzam sobie dobrej angielskiej herbaty. Jest wygodnie, przytulnie, swojsko.

Kiedy cię obserwuję, dostrzegam w tobie nie tylko bezpośredniość i ciepło w kontaktach z ludźmi, lecz także twoją żywiołowość. I tak sobie myślę, że granie Elżbiety II, która nie okazuje uczuć, musiało być dla ciebie dodatkowym wyzwaniem. Zawsze byłam ambitna i lubiłam wyzwania. Moja Elżbieta była bardzo powściągliwa, chłodna, ale nie była też całkiem pozbawiona emocji. Grałam oczami, twarzą, drobnymi gestami, ciałem. To dla aktora bardzo ożywcze doświadczenie. Ukrywanie emocji jest obowiązkiem monarchini. Publicznie musi być silna. Oczywiście zagranie królowej Anny w „Faworycie”, postaci nieokiełznanej, było dla mnie o wiele łatwiejsze, ponieważ sama jestem osobą bardzo emocjonalną. Jeśli ktoś jest smutny, od razu wybucham płaczem. Dobrze mi się grało także nieukrywającą emocji policjantkę w serialu „Broadchurch”, która uczestnicząc w śledztwie, przeżywa własny dramat. Jej uczuciowość jest bardzo ważna, ma być zniuansowana, a jednocześnie ma łatwo udzielać się widzom.

Mnie bardzo poruszyła twoja Angela Burr w serialu „Nocny recepcjonista” w reżyserii Susanne Bier. Zagrałaś szefową jednej z agencji brytyjskiego wywiadu, która na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina osoby zajmującej się rozpracowywaniem bezwzględnych handlarzy bronią. Taka zwyczajna kobieta i na dodatek jeszcze w zaawansowanej ciąży! Zupełnie jak policjantka z „Fargo”. Wspominam o tym, bo sama spodziewałam się wtedy dziecka i to, że powołałam się na Frances McDormand z „Fargo”, pomogło mi przekonać Susanne Bier, żeby mnie zaangażowała. Grunt to kamuflaż – nikt się nie spodziewa, że kobieta w ciąży może ścigać terrorystów.

Królowe królowymi, ale ty jesteś też mistrzynią odgrywania kobiet, które spotykamy na ulicach każdego dnia. Bohaterek codzienności. Na ich miejscu mogłaby być każda z nas. Zawsze powtarzam w wywiadach, że prawdziwą sobą jestem w dżinsach i swetrze z plamą po czymś, co właśnie zjadłam. Dla mnie bardziej zawstydzające jest starać się wyglądać dobrze. Myślę, że miałam szczęście, że wybierano mnie do takich ról, bo wielu aktorom branża nie pozwala się starzeć. Moje bohaterki na ogół nie kryją się z tym, ile mają lat, nie udają kogoś, kim nie są, mają odwagę mówić, co czują i myślą.

Ty mówisz o dżinsach i poplamionym swetrze, a ja nie mogę zapomnieć o twoim kostiumie i charakteryzacji z „Faworyty”. Nadal mam te kreacje w głowie. Wygląd królowej Anny był dla mnie kluczem do wejścia w tę postać. Zapuściłam długie włosy i znacznie przytyłam. Yorgos [Lanthimos, reżyser filmu – przyp. red.] powiedział, że królowa Anna jest duża, ociężała. On sam tak naprawdę nie lubi makijażu i chciał, żebym wyglądała naturalnie, co wcale nie oznaczało, że charakteryzatorka nie miała nic do roboty. Przeciwnie. Charakteryzacja zaczynała się o godzinie 3.45 rano. Nasza specjalistka od włosów i makijażu Nadia Stacey była doskonała we wszystkim, co stworzyła. Anna nie miała wyglądać ładnie ani być miła, i to było wyzwalające i genialne. W dodatku w połowie filmu moja bohaterka dostaje udaru. To było całkiem ciekawe wyzwanie, zmusić lewą stronę mojej twarzy do ruchu, podczas gdy prawa pozostawała nieruchoma.

Ta postać cię zafascynowała? Podobało mi się, że co pięć minut wpadała w inny nastrój. To marzenie aktora – Anna jest zepsuta i histeryczna, wrażliwa i okrutna. Mogłam oczywiście pokazać ją jako karykaturę, ale chciałam, żeby publiczność jej współczuła. Jej życie naznaczone było wieloma tragediami, roniła lub rodziła martwe dzieci co najmniej 12 razy, a kolejne czworo umarło przed ukończeniem drugiego roku życia. Chorowała. Dla mnie jasne było, dlaczego była tak nieszczęśliwa, mało pewna siebie, dziecinna… I może trudno w to uwierzyć, ale dla mnie był to najbardziej zabawny film, nad którym pracowałam. Wszyscy dużo chichotaliśmy na planie. Wcześniej podczas prób zaprzyjaźniłam się z Rachel W­eisz i Emmą Stone. Reżyser zorganizował dla nas serie fizycznych aktywności. Trzymałyśmy się za ręce, szarpałyśmy się i przewracałyśmy. Byłyśmy jak banda dzieciaków, ale w tym szaleństwie była metoda. Yorgos wiedział, że tak rozluźnione zrobimy na planie wszystko. I tak było. Czułam się komfortowo. Instynktownie weszłam w skórę Anny, w jej zmienne nastroje, ekstremalne zachowania, w jej podatność na manipulacje.

Co jest dla ciebie ważne w byciu aktorką? Wierzę, że oprócz szczęścia jednym z najważniejszych aspektów w tym zawodzie jest bycie bezproblemową i dogadywanie się z innymi. A w filmach, w których gram, cenię przede wszystkim dobre dialogi i… wygodne buty. Tak, buty. Nie mogą mnie rozpraszać na planie odciski, obtarcia, dyskomfort chodzenia. Nie mam na to czasu.

Kiedy pod koniec 2017 roku ogłoszono, że Olivia Colman przejmie rolę królowej Elżbiety w „The Crown”, twoje nazwisko było znane niemal wyłącznie wśród fanów brytyjskich seriali. Co było właściwie punktem zwrotnym w twojej karierze? Pamiętam, że już po premierze i po tym, jak Yorgos powiedział, że nie zrobiłby „Faworyty” beze mnie, z ciekawości spytałam go, gdzie o mnie usłyszał. No więc zwrócił na mnie uwagę, oglądając „Tyranozaura”, film Paddy’ego Considine’a z 2011 roku, w którym gram maltretowaną przez męża żonę, walczącą o godność i o uwolnienie się z tej chorobliwej relacji. To była moja pierwsza dramatyczna rola po latach grania w komediach i serialach na małym ekranie. Ale jeśli pytasz mnie o mój osobisty punkt zwrotny, to był też czas, kiedy przez lata nie miałam co grać i tonęliśmy z Edem w długach. Dzięki temu doceniam to, co mam teraz.

Wszystko wskazuje na to, że twoja kariera dopiero nabiera rozpędu. Jeszcze niedawno zakłady bukmacherskie typowały cię jako jedną z pretendentek do roli… Bonda po odejściu Daniela Craiga. Bierzesz takie spekulacje na serio? Nie, na pewno nie zostanie nim kobieta. Być może Tom Hardy, ale i to chyba nie jest jeszcze zdecydowane. Zresztą moje potrzeby, jeśli chodzi o historie szpiegowskie, całkowicie zaspokoił „Nocny recepcjonista”[śmiech]. W końcu pracowałam w osławionym MI6, jak Judy Dench, grająca szefową agenta 007.

Cały czas czekamy na datę kinowej premiery filmu „Ojciec”, w którym z Anthonym Hopkinsem gracie córkę i bliskiego śmierci ojca. To kolejny w twoim dorobku tytuł z wielkimi szansami na oscarowe nominacje. Jestem ciekawa, czy już czujesz się twórczo spełniona, a może jest ci jeszcze coś potrzebne do aktorskiego spełnienia? Czas mi sprzyja. Podobnie jak fakt, że nie jestem piękna. Gram coraz poważniejsze i ciekawsze role. To wielka radość i szczęście. Nie myślę o tym, co dalej. Cieszę się tym, co jest.

W filmie 'Ojciec' Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW) W filmie "Ojciec" Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW)

Olivia Colman, ur. w 1974 roku. Popularność przyniosły jej programy komediowe w brytyjskiej telewizji. Uznanie zdobyła za rolę w dramacie „Tyranozaur” (2011). Zagrała także w serialach „Broadchurch”, „Fleabag” i „Nocny recepcjonista”. W 2017 roku za kreację w tym ostatnim dostała Złoty Glob. W trzecim i czwartym sezonie serialowego przeboju Netflixa „The Crown” wcieliła się w postać królowej Elżbiety II. W 2019 roku jej kolejna rola królowej, tym razem w „Faworycie”, została uhonorowana między innymi Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Ostatnio wystąpiła w filmie „Ojciec”.