1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Kamil Sipowicz: „Kora jest wolnością”

Kamil Sipowicz: „Kora jest wolnością”

Kamil Sipowicz: historyk filozofii, poeta, pisarz, rzeźbiarz, malarz. Mąż Kory. (fot. Szymon Szcześniak/ LAF)
Kamil Sipowicz: historyk filozofii, poeta, pisarz, rzeźbiarz, malarz. Mąż Kory. (fot. Szymon Szcześniak/ LAF)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Psychofizycznie byli jednym. Od śmierci Kory minęło kilkanaście miesięcy. Właśnie ukazuje się jej książka „Miłość zaczyna się od miłości”. To zbiór zapisków, które prowadziła w zeszytach. Notowała pomysły na piosenki, rozwijała ich treść, mierzyła słowa, wreszcie destylowała. Zapisywała cytaty z książek i spostrzeżenia. Odwiedzam Kamila Sipowicza w ich wspólnym domu na Bielanach. Przy bramce wisi jej fotografia. W drzwiach wita mnie Lusia, mała czarna kotka. Jest po operacji ratującej nogę, skacze, chce żyć, nie chorować.

A gdybym zapytał cię o jasność ostatnich wspólnych lat z Korą, kiedy chorowała… Pamiętasz jasne dni?
Było mnóstwo wspaniałych chwil. W Bliżowie na Roztoczu, otoczona zwierzętami, pielęgnowała ogród kwiatowy, warzywny. Projektowała, urządzała, malowała, bardzo dużo czytała. Miała sypialnię, z której widziała wschód słońca, bo wstawała o piątej nad ranem. Kochała słońce, deszcz i wiatr. Lubiła rozpalać ogień w starej glinianej kuchni. Bliżów to piękne miejsce do życia i umierania. Oglądaliśmy filmy, trzymaliśmy się za ręce, obejmowaliśmy się, kochaliśmy się. Byliśmy szczęśliwi. Spędzaliśmy na Roztoczu całe zimy. Kora organizowała święta. Przyjeżdżała rodzina, przyjeżdżali przyjaciele. Cieszyliśmy się życiem, wiedzieliśmy, że każdy moment jest ważny.

To był darowany czas?
Tak. Pamiętam, że kiedy w 2013 roku, po pierwszej operacji w Warszawie, lekarz wyjawił, że nowotwór jest rozrzucony po otrzewnej, jeden z synów powiedział, że matka zaraz umrze. „Na pewno nie teraz” – odpowiedziałem. Byłem przekonany, że będzie jeszcze żyła. I żyła pięć lat z czwartym stopniem nowotworu. Zaczęła się walka. Jedna operacja, druga, trzecia, walka o lek. Byliśmy ludźmi uprzywilejowanymi. Mogliśmy próbować w szpitalach całej Polski. Były Warszawa, Bydgoszcz, był Poznań, Rzeszów, były Gliwice, było Zakopane. Trzy razy uratowałem Korze życie wbrew niej. Nie chciała, żebym wzywał karetkę. Były potworne awantury, ale się upierałem. Samo zderzenie z systemem służby zdrowia, który nie jest stworzony dla ludzi, to horror. Jakby wymyślił go wariat. Tutaj ja byłem taranem, choć Kora czasami tego doświadczała.

Chroniłeś Korę?
Nienawidziła słowa „załatwić”. A ja wszystko musiałem załatwić. Bez załatwiania by umarła. Musiałem poznać lekarzy, specjalistów, umówić wizyty…

Kora widziała twoje emocje?
Emocje były bez przerwy. Było wiele krytycznych sytuacji, spięć, a ja byłem najbliżej. Więc Kora wyładowywała się na mnie. Najgorzej, kiedy jechaliśmy po wyniki. Potworne nerwy. W pewnym momencie zaczęło być ostro. Przerzuty na mózg zmieniają charakter. Na razie nie będę więcej o tym mówił. Na szczęście pojawiła się w naszym domu Magda Klorek, która mnie bardzo odciążyła w opiece, bo byłem już wycieńczony. Pomagali przyjaciele: Robert Wróbel, Przemek Skiba, Dominika Kosmalska, synowie Szymon i Mateusz. A później przyjeżdżało hospicjum.

Myślałeś kiedykolwiek: „Nie dam rady”?
Nie. Działałem jak automat. Rok przed jej śmiercią wyraźnie poczułem opiekę nad nami. Jakąś energię, ducha, kogoś, kto nam sprzyja i pomaga. W pewnym momencie poczułem, że tego już nie ma. Wiedziałem, że sprawy idą w jednym kierunku.

(fot. Szymon Szcześniak/ LAF) (fot. Szymon Szcześniak/ LAF)

Kiedy Kora zrozumiała, że nie ma nadziei?
Była taka straszna wizyta w Gliwicach, kiedy kuracja się nie udała. Wracaliśmy do Warszawy w takiej rozpaczy… Zrozumieliśmy, że to koniec walki.

Co było po wejściu do domu?
Nie pamiętam. Przy tak intensywnym życiu całe fragmenty mi uciekły. Ale pisałem dziennik. To wszystko tam jest.

Jaki był ten rok od jej śmierci?
Przeżywam żałobę po kimś, kto należał do całej Polski. Nie mogę być z tym sam. To dziwne uczucie. Poza tym jestem dyspozytariuszem Kory. Na początku nie mogłem słuchać jej głosu, a wszędzie słyszałem jej piosenki. Do 30 lipca tego roku, kiedy nastąpił kryzys, nie dopuszczałem do siebie różnych myśli. Musiałem działać, być silny. Nie mogłem roztkliwiać się nad śmiercią, rozpaczą, strachem, przerażeniem. Świat był, ale jakby za mgłą. Wyruszyłem samochodem w szaloną podróż po Europie. Bardzo mi pomogła, bo nastąpiło wiele zawirowań w relacjach z ludźmi. Śmierć Kory wywróciła również porządek przyjaźni, ale i wpłynęła na życie wielu ludzi, którzy nie byli z nią blisko związani. Podróż, w którą wyruszyłem, to było jedno wielkie metafizyczne przeżycie.

Co się działo?
Pojechałem bez planu, nawet ubrań. Drezno, Fryburg Bryzgowijski, gdzie wykładał Heidegger, potem Perpignan na południu Francji, gdzie byłem kiedyś z Korą… We Francji uszkodziłem samochód, w hotelu w Hiszpanii ukradli mi z sejfu wszystkie dokumenty, pieniądze, ubezpieczenia. W takim dziwnym stanie zatrzymałem się u przyjaciela. Potem, w trasie, na północy Hiszpanii, doświadczyłem bardzo głębokiego duchowego przeżycia połączonego z piękną wizją. Od tego czasu wierzę, że istnieją anioły i transcendencja. W trakcie tej podróży miałem potworne kłopoty z żołądkiem, zębem, jechałem nocą autem z rozbitym światłem przez tunele, gigantyczne mosty, wszystko było na skraju.

To był przełom?
Częściowo. Bywało, że czułem się jak bodhisattwa w miniaturowym wymiarze, to w buddyzmie istota wzbudzająca myśl o oświeceniu, pomagająca innym w dążeniu do dobra. Na Piotrkowskiej w Łodzi jakiś chłopak miał przy mnie atak padaczki. Wezwałem pogotowie. Pół godziny później wszedłem do antykwariatu, gdzie jakaś kobieta chciała sprzedać książki, bo jej córka umiera na raka. Pomogłem jej. Był to czas, kiedy wiele osób prosiło mnie o pomoc. Zauważyłem, jak się zmieniam.

Co się zmieniło?
Uspokoiłem się. Kiedyś byłem bardziej agresywny. Ubolewam, że Kora już nie znała mnie takiego uspokojonego. Ale całe nasze życie to były wybuchy. Awantury były ostre, nieudawane. Kiedyś, w czasach bez komórek, pokłóciliśmy się, płynąc na Mykonos. Każdy poszedł w swoją stronę. Pięć dni się szukaliśmy. Ale po kłótniach zawsze się spotykaliśmy… Może gdybym w czasie jej choroby nie był taki nerwowy, byłoby łatwiej. Ale taka żałość często zdarza się w żałobie. Żyliśmy jak na bombie. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że Kora umiera… Chociaż bardzo silnie przeżyłem swój powrót z Bliżowa do Warszawy 23 lipca, pięć dni przed jej śmiercią. Po raz pierwszy nie zadzwoniła do mnie, żeby zapytać, czy dojechałem bezpiecznie. Leżała już bez świadomości… Może ze świadomością, nie wiem. Ale nie było już z nią kontaktu.

Zrozumiałeś?
Zrozumiałem, ale byłem otępiały. Chciałem mieć złudzenia. Do końca ratowałem jej życie. Na samym końcu już rozpaczliwie. Ciężko pogodzić się ze śmiercią ukochanej osoby. Absolutnie wierzę w jej istnienie. Wierzę, że Lusię znalazłem dzięki Korze. Szedłem na spacer lasem w Bliżowie, były ze mną cztery psy. Raptem usłyszałem pisk. Spojrzałem w górę. Na gałęzi siedziała mała czarna kotka, piszczała. I mimo że byłem z psami, zeskoczyła, przybiegła i wskoczyła mi na ręce.

Kora staje się twoją przewodniczką?
Tak, na pewno.

A za życia nią była?
Za życia też, chociaż inaczej. Teraz nasza relacja jest czysta. Jest tylko dobro. Nieustannie czuję, że się troszczy, dba o mnie. Przeczytałem niedawno opowiadania japońskiej pisarki Yūko Tsushimy „Jestem, tęsknię, mówię”. W momencie mojej głębokiej rozpaczy książka wypadła z biblioteki. W ogóle nie wiedziałem, że ją mam, nie pamiętałem, że ją kupiłem. Wszystkie opowiadania są wstrząsające, dają wskazówki do najważniejszych odpowiedzi dotyczących śmierci i tego, co dzieje się z naszymi zmarłymi. I tego, co z nami się dzieje.

O was?
Najważniejsze dla mnie opowiadanie to „Kłos Panny Watashi Supika” o córce Demeter, Korze, która tu nie jest wymieniona z imienia. Było przeze mnie dawno przeczuwane. Niby banalna opowieść o wizycie rodziny w pięknym ogrodzie botanicznym gdzieś w Japonii, ogród przechodzi w dżunglę, góry, strumienie, wodospady. Nagle pojawia się słowo „jaspika”, słowo z tamtego świata: Ja, Spica, gwiazda w gwiazdozbiorze Panny: „…to imię znaczy kłos pszenicy”. Demeter zawsze trzyma w lewej ręce kłos pszenicy. Kora jest tym kłosem, pojedynczym źdźbłem trawy o niebieskich kwiatach, który wyrwała z ziemi, i wtedy pochłonęła ją ciemność, z której wybiegła ku złotej poświacie. Odnajdę fragment: „Znajdowałam się w jej wnętrzu. Nie byłam już sama. Takie było moje umieranie. Lecz gdy się już umrze, przestaje się rozumieć, czym jest śmierć. I nie ma się pewności, czy naprawdę się żyje. Przestaje to mieć znaczenie. Jasne się staje tylko, że w żaden sposób nie da się już tak żyć jak przedtem na ziemskim świecie. Dlatego zachwycam się każdym dniem na ziemi […]. Gdy się ocknęłam, byłam gwiazdą na wieczornym niebie […]. Tęsknię za lśniącymi w słońcu morzami i lasami, ptakami, zwierzętami i ludźmi. Brakuje mi ciepła dnia”. To ostatnie zdanie czytam osobiście: Brakuje mi mojego męża, moich synów, moich przyjaciół… Mam nadzieję, że kiedyś spotkam się z Korą. Twarzą w twarz.

Śni ci się?
Często. Nawet dzisiaj. Śniła mi się Kora i Placho, gitarzysta Maanamu. Ktoś grał „White Room” Creamów… A Ginger Baker grał na perkusji. Pamiętam ten utwór z młodości. Robił na nas wielkie wrażenie. Więc śniła mi się Kora i śnił mi się Placho, i „White Room”.

Co było po przebudzeniu?
Ucieszyłem się, że mi się śniła. Bo był czas, kiedy się nie śniła.

Kora Jackowska i Kamil Sipowicz z Ramoną (fot. BEW) Kora Jackowska i Kamil Sipowicz z Ramoną (fot. BEW)

Tęsknisz?
Za życiem, jakie mieliśmy. Wracają wspomnienia. Wczoraj pojechałem rowerem na Bielany, gdzie studiowałem na ATK. Są tam takie małe domki, eremy. Kiedyś byliśmy tam z Korą. Szymona mieliśmy w nosidełku, a Mateusza w wózku. Kora chciała zmienić mu pieluchę. Zapukaliśmy do eremu, wyszła zakonnica. Poprosiliśmy o wodę. Zapytała: „A jak ci chłopcy mają na imię?”. Kora odpowiedziała: „Szymon i Mateusz”. „Jakie dziwne imiona, jakie dziwne…” – kręciła głową zakonnica. „No, przecież z Ewangelii. A siostra jak ma na imię?” „Kunegunda” [śmiech]. Kiedy studiowałem na Bielanach, tam się z Korą spotykaliśmy. To były całe wyprawy. Inne życie.

Lepsze?
Piękne, bo byliśmy młodzi.

Co pamiętasz z 1974?
Sylwestra u Joasi Borawskiej na Noakowskiego, nic jeszcze między nami nie było powiedziane, ale coś wisiało w powietrzu. Kiedy wychodziłem, Kora była niezadowolona. Pierwsza poczuła do mnie miętę. Ja po prostu nie wierzyłem, że taka kobieta może się mną zainteresować. Jak wielu ludzi przychodziłem do Marka i do Kory. Był kult parzenia herbaty, były rozmowy o mistyce, buddyzmie zen, chrześcijaństwie. Marek zapraszał świadków Jehowy albo przedstawicieli sekt, nawet opętanych, bo się tym wtedy fascynował. Skłaniał Korę ku religii, ja ku filozofii.

Wokół Kory zawsze był wianuszek mężczyzn. Adorowali ją. Tworzyli dwór. I to długo przed tym, zanim zaczęła śpiewać. Słuchaliśmy muzyki, następowały rewolucje: hipisowska, punkowa, nowofalowa, reggae. Pięć osób na krzyż słuchało takiej muzyki, a my byliśmy wśród nich. Muzyka była bardzo ważna. Była kluczem do naszego życia.

Kora zapisała: „Punk – zwalał z nóg i pieprzył mózg”.
Bo jak do nas dotarł, przeżyliśmy wstrząs. W 1977 roku John Porter i Marek Jackowski w klubie Pod Kurantami wykonali „Pretty Vacant” Sex Pistols. Nikt nie miał jeszcze pojęcia, że taka muzyka istnieje, wywracała dotychczasowe przyzwyczajenia estetyczne. Mocne uderzenie. Dzisiaj właściwie już takich uderzeń nie ma.

Dojrzewaliście z Korą przy sobie?
Oboje byliśmy niedojrzali. Tak mi się wydaje z perspektywy czasu. Byliśmy właściwie dziećmi, co widzę, oglądając zdjęcia. Dużo było szaleństwa i brak odpowiedzialności.

Które z tamtych zdjęć lubisz?
Zrobił je nasz przyjaciel Mirek Bereza, studiował na ATK, później został zakonnikiem. Też już nie żyje. Widzę tu, że już jesteśmy zakochani, ale jeszcze tego nie wiemy.

A w tle rzeczywistość, opresyjny system…
Działy się różne niebezpieczne rzeczy. Przez studia na ATK miałem problemy ze Służbą Bezpieczeństwa. Szantażowała mnie. A kiedy SB u mojego kumpla, który współpracował ze Studenckimi Komitetami Solidarności, znalazła haszysz, chciała ze mnie zrobić donosiciela. A było tuż po zabójstwie Stanisława Pyjasa. Kora i Marek w wynajętym mieszkaniu, ja z matką, która nie miała żadnych znajomości. Gdzie miałem się podziać? U kogo szukać wsparcia? Była groza, której dzisiaj ludzie już nie są w stanie zrozumieć. W tym sensie razem dojrzewaliśmy. Pamiętam moment, kiedy Kora zaczęła śpiewać, na początku moje teksty, pierwszy był „Derwisz”, brał się z religii sufi, taki mistyczny homoerotyk. Pamiętam, jak jeździliśmy busikiem w trasy z Maciejem Zembatym, Kora i John Porter śpiewali u niego w chórku. Wkurwiali się, bo nie trzymał tonacji.

Przeszłość też was do siebie zbliżyła?
Na pewno. Byłem półsierotą. Matka podrzucała mnie po ciotkach, obcych ludziach. Chciała mnie zostawić u zakonników w Śródborowie. Zaprowadziła mnie tam… Byłem przerażony. Korę zostawiono w czymś takim, kiedy miała trzy lata… Byłem niedawno w Krakowie. Pojechałem na Grottgera, gdzie w dzieciństwie mieszkała. Popłakałem się, bo dotarło do mnie, że to piękna, secesyjna kamienica z wielkimi mieszkaniami, dookoła ogrody buzują, są inne piękne domy, a Kora mieszkała w piwnicy.

„Trudno jest mieć wspomnienia z dzieciństwa, jak się nigdy nie było dzieckiem” – napisała.
Przedzielali to pomieszczenie kocem. Kora powiedziała mi, że kiedy układała jakieś rzeczy, bracia zawsze je rozrzucali. Życzyła im śmierci. Była piątym dzieckiem. Miała starego, schorowanego ojca, który się wstydził, że jest przy niej taki stary, i kazał w obecności innych mówić do siebie „dziadku”. Matka była chora na gruźlicę. To jak tam było? Obok była rzeka Młynówka, gdzie Kora chodziła, niedaleko tzw. granda, gdzie chodziło się na jabłka i śliwki, i był kościół św. Szczepana, gdzie ksiądz ją molestował.

Kiedy ci o tym powiedziała?
Daj spokój. Są gorsze rzeczy, ale nie będę o nich mówił. Nie mogę. Nie pamiętam kiedy. Była małym dzieckiem w świecie mężczyzn.

W wywiadzie, który z Korą zrobiłem, mówiła, że najważniejszym tematem jej życia jest matka, że nigdy nie przestała za nią tęsknić.
Bardzo ją kochała. Matka nauczyła ją pielęgnować własne ciało, dbać o higienę, kochała jej osobowość. Kiedy w latach 60. Kora ubierała się ekstrawagancko, chodziła w kolorowych sukniach czy minispódniczkach, matce to się podobało. Ale Kora miała ambiwalentny stosunek do matki, bo nie udźwignęła ciężaru i wysłała ją do domu dziecka, jednego, drugiego… Do ludzi, którzy nie zawsze byli normalni.

Wybaczyła mamie?
Nie wiem. Miała piękne sny z matką. Widocznie była wyjątkowa. Kiedy Kora umierała, widziała całą swoją rodzinę – braci, ojca, matkę. Czekali na nią.

Kora była miłością?
Kora była i miłością, i złością, i tęsknotą. Kora była wszystkim. Była żywiołem, dlatego kiedy umarła, chciałem zrobić żertwę i ją spalić jako mocny energetyczny przekaz pogański albo zoroastriański. Ale na szczęście odradzono mi to, bo wylądowałbym w więzieniu. Mimo niesprzyjających warunków Kora dzięki woli i samoświadomości stworzyła siebie. Chciała dla ludzi oświecenia, dobra, miłości. Kora była wolnością. Jest wolnością.

(fot. Szymon Szcześniak/ LAF) (fot. Szymon Szcześniak/ LAF)

Kamil Sipowicz:
historyk filozofii, poeta, pisarz, rzeźbiarz, malarz. Mąż Kory. Autor książek, m.in.: „Kora i Maanam. Podwójna linia życia”, „Heidegger: degeneracja i nieautentyczność”, „Hipisi w PRL-u”, „Czy marihuana jest z konopi?”, „Kora, Kora. A planety szaleją”, „W obronie Kory i wolności. List do premiera”, a także siedmiu  tomików wierszy. Teraz zdecydował się pokazać światu zapiski Kory z lat 2003–2018 – książkę „Miłość zaczyna się od miłości” wydała Agora.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.