1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Krystyna Janda - powrócić, orbitować

Krystyna Janda - powrócić, orbitować

 Fot. Marlena Bielińska/MOVE
Fot. Marlena Bielińska/MOVE
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy pojawiła się w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, ekran eksplodował energią. Z impetem weszła do historii kina. Dzisiaj gra w filmie rzadziej, skupiając się na prowadzeniu założonej przez siebie 15 lat temu Fundacji na rzecz Kultury i dwóch teatrów – Polonii i OCHu. Wybitna aktorka, reżyserka, aktywistka – o czasie, w którym świat się zatrzymał, o świecie, który zmienia pandemia. 

Coś jeszcze zostało z twojej podróży do Maroka? Cudowne obrazy, kolory. Świat o wiele barwniejszy, niż przeczuwałam. Poznałam nomadów, mają ze swojego namiotu siedem kilometrów do wody. Odwiedzałam ludzi żyjących na poziomie minimum egzystencji. I raptem, w hotelu, przewodnik mówi, że musimy jak najszybciej wracać do Polski, zamykają granice. Nocna podróż samochodem. Lot Marrakesz – Casablanka – Paryż, gdzie przejechałam całe miasto, by dostać się na inne lotnisko. Jeszcze nie czułam zagrożenia. Na lotnisku w Warszawie już miałam maseczkę, rękawiczki, stałam w długiej kolejce, nikt nie chciał pożyczyć mi długopisu.

Jak zatrzymał się twój świat? Prawie nie wychodzę. Cały czas pracuję zdalnie, bo za wszelką cenę staramy się ratować fundację. Na początku zakładaliśmy optymistycznie, że teatry zostaną otwarte 1 czerwca, później, że 1 lipca. Mamy w telefonach asystenta, aplikację, ja go pytam o wszystko. Wczoraj zapytałam: „Kiedy będą otwarte w Polsce teatry?”. Odpowiedział: „Na końcu”. Na razie w fundacji wydajemy oszczędności. Dzięki mojej obsesji, że coś się może zdarzyć, możemy mieć klapę z dwiema, trzema premierami z rzędu, odłożyliśmy trochę na czarną godzinę, dzięki czemu przetrwamy trzy, cztery miesiące, płacąc pensje, nikogo nie zwalniając i regulując nasze comiesięczne zobowiązania. Później, gdyby ta sytuacja trwała dłużej, będę musiała podejmować dramatyczne decyzje. Oczywiście, złożyliśmy te wszystkie papiery związane z tarczami antykryzysowymi. Trudne to wszystko.

Co mówią aktorzy? Jedni mają oszczędności i stabilną sytuację. Inni, zwłaszcza młode aktorki, samotnie wychowują dwoje, troje dzieci, żyją w wynajętych mieszkaniach, na styk, od pierwszego do pierwszego. Sytuacja bardzo wielu artystów, bo chodzi także o reżyserów, scenografów, muzyków itd., jest naprawdę dramatyczna. Wielu ludzi odejdzie z zawodu, będzie szukać innej pracy. Chcą robić cokolwiek, byle przetrwać. Ale przypuszczam, że jest tak w większości branż w Polsce.

Zdarzyło ci się już tak długo nie grać? Kiedy byłam w ciąży. W jednej ciąży nie grałam przez dwa ostatnie miesiące. Druga była zagrożona, więc leżałam w łóżku cztery i pół miesiąca. Tylko wtedy. No i po urodzeniu każdego dziecka dwa, trzy miesiące. Oj, to były piękne momenty!

Co teraz robisz? Dzisiaj patrzyłam na drzewa, na kolory w ogrodzie, zieleń taka soczysta, o tej porze roku jest najpiękniej. Pomyślałam nagle: „A może ja już nigdy nie będę grała? Fundacja się zawali, a ja…”. Ja już się w życiu nagrałam, nawystępowałam. Może za chwilę zachoruję? Może umrę? Wszystko może się zdarzyć, jestem w grupie ryzyka.

Mówisz to z takim spokojem? Tak, bo bardzo dużo śmierci dokoła. Jestem paradoksalnie „oswojona”, bo byłam blisko. Mój mąż umarł, mając 66 lat, dokładnie tyle lat, ile ja teraz, więc to się w każdej chwili może zdarzyć. Edward powiedział przed śmiercią: „No, miałem dobre życie. Dziękuję, wystarczy”. Widziałam mękę mojego męża, kiedy podawano mu chemię. Widziałam przed chwilą umieranie mojej mamy. Gdyby mnie to spotkało, gdyby się okazało, że mam raka czwartego stopnia, to nie wezmę chemii. Umrę sobie. Chociaż, może plotę? Ale jakoś mi śmierć bliska teraz, naturalna raczej.

Pamiętam, jak mi powiedziałaś, że gdybyś wiedziała, że Edward z tego nie wyjdzie, pojechalibyście na wakacje do Włoch. Tak. Lekarz powiedział: „Wie pani, leczyć się trzeba, mąż musi się leczyć”. „Jak długo to potrwa?” „Pół roku, może jeszcze będzie żył. Trzeba próbować”. Więc próbowaliśmy. Strasznie mi tęskno do tych wspaniałych ludzi. Do męża, do mamy, do Zuzi Łapickiej, Andrzeja Wajdy, Agnieszki Osieckiej, Kuby Morgensterna, wielu, wielu innych. Darka Kuca, Andrzeja Przeradzkiego, męża Magdy Umer. Ostatnio odszedł cudowny, kochany ksiądz Włodzimierz Nast, który odprowadzał do grobu moją teściową, mojego tatę, mamę, Edwarda, przyjaciel rodziny. Niedawno umarła nasza gosposia, mieszkała z nami dziesięć lat. Brak mi ich wszystkich. Rozmawiałam o tym ostatniej nocy z Krzysiem Materną. Zapytał, z kim mamy o nich rozmawiać. Wymieniamy nazwiska i nikt nie wie, o kim mówimy. Nasz świat znika. Dzwonię do przyjaciół, do starszych aktorów, do Wiesi Mazurkiewicz, powiedziała, że jest taka samotna teraz. Nie może jej odwiedzać córka ani wnuczka, bo boją się o jej zdrowie. Patrzę na Basię Krafftównę i podziwiam, że ma wciąż tyle radości w sobie, energii, że tak jej się wszystkiego chce. Jest żywotna, ma apetyt na życie, na czekoladę, tyle radości nam dała, grając z nami w Och-Teatrze. Ostatnia wychodziła z popremierowych bankietów. Pytam: „Basiu, a ty nie tęsknisz za Wojtkiem Pokorą, za Wiesławem Michnikowskim, Mieczysławem Czechowiczem, tymi tuzami”. „Tęsknię” – mówi. Śmierć jest sprawiedliwa. Chcesz czy nie, musisz umrzeć. Sprawiedliwa? Raczej nieubłagana, bezwzględna.

Świat zrobił się pusty, zwłaszcza teraz? Podczas tego odosobnienia? Kwarantanny? Nie, zrobił się nieprawdopodobnie pełny. Przepełniony, nie wiadomo w co włożyć ręce. Perły i chłam. Czytam, oglądam filmy, wysłuchałam tylu płyt. Dawno nie miałam na to czasu. Gdyby nie kultura, gdyby nie artyści, sztuka, byłoby trudniej przetrwać czas „końca świata”, samotności. Właściwie nie ma samotności. Samotność nie istnieje, bo oni to wszystko dla nas stworzyli i tworzą… Nie mogę iść spać, tyle ciekawego. Kiedy obejrzałam w sieci „Cząstki kobiety” Kornéla Mundruczó z TR Warszawa, to myślałam, że z zachwytu umrę. To jedno z największych przedstawień, jakie widziałam. Wyżyny aktorstwa i reżyserii. Obejrzałam wszystkie udostępnione przedstawienia z Metropolitan Opera! Wracam do Bergmana, ról Ingrid Bergman. Zwiedzam wirtualnie muzea, czytam poezję, nie pamiętam już, kiedy czytałam poezję „niezawodowo”, dla przyjemności. Czytam nowe sztuki teatralne… no i gotuję po raz pierwszy w życiu… beznadziejnie. Nigdy nie miałam tak bogatego życia, tylu wrażeń. Zapominam o tej cholernej pandemii, zapominam o bożym świecie. Dzięki sztuce.

Kiedy zamknięto instytucje kultury, mówiłaś, że twoje teatry nie będą grały w sieci. Ale pokazałaś „Danutę W.”. Nie mamy zarejestrowanych przedstawień. Niestety. Mamy nagrania techniczne, na wypadek, gdyby trzeba zrobić zastępstwo. Jedynie „Danuta W.” – z jednej kamery plus zmontowane materiały dokumentalne, była do pokazania. Jeśli wrócimy do teatrów, będę profesjonalnie rejestrować wszystkie spektakle, nie żałując pieniędzy. Ponad sto przedstawień w naszym teatrze przepadło raz na zawsze, a to często perły, z prawdziwymi kreacjami wielu naszych kolegów… Byli też wielcy aktorzy, którzy już nie żyją albo nie grają, inscenizacje, do których nie ma powrotu. Uważałam zawsze, że urodą teatru jest to, że trwa chwilę – spotykamy się co wieczór, a potem tytuł znika i zostaje jedynie w pamięci widzów. Nigdy już tego błędu nie popełnię.

Kultura stanie się bardziej globalna przez to, że zeszła do sieci? A co w tym złego? Jestem dobrej myśli. Choć to wielka nauka ten czas. Ale… teatr jest od zawsze. I będzie zawsze. Bo jest potrzebny. Ta cudowna umowa, że jedni grają, a drudzy im wierzą w te opowieści. To jest ludziom potrzebne. Martwi mnie natomiast, jak z tego wyjdziemy. Teatry państwowe przetrwają. Ale takie niezależne, bez stałych subwencji, jak nasze, mogą zostać zmiecione z powierzchni ziemi. Poza tym odosobnienie nas wszystkich zmienia. Zmienia priorytety. Ile to potrwa, zanim widzowie będą chcieli się z nami spotkać? Czy będą mieli do tego głowę? Serce? Czy będą mieli na bilety? A jeżeli na sali będzie mogło siedzieć tylko 60 widzów? Nie będzie nam się opłacało grać. Wpływy z biletów nie pokryją kosztów wieczoru. Przy takich ograniczeniach państwo powinno dopłacać do każdego biletu, tak by było logicznie. Kondycja kultury! Znaczenie kultury! Wszystko opiera się na tym, jak ważna jest kultura dla władzy. Na ile władza rozumie, że naród bez dostępu do kultury się wyjaławia. Nie pamiętam, niestety, rządu po PRL-u, bo o tamtych czasach nie mówmy, dla którego kultura byłaby naprawdę ważna. A dzięki kulturze jesteśmy ludźmi. Kultura jest źródłem empatii. Można być człowiekiem marnym albo wspaniałym. Dzięki literaturze, teatrowi, sztuce to sobie uświadamiamy. Sztuka uczy nas rozumieć i kochać drugiego człowieka, dziecko, zwierzę… Inaczej żyjemy na jałowym biegu, przez zaniechanie, bez uczuć wyższych, z dnia na dzień. No tak, ale dziś widzimy, że to służba zdrowia powinna być przede wszystkim przedmiotem naszej troski. Kondycja leczenia, domów opieki jest fatalna. Nauka, kultura, edukacja zaraz potem. Pieniądze, pieniądze! Już byliśmy podobno coraz bogatszym społeczeństwem, jak mówili rządzący, a teraz znów jesteśmy biednym? Nagle?

A jeśli będziesz musiała zamknąć fundację? Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Po „Danucie W.” 700 osób wpłaciło datki na działalność fundacji. Jesteśmy ich przyjaciółmi od 15 lat, przychodzą na nasze premiery. Może dalej będą z nami.

Przed rokiem mówiłaś Jackowi Żakowskiemu w „Polityce”: „Stworzyłam sobie w teatrach mikroświat”. Co dzisiaj z twoim poczuciem bezpieczeństwa? Na razie go nie mam. Ale rozmawiałam dzisiaj o repertuarze ze współpracownikami. O tym, jak przesunąć zaplanowane premiery, od czego zacząć, co widzom będzie potrzebne, i na chwilę znów wróciłam do tego szczęśliwszego świata. Planowałam tak, jakby pandemii nie było.

Granie której z ról ostatnio sprawiło ci największą przyjemność? „Zapisków z wygnania” Sabiny Baral, o traumie Marca ’68. Kocham te wieczory. Kiedy wiem, że to zagram, jestem szczęśliwa. Wiem, że te wieczory są naprawdę po coś, widzę to po ludziach. Moja obecność i „sposób” ma znaczenie. Nie mam poczucia, że gram, opowiadam to też sobie, przez siebie, każdego teatralnego wieczora.

To prawda, że aktor jest nieszczęśliwy dwa razy – kiedy gra i kiedy nie gra? Tak. Gdybyś widział, jak jestem nieszczęśliwa przed wyjściem na scenę. Siedzę w garderobie i mówię: „Lezą, idą, łażą nade mną”. Bo garderoba jest pod schodami, więc słyszę – już siedli, już czekają. Mówię: „Co ludziom do głowy przychodzi, żeby iść do teatru. Wolałabym szczoteczką do zębów umyć dziś scenę niż grać”. Wchodzę czasem prawie z nienawiścią. Ale po dziesięciu minutach… kocham. I jestem bardzo szczęśliwa, że gram, że Oni są, że przyszli, że Im się chciało, że słuchają, że się śmieją… Nie gramy w teatrach od dwóch miesięcy. Wszyscy tęsknimy. Czarek Żak przysyła mi SMS-y: „Zagrajmy sobie coś!”. Stworzyłam grupę na WhatsAppie dla ludzi z fundacji. Przesyłamy sobie zdjęcia, to lawina wspomnień. Myślę, że jak otworzą teatry, będziemy po prostu orbitować. Wybijać sufit z radości. Pamiętam, jak wrócił do teatru Jurek Stuhr po prawie dwuletniej nieobecności, chorobie. Zmartwychwstały zagrał „32 omdlenia”. Boże, co się działo! Czegoś takiego nie przeżyłam nigdy! Spojrzał, zrobił jakiś gest, a widownia szalała z radości, dostawała orgazmu. Każdy jego krok, każdy obrót były oklaskiwane. Może tak będzie, jak wrócą teatry?

Jaka będzie Shirley Valentine? Radosna, energiczna, bo czasem jest malkontencka, a czasem zbyt skwaszona, autoironiczna. Teraz będzie się zwyczajnie cieszyć, że żyje, że gra… Premiera była w listopadzie 1990 roku. To ile ja ją gram? Z przerwami 30 lat. Starzeję się z nią, łagodnieję. Na pewno teraz obie jesteśmy cieplejsze, jest w nas mniej kategoryczności w wielu sprawach, dzisiaj bardziej rozumiem jej męża i dzieci. Kiedyś walczyłyśmy, dzisiaj jesteśmy bardziej złośliwe, ale i pobłażliwe.

Jesteś częściej walcząca czy pobłażliwa? Zależy kiedy i w jakiej sprawie. Na temat wolności, praworządności, zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej jestem walcząca.

Kiedy był protest w czasie kwarantanny, napisałaś: „Wywieście chociaż czarne pranie”. Albo czarną sukienkę, niech powiewa. Ja powiesiłam czarną parasolkę, wysoko, wysoko, na dachu. Natomiast w stosunku do ludzi jestem pobłażliwa, dzisiaj dużo więcej wybaczam. Rozumiem. No, ale, niestety, nie wierzę już w człowieka jak dawniej. Często go nie rozumiem. Przeraża mnie.

Boisz się o rodzinę? Tak, ale moja córka, moi synowie są obywatelami świata, mówią w kilku językach, mają zagraniczne kontakty. To ludzie, którzy żyją w Polsce, bo jest ich miejscem pod sercem. Ale potrafią odnaleźć się wszędzie. Nie sądzę, żeby moje dzieci chciały wyjechać. Mają inną perspektywę. Długoterminową. Kiedy martwiłam się tym, co robią obecne rządy, synowie mówili: „Mamo, to minie. Uspokój się”. Odpowiadałam: „Wy jesteście młodzi, ja nie mam czasu. A jeśli za mojego życia to się nie zmieni?”.

Jest w filmie Jacka Borcucha „Słodki koniec dnia” mocna scena, w której grana przez ciebie poetka, noblistka Maria Linde, zostaje zamknięta w klatce. Symboliczna? Tak, często teraz czuję się w Polsce jak w tej klatce. Jestem osobą potępianą przez bardzo wielu Polaków. Nie tolerują, że myślę inaczej, że głośno mówię, co myślę, że mam inne poglądy niż „podobno większość”, bo wciąż nie mogę uwierzyć w tę większość innego niż ja suwerena. Taka wyraźna dezaprobata nie spotyka mnie publicznie ani w teatrze, to raczej anonimowe ataki w Internecie, najczęściej obrzydliwe. Nienawiść to ta klatka. Przyzwolenie na nią. W sierpniu miałam zaczynać próby do tekstu teatralnego Jarka Mikołajewskiego. To sztuka o poetce, która chciałaby zostać pochowana w alei zasłużonych, bo nie ma pieniędzy, więc to jedyny sposób na pogrzeb za darmo. Ale musi udowodnić decydentom, że zasługuje na aleję zasłużonych. Jak poeta ma to udowodnić urzędnikowi służbiście? Pamiętam, kiedyś nie mogłam wjechać do telewizji, portier mówi do mnie: „A skąd ja mam wiedzieć, że pani jest aktorką? Niech pani powie jakiś wiersz”. Nawet przez chwilę chciałam to zrobić, ale myślę: „Czy ja zwariowałam, będę mówić wiersz przed szlabanem zamykającym parking?!”. Odwróciłam się i odjechałam. Nie poszłam na rozmowę o roli i jej nie zagrałam. No, ale nie było wtedy telefonów komórkowych [śmiech].

Śni ci się teraz teatr? Dwa dni temu śniła mi się zamknięta kurtyna. Drżała jak ruszający się ręcznik w powieści Gombrowicza „Opętani”. Ten ręcznik u Gombrowicza powoduje niepokój, buduje napięcie, nie wiadomo, co będzie dalej.

A role ci się nie śnią? Remek, daj spokój, to jakbyś zapytał hydraulika, czy mu się śnią złączki. Ja jestem stara aktorska wyga. Chociaż… Znam takiego hydraulika, któremu się śnią złączki, bo kocha swój zawód. Dzwonię: „Nie ma ciśnienia w kaloryferze”. On mówi: „Już jadę podnieść atmosferę”.

Fot. Marlena Bielińska/MOVE Fot. Marlena Bielińska/MOVE

Masz apetyt na świat? Mnie się „mój” świat bardzo podoba. Ten w ogóle świat jest i piękny, i straszny. Okrutny i zachwycający. Ludzie są sprawcami wielkiego zła i wspaniałego dobra. Kiedy rozmawiamy, umiera wielu ludzi, dzieci z głodu. Jak kochać ten świat? Ale mój mały światek jest super. Gdyby nie było koronawirusa, byłabym na wyspie Belle-Île i zwiedzała dom Sarah Bernhardt. Miałam wszystko zorganizowane. Bernhardt kupiła go, mając 50 lat, spędzała tam lata, zapraszała przyjaciół, miała wykute w skale miejsce, z którego godzinami patrzyła w dal. Historycy teatru mówią, że to aktorka o największym znaczeniu w XX wieku. Popatrzyłabym sobie na ocean z jej miejsca. Chciałabym jeszcze odwiedzić mój dom we Włoszech, ten, który wynajmowałam na wakacje od 27 lat. Mam z niego widok na las piniowy, jest pięć minut od plaży. Wstaję tam o świcie, kiedy cykady jeszcze śpią. Zaczynają szaleć, kiedy słońce grzeje. Wszystko tam lubię. Dobrze byłoby tam latem wracać...

Krystyna Janda aktorka, reżyserka, autorka książek. Prowadzi Fundację Krystyny Jandy na rzecz Kultury i dwa teatry Polonię i Och. Zagrała około 70 ról filmowych w Polsce i za granicą, a także mniej więcej tyle samo ról teatralnych. Wśród najważniejszych wyróżnień i odznaczeń, które otrzymała, są: Złota Palma w Cannes, nagrody na festiwalach w Trieście, Montrealu, Belgradzie, San Sebastian, Sundance, Gdyni, „Orły” Polskich Nagród Filmowych, Medal im. Vittoria De Siki, Order Sztuk Pięknych i Nauk Humanistycznych Francji, medale Karola Wielkiego – Europejską Nagrodę Mediów, a także im. Mordechaja Anielewicza. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Al Pacino - ikona kina, marzyciel, prowokator

 Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)
Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Pretekstem do naszego spotkania jest serial „Hunters”. Sprawdziłam: pomijając dość jednak nietypowe „Anioły w Ameryce”, w klasycznym telewizyjnym serialu zagrał pan tylko raz, w „N.Y.P.D.” z... 1968 roku. A rzeczywiście, nie zwykłem grać w tego typu produkcjach. Ale zdaje się, że to jest teraz to, co robią koleżanki i koledzy aktorzy w tak zwanym wolnym czasie. A mamy go całkiem sporo, biorąc pod uwagę okoliczności.

Co pana, prócz wolnego czasu, skłoniło do tego projektu? Pieniądze. Brak innych interesujących ofert. Aktorstwo trzeba ćwiczyć, niemal jak mięśnie. Pamięć należy trenować, tak samo jak interakcje z ludźmi czy nowe formy komunikacji. Ja, mimo wieku, wciąż potrzebuję wyzwań, a serial „Hunters” miał szalenie ciekawy scenariusz. I choć początkowo otrzymałem tylko zarys pilotażowego odcinka, znałem zamysł całej fabuły. Był nieco kontrowersyjny, i to podobało mi się najbardziej. Zawsze lubiłem ryzyko wpisane w ten zawód.

To opowieść o grupie zapaleńców, która próbuje zwalczać neonazistowskie nowojorskie formacje. Gram kogoś, kto – można powiedzieć – stoi na czele całej tej zabójczej bandy. A jest to swoista galeria postaci. Mój bohater, Meyer Offerman, jest człowiekiem pełnym tajemnic, przetrwał obóz koncentracyjny i po wojnie wyemigrował z Europy do Stanów. Jego walka jest nie tyle formą zemsty, co świadomie wybranym sposobem na życie po traumie, której doświadczył w Auschwitz. To jest pytanie, które zresztą sam często stawiałem sobie w życiu: czy po formacyjnych, traumatyzujących doświadczeniach możliwy jest powrót do normalności? Meyer musi robić to, co robi, to jest jego forma na przepracowanie lęków i wspomnień. Próba zadośćuczynienia tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, ile on.

Były protesty, że ta kryminalno-popkulturowa forma serialu nie licuje z tematem poobozowej traumy. Nie wiem, co z nim licuje, a co nie. Czasy mamy takie, że poprawność polityczna wydaje się delikatną formą cenzury. W sumie dość nieinwazyjną. Świat w związku z akcjami typu #MeToo wiele zyskał, ale też coś stracił.

Co? Brawurę, odwagę, świeżość, ryzyko, dystans. Obecnie sztuka i artyści cenzurują się sami. Zamiast tworzyć i bulwersować, zastanawiamy się, co wypada i kto pierwszy wytoczy nam proces. Sztuka i kultura nie powinny mieć tego typu ograniczeń. Prawdziwa twórczość, o czystej intencji, obroni się sama. A współcześni ludzie są na tyle wyczuleni i obyci, że są w stanie odróżnić chłam od czegoś wartościowego, nawet jeśli będzie to kontrowersyjne w wydźwięku. Wszystko jest kwestią intencji, od lat toczy się ta dyskusja, obecnie jednak przybiera ona karykaturalną formę. Inna sprawa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego uczucia i poglądy w taki czy inny sposób zostały urażone. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że zaczęto cenzurować kreskówki. Ludzie! Wolność polega między innym na tym, że mamy wybór. Takie zjawiska jak cancel culture czy online shaming [wykluczanie i ostracyzm, głównie w przestrzeni wirtualnych mediów – przyp. red.] bardzo mnie niepokoją czy wręcz złoszczą. Założę się, że w połowie filmów, w których grałem, pewnie dziś nie mógłbym wziąć udziału, bo uznane by zostały za szkodliwe obyczajowo i nie dopuszczono by ich do realizacji.

Któryś jest panu szczególnie bliski? „Człowiek z blizną”. A wie pani dlaczego? To jest mój nieodżałowany tytuł, bo jak tylko wszedł na ekrany, krytyka go zmiażdżyła. Ikoniczny i kultowy dla wielu film Briana De Palmy, do którego scenariusz napisał Oliver Stone, został zniszczony przez dziennikarzy i opinię publiczną. To było jak kubeł zimnej wody, którego nikt z nas się nie spodziewał. Dziś jest rzecz jasna inaczej, ale proszę mi wierzyć, o „Człowieku z blizną”, mimo nominacji do Złotych Globów, pisano niesłychanie niepochlebne rzeczy. I właśnie w takich okolicznościach, tuż po rozdaniu Oscarów – to był bodaj 1984 rok – któregoś dnia wychodziłem z knajpy i szedłem do auta. Patrzę, a tu nagle otacza mnie grupka osób. Nie miałem pojęcia, kim są ci ludzie.

Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW) Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)

Wyglądali groźnie? Nie, po prostu nie spodziewałem się zbiegowiska. Tymczasem oni stanęli w kręgu, poczułem się dosyć nieswojo, próbowałem żartować. Milczeli chwilę, po czym nagle jeden z mężczyzn wyciągnął statuetkę, która bardzo przypominała Oscara. Podał mi ją ze słowami: „To za rolę w »Człowieku z blizną«. Był pan najlepszy! Niech żyje Tony Montana! Dziękujemy!”. Zaczęli wiwatować, klaskać, gratulować. Po czym równie szybko jak się zebrali, rozpłynęli się w tłumie, a ja zostałem sam na środku pustego parkingu z fałszywym Oscarem w ręku [śmiech]. Mógłbym po latach pomyśleć, że wszystko to mi się przyśniło, ale ten nieprawdziwy, choć nie mniej ważny Oscar stoi do dziś na półce w moim biurze, obok tego, którego otrzymałem za rolę w „Zapachu kobiety”. Niech pani zgadnie, na którego patrzę z większą czułością.

Domyślam się. Piękna historia! Dzięki kinu mam takich wiele.

Przy okazji muszę spytać o Nowy Jork. W tym mieście zrealizował pan, oprócz „Człowieka z blizną”, wiele innych filmów, także akcja serialu „Hunters” rozgrywa się właśnie tutaj. Na ile to miasto jest dla pana ważne? Urodziłem się we wschodnim Harlemie, wychowałem w Bronksie. Kocham Nowy Jork, to mój dom. Ten prawdziwy, rodzinny, jedyny, do którego wraca się zawsze z dziwnym kołataniem w głowie... Oczy mi łzawią, serce się raduje. I z pewnością osadzenie serialu właśnie w tym miejscu i w tym czasie wpłynęło na moją przychylność względem projektu. Wszystko w „Hunters” zostało wystylizowane na koniec lat 70. Przywołano świat, którego już nie ma, a który jest mi szalenie bliski.

Stare nowojorskie przyjaźnie przetrwały? Czy w show-biznesie w ogóle możliwa jest prawdziwa przyjaźń? Oczywiście. Dam przykład jeden z wielu: to, że mogłem zagrać Jimmy’ego Hoffę w „Irlandczyku”, zawdzięczam mojemu serdecznemu przyjacielowi Robertowi De Niro. To on powiedział Martinowi Scorsesemu, że rola Hoffy jest stworzona dla mnie i nikt inny tego lepiej nie zagra.

Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW) Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW)

Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że ze Scorsesem spotkał się pan po raz pierwszy dopiero teraz, na planie „Irlandczyka”. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, też wydało mi się to niewiarygodne. Ale to prawda, przez lata nasze drogi się nie przecinały, przynajmniej nie zawodowo, towarzysko znaliśmy się przecież, rozmawialiśmy nieraz. Z De Niro pracowaliśmy kilkakrotnie [„Ojciec chrzestny II”, „Gorączka”, „Zawodowcy” – przyp. aut.], a ze Scorsesem nie było nam dane, nad czym dziś, po latach, ubolewam. Wiem, że ominęła mnie praca z geniuszem kinematografii. Ale wracając do przyjaźni, proszę sobie wyobrazić, że kiedy Robert powiedział Martinowi, że to ja powinienem zagrać Hoffę, ten nie był przekonany.

Kręcił nosem? Niedorzeczne, prawda? [śmiech] De Niro nalegał jednak, żeby zaprosić mnie na zdjęcia próbne. Spotkaliśmy się najpierw we trzech, producent dołączył po godzinie, przeczytaliśmy kilka scen razem, dość szybko stało się jasne, że postać Hoffy jest na miarę moich możliwości. I mówiąc „dość szybko”, nie przesadzam, mam tu na myśli 40 minut. Scorsese natychmiast potwierdził mój angaż, agenci zaczęli sprawdzać terminy, kwestia gaży była drugorzędna. Ale gdyby nie konsekwencja, wręcz upór i siła perswazji De Niro, nie stanąłbym na planie „Irlandczyka”. To jedna z wielu odsłon przyjacielskiego gestu, solidarności i oddania. Robert wykazywał się taką postawą wielokrotnie, nie mówiąc o lojalności w życiu prywatnym.

A przecież mógł nie chcieć spotykać na planie innego aktora wielkiego formatu – fakt, przyjaciela, ale potencjalnie kogoś, kto może odebrać mu część splendoru, skraść uwagę widzów. Że niby ja Robertowi miałbym uszczuplić rzesze fanów? Po pierwsze, kumplujemy się, a kumple nie są o siebie zazdrośni. Raz się poróżniliśmy, ale było to wiele lat temu, chodziło o pewne autko, które zarówno ja, jak i Robert chcieliśmy mieć, a istniał tylko jeden egzemplarz. Po drugie, Robert to najskromniejszy facet, jakiego znam. Po trzecie, doskonale zna swoją wartość, a ktoś, kto wie, ile znaczy i co potrafi, nie będzie rozpatrywał obecności kolegi na planie w kategorii zagrożenia dla swojej pozycji. Obaj wiemy, na co nas stać. Dobrze nam się razem pracuje, co wcale nie oznacza, że jest to sam lukier i bita śmietana.

To jak by pan nazwał łączącą was relację? Pistacje z chili. Moja córka zaserwowała mi kiedyś taki deser. Dosłownie były to pistacje i płatki ostrych papryczek, wszystko zalane płynną gorzką czekoladą, a do tego koniaczek. Wybuchowa mieszanka, proszę mi wierzyć.

To jeszcze proszę powiedzieć, jak się zakończyła ta sprawa z autem. Ostatecznie kupiłem je ja, po czym jeździliśmy nim na przemian, miesiąc ja, miesiąc Robert. Nie wiem zresztą, o co było tyle hałasu, nigdy nie lubiliśmy sportowych samochodów [śmiech]. Byłem wtedy dość młodym chłopakiem, może pierwsza sława uderzyła mi do głowy? Ale nigdy też nie byłem gadżeciarzem, nie przywiązywałem wagi do materialnych wygód, moje partnerki wielokrotnie zarzucały mi, że jestem wręcz abnegatem, jeśli chodzi o życiowe udogodnienia czy jakiekolwiek objawy umiłowania luksusu. No, ale dziwnym trafem ów samochód, corvette, skradł moje serce. Z tamtego naszego sporu czy też rywalizacji o to, kto kupi auto, najbardziej cieszył się agent sprzedaży, umiejętnie windując cenę. Dzwonił do De Niro, mówiąc, że Pacino podwoił sumę, którą jest gotów zapłacić, a zaraz potem do mnie z informacją, że Robert przebija moją propozycję. I jaki morał z tej bajki?

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta? To też, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim nie warto zajmować się w życiu sprawami błahymi, nieistotnymi. Po latach oddałem corvette’ę Robertowi w prezencie urodzinowym, a zaledwie kilka miesięcy później skradziono mu to auto. Nawet mnie to nie obeszło, martwiłem się jedynie o kumpla, że nie mógł nieco dłużej cieszyć się prezentem. Swoją drogą, choć samochód był bardzo efektowny, okazał się szalenie niewygodny w eksploatacji. Spotkaliśmy się z Robertem jakiś czas po kradzieży i pierwsze, co usłyszałem od mojego przyjaciela, to: „A wiesz, że odetchnąłem z ulgą”. Pytam więc, co się stało, a on na to: „Ile to cholerstwo paliło! Wystarczyło otworzyć drzwiczki i już spalałeś połowę baku! Doprowadzało mnie to do szału”. Dużo było z tego śmiechu, tym bardziej że obaj mamy opinię raczej mało rozrzutnych. Wiadomo – co innego było jeździć takim autem od czasu do czasu. Sprawy nabrały nowego wymiaru, kiedy Robert przesiadł się do corvette’y na co dzień. Wciąż drwimy z tej naszej dawnej, chwilowej fanaberii. No bo kto przy zdrowych zmysłach jeździłby corvette’ą do spożywczaka?! 

Al Pacino właśc. Alfredo James Pacino, rocznik 1940. Dzięwięciokrotnie nominowany do Oscara – statuetkę zdobył w 1992 roku za rolę niewidomego podpułkownika Franka Slade’a w dramacie „Zapach kobiety”. W jego dorobku są także cztery Złote Globy, jedna BAFTA , dwie Emmy, nagroda Amerykańskiego Instytutu Filmowego za całokształt twórczości. W 2011 roku został odznaczony amerykańskim Narodowym Medalem Sztuki.

  1. Kultura

Dobre kino na Święta. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

 (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
(Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Bez względu na to, jak spędzacie tegoroczne Święta Wielkanocne, warto podczas ich trwania znaleźć chwilę wytchnienia. I spędzić ją na przykład oglądając dobre kino. Wśród filmów dostępnych online w zasięgu ręki są ciekawe produkcje z całego świata, ale co powiecie na te, które powstały tutaj i pokazują nasz kraj z różnych ciekawych perspektyw?

„Zabij to i wyjedź z tego miasta”

(Fot. materiały prasowe Gutek Film) (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Jeden z najgłośniejszych filmów zeszłego roku. Wielki zwycięzca festiwalu w Gdyni (pierwsza w historii animacja nagrodzona Złotymi Lwami), pokazywany premierowo na Berlinale, wyróżniony na festiwalu w Annency. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to opowieść bardzo intymna, projekt życia Mariusza Wilczyńskiego, który pracował nad tą niezwykłą produkcją aż 14 lat. To także hołd złożony przeszłości – mamie, bluesmanowi Tadeuszowi Nalepie, który był Wilczyńskiego przyjacielem i mentorem, a także, a może przede wszystkim rodzinnemu miastu, czyli Łodzi. Opowieść liryczna, rysowana charakterystyczną dla autora rozedrganą kreską. Niesamowite wrażenie robią także głosy osób, które Wilczyński przez lata zdołał zaprosić do współpracy. Jego film zdubbingowali m.in. Barbara Krafftówna, Krystyna Janda, Anna Dymna, Marek Kondrat, wystąpić zdążyli jeszcze Irena Kwiatkowska, Tomasz Stańko, Andrzej Wajda.

Do obejrzenia od 4 kwietnia w wirtualnej sali Kina Muranów (kinomuranow.pl/film/zabij-i-wyjedz-z-tego-miasta-seans-online) oraz na platformie Nowe Horyzonty VOD. 

„Prime Time”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nowość i spore zaskoczenie. Trudno uwierzyć, że „Prime Time” jest debiutem. Reżyser Jakub Piątek swoją pierwszą pełnometrażową fabułę nakręcił z dużym wyczuciem, dojrzale, dbając o najdrobniejszy szczegół. Akcja filmu toczy się w sylwestrowy wieczór, za kilka godzin zacznie się rok 2000. O latach 90. będzie się mówiło w czasie przeszłym, ale nadal doskonale widać je w tureckich swetrach, satynowych bluzkach, sztywnych od lakieru fryzurach z obowiązkowymi „pazurkami”. Do studia telewizyjnego, skąd nadawany jest konkurs audiotele, wdziera się uzbrojony napastnik (Bartosz Bielenia). Jego zakładnikami stają się przypadkowy ochroniarz (Andrzej Kłak) i prowadząca program (Magda Popławska). Chłopak z bronią ma jedno żądanie – chce ogłosić coś na żywo na wizji. W budynku telewizji pojawiają się policyjni negocjatorzy i ekipa antyterrorystyczna, liczy się każda minuta. Czy napastnikowi wymachującemu bronią można oddać we władanie antenę? Wszystko to brzmi być może jakby chodziło o klasyczne kino akcji, a jednak „Prime Time” jest czymś więcej. To film z mocnym przekazem, inteligentny, zaskakujący. Dodatkowy plus za mistrzów trzeciego planu, doskonale obsadzonych naturszczyków w rolach pracowników telewizji.

Do obejrzenia na platformie Netflix.

„Dzikie róże”

(Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Film nakręcony przez kobiety – wyreżyserowany przez Annę Jadowską i sfilmowany przez Małgorzatę – z rewelacyjną rolą Marty Nieradkiewicz. Jak go polecić, nie zdradzając zbyt wiele? Główna bohaterka Ewa mieszka na dolnośląskiej wsi. Z dwójką dzieci i mężem, choć w praktyce zwykle bez niego, bo ten pracuje w Norwegii, żeby zarobić na wykończenie ich domu. Ewa ma też, jak się wkrótce okazuje, romans z sąsiadem, zapatrzonym w nią nastolatkiem. To zresztą tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią kryje się więcej zagmatwanych relacji, emocji, starannie ukrywanych sekretów. Rzadko polskie kino tak wnikliwie przygląda się prowincji, bez oceniania, spłycania, poczucia wyższości. Rzadko kiedy twórcy tak wnikliwie i ze zrozumieniem przyglądają się kobiecie i powierzonym jej rolom, które tak często bardzo trudno pogodzić. Reżyserka odkrywa kawałek po kawałku różne prawdy, racje, motywy postępowania poszczególnych postaci. Wszystkie pokazane tu osoby mają coś na sumieniu, i właściwie wszystkie są tak samo niewinne, każdą da się jakoś zrozumieć, bo to kino kręcone z dużą empatią.

Do obejrzenia na platformach ncplusgo.pl, Nowe Horyzonty VOD, Chili, ipla.pl, vod.pl, vod.tvp.pl.

„Lekcja miłości”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dokument, który zwyciężył w konkursie „Zwierciadła” na zeszłorocznym festiwalu Docs Against Gravity. Festiwalu, który – przypominam – w tym roku rozpoczyna się 21 maja i odbędzie się najpierw na żywo, natomiast w czerwcu ruszy w wersji online. „Lekcję miłości” postanowiliśmy nagrodzić dlatego, że zakochaliśmy się w głównej bohaterce. Nie chodzi tylko o to, że pani Jola jest kobietą z niesamowitym wyczuciem stylu. Ale przede wszystkim o jej niezłomną wiarę, że ma prawo być kochana i szanowana. Po 45 latach małżeństwa decyduje się uwolnić z przemocowego związku i zaczyna wszystko od nowa. Opuszcza Włochy, gdzie kiedyś wyemigrowała z mężem i dziećmi, i wraca do rodzinnego Szczecina. Zapisuje się na lekcje śpiewu, spotyka się z dawnymi przyjaciółkami, chodzi na tańce i na tańcach właśnie poznaje mężczyznę, który jest jej szansą na miłość. Jest to więc, zgodnie z tytułem, opowieść o miłości (z happy endem!), o pani Joli, o kobietach różnych pokoleń, bo córki głównej bohaterki i jej przyjaciółki zabierają tu głos i mówią o sobie tak szczerze, jak to tylko możliwe.

Do obejrzenia na platformach: HBO GO, ipla.pl, player.pl, vod.mdag.pl.

„Smak Pho”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ciekawy kulturowy miks, bo reżyserka „Smaku pho”, czyli Japonka Mariko Bobrik filmówkę kończyła w Łodzi i postanowiła nakręcić film o Wietnamczykach w Warszawie. W jednym z wywiadów Bobrik mówiła, że smak tytułowej pho kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa: miska pełnowartościowej zupy, która cię rozgrzeje i nasyci. Oglądamy tu codzienność pana Longa, kucharza, specjalisty od pysznej pho, pracującego w wietnamskiej knajpce w centrum Warszawy. Sam wychowuje córkę, elokwentną dziesięciolatkę Maję, która rozterki, kiedy być „bardziej wietnamska”, a kiedy „bardziej polska” rozstrzyga na bieżąco, według tylko sobie znanego klucza. I chociaż Maja wychodząc co rano na lekcje tuż za progiem mieszkania wyrzuca wietnamskie dania, które przygotowuje jej do szkoły tata (woli podkradać koledze „normalne” kanapki) i zmienia wyprasowaną przez tatę spódniczkę na „normalne” dżinsy, doskonale widać, że ojciec z córką są sobie bardzo bliscy. W ich życiu za chwilę nastąpią spore zmiany. Pracodawca pana Longa wraca do Wietnamu, a knajpę przejmuje nowy właściciel, zamieniając lokal w restaurację serwującą sushi, curry i kebab. Panu Longowi przez jakiś czas wydaje się, że to katastrofa, ale może niekoniecznie, może wystarczy zmienić podejście? Familijny, optymistyczny, nakręcony z humorem film o bliskości i wyobcowaniu, małej codzienności. Rozgrzewający od środka jak zupa pho.

Do obejrzenia na platformach: www.piecsmakow.pl/wdomu, HBO GO, player.pl, ipla.pl, ncplusgo.pl.

  1. Kultura

"Oto my" - pokaz specjalny z okazji Światowego Dnia Świadomości Autyzmu

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Oto my". (Fot. materiały prasowe Best Film)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
"Oto my" to wzruszająca historia jednoczesnego dorastania ojca i jego autystycznego syna oraz podróży, która odmieni ich życie. Już dziś zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Światowego Dnia Autyzmu.

Aharon z oddaniem wychowuje swojego syna, Uriego. Żyją we dwóch, zanurzeni we własnej codziennej rutynie, tak bardzo różniącej się od świata, jaki znamy. Gdy Uri staje się formalnie dorosły, ma zamieszkać w specjalistycznym domu opieki. Czy jest na to gotowy? Aharon uważa, że nie, ale może w rzeczywistości sam nie dorósł do rozstania… W drodze do placówki ojciec podejmuje decyzję o wspólnej ucieczce.

Chwytający za serce, pogodny, czuły i zaskakujący. Taki właśnie jest film "Oto my" wielokrotnie nagradzanego izraelskiego reżysera Nira Bergmana, który znalazł się w oficjalnej selekcji MFF Cannes 2020. Znakomite kreacje aktorskie na długo zapadają w pamięć. Szczególne brawa należą się odtwórcy roli autystycznego syna Noamowi Imberowi, który porywa niczym Dustin Hoffman w „Rain Manie”.

https://youtu.be/ZvRabEXRH-s

Razem z Best Film zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Międzynarodowego Dnia Autyzmu. Pokaz filmu odbędzie się 2 kwietnia o godz. 20:00 na platformie mojeekino.pl. Sprzedaż biletów rozpocznie się 2 kwietnia o godz. 18:00. Film będzie dostępny na platformie przez 24 godziny jednak nie dłużej niż do 3 kwietnia godz. 20:00. Po tej godzinie nie będzie możliwości obejrzenia filmu, nawet po zakupie biletów. Rekomendujemy aby rozpocząć oglądanie najpóźniej 3 kwietnia o godz. 18:00. Po zakupie biletów seans jest aktywny przez 4 godziny.

  1. Kultura

Debiut reżyserski Viggo Mortensena "Jeszcze jest czas" już na VOD

 Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)
Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Viggo Mortensen w swoim poruszającym i pełnym czułości debiucie reżyserskim oraz aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem z pewnością skradnie wasze serca. Film "Jeszcze jest czas" od dziś dostępny jest na platformach VOD. 

"Jeszcze jest czas" to subtelna historia o relacjach rodzinnych zawieszonych pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. John wiedzie szczęśliwe życie w Los Angeles, gdzie mieszka razem ze swoją rodziną. Kalifornia to przyjazny i otwarty dla wszystkich świat, zupełnie inny niż dom rodzinny Johna, w którym wciąż mieszka jego ojciec – farmer Willis przywiązany do ziemi i konserwatywnych wartości.

Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe) Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)

Kiedy Willis zaczyna podupadać na zdrowiu, przenosi się do Los Angeles, by zamieszkać z Johnem i jego rodziną. Czy ojciec i syn, których od lat dzieli wszystko, będą potrafili porozumieć się i zaakceptować dzielące ich różnice? W rolach głównych występują: jeden z najwszechstronniejszych aktorów swojego pokolenia Viggo Mortensen ("Władca Pierścieni", "Green Book"), Lance Henriksen ("Obcy - decydujące starcie", "Truposz") oraz Laura Linney ("Truman Show", "To właśnie miłość").

W filmie 'Jeszcze jest czas' Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe) W filmie \"Jeszcze jest czas\" Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe)

Zanim jeszcze świat zachwycił się jego interpretacją Aragorna w trylogii "Władca Pierścieni" Petera Jacksona, Viggo Mortensen błyszczał m.in. w dreszczowcu "Karmazynowy przypływ", hitchcockowskim kryminale "Morderstwo doskonałe", surrealistycznej satyrze "Ewangelia wg Harry'ego" czy dramatach akcji "Tunel" Roba Cohena i "G.I. Jane" Ridleya Scotta.

Mimo ogromnego sukcesu kasowego "Władcy Pierścieni", aktor nie związał się jednak nigdy z kinem komercyjnym. Poszukiwał w zamian ciekawych i niezależnych reżyserskich głosów. Zagrał m.in. u Davida Cronenberga w "Historii przemocy", "Wschodnich obietnicach" i "Niebezpiecznej metodzie", czy nagrodzonym Oscarem "Green Book" Petera Farrelly'ego. "Jeszcze jest czas" jest natomiast jego debiutem reżyserskim.

"Jeszcze jest czas" na VOD już od 31 marca.

https://www.youtube.com/watch?v=0sfMheC4FF4

 

  1. Kultura

Premiera spektaklu "Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979."

 (Fot. Bartek Barczyk)
(Fot. Bartek Barczyk)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Projekt Wojciecha Farugi i Magdy Fertacz inspirowany jest "Baśniami Tysiąca i Jednej Nocy" oraz osobą Oriany Fallaci, wybitnej włoskiej dziennikarki i pisarki, autorki głośnych wywiadów z najbardziej wpływowymi postaciami XX wieku.

Projekt Wojciecha Farugi i Magdy Fertacz inspirowany jest "Baśniami Tysiąca i Jednej Nocy" oraz osobą Oriany Fallaci, wybitnej włoskiej dziennikarki i pisarki, autorki głośnych wywiadów z najbardziej wpływowymi postaciami XX wieku.

Twórcy spektaklu przez pryzmat perskich baśni przybliżają nam historię islamskiej rewolucji irańskiej z 1979 roku. Opowiadają nam tę historię, a wydarzeniem, wokół którego snują opowieść jest rzeczywiste spotkanie Fallaci z przywódcą duchowym i politycznym rewolucji - ajatollahem Chomeinim. Reporterka spędza w Teheranie kilka dni i nocy, z których jedna staje się szczególna. Ośmielając się odsłonić włosy w obecności duchownego, stawia się w niebezpiecznej sytuacji. Podobnie jak baśniowa Szeherezada, dzięki opowiadaniom i rozmowom ratuje swoje życie.

„Natura ludzka jest niezrozumiała, nitka dzieląca dobro od zła jest tak cienka, niewidoczna (…). Czasami ta nitka przerywa się w dłoniach, mieszając dobro ze złem w tajemnicy, w której się gubisz.” Oriana Fallaci

(Fot. Bartek Barczyk) (Fot. Bartek Barczyk)

(Fot. Bartek Barczyk) (Fot. Bartek Barczyk)

Na scenie: Marta Konarska, Bożena Adamek, Hanna Bieluszko, Agnieszka Kościelniak, Alina Szczegielniak, Karolina Kazoń, Marta Waldera, Karolina Kamińska, Andrzej Grabowski, Tadeusz Zięba, Jerzy Światłoń, Antoni Milancej, Daniel Malchar, Karol Kubasiewicz, Krystian Łysoń (gościnnie).

Pozostali twórcy spektaklu: Reżyseria: Wojciech Faruga, scenariusz i dramaturgia: Magda Fertacz, scenografia, kostiumy, światła: Katarzyna Borkowska, muzyka: Bartosz Dziadosz, choreografia: Krystian Łysoń, multimedia: Paweł Penarski, asystentka reżysera: Dominika Przybyszewska (WRD AST), reżyseria dźwięku: Tomasz Dziedzic, inspicjent, asystent reżysera: Bartłomiej Oskarbski, producent: Agata Schweiger.

Team: Edyta Sotowska - Śmiłek, Kinga Wiktoria Kowalska, Katarzyna Słowiak, Anna Cieślik, Elżbieta Orłowska, Mateusz Bernat przy wsparciu zespołu technicznego Teatru.

Premiera spektaklu "Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979." w teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Premiera, piątek 26 marca 2021, godz.: 19:00