1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Pierwszy zwiastun polskiego kandydata do Oscara "Śniegu już nigdy nie będzie"

Pierwszy zwiastun polskiego kandydata do Oscara "Śniegu już nigdy nie będzie"

W
W "Śniegu już nigdy nie będzie"grają m.in. Alec Utgoff, Maja Ostaszewska i Agata Kulesza. (Fot. Lava Films/Match Factory Productions/Kino Świat)
W sieci pojawił się zwiastun "Śniegu już nigdy nie będzie", polskiego kandydata do Oscara. Film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta będzie miał swoją oficjalną premierę podczas Konkursu Głównego tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. 

„Śniegu już nigdy nie będzie” to historia o pochodzącym ze wschodu atrakcyjnym mężczyźnie, który zatrudnił się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich. Oto pierwszy zwiastun polskiego kandydata do Oscara 2020 w kategorii Najlepszy Pełnometrażowy Film Międzynarodowy "Śniegu już nigdy nie będzie".

https://youtu.be/FxZgc39gCas

Nad filmem wspólnie pracowali utytułowani filmowi twórcy - Małgorzata Szumowska i Michał Englert. W obsadzie "Śniegu już nigdy nie będzie" będziemy mogli obejrzeć Aleca Utgoffa (znanego z serialu "Stranger Things") oraz Maję Ostaszewską, a także Agatę KuleszęWeronikę RosatiKatarzynę FiguręAndrzeja Chyrę. Za zdjęcia odpowiada Michał Englert, a za montaż Jarosław Kamiński i Agata Cierniak. Film jest finansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej oraz Film – und Medienstiftung NRW, Deutscher Filmförferfonds, Medienboard Berlin Brandenburg, polsko-niemiecki fundusz filmowy, Cinecopro Award, a także Amsterdam Post Lab.

93. gala wręczenia Oscarów odbędzie się 25 kwietnia 2021 roku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Nomadland" faworytem tegorocznych Oscarów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nomadland". (Fot. materiały prasowe)
Najpierw był Złoty Lew w Wenecji, potem nagroda publiczności na festiwalu w Toronto, a teraz cztery wyróżnienia przyznane przez National Society of Film Critics. Przejmujący "Nomadland" w reżyserii Chloé Zhao ma coraz większe na Oscara. Jak twierdzą amerykańscy krytycy - ogłoszenie nominacji pozostaje jedynie formalnością. 

W ubiegłą sobotę poznaliśmy tegorocznych laureatów prestiżowej nagrody przyznawanej przez National Society of Film Critics, organizację zrzeszającą najbardziej cenionych krytyków filmowych w Stanach Zjednoczonych. Obrazem, który zdobył najwięcej wyróżnień (w tym tytuł najlepszego filmu roku) okazał się "Nomadland" Chloé Zhao, najnowsze dzieło reżyserki głośnego "Jeźdzca". Film zdobył również nagrodę za najlepszą reżyserię, główną rolę kobiecą oraz zdjęcia.

Wcześniej "Nomadland" został już zauważony na wielu innych prestiżowych festiwalach filmowych - produkcja zdobyła m.in. Złotego Lwa w Wenecji oraz nagrodę publiczności na festiwalu w Toronto. Amerykańscy krytycy nie pozostawiają złudzeń - to najmocniejszy kandydat do Oscara w tym sezonie. Wszystko wskazuje na to, że nominacje pozostają jedynie formalnością. Czy przewidywania specjalistów od filmu się sprawdzą? Tego dowiemy się już 15 marca.

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder z 2017 roku "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej musi przeprowadzić się do kampera. Po utracie całego dobytku w wyniku ekonomicznej zapaści w swoim rodzinnym mieście wyrusza w podróż po USA w poszukiwaniu sezonowych prac. Reżyserką i scenarzystką filmu jest Chloé Zhao, główną rolę zagrała natomiast Frances McDormand, dwukrotna laureatka Oscara (za role w filmach "Fargo" i "Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri"). Na ekranie towarzyszą jej m.in. David Strathairn, Linda May i Charlene Swankie. Polską premierę filmu zaplanowano na 19 lutego.

93. ceremonia wręczenia Oscarów miała odbyć się tradycyjnie w lutym 2021 roku. Z powodu pandemii COVID-19, Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej podjęła jednak decyzję o przesunięciu uroczystości na 25 kwietnia 2021 roku. Mimo to, forma oraz przebieg gali w przypadku reżimu sanitarnego nie są jeszcze znane.

  1. Kultura

"Śniegu już nigdy nie będzie" polskim kandydatem do Oscara

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". (Fot. materiały prasowe)
Film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta "Śniegu już nigdy nie będzie" został wybrany polskim kandydatem do Oscara w kategorii Najlepszy Pełnometrażowy Film Międzynarodowy. Komisja Oscarowa, pod przewodnictwem Jana A.P. Kaczmarka, podjęła decyzję jednogłośnie. 

Komisja wybierała spośród siedmiu zgłoszonych filmów, którymi były "Sala samobójców. Hejter" Jana Komasy, "Sweat" Magnusa von Horna, "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" Jana Holoubka, "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, "Supernova" Bartosza Kruhlika, "Klecha" Jacka Gwizdały i "Zabij to i wyjedź z tego miasta" Mariusza Wilczyńskiego.

Światowa premiera "Śniegu już nigdy nie będzie" odbędzie się podczas Konkursu Głównego tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Film Szumowskiej i Englerta znalazł się również w oficjalnej selekcji Telluride Film Festival, jednego z najważniejszych amerykańskich festiwali filmowych.

"Śniegu już nigdy nie będzie" to historia o pochodzącym ze wschodu atrakcyjnym mężczyźnie, który zatrudnił się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

Małgorzata Szumowska i Michał Englert pracowali nad scenariuszem filmu wspólnie. W jego obsadzie będziemy mogli obejrzeć Aleca Utgoffa oraz Maję Ostaszewską, a także Agatę Kuleszę, Weronikę Rosati, Katarzynę Figurę, Andrzeja Chyrę. Za zdjęcia odpowiada Michał Englert, a za montaż Jarosław Kamiński i Agata Cierniak. Film jest finansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej oraz Film - und Medienstiftung NRW, Deutscher Filmförferfonds, Medienboard Berlin Brandenburg, polsko-niemiecki fundusz filmowy, Cinecopro Award, a także Amsterdam Post Lab.

Małgorzata Szumowska i Michał Englert to utytułowani filmowi twórcy. Szumowska zdobyła wiele zagranicznych nagród, między innymi za filmy „W imię...”, „Body/Ciało” oraz „Twarz”. Natomiast Michał Englert jako operator został wyróżniony m.in. na festiwalu Sundance, gdzie otrzymał nagrodę na za najlepsze zdjęcia za film „Nieulotne”.

93. gala wręczenia Oscarów odbędzie się 25 kwietnia 2021 roku.

Źródło informacji: pisf.pl

  1. Kultura

Polscy twórcy filmowi w nowej antologii HBO o doświadczaniu izolacji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Korona Killer" Magnusa von Horna, antologia „W domu” (fot. materiały prasowe HBO)
Zobacz galerię 16 Zdjęć
Wielu twórców, jeden czas. "W domu" to tytuł nowego projektu HBO, antologii 14 filmów o niespodziewanym doświadczeniu izolacji zrealizowanej przez 16 twórców. Projekt pokazuje, że mimo zamknięcia, sztuka nie zna granic.

Twórcy zaproszeni do projektu przez HBO zaczęli kręcić swoje filmy tuż po rozpoczęciu izolacji, próbując na gorąco uchwycić wyjątkowość momentu, w jakim znalazła się ludzkość. W ten sposób powstał interesująca antologia "W domu". W projekcie udział wzięli: Jacek Borcuch, Andrzej Dragan, Krzysztof Garbaczewski, Renata Gąsiorowska, Magnus von Horn, Paweł Łoziński, Jan P. Matuszyński, Tomek Popakul, Jerzy Skolimowski, Krzysztof Skonieczny, Małgorzata Szumowska i Michał Englert, Mariusz Treliński, Anna Zamecka i Sung Rae Cho i Xawery Żuławski.

Wszystkie filmy powstały w ramach artystycznego manifestu. Musiały dziać się w czasie pandemii, ich długość miała nie przekraczać 10 minut i uwzględniać wprowadzone na ten czas restrykcje. Artyści musieli przygotować filmy samodzielnie w czasie 4 tygodni, mając pełną dowolność w kwestii doboru formy i gatunku.

Wśród 14 filmów znajdują się zarówno fabuły, filmy dokumentalne, a także animacje. Każdy twórca w indywidualny sposób opowiada o wspólnym doświadczeniu izolacji, niejednokrotnie nadając swojej historii osobisty ton. Dla wszystkich twórców projekt W domu stał się także pretekstem, żeby przyjrzeć się zastanej rzeczywistości „tu i teraz”, zanim przeminie. W efekcie powstała filmowa antologia czasu pandemii, w której można zobaczyć m.in. poruszające rozmowy z przypadkowymi ludźmi, Sycylię ujętą w piękne kadry, opowieść o tym, jak bardzo jesteśmy zamknięci w swoich bańkach, oczekiwanie na narodziny dziecka, refleksję nad rzeczywistością online, czy życie rodzinne, w którym bohaterowie starając się ustrzec przed wirusem, zarażają siebie czymś innym. Warunki, w jakich artyści przygotowywali swoje filmy nie były łatwe, ale mimo sytuacji zamknięcia, projekt "W domu" pokazuje, że sztuka nie zna granic.

Antologia 14 filmowych historii, w których twórcy starali się uchwycić wyjątkowość czasu kwarantanny dostępna jest od 16 lipca w HBO GO.

https://www.youtube.com/watch?v=yno1AxdvOxQ&feature=emb_title

Reżyserzy o projekcie:

"To nie my", reż. Jerzy Skolimowski. Wirus zastał mnie na Sycylii, gdzie przygotowywałem swój nowy film. Dzięki niemu zostałem świadkiem zarówno włoskiej tragedii, jak i włoskiego heroizmu. Ale też splendoru sycylijskiej wiosny. Czas się na chwilę zatrzymał, ale też czas zdaje się mieć tu inny wymiar. Moim filmem dziękuję Sycylii za jej szczodrą gościnność.

Kadr z filmu 'To nie my' Jerzego Skolimowskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "To nie my" Jerzego Skolimowskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Ukryj mnie w samolocie lecącym do Marakeszu", reż. Krzysztof Skonieczny. Sytuacja, w której znaleźliśmy się przez pandemię, kojarzy mi się z przebywaniem na pustyni. To dla mnie czas spotkania z samym sobą — filtrowania pamięci, przewijania kaset home video, rejestru autosejsmicznych drgań, gapienia się na samoloty i wróżenia ze smug kondensacyjnych. Stan zawieszenia w oczekiwaniu na mróz pustynnej burzy albo ciepły letni deszcz. Pustynia tworzy miraże i dekonstruuje iluzje. Ilekroć odbywam podróż do jej surowych krajobrazów, jest to przeżycie transgresywne i wzbogacające. Dziś pustynia wsypuje się do naszych domów, a rzeczywistość dostaje polidypsji.

Kadr z filmu 'Ukryj mnie w samolocie lecącym do Marakeszu' Krzysztofa Skoniecznego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Ukryj mnie w samolocie lecącym do Marakeszu" Krzysztofa Skoniecznego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Dom w skorupce", reż. Renata Gąsiorowska. To jest film o tym, jak jesteśmy jeszcze bardziej zamknięci w swoich bańkach, mimo że możemy komunikować się na odległość na tyle sposobów. O mojej relacji z mediami, które pochłaniam, a konkretnie z jednym kanałem na platformie streamingowej, który oglądam na okrągło i o tym, jak zmieniam się powoli w zwierzę domowe.

Kadr z filmu 'Dom w skorupce' Renaty Gąsiorowskiej, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Dom w skorupce" Renaty Gąsiorowskiej, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Dzisiaj są moje urodziny", reż. Jacek Borcuch. Dzisiaj, kiedy już wiem, co z tego wszystkiego wyszło, mogę powiedzieć, że robiąc swój mały film zanurzyłem się w Tu i Teraz, a właściwie w Tam i Wtedy. Zaskakujące nawet dla mnie jest to, że w swoim zawodowym życiu odwróciłem kamerę o 180 stopni.

Kadr z filmu 'Dzisiaj są moje urodziny' Jacka Borcucha, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Dzisiaj są moje urodziny" Jacka Borcucha, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Czekamy", reż. Jan P. Matuszyński. Czekanie w czasie pandemii jest wyjątkowe. Każdy doświadcza go w inny sposób. My akurat czekaliśmy... na coś innego.

Kadr z filmu 'Czekamy' Jana P. Matuszyńskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Czekamy" Jana P. Matuszyńskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Maski i ludzie", reż. Paweł Łoziński. Upływ czasu w pandemii stał się moim bohaterem. Świat się zatrzymał, a moja kamera na balkonie wraz z nim. Obserwuję w jednym kadrze kawałek świata i szczególny wycinek czasu, w którym się wszyscy znaleźliśmy. Wsłuchuję się w nagłą ciszę. Pod moim balkonem spowolnione życie jednak toczy się dalej. Jak na scenie przesuwają się kolejne postacie. Pytam ludzi o to, na co sam nie mam odpowiedzi - co będzie dalej?

Kadr z filmu 'Maski i ludzie' Pawła Łozińskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Maski i ludzie" Pawła Łozińskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Nic nie zatrzyma tej wiosny", reż. Mariusz Treliński. Zafascynował mnie wielogłos artystów. Nie pamiętam momentu, w którym występowalibyśmy wspólnie. To wielka rzadkość w naszym kraju. Jesteśmy urodzonymi solistami, a tu nagle głos tutti. Nie wierzę, że można świadomie zapisywać czas. Dlatego mniejszą wagę przywiązuję do samych wypowiedzi. Napięcia, które pojawią się między etiudami, przypadkowe odniesienia, skojarzenia będą kluczowe. Prawdę mówiąc, sam nie mam jeszcze pojęcia, o czym to będzie. Mówienie o sobie paraliżuje.

Kadr z filmu 'Nic nie zatrzyma tej wiosny' Mariusza Trelińskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Nic nie zatrzyma tej wiosny" Mariusza Trelińskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Chłopiec z widokiem", reż. Małgorzata Szumowska/Michał Englert. Pierwsza myśl… ograniczenie, również w polu widzenia. Siedząc w domu, widzimy tylko pewien wąski wycinek rzeczywistości, chcielibyśmy zobaczyć więcej.

Kadr z filmu 'Chłopiec z widokiem' Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Chłopiec z widokiem" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Ślimak", reż. Krzysztof Garbaczewski. Uprawiając ogród zauważasz, że czas nie jest linearny, raczej odrealnia, i sprawia, że coraz bardziej przypominasz wirtualnego ślimaka, który nosi na grzbiecie swój dom z serpentyny. Jej proporcja, to matematyczny ciąg, algorytm strachu, a wstręt to tylko stan przejściowy, na drodze do miłości.

Kadr z filmu 'Ślimak' Krzysztofa Garbaczewskiego, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Ślimak" Krzysztofa Garbaczewskiego, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Korona Killer", reż. Magnus von Horn. Lockdown wystawił na próbę nasze związki, relacje rodzinne, cierpliwość i miłość. Chciałem uchwycić poczucie, że starając się ustrzec przed wirusem, zarażamy siebie czymś innym.

Kadr z filmu 'Korona Killer' Magnusa von Horna, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Korona Killer" Magnusa von Horna, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Kioto, 21 kwietnia", reż. Anna Zamecka/Sung Rae Cho. Zamknięci w domu podczas przymusowej kwarantanny mieliśmy trudność w zrozumieniu i opisaniu tego, co się dzieje, w uchwyceniu realności zdarzeń. To poczucie zagubienia, wyobcowania, nierealności i fantomowego istnienia próbowaliśmy oddać w naszym filmie.

Kadr z filmu 'Kioto, 21 kwietnia' Anny Zameckiej i Sung Rae Cho, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Kioto, 21 kwietnia" Anny Zameckiej i Sung Rae Cho, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Piosenka o końcu świata", reż. Andrzej Dragan. Lubię niepokój, lubię go konstruować i mu się przyglądać. Dlatego stworzenie czegoś w tym niezwykłym czasie, w którym przymusowy niepokój stał się doświadczeniem całego ludzkiego pogłowia wydało mi się szczególnie interesujące.

Kadr z filmu 'Piosenka o końcu świata' Andrzeja Dragana, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Piosenka o końcu świata" Andrzeja Dragana, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

"Księżyc", reż. Tomek Popakul. Z jednej strony apokalipsa, z drugiej strony dzień jak co dzień. Na jakiejś niewidocznej warstwie pulsuje coś dziwnego.

Kadr z filmu 'Księżyc' Tomka Popakula, antologia 'W domu' (fot. materiały prasowe HBO) Kadr z filmu "Księżyc" Tomka Popakula, antologia "W domu" (fot. materiały prasowe HBO)

  1. Kultura

Polacy wśród nowych członków Amerykańskiej Akademii Filmowej

Jan Komasa, reżyser między innymi
Jan Komasa, reżyser między innymi "Bożego Ciała", "Sali samobójców" i "Sali samobójców. Hejter. (Fot. BEW PHOTO)
Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej ogłosiła listę 819 filmowców, których zaprasza do objęcia funkcji jej członków. Wśród twórców z całego świata znaleźli się również Polacy, znani z m.in. "Bożego Ciała" i "Zimnej Wojny". 

Jak informuje Polski Instytut Sztuki Filmowej, w gronie zaproszonych 819 nowych członków Akademii Filmowej znaleźli się twórcy "Bożego Ciała" - reżyser Jan Komasa, scenarzysta Mateusz Pacewicz, montażysta Przemysław Chruścielewski, reżyserka obsady m.in. "Zimnej wojny" i "Listy Schindlera" Magdalena Szwarcbart, a także francuska kostiumografka pracująca na stałe w Polsce - Dorota Roqueplo ("Boże Ciało", "Zabawa zabawa"). Po przyjęciu zaproszenia będą oni mogli brać udział w oscarowym głosowaniu.

Obecnie Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej liczy ponad 9 tys. członków. Wybór jej nowych członków był podyktowany przede wszystkim zwiększeniem różnorodności. Tak oto spośród zaproszonych 819 filmowców 36 proc. to ludzie o innym kolorze skóry niż biały, 45 proc. to kobiety, a blisko 50 proc. to ludzie z innych krajów niż Stany Zjednoczone. Najbliższa, 93. gala wręczenia Oscarów odbędzie się 25 kwietnia 2021 roku.

 

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.