1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Katarzyna Miller zapowiada swój muzyczny debiut

Katarzyna Miller zapowiada swój muzyczny debiut

Katarzyna Miller piosenki nie tylko wykonuje, ale jest również autorką ich tekstów oraz melodii. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Katarzyna Miller piosenki nie tylko wykonuje, ale jest również autorką ich tekstów oraz melodii. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dziesiątki książek, setki wierszy oraz limeryków, niezliczona ilość felietonów. A wszystko to przy stale rosnącym zainteresowaniu fanów. Katarzyna Miller zaskakuje po raz kolejny! Już 5 marca 2021 r. premierę będzie miał jej debiutancki album muzyczny Choćby tylko na chwilę.

Na płycie wydanej nakładem wydawnictwa MTJ słuchacze znajdą tanga, kilka piosenek lirycznych i sentymentalnych, utwory z latynoskim rytmem, blues oraz jedną piosenkę z gatunku, który sama artystka nazywa „psychokiczem”.

Muzyka jest teraz moją frajdą. Z kolei płyta „Choćby tylko na chwilę” jest dla mnie nagrodąza to, że się nie starzeję, tylko się rozwijam. Że pozwoliłam sobie na muzykę. - Kasia Miller
Każdy z utworów przedstawia „małą ludzką historię” ukoronowaną pointą. Coś dla siebie znajdą na płycie Katarzyny Miller zarówno ci, którzy cenią wyraziste rytmy, jak i ci, którzy lubią się rozmarzyć.
Tylko dla czytelniczek miesięczników „Zwierciadło” i „SENS” specjalny kod do pobrania utworu Spokój.  Szczegóły w wydaniach marcowych.
Jak mówi artystka: Ta płyta jest dowodem, nie tylko dla mnie, ale i dla innych, że „śpiewać każdy może”. Przez całe życie możemy być twórczy. Nie warto się ograniczać. Warto sobie pozwalać i korzystać ze wszystkich zasobów, jakie się tylko ma.

Na uwagę zasługuje fakt, że Katarzyna Miller piosenki nie tylko wykonuje, ale jest również autorką ich tekstów oraz melodii.

Poprosiłam poleconą mi firmę muzyczną Live Art Group o przygotowanie płyty na bazie moich kompozycji i tekstów. W projekcie brał udział Maciej Szulc, który jest szefem artystycznym (ponadto towarzyszy mi w jednym duecie), Wojtek Stec oraz wielu wspaniałych muzyków. Managerem całości projektu jest Jerzy Bryczek z życzliwą współpracą i wsparciem mojej agentki Magdy Chorębały. Bardzo mi się z nimi cudnie pracuje. Wierzą we mnie, uskrzydlają mnie i dobrze się razem bawimy kontynuuje ulubiona felietonistka czytelniczek Zwierciadła.

https://www.youtube.com/watch?v=-Cj-6Np-kPc&feature=youtu.be

Katarzyna Miller to najsłynniejsza polska psycholożka. Charyzmatyczna, odważna, dowcipna i pogodna, ale też szczera do bólu. Psychoterapeutka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej a prywatnie wielka miłośniczka sztuki we wszelkich jej formach.

Premiera debiutanckiej płyty Katarzyny Miller będzie miała miejsce 5 marca 2021 r. (Fot. materiały prasowe) Premiera debiutanckiej płyty Katarzyny Miller będzie miała miejsce 5 marca 2021 r. (Fot. materiały prasowe)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Uważam się za poetę, dopiero potem za muzyka”. Bob Dylan kończy 80 lat

Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
W 1978 roku powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Obchodzący dziś 80. urodziny Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, ale przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 11/2016).

Kiedy Jean Paule Sartre odmówił odebrania literackiej nagrody Nobla w 1964 roku, był to manifest „artystycznej niezależności”. W roku 2016, Bob Dylan, ignorując przez dwa tygodnie sam fakt otrzymania Nobla, osiągnął więcej – sprawił, że cały świat mówił o nagrodzie i kwestionował jej znaczenie.

W 1978 roku Robert Zimmerman (tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Dylana) powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Kiedy ten 80-letni artysta odejdzie ze świata, za którym zresztą nie przepada, dołączy do szacownego grona poetów z nagrodą Nobla, takich jak Yeats, Eliot czy Miłosz. Mimo to Nobel dla Dylana to nie tylko nagroda dla współczesnego literackiego geniusza, lecz również dla uprawianej przez niego formy. Piosenka czy pieśń zajęła należne jej miejsce w panteonie obok wiersza, dramatu i powieści.

A właśnie: piosenka czy pieśń? W języku angielskim nie ma tego rozróżnienia. Jest „song” i tyle – przy ognisku i w filharmonii. W tym drugim wypadku anglojęzyczni melomani używają czasem niemieckiego słowa lied/lieder, chociaż to jawny snobizm. Najważniejsze jednak, że określenie „song” nie jest w żadnym wypadku wartościujące. Pieśń Schuberta nie jest lepsza od piosenki Dylana – określamy wyłączne formę, nie przynależność. Polski język prowokuje do lekceważenia piosenki, co smuci, zważywszy na wspaniałą tradycję tego gatunku w naszym języku: Osiecka, Przybora, Kofta. Skamandryci. I cała polska tradycja „śpiewania poezji” – Demarczyk, Grechuta, Turnau.

Ciągła zmiana twarzy

Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, jest przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki. W historii sztuki pojawiają się artyści, którzy sprawiają, że nic nie będzie takie, jak wcześniej. Takimi artystami byli Picasso czy Miles. Dylan też jest takim artystą. Mówiło się, że Elvis dał muzyce ciało, Beatlesi serce, a Dylan mózg. To tylko zgrabne uproszczenie. Dylan sprawił, że piosenka popularna nagle mogła być o wszystkim. I każdy, kto przyszedł po nim, zastawał otwarte drzwi. Co więcej, Dylan sprawił, że język piosenki odrzucił wszelkie granice – słownictwo i wizja stały się nieograniczone, surrealistyczne, nowe.

Jeden z dziennikarzy radiowej Trójki powiedział na antenie, że to jest nagroda dla całego rock’n’rolla. Nie zgadzam się z tym. Nie ma bardziej samotnej działalności, niż praca literata. A przecież ten Nobel jest za słowa – nie za głos i nie za gitarę. I jeszcze jedno: Dylan nikogo nie reprezentuje. Rzecz jasna poza samym sobą, a często wbrew samemu sobie. Kiedy tylko zaliczano go do jakiegoś ruchu, od razu się oddalał. Tak było z pieśniami protestu, kiedy okrzyczano go „prorokiem” protest-songu. Tak było z całą muzyką akustyczną, od której zaczynał – zaczynał bowiem od wspaniałej amerykańskiej tradycji pieśni ludowej. Bez początku i bez końca. Pieśni starej jak świat i wreszcie „nobilitowanej Noblem”.

Dylan jeszcze wiele razy uciekał, właściwie do tej pory nie przestał tego robić. Z gitary akustycznej przesiadł się na elektryczną, czemu towarzyszyło niesłabnące wycie zawiedzionej publiczności. Z życia gwiazdy rock’n’rolla uciekł do wiejskiej sielanki Woodstock. Później z rocka uciekł do country. Nikt nie nadążał za jego nieustającymi zmianami. Gdy wydał album zatytułowany „Autoportret” (1970), krytyk magazynu Rolling Stone napisał: Co to za gówno? Gdy przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo było jeszcze gorzej – odwróciło się od niego wielu fanów. Zawsze wolny od poddawania się wpływom czy ocenom, kontynuował swą misję i „nauczał” ze sceny, opowiadając o zbawieniu niczym nawiedzony kaznodzieja. Nagrywał płyty o Jezusie, chociaż nikt nie chciał ich kupować. Gdy wrócił do judaizmu, związał się z radykalną sektą chasydzką… Zawsze pod prąd, zawsze zamknięty, nieosiągalny, bez kontaktu z otaczającym światem. Nie spotyka się ze słuchaczami, nie podpisuje płyt. Najnowsza ucieczka Dylana to piosenki z Wielkiego Amerykańskiego Śpiewnika. Największy autor piosenek wykonuje utwory z repertuaru Franka Sinatry, chociaż nikt nie brzmiał w nich gorzej od niego. Wielokrotnie mówiło się, że „Dylan zmienia maski”. A może on po prostu zmienia twarze?

Co z tym Noblem

Ten Nobel zaskoczył cały świat. A przede wszystkim literaturoznawców, ponieważ po raz pierwszy przyznano nagrodę twórcy, którego dzieł nie znają. Podobnie jest zresztą ze światem muzyki. Byłoby naiwnością mniemać, że słuchacze Dylana czytają Adonisa. Ale Murakamiego już tak. A przynajmniej Philipa Rotha. To jest nagroda za tradycję homerycką, ponieważ pieśń pojawiła się przed wierszem i przed dramatem. Była pierwszą formą przekazu. Ewoluowała z mowy, potem wzbogaciła ją muzyka. Komitet Noblowski przyznał nagrodę literacką za „tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni". Tradycji – dodajmy – starej jak sam człowiek.

Niejasne było zachowanie Dylana po ogłoszeniu decyzji Komitetu. Jest nieprzewidywalny, to prawda, ale do tej pory odbierał grzecznie wszystkie zaszczyty. A warto pamiętać, że ma na koncie najwyższe trofea, jakie może zdobyć współczesny artysta. Ma je wszystkie. Jest wśród nich Oscar – za piosenkę „Things Have Changed”, najbardziej pesymistyczny utwór uhonorowany nagrodą Akademii (film „Wonder Boys”, 2000). Jest Złoty Glob – za tę samą piosenkę. Ma Dylan w dorobku aż trzynaście nagród Grammy, ma także dwa doktoraty honoris causa za muzykę (w tym Uniwersytetu Princeton). Jest laureatem Polar Music Prize (2000), nazywanej czasem „muzycznym Noblem”. Ma też Pulitzera – za „głęboki wpływ na muzykę popularną i amerykańską kulturę, ze szczególnym uwzględnieniem kompozycji o wyjątkowej sile poetyckiej”. Otrzymał prestiżową hiszpańską Nagrodę Księcia Asturii (2007), oraz dwa najwyższe odznaczenia francuskie: Ordre des Arts et des Lettres (Order Sztuki i Literatury, 1990) i Legię Honorową (2013). Prezydent Barack Obama odznaczył Boba Dylana najwyższym odznaczeniem cywilnym w Stanach Zjednoczonych, Medalem Wolności (2012).

Jest w amerykańskim show-businessie elitarny klub, określany skrótem EGOT. Liczy tylko kilkunastu członków, a są to laureaci nagrody Emmy, Grammy, Oscara i Tony (nagroda teatralna). Znajdziemy wśród nich takich artystów, jak Audrey Hepburn, Richard Rodgers i Mel Brooks. Dylan – jak zwykle – nie przystaje. Nie ma szans na Tony’ego, jego twórczość omijała Broadway (nie licząc nieudanego epizodu z musicalem „The Times They Are a-Changin’”, z którym on sam nie miał nic wspólnego).

Jest jeszcze ciekawostka, przeoczona przez komentatorów. Bob Dylan to drugi autor w historii, który otrzymał zarówno literackiego Nobla, jak i Oscara. Pierwszym był… George Bernard Shaw. Wybitny dramaturg i prozaik irlandzki został laureatem literackiego Nobla już w 1925 roku, natomiast w roku 1938 zdobył Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany ekranizacji swojego dramatu „Pigmalion” (i powiedział, że Nagroda Akademii to obelga, bo w Hollywood najpewniej nikt o nim nie słyszał). To zupełnie nowy „klub”, ciekawe, kto zostanie jego trzecim członkiem. I kiedy, bo raczej nieprędko.

Jego Bobość

Bob Dylan nie ma życiorysu. Nuda. Przynajmniej na tle innych gwiazd jego pokolenia. Pił? Pił. Bił? Bił. Ale co to jest jeden brzydki rozwód dla gwiazdy rocka? Co to znaczy „nieślubne dzieci”, skoro nikt nie wie dokładnie, ile ich jest. Ich matki to bezimienne Afroamerykanki, podobno artysta płaci alimenty i kupuje w ten sposób ich dyskrecję. Zważywszy na skalę jego talentu światu nie grozi raczej wysyp „młodych Dylanów”. Syn artysty, Jacob, ma własną karierę muzyczną. Podobnie jak syn Leonarda Cohena, Adam. John Lennon też miał muzykalnych synów. To przekleństwo być synem giganta.

Robert Zimmerman z Minnesoty pojawił się znikąd i przewrócił wszystko do góry nogami. Najpierw w klubach Greenwich Village, potem na scenach całego świata. Wystąpił nawet przed polskim papieżem, zaśpiewał m.in. „Blowin’ in the Wind” (Bolonia, 1997). Papież podchwycił słowa ballady. Dawno temu śpiewała ją Maryla Rodowicz: „Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat, odpowie ci, bracie, tylko wiatr”. Smutne, że nasza percepcja Dylana zaczęła się pół wieku temu przy ognisku i razem z nim wygasła.

Polscy literaturoznawcy okazali bezradni. Większość z nich skorzystała z przywileju nie opowiadania głupstw. Bo co właściwie mieli powiedzieć o utworach nieznanego i w zasadzie nietłumaczonego na polski autora, którego poetycka wyobraźnia karmi się – tworzoną od nowa – mitologią delty Missisipi, w której ożywają nie duchy dawnych bluesmanów nawet, ale cienie ich duchów, echa ich słów. Słów, które Dylan nieustannie przywołuje. Cytuje i przetwarza. Słów, które stały się tematem nieznanego w kulturze popularnej wysypu uczonych analiz. Liczba prac poświęconych twórczości Boba Dylana nie ma równych. Piszą o nim profesorowie z Cambridge, piszą fanatycy. Jeden z krytyków nazwał go „Joycem rocka”, inny „Picassem piosenki”. Wielbiciele mówią o nim z czułością „Jego Bobość” (His Bobness).

Jest Bob Dylan człowiekiem wielu talentów. Jego autobiografia „Kroniki cz. 1” (2004) to świetna proza, autor operuje dynamiczną narracją, wciąga czytelnika w świat obrazów i dźwięków, łamie chronologię, zaprasza ciekawych do swojego życia, by po chwili zgubić ich w labiryncie wspomnień, by obudzili się w zupełnie innym miejscu, jak w krainie czarów. Dylan to chaos. Powiedział kiedyś: „Akceptuję chaos, ciekawe czy chaos akceptuje mnie”. Ale jego życie to nie tylko nieustanna zmienność i nowe maski, są w nim także elementy stałe, ale stałe niepokojąco, niezmienne depresyjnie. Od kiedy ruszył na trasę koncertową pod koniec lat 80. praktycznie nie zrobił przerwy do dziś. To tournée doczekało się miana „Never Ending Tour”, być może jeszcze w tym roku przypadnie trzytysięczny koncert. Bob Dylan jest bogaty, jego majątek ocenia się na 200 milionów dolarów, ale nie potrafi inaczej żyć. Nie potrafi nie występować, zostać na dłużej w domu. A skoro nie gra żeby żyć, może po prostu żyje, żeby grać?

Człowiek wielu talentów, od wczesnych lat artysta ilustrował swoje książki. Zaczynało się niewinnie, chociaż już pierwsze wydania jego tekstów zawierały rysunki świadczące o talencie i oryginalności. Nic jednak nie wskazywało na eksplozję talentu, jaka nastąpiła w późniejszych latach. Bob Dylan jest dziś uznanym artystą malarzem, a jego prace – głównie w technice akrylu na płótnie – osiągają bajońskie ceny. Gdzieś pomiędzy Matissem a Chagallem jest Dylan kolorystą, ekspresjonistą i… „rewizjonistą” (jedna z ostatnich wystaw artysty nosi nazwę „Revisionist Art”). Bardziej jednak od techniki porusza tematyka jego prac. Obrazy Dylana to studium samotności. Świat oglądany przez okna autobusów i moteli. Wydrążeni ludzie. Bardzo martwa natura. I nagie Murzynki – najczęściej od tyłu i najczęściej bez głowy, która nie mieści się w ramach obrazu. Brązowe pupy. Obsesja mężczyzny, który pisał o miłości. I chyba doszedł do wniosku, że za bardzo się odsłonił. Jego najnowsze prace to rzeźby w metalu, furtki i drzwiczki, które artysta samodzielnie spawa z łańcuchów i części samochodowych.

Ale przecież nie za to ten Nobel. Najmniej wątpliwości co do zasadności nagrody mieli konkurenci, koledzy i akolici. Inni śpiewający autorzy. W opublikowanej na tydzień przed przyznaniem nagrody autobiografii „Born to Run” Bruce Springsteen przywołuje rozmowę z Bobem Dylanem, dla którego śpiewał podczas honorowej gali w Centrum Kennedy’ego. Kiedy artyści spotkali się przypadkowo na schodach Dylan podziękował Springsteenowi za udział i dodał: „Gdybym mógł coś dla ciebie zrobić…” Springsteen pomyślał: Żartujesz? I powiedział: „Wszystko już zrobiłeś”. Ale artysta zwany „Szefem” nie jest w Polsce autorytetem. Podobnie jak Dylan bardzo amerykański i szerzej nieznany, pozostaje poza zasięgiem naszych zainteresowań literaturą współczesną. Już prędzej Tom Waits – tłumaczony, rozpoznawany i szanowany. Tom powiedział: „Nie ma ważniejszego głosu”. Natomiast ulubiony bard Polaków, drugi w kolejce do Nobla (teraz już bez szans) Leonard Cohen, pokusił się o następującą metaforę: „Przyznane literackiej nagrody Nobla Bobowi Dylanowi, jest jak udekorowanie Mount Everest medalem za to, że jest najwyższą górą”. Innymi słowy zaszczyt dla medalu.

Bob Dylan, pieśniarz (słowa, muzyka, wykonanie). Urodzony w 1941 roku w Minenesocie jako Robert Zimmerman. Na początku lat 60. zrewolucjonizował nowojorską scenę folkową jako czołowy autor i wykonawca protest songów, sięgnął po rock and roll i spopularyzował folk-rock. Czerpał z bluesa. Wydał ponad 40 płyt, od lat udostępnia także serię archiwaliów. Zagrał w kilkunastu filmach, m.in. „Pat Garrett & Billy the Kid”. Laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku.

  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się