1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Lubię być kobietą!

Lubię być kobietą!

Fot. Rafał Masłow
Fot. Rafał Masłow
Małgorzata Ostrowska - Królikowska nie lubi być Matką Polką. Lubi za to swoją pracę, rodzinę, wiek. I Grażynkę z „Klanu”. – Wierzę w miłość i prawdę – mówi Mai Jaszewskiej. – Jestem pani zdaniem staromodna?

Czy zdarza się pani czytać komentarze internautów na swój temat?

Chętnie słucham cudzej opinii, jeśli wyrażona jest w dobrej wierze i imiennie. Natomiast fora internetowe często są miejscem pełnym najmroczniejszych instynktów. Wiele osób anonimowo, a więc bezkarnie, obrzuca obelgami kogo popadnie. Nie chcę tego czytać. Zaczynałam pracę aktorską dawno temu, w czasach, kiedy wizerunek medialny nie miał takiego kolosalnego znaczenia jak dzisiaj. Przychodziliśmy rano do teatru i do późnego wieczora pracowaliśmy nad spektaklem – i na tym polegało bycie aktorem, a nie na bywaniu na salonach. Mieliśmy to szczęście, że nikt za nami nie biegał, nie podglądał nas, nie robił zdjęć z ukrycia i nie publikował ich bez naszej zgody. Jestem przyzwyczajona do standardów znacznie odbiegających od dzisiejszych i dlatego, kiedy padam ofiarą machiny kreującej skandal i sensację, bardzo źle się z tym czuję. Nie dowierzam własnym oczom, kiedy czytam wywiad, którego nigdy nie udzieliłam.

Co pani sobie myśli w takich chwilach?

Mam żal do tych dziennikarzy, którzy dla poczytności swoich tekstów są w stanie pozbawić drugiego człowieka prawa do prywatności, i na dodatek wymyślają kłamliwe bzdury. Kiedy niecałe pięć lat temu urodziłam przedwcześnie najmłodszego syna Ksawerego i rozeszła się plotka, że jest bardzo chory, pod naszym domem dzień i noc czyhali paparazzi. Do dziś nie rozumiem, co takiego chcieli zobaczyć. Ale chyba nie muszę pani tłumaczyć, jak się czułam w okresie największego stresu, kiedy moje dziecko leżało w inkubatorze i walczyło o życie, a podpatrujący panowie tłumaczyli się wezwanemu patrolowi policji, że dostali zlecenie na Królikowskich… Nie mówmy już dłużej o tym, szkoda czasu i energii na rozmowę o podglądactwie.

„Jak cię piszą, tak cię widzą” – to zdanie idealnie ilustruje dzisiejszą medialną rzeczywistość?

Spiralę pogoni za sensacją nakręcają mass media. Nie wiem, w czym tkwi przyczyna tego szaleństwa. Moim zdaniem coraz bardziej tracimy rozeznanie między tym, co wartościowe, a tym, co jedynie efekciarskie. Mass media, goniąc za tym, co wulgarne, agresywne czy obsceniczne, krzywdzą przede wszystkim młodych ludzi. Ten żer karmi najniższe instynkty. Nie twierdzę, że każdy przekaz ma być grzeczny i miły, czasami potrzeba brutalnego języka jako środka wyrazu. Film „Sens życia według Monty Pythona” daleki jest od języka parlamentarnego, ale w tym wypadku forma niesie za sobą nieprzeciętną treść. A my, w pogoni za kolejnym sensacyjnym newsem, gubimy sens i fundamentalne wartości.

Dla dzieci postmodernizmu nic nie jest jednoznaczne.

Błagam, niech pani przestanie! Jak ja mam dosyć tego wiecznego relatywizowania! Z każdej strony słyszę – nic nie jest czarne ani białe. Nie dajmy się zwariować! Jest dobro i zło, jest piękno i brzydota, jest podłość i godność, a granice między nimi są wyraźne. Odnoszę wrażenie, że coraz mniejszą wagę przywiązujemy do kultury słowa. Jestem wielką miłośniczką poezji. Moje pokolenie wychowało się na wszechobecnej poetyckiej frazie piosenek Osieckiej czy tych śpiewanych przez Ewę Demarczyk, Marka Grechutę, Czesława Niemena. Piękno tych tekstów kształtowało naszą wrażliwość. Pełen subtelnego humoru Kabaret Starszych Panów dowodził, jak niezwykłą materią jest słowo.

Kalina Jędrusik śpiewała: „dzielny bądź, celny bądź chociaż w słowach. Brak ci słów? Więc je złów u innego. Może u Staffa lub Słonimskiego”…

No właśnie! Za mało mamy dzisiaj kontaktu z poezją. Gdyby było go więcej, może mielibyśmy lepszy gust w doborze własnych słów. Ci, którzy przez całe życie niosą w sobie poetyckie frazy, inaczej traktują słowo. Piękno poezji impregnuje nas na tandetną rozrywkę i bylejakość przekazu.

Jakie ulubione strofy niesie pani w sobie?

Nie tylko w sobie, ale nawet przy sobie. Mam ze sobą kartkę z wierszem Czesława Miłosza „Moja wierna mowo”. Niech pani poczeka chwilę, zaraz ją znajdę… Proszę posłuchać: „Moja wierna mowo, służyłem tobie. Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami, żebyś miała i brzozę, i konika polnego, i gila zachowanych w mojej pamięci (…). Teraz przyznaję się do zwątpienia. Są chwile, kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie. Bo ty jesteś mową upodlonych, mową nierozumnych i nienawidzących siebie bardziej może niż innych narodów”. I tak dalej i tak dalej, a na koniec słowa bardzo dziś żywe: „moja wierna mowo, może to jednak ja muszę ciebie ratować”… Cieszę się, że można się odwołać do takiej poezji. To pozwala nie zwariować w pędzie i natłoku tandety. Zresztą, co ja się będę rozwodziła nad wagą słów, skoro prawie dwa tysiące lat temu zostało powiedziane wystarczająco dosadnie, że słowem można stwarzać – „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Jestem chrześcijanką, dla mnie ta fraza jest kwintesencją sensu mowy.

Mało osób powołuje się dziś na tego typu autorytety…

Jestem pani zdaniem staromodna? Mówię coś niestosownego?

Odnoszę po prostu wrażenie, że dzisiaj w dobrym tonie jest chodzić na jogę, nosić czerwony sznurek na ręce, a nie powoływać się na Ewangelię świętego Jana.

A kto o tym decyduje? Masowe trendy? Nie wiem, co należy do dobrego tonu, jeśli chodzi o wizerunek medialny. I szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to obchodzi. Jeśli wszyscy będziemy tacy przycięci do określonej formy, świat stanie się nudny. Czerpię z tradycji łacińsko-chrześcijańskiej Europy, bo to są moje korzenie. Jestem bardzo wdzięczna mojej babci, że wychowała mnie w kulcie wartości domu i rodziny. Jak prawie każdy, buntowałam się w młodości i szukałam swojej drogi, ale zawsze starałam się być wierna wpojonym mi w domu zasadom.

Które z nich mają dla pani największy sens?

Jakby to emocjonalnie nie zabrzmiało, są nimi prawda i miłość. Wierzę w miłość, bo ona jest stromą ścieżką do nieba i można nią wędrować tylko w prawdzie. Innej możliwości nie ma. Jestem dojrzałą kobietą i szkoda mi czasu na udawanie kogoś innego. Jestem żoną, mamą pięciorga dzieci. Na kogo niby mam się kreować? Na seksbombę? Szaloną, ekscentryczną artystkę? Mam świadomość swoich słabych i mocnych stron. Bardzo lubię swój wiek. Okres młodości, kiedy człowiek dociera się sam ze sobą, określa wobec innych, buduje światopogląd, jest bardzo trudny. Jak się już przejdzie przez ten czas burzy i naporu i zacznie mocno stąpać po ziemi, jak się już było w niebie i piekle, i wróciło stamtąd – wówczas zaczyna się etap spełnienia, a nawet szczęścia. Wtedy najgłębiej odczuwa się sens życia.

Czy my, kobiety, nie żyjemy pod większą niż mężczyźni presją społecznego wizerunku? Oczekuje się od nas, że powinnyśmy perfekcyjnie pełnić wszystkie role, a do tego być zawsze piękne i młodo wyglądać.

A kto by nie chciał wyglądać pięknie i młodo? Ja też lubię dbać o swój wygląd. Kiedyś miałam spory kompleks Grażynki, którą gram w „Klanie”. Przez media, które utożsamiły mnie z tą sympatyczną, ale dość szarą i zaniedbaną postacią, pogubiłam się w swoim kobiecym wizerunku. Szybko jednak się ogarnęłam, a Grażynkę naprawdę polubiłam i staram się jej bronić. Może nie jest ona fanatyczką dbania o wygląd, ale jest wartościowym człowiekiem. Myślę, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni poddawani są ogromnej presji oczekiwań społecznych. Bardzo lubię być kobietą i w pełni cieszyć się ze swojej kobiecości. Oczywiście, jako mama i żona, mam wiele kobiecych zobowiązań, ale bardzo je lubię.

Środowiska gender oburzyłyby się pani wypowiedzią…

Boże, pani znów z tą poprawnością! Nic na to nie poradzę, że lubię domowe obowiązki i nie utyskuję na zniewolenie nimi. Denerwuje mnie jednak, kiedy dziennikarze próbują ze mnie zrobić etatową ikonę Matki Polki. Ani ja ikona, ani Matka Polka. Jestem aktorką, bardzo lubię swój zawód, ale rodzina jest dla mnie najważniejsza. Zdarza się, że nie przyjmuję pewnych propozycji, bo chcę jak najwięcej czasu spędzać z dziećmi. Jestem szczęśliwa, że udało mi się odnaleźć swoje miejsce w aktorstwie, a jednocześnie mogę zajmować się rodziną. Nie da się o nią dbać, wpadając do domu na pół godziny między kolejnymi planami zdjęciowymi. Bardzo dużo dowiaduję się o świecie od moich dzieci. Dzięki nim jestem na bieżąco z nowymi trendami w kinie czy muzyce. Ja z kolei dzielę się z nimi tym, czym nasiąkłam w młodości. Bezcenna wymiana. Trzeba naprawdę dużo czasu, żeby pielęgnować codzienność. Jestem jej zagorzałą zwolenniczką i przywiązuję do niej dużą wagę. To z codziennych rozmów, wspólnych posiłków, drobnych gestów, z całej tej powtarzalności bierze się bliskość, a nie z najbardziej nawet spektakularnych, ale

pojedynczych chwil spędzonych z rodziną.

Oglądam czasem w katalogach zdjęcia perfekcyjnie urządzonych mieszkań, gdzie wszystko jest dopracowane w najmniejszym detalu, idealnie wysmakowane i tak doskonałe, że aż strach by było wejść do takiego domu. Z jednej strony ta perfekcja budzi zachwyt, ale z drugiej – przeraża. Widziała pani „Dziewczynę z tatuażem”? Tam morderca miał takie sterylne mieszkanie. Może to zbyt daleko idąca analogia, ale w obsesyjnym dążeniu do doskonałości widzę jakąś patologię. Dom to życie, a ono jest burzliwe. Poza tym dom to zapis rodzinnej historii i, chociaż gromadzone rzeczy nie zawsze pasują do siebie pod względem estetycznym, to jednak tworzą jedyną w swoim rodzaju wspaniałą i niepowtarzalną całość. Tymczasem w naszym kraju rodzina wielodzietna uważana jest za patologię…

Aż się boję zapytać o pani doświadczenia w tym względzie...

Kiedy jeszcze czytywałam opinie internautów na swój temat, nie mogłam uwierzyć, ile osób wyzywało mnie od dzieciorobów czy rodzących krów. Byłam w szoku, że niektórzy ludzie, nie znając mnie, nic o mnie nie wiedząc, potrafią mnie tak boleśnie i podle obrażać. Potem doszłam do wniosku, że trzeba mieć bardzo brzydki pejzaż wewnętrzny, żeby wyrażać słowa takiej bezinteresownej pogardy. Natomiast, jeśli chodzi o macierzyństwo, zacytuję słowa kardynała Wyszyńskiego: „Obywateli nie produkuje się w fabrykach, to w rodzinie, pod sercem matki, kryje się naród”.

Odnoszę wrażenie, że w tych krajach, gdzie rodzina otoczona jest opieką, a polityka rządu jej sprzyja, mentalność społeczeństw jest znacznie zdrowsza.

Zmieńmy jednak temat, bo przyznam, że wspomnienie tych pogardliwych opinii sprawia mi przykrość. Pomówmy o czymś ciekawszym i ważniejszym.

Była pani dwukrotnie w Afryce jako ambasadorka kampanii Pampers – Unicef „Jedna paczka = jedna ratująca życie szczepionka”.

Kampania ma na celu wyeliminowanie tężca noworodkowego w krajach rozwijających się. Byłam w Etiopii i Burkina Faso. To było niezwykłe doświadczenie, po którym czuję, że jestem innym człowiekiem. Z jednej strony nabrałam dystansu do rzeczy nieważnych, z drugiej – zaczęłam mocniej doceniać wszystko, co mam, i warunki, w jakich żyję.

Za pierwszym razem w Etiopii przeżyłam poważny kryzys. Odwiedziliśmy szpital, który swoją opieką obejmuje kilka milionów mieszkańców. Pracuje w nim zaledwie kilkunastu lekarzy! Wszędzie unosi się niewyobrażalny fetor, a warunki sanitarne urągają wszelkim zasadom higieny. Kobiety zazwyczaj rodzą w domach, na matach na podłodze, obok zwierząt i ich odchodów. Pępowinę przecinają pierwszym lepszym nożem czy kawałkiem blachy. Nic dziwnego, że tężec zbiera w takich warunkach śmiertelne żniwo. Ale można temu zapobiec, szczepiąc kobiety w ciąży, co automatycznie uodparnia ich nienarodzone dzieci. W Etiopii ludzie żyją w wielkiej biedzie, ale są bogaci w spontaniczność, radość życia, szacunek dla życia i respekt wobec starszych osób. Widziałam, jak mieszkańcy wioski chodzili po radę do chaty starej schorowanej kobiety. Początkowo miałam wątpliwości, czy to moralne, że przyjeżdżam sobie z bezpiecznego, zasobnego kraju i podglądam ludzką biedę. Ale potem pomyślałam, że jeśli dzięki 11 milionom szczepionek, które udało się zgromadzić w tej kampanii, uda się uratować życie konkretnej grupie matek i ich dzieci, to nie ma co się w ogóle zastanawiać.

Afrykańscy mężczyźni często nie pozwalają swoim kobietom się szczepić, obawiając się, że będą one potem bezpłodne, więc kiedy mówiłam, że szczepiłam się i mam pięcioro dzieci, ludzie nabierali zaufania do tej akcji. Dla afrykańskich rodziców posiadanie dzieci jest źródłem szczęścia i sensem życia.

To nie jedyna akcja, której jest pani ambasadorką. Wspomaga pani działania hospicjum Alma Spei z Krakowa i fundację „Wcześniak”.

Jeśli znana twarz może się w jakikolwiek sposób przyczynić do wspomagania dobrej inicjatywy, to należy to wykorzystać. Jestem pełna podziwu i uznania dla młodych wolontariuszy pracujących w Alma Spei. Te dzieciaki są fantastyczne! Nie tylko zajmują się chorymi dziećmi, co pozwala ich rodzicom chociaż przez chwilę złapać oddech, ale również poświęcają swój czas rodzeństwu małych pacjentów, odrabiają z nimi lekcje, bawią się. To bardzo ważne, bo w rodzinach, w których jest ciężko chore dziecko, siłą rzeczy jest mniej czasu dla jego braci czy sióstr.

Fundacji „Wcześniak” sekunduję z całego serca, bo wiem, ile nerwów, strachu i niepokoju przeżywają rodzice wcześniaka, jakiego wysiłku i starania potrzeba, żeby ratować takie dziecko. Sama jestem bezgranicznie wdzięczna wspaniałym lekarzom, którzy walczyli o życie mojego najmłodszego syna.

Wie pani, ja w ogóle jestem zdania, że człowiek ze swojej natury jest bardziej dobry niż zły. Tylko trzeba mu pozwolić to okazać. Powiesiłam w swoim domu tekst „Dezyderaty”, tak pięknie śpiewanej kiedyś przez Piwnicę pod Baranami. Pamięta pani jej zakończenie? „W zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą. Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat. Jest to piękny świat”…

Małgorzata Ostrowska-Królikowska, aktorka telewizyjna i filmowa. Urodzona w 1964 roku w Opolu Lubelskim. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną we Wrocławiu. Grała m.in. w „Rozmowach kontrolowanych”, „Wirusie” czy „Mieście prywatnym”. Od 1997 roku w serialu „Klan” wciela się w rolę Grażynki Lubicz, która przyniosła jej największą popularność i sympatię widzów. Prywatnie żona aktora Pawła Królikowskiego. Mają pięcioro dzieci: Antoniego, Jana, Julię, Marcelinę i Ksawerego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)