1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Elżbieta Cherezińśka: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek. Fot. Dariusz Chereziński
Elżbieta Cherezińśka: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek. Fot. Dariusz Chereziński
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pisząc, wraca do przeszłości, i to odległej. Niedawno skończyła cykl poświęcony Piastom, nad którym pracowała blisko dziewięć lat. Elżbieta Cherezińska, nazywana królową polskiej powieści historycznej, mówi: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek.

Widzę, że za pani plecami trwa remont. To początek czy koniec?
Początek. Od dawna chciałam go zrobić, ale potrzebowałam wszystkich moich kartonów z materiałami źródłowymi. Postanowiłam, że kiedy zamknę cykl, w prezencie zrobię sobie remont gabinetu. Na razie wyniosłam pudła na strych i muszę przyznać, że była to wzruszająca chwila.

Nie dziwię się. Poświęciła pani temu cyklowi mnóstwo czasu.
Niemal dziewięć lat. W tym czasie gabinet zapełniał się książkami, kopiami archiwaliów – mnóstwem papierów, które musiałam mieć pod ręką. Ale cieszę się też, że zamknęłam je w plastikowych pojemnikach także z innego powodu. Nasze koty w pewnym momencie były na mnie tak złe, że nie poświęcałam im czasu, że weszły do gabinetu, między kartony, i nasikały na dwie najważniejsze książki, do których zaglądałam od samego początku cyklu. Suszyłam je na grzejnikach, okadzałam, szukałam kopii w antykwariatach. Ale przynajmniej znam odpowiedź na pytanie, jak pachnie Władysław Łokietek [śmiech].

Wyniosłam ze szkoły przekonanie, że historia to bitwy, wojny i podział ziem. Na szczęście dzisiaj opowiada się o przeszłości w inny sposób. Tak jak pani. To historia od kuchni i od alkowy, obraz codziennego życia.
To się moim zdaniem zaczęło od powieści fantasy, które przez dekady całymi garściami czerpały z entourage’u historycznego, choć brały z niego tylko to, co było potrzebne i wygodne dla autorów, jak kostium, legendy czy wierzenia. Tę wiedzę doskonale wykorzystał Andrzej Sapkowski, przykuwając naszą uwagę słowiańszczyzną. I choć sam Sapkowski bardzo się przed tymi słowiańskimi analogiami wzbrania, uważam, że to on obudził w nas Słowian, a nie Cleo i Donatan [śmiech].

Na spotkaniach poświęconych moim książkom o wikingach na konwentach widziałam tysiące młodych ludzi, którzy wychodzili właśnie ze świata fantasy i zwracali się w stronę historii, bo coś ich w niej urzekło. A już wisienką na torcie była „Gra o tron”. George R.R. Martin obficie czerpał z wiedzy historycznej, tworząc swoją ponadczasową opowieść o walce o władzę. Zawsze się śmieję, że każda powieść historyczna mogłaby nosić tytuł „Gra o tron”, tylko Martin był pierwszy.

A dlaczego zaczęła pani pisać o Piastach, dość nam odległych, a nie o dynastiach późniejszych?
Mieszko, Bolesław i Świętosława to wielka trójca początków państwa polskiego. Fascynująca rodzina! Mamy tu silnego ojca, silnego syna, ale najsilniejsza z nich jest Świętosława, córka i siostra, która miała długie życie, siedziała po kolei na czterech tronach. Zanim Chrobry w 1025 roku się koronował, pierwsza korona królewska spoczęła właśnie na skroniach jego siostry. W Piastach był ogromny potencjał, działali tak, jakby nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Wprowadzili swoją dynastię na arenę europejską z przytupem i na granicy bezczelności. Frapuje mnie ta „energia początku”, energia pierwszych władców. Wolałabym, żebyśmy mniej pamiętali o rozbiorach, a więcej o okresie rozkwitu. Takie opowieści nas budują, a nie te, w których się rozpijamy i rozpadamy. Wałkujemy powstania, rozbiory i romantyzm. A to czas wielkiej narodowej smuty. I jak nas to zbudowało? Dziś uciekamy od historii, kojarzy się nam z czymś nudnym, nie chcemy po raz kolejny przeżywać żałoby.

Kończy pani „Odrodzone królestwo” śmiercią Łokietka, tron przejmuje Kazimierz Wielki – to początek pokoju. Dobre zakończenie na obecne czasy?
Dla mnie historia dzieje się tu i teraz. Proszę zobaczyć, doświadczamy pierwszej wielkiej pandemii, która rozgrywa się na oczach całego świata. Oglądamy ją na żywo, przejmuje nas bardziej niż katastrofa klimatyczna, bo chorujemy my, ludzie, a nie bliżej nieokreślony klimat. Od tylu lat mówiło się o zagładzie, którą sami sobie zgotowaliśmy niezrównoważonym rozwojem. Dzisiaj w końcu widzimy, jak zaniedbaliśmy świat i jak na naszych oczach znów budzą się radykalne ruchy. Ale myślenie, że nasze życie nie ma sensu czy mocy sprawczej, spowoduje, że owszem, nie będzie miało. Nasi królowie toczyli wojny, osobiście z mieczem w ręku stawali na polu bitwy. Łokietek do najważniejszej bitwy życia ruszył po siedemdziesiątce. Nasze zadania są inne, ale ani trochę mniej znaczące. Jeśli nie podejmiemy wyzwań, które świat przed nami postawił, to przegramy tę wojnę, zanim do niej staniemy. Chciałabym dla nas dobrych zakończeń, „żyli długo i szczęśliwie”, dobrze by było, co? Ale nad happy endem trzeba popracować.

Elżbieta Cherezińska: 'Nad happy endem trzeba popracować'Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Pani „Harda” i „Królowa”, czyli dwa tomy poświęcone córce Mieszka I, Świętosławie, wpisują się w nurt herstorii, czyli wypełniania białych plam historii przemilczanymi dotąd biografiami kobiet.
Dedykowałam je wszystkim zapomnianym księżniczkom piastowskim, tym, które w drzewach genealogicznych oznaczano symbolem „n.n.”. To nieprawdopodobne, że żaden kronikarz średniowiecza nie zapisał imienia Świętosławy! Opisywano ją jako córkę Mieszka, siostrę Bolesława, żonę, matkę. A przecież ta kobieta tworzyła historię!

6 kwietnia ukaże się amerykańskie wydanie „Hardej”. Tamtejsza redaktorka powiedziała mi, że dla Amerykanów ta książka jest przede wszystkim opowieścią o kobiecie, która wspięła się wysoko po drabinie, w połowie tej drogi spadła na samo dno, zbudowała nową drabinę i weszła jeszcze wyżej. Każdy z jej mężczyzn zapisał się w historii, ale to ona przeskoczyła ich w doświadczeniu i bogactwie życia.

Kiedy brakuje źródeł, można kształtować bohaterów po swojemu?
Staram się użyć każdego strzępka informacji. Ale pomiędzy tymi strzępkami muszę zbudować wiarygodną osobowość, której uwierzą czytelnicy. Weźmy Łokietka – bałam się, że stworzę takiego chłopa swojaka, a chciałam pokazać, że on był impulsywny, nieobliczalny, nie słuchał doradców. Jednocześnie trwał w wieloletnim związku małżeńskim i szanował swoją żonę, ufał jej. Ale bywa i tak, jak było w przypadku Przemysła II. W ogóle nie czułam go jako bohatera, dopiero jego seksualny skok w bok uwiarygodnił go w moich oczach.

Seks odgrywa ogromną rolę w kontekście władzy, kontroli, to siła napędowa historii.
Nie zapominajmy o tym, że jedną z funkcji królów było przedłużanie dynastii, a te sprawy załatwia się jednak w łóżku. Z tym wiązał się zresztą ogromny stres, czy dziecko urodzi się żywe i zdrowe, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. Śmiertelność noworodków była wtedy ogromna, a i kobiety ryzykowały swoje życie. I nagle Bolesław Wstydliwy i Święta Kinga wyłamali się z tego schematu. Żeby zapewnić ciągłość władzy, a nie musieć uprawiać seksu, adoptowali Leszka Czarnego. W XIII wieku wśród wyższych warstw panował taki trend – uważano, że na świecie jest za dużo ludzi i nie należy płodzić w nieskończoność, tylko zachować czystość. A energię przeznaczyć na służbę Bogu i pracę intelektualną.

Co w pisaniu sprawia pani największą trudność?
W połowie pracy nad taką tysiącstronicową kolubryną przychodzi poczucie przytłoczenia, bo już mam za sobą kilka miesięcy pracy i wiem, jak wiele jeszcze zostało. Paradoksalnie, trzeba w tym momencie zapomnieć o odpoczynku, nie robić sobie wolnego, żeby nie wypaść z „temperatury” akcji. Każde święta, każdy wolny dzień oznacza później dwie godziny pracy więcej, bo muszę znowu wejść w klimat powieści.

Miała pani moment, kiedy ze zmęczenia uznała pani, że rzuca to wszystko?
Jeszcze zanim siądę do pracy, to rzucam wszystko [śmiech]. A poważnie – żeby nie doprowadzić do takiego wybuchu, bo wiem, że jestem do niego zdolna, zaczynam dzień od długiego spaceru brzegiem morza. Wietrzę głowę, patrzę na bezkres nieba, wody i piasku, idę i idę. A potem siadam do biurka i mogę pracować 12 godzin dziennie. Teraz czuję się jak po maturze i mam ochotę skończyć z samotnością w pracy, zrobić coś wspólnie z mężem. Szlifierka, papier ścierny, pędzel, bejce, farby. Uwielbiamy remonty, świetnie jest pracować wspólnie, przypomina nam się, jak razem budowaliśmy ten dom. Teraz z przyjemnością stworzę tu przestrzeń na kolejne opowieści. Mam dwa biurka do pracy, dwa punkty widzenia, a teraz odkryłam, że kiedy przestawię drugi fotel, zamiast dwóch punktów widzenia będę mieć trzy.

Co pomaga w pisaniu oprócz bliskości morza?

Otaczam się drobiazgami, które sprawiają mi przyjemność. Mój mąż jest rzeźbiarzem i zrobił mi w porożu maleńką główkę niedźwiedzia. Bardzo lubię jej dotykać, poroże jest ciepłe, porowate, ma się poczucie kontaktu z siłą zwierzęcia. Jest w tym też trochę szamanizmu. Kiedy piszę, nie spotykam się z przyjaciółmi, to dla mnie zbyt absorbujące. Odbijam sobie dopiero po skończeniu książki, wtedy chcę spotykać się ze wszystkimi i być matką na tysiąc procent, żyć na tysiąc procent. Staram się zachować więcej równowagi w pracy, ale tyle razy książka wygrywała z rodziną, że bardzo się cieszę, iż moi bliscy wciąż to tolerują. Pracuję na piętrze i kiedy schodzę na obiad, często jestem tak zakręcona, jakbym była w innym świecie. W domu mówi się, że „matka zeszła z sufitu”. Pamiętam, jak raz tak zeszłam i chciałam być matką tysiąclecia, więc pytam się dziewczynek: „Jakie macie dziś zajęcia pozagrobowe?”. Akurat umierał mi któryś z bohaterów [śmiech].

Jak to się stało, że właśnie powieści historyczne uznała pani za swój gatunek?
Boski zbieg okoliczności, a tak naprawdę dwa. Prowadziłam spotkania autorskie Szewacha Weissa, wówczas ambasadora Izraela w Polsce. Dużo rozmawialiśmy, opowiadał mi to, czego nie był w stanie powiedzieć ludziom podczas spotkań. Te jego historie fermentowały we mnie, głęboko je przeżywałam, musiałam coś z tym zrobić i po prostu je spisałam. Nie jako relację, ale jako opowiadania, które przenosiły traumatyczną rzeczywistość wojny w oniryczną i symboliczną przestrzeń. To była moja pierwsza książka [„Z jednej strony, z drugiej strony” – przyp. red.]. A kiedy jechałam na spotkanie autorskie Szewacha i moje, w pociągu poznałam pewnego mężczyznę, polskiego Żyda, którego matka była podczas wojny sekretarką Chaima Rumkowskiego w getcie łódzkim. Wiedziałam, że w Polsce nie ukazały się żadne relacje osoby z tak bliskiego otoczenia Rumkowskiego. Kiedy powiedział, że matka zostawiła wspomnienia, że zawsze chciała, by powstała książka… Prawdopodobieństwo, że spotkam w pociągu kogoś, kto powierzy mi materiał o takiej wartości, było mniejsze niż szóstka w Lotto, jak więc to nazwać? Przypadek? Dlatego mówię: boski zbieg okoliczności. Te dwa spotkania uruchomiły moją wyobraźnię i obudziły pasję pisania jako sposób na kreację. Po trudnych emocjonalnie spotkaniach z Holokaustem w pierwszych książkach chciałam opowiadać własne historie. A że prawdziwa historia stała się ich kanwą? Po prostu ją lubię.

Pisać książki historyczne a żyć z nich to dwie różne sprawy.
Po drugiej książce wiedziałam, że chcę pisać i że tego nie da się zrobić w międzyczasie ani tym bardziej po godzinach. Miałam wielu znajomych wśród pisarzy, w końcu przez lata prowadziłam spotkania autorskie. Wiedziałam od nich, jak trudny jest rynek wydawniczy, zwłaszcza dla debiutantów, ale byłam zdeterminowania. Powiedziałam mojemu wydawcy, że musimy negocjować wysokość honorarium, a on usiadł ze mną do rozmów. Dzięki temu mogłam spokojnie napisać książkę, potem kolejną, kolejną i kolejną. To był niesamowity czas. Nie przeżywałam premier książek, bo już pisałam następną, aż w pewnym momencie zorientowałam się, że osiągnęły już sprzedaż uznawaną za bestsellerową. Mój wydawca, Tadeusz Zysk, powiedział mi: „Zapracowałaś na to”. To była prawda, ale bez niego tak by się nie stało. Musiałabym szukać planu B, gdyby parę lat wcześniej nie postawił na mnie. Pisanie może i jest teatrem jednego aktora, ale wydawanie książek to praca zespołowa.

W wolnym czasie czyta pani powieści historyczne?
Lubię książki, których akcja toczy się w entourage’u historycznym, ale opowiadają wymyślone zdarzenia. Chętnie też sięgam po takie książki, jak historia medycyny, ubioru, higieny, odżywiania. Swoją drogą, czy wie pani, skąd się wzięło słowo „rozpasana”?

Nie.
Tak nazywano kobiety, które miały tak wygodne życie, że mogły sobie pozwolić na chodzenie bez pasa. Stać było na to tylko kobiety najbogatsze. Pas, który związywał suknię, był niezbędny, nic się bez niego nie dało w obejściu zrobić. Proszę sobie wyobrazić, jak z taką luźną suknią, niczym nieprzytrzymywaną, nachyla się pani nad ogniem… To pokazuje, ile trudu kiedyś kosztowało życie.

Australijski pisarz Richard Flanagan powiedział mi kiedyś, że każda powieść historyczna opowiada o współczesności, bo opowieści mają być uniwersalne.
Mnie się wydaje, że potrzebujemy nowych mitów na nowe czasy. Więcej, potrzebujemy nie tyle bohaterów, ile bohaterek. Patrzę na Kamalę Harris, Angelę Merkel czy Jacindę Ardern i Sannę Marin, które stworzyły własne wzorce przywództwa. Bo kiedy w przeszłości władczynie i polityczki próbowały rządzić jak mężczyźni, przegrywały. Do historii przechodziły te, które stworzyły własny wzorzec sprawowania władzy, jak Elżbiety I i II. Dlatego z wielką ciekawością obserwuję młode przywódczynie, ale też dojrzałą Angelę Merkel, która rządzi tyle lat i robi to z wielką klasą. Wierzę, że świat stanie się odrobinę lepszy, kiedy ta zmiana pokoleniowa i płciowa nastąpi, a ona już wchodzi w nasze progi.

To znaczy, że kolejną książkę poświęci pani kobiecie?
Moja autorska spiżarnia jest napakowana tematami. Myślę o Bonie Sforzy i Elżbiecie Łokietkównie, obie miały długie okresy panowania. W „Królestwie” Łokietka byli głównie mężczyźni, faktycznie stęskniłam się za bohaterkami. Dobrze byłoby móc przekazać władzę w ręce kobiet. 

„Odrodzone Królestwo”(2020), „Harda” (2016) i „Legion” (2013). Książki ukazały się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. „Odrodzone Królestwo”(2020), „Harda” (2016) i „Legion” (2013). Książki ukazały się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

Elżbieta Cherezińska, rocznik 1972. Mieszka w Kołobrzegu. Z wykształcenia teatrolożka, debiutowała literacką biografią Szewacha Weissa „Z jednej strony, z drugiej strony”. Miejsce w literackiej ekstraklasie zapewniła jej zapoczątkowana w 2012 roku seria, którą zakończył wydany pod koniec 2020 roku tom „Odrodzone królestwo”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.