1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Riley Keough – wnuczka Elvisa Presleya i jej reżyserski debiut

Riley Keough, wnuczka Elvisa Presleya, rocznik 1989. Jako reżyserka zadebiutowała filmem „War Pony”, jako aktorka rozpoznawalność zyskała dzięki rolom w takich filmach, jak: „American Honey”, „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Zola”, a także serialowi „Dziewczyna z doświadczeniem”. Jej mamą jest Lisa Marie Presley, ojcem muzyk Danny Keough. (Fot. Getty Images /Gallo Images)
W sierpniu minęła 45. rocznica śmierci Elvisa. W kinach można oglądać jego filmową biografię, tymczasem jest i inne filmowe wydarzenie dobrze wpisujące się w ten jubileusz. Riley Keough, wnuczkę Presleya, nagrodzono w Cannes za jej reżyserski debiut „War Pony”.

Myślę, że Twój dziadek byłby z Ciebie dumny – Złota Kamera w Cannes za najlepszy debiut reżyserski! Gratulacje.
Dziękuję. I od razu chciałabym podkreślić, że nagroda jest nie tylko dla mnie, ale także dla Giny Gammel, mojej przyjaciółki i producentki, z którą razem ten film wyreżyserowałam. W ogóle chcę zadedykować Złotą Kamerę wielu osobom, które nakręciły ten film wspólnie z nami.

A co dziadka – żałuję, że nigdy nie mogłam go o nic spytać. Nigdy osobiście go nie poznałam, bo zmarł 12 lat przed moim urodzeniem.

Przeczytałam gdzieś, że Elvis nosił w sobie domieszkę krwi Czirokezów, a więc i Ty ją w sobie nosisz. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie w kontekście tematu, który wybrałaś na swój debiutancki film? Dlaczego postanowiłaś zająć się tematem rdzennych Amerykanów mieszkających w rezerwacie Pine Ridge w Dakocie?
Moje własne korzenie nie były tu kluczowe. W 2016 roku wystąpiłam w „American Honey” Andrei Arnold, gdzie miałam do zagrania krótką scenę z Franklinem Sioux Bobem i Billem Reddym, dwoma młodymi mężczyznami z plemienia Lakota, zwanym też Siuksami lub Dakotami, z Pine Ridge. Żaden z nich nie miał doświadczenia aktorskiego. Czekanie na wejście na plan się przedłużało, więc utknęliśmy razem w motelu na kilka godzin. Ktoś przyniósł piwo, zaczęliśmy rozmawiać, szybko się zaprzyjaźniliśmy. To spotkanie otworzyło mi oczy na świat, jakiego nie znałam. A raczej znałam, ale nigdy od strony samych rdzennych mieszkańców rezerwatu. Uświadomiłam sobie, że ich doświadczenia nie są dostatecznie reprezentowane w kinie amerykańskim. Miałam i mam nadzieję, że filmem „War Pony” możemy pomóc w opowiedzeniu historii Reddy’ego i Boba.

Jak to jest dziś być młodą osobą mieszkającą w rezerwacie?
Większość filmów na temat życia w rezerwatach, kręconych współcześnie, koncentruje się na biedzie, braku perspektyw, patologiach z perspektywy białego człowieka. I oczywiście trudno polemizować z tym, że Pine Ridge to najbiedniejsze hrabstwo Stanów Zjednoczonych, że 70 proc. dzieci nie kończy tu szkoły średniej, stopa bezrobocia waha się w granicach 80–85 proc., a wskaźnik samobójstw wśród nieletnich jest nieporównywalnie wyższy niż średnia w USA.

Mnie bardzo zależało na tym, żeby przez pokazanie moich dwóch bohaterów opowiadać historie, które od nich usłyszałam, ich własne. To jakby kręcić ten film od środka, pozwolić, żeby mieszkańcy rezerwatu częściowo przejęli nad nim kontrolę, żeby poczuli się nie tylko bohaterami obrazu, lecz także jego twórcami. Dzięki temu udało się pokazać nieco inną perspektywę tej rzeczywistości, nie tak do końca pesymistyczną. Opowieść o dorastaniu skupia się na dwóch chłopakach, którzy próbują przezwyciężyć swój los i wyrwać się z biedy: 23-letniemu Billowi udaje się przetrwać dzięki podejmowaniu dorywczych prac i marzeniom o lepszym życiu; także 12-letni Matho, choć pozostawiony samemu sobie przez zajętego narkotykowym biznesem ojca, nie traci wiary w to, że można pokonać brak wsparcia ze strony rodziny.

„War Pony” kręcono przez siedem lat w rezerwacie Pine Ridge z udziałem jego mieszkańców. (Fot. Forum)

Kręciliście aż siedem lat. Co było największym wyzwaniem?
Chyba zdobycie zaufania tej społeczności. Bardzo zależało nam na zachowaniu autentyczności naszych postaci, uchwyceniu codziennego życia w rezerwacie, kręceniu na ulicach, na których mieszkali aktorzy. Tak, to było karkołomne zadanie zapanować nad wielką grupą nieprofesjonalnych aktorów, którzy przecież byli u siebie, w swoim naturalnym środowisku. Zdarzało się, że ktoś po prostu wychodził z kadru, bo nagle przypomniał sobie, że musi coś załatwić obok, w domu [śmiech].

Mimo Twoich koneksji rodzinnych nie było chyba łatwo taki film sfinansować?
O tak, to było jak bitwa, pole walki. No cóż… świat producencki wciąż jest zdominowany przez białych zamożnych mężczyzn w średnim wieku. Jako debiutująca reżyserka filmu fabularnego spotkałam się ze sporą nieufnością wobec kobiet na stanowiskach kierowniczych.

Dlaczego w ogóle zaczęłaś przygodę z reżyserią? Twoja aktorska kariera rozwijała się dobrze, odnosiłaś też sukcesy jako modelka.
Już zanim zaczęłam grać i uprawiać modeling, wiedziałam, że to nie będzie moja jedyna aktywność. Od dziecka interesowało mnie, jak to się robi, co się dzieje po drugiej stronie kamery, jak się pisze scenariusze i reżyseruje. Nie ciągnęło mnie do Hollywood, kiedy byłam dzieckiem i nastolatką, więc miałam czas na w miarę normalne dzieciństwo i dojrzewanie. Oczywiście z czasem zaczęłam grać w filmach, ale już jako starsza dziewczyna. Teraz w pełni przejmuję kontrolę nad swoją karierą i wszystko wydaje się dobrze układać.

To, że jesteś wnuczką Elvisa, postrzegasz jako ułatwienie czy raczej obciążenie?
Moja mama dobrze wiedziała, z czym wiążą się życie na świeczniku, popularność i nieustające bycie w centrum zainteresowania opinii publicznej. Ja od dzieciństwa czułam, że jestem uprzywilejowana, i byłam jednym z tych dzieciaków, które myślały, że gdyby chciały, mogłyby zostać w przyszłości na przykład premierem Anglii. A potem zaczęłam grać w filmach i to mnie bardzo zmieniło. Zdałam sobie sprawę z wielu ograniczeń, istnienia czegoś takiego jak kompromisy. Nauczyłam się negocjować i przekonywać innych do swoich pomysłów. Może po prostu dorosłam? Bycie spokrewnioną z Elvisem dawało mi z początku poczucie, że mogę więcej niż inni. Dopiero potem zrozumiałam, że to bywa bardzo zwodnicze i że muszę żyć swoim życiem, realizować własne cele, aby odciąć się od etykiety wnuczki Króla.

Nagroda w Cannes Ci w tym pomogła?
Tak! Staram się iść swoją drogą i cieszę się, że zostało to zauważone.

W Cannes premierę miał też film – w reżyserii Baza Luhrmanna – który jest rodzajem hołdu dla Twojego dziadka. Byłaś na jego premierowym pokazie.
Tak, z mamą i babcią, i jestem zaszczycona, że Luhrmann zrealizował „Elvisa”, zwłaszcza że jego „Moulin Rouge” zainspirowało mnie w ogóle do robienia filmów. Niesamowicie się też złożyło, że właśnie teraz na jednym festiwalu pokazane zostały i „Elvis”, i mój debiut. Można powiedzieć, że to dwie różne wizje kina amerykańskiego. Popłakałam się na tym pokazie. To było bardzo emocjonalne przeżycie.

Od lewej: Riley Keough z Lisą Marie i Priscillą Presley na premierze „Elvisa”, plakat filmu (Fot. East News, materiały prasowe)

Nie chciałaś zagrać u Luhrmanna?
Nie dostałam takiej propozycji, a nawet gdyby tak się stało, na pewno bym z niej nie skorzystała. To dla mnie zbyt osobisty temat, nie miałabym do niego dystansu. Natomiast faktycznie Luhrmann konsultował się z nami, członkami rodziny Presleyów, przed nakręceniem filmu. Pokazał nam scenariusz i ostatecznie uzyskał twórczą kontrolę nad tym projektem. Tak więc moja obecność na planie nie wchodziła w grę nie dlatego, że nie ufałam Bazowi, ale dlatego, że w ten sposób chciałam chronić prywatność pozostałych członków naszej rodziny.

Słuchasz czasem muzyki dziadka?
Nie w obecności babci i mamy – dla nich jego muzyka to ogromne emocje. Także te związane z traumatycznymi przeżyciami małżeńskimi babci, śmiercią dziadka i smutnym dorastaniem mamy w blasku fleszy. Natomiast kiedy jestem sama, lubię posłuchać kilku piosenek. Zawsze mnie wzruszają.

A jakie znaczenie ma to, że nie nosisz nazwiska Presley?
Myślę, że inne nazwisko ułatwiło mi dorastanie. Nie było mi tak ciężko, jak mojej mamie czy babci. Jednocześnie mam poczucie, że pamięć Elvisa została uszanowana – w domu nigdy nie mówiło się o nim jako o megagwieździe, tylko jak o dziadku, ojcu, mężu. Dlatego choć regularnie odwiedzaliśmy Graceland [otwarta dla turystów dawna posiadłość Elvisa Presleya – przyp. red.], nigdy mnie to w żaden sposób nie stresowało. Lubiłam tam chodzić na spacery. To piękne, pełne zieleni i śpiewu ptaków miejsce. Duch Elvisa wciąż tam jest.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze