1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji – manifest solidarności z artystami, ofiarami reżimów i prześladowań

Członkini jury Orizzonti Laura Bispuri, członkini jury Audrey Diwan, przewodnicząca jury Julianne Moore, przewodnicząca jury Orizzonti Isabel Coixet i reżyserka Sally Potter dołączyły do aktywistów z ICFR (International Coalition Filmmakers at Risk), aby zademonstrować swoje wsparcie dla filmowców, którzy byli aresztowani lub więzieni w ciągu ostatniego roku. (Fot. Victor Boyko/Getty Images)
9 września, w dniu światowej premiery filmu Panahiego „No Bears” w Wenecji, festiwal zorganizował „flash mob” na czerwonym dywanie, aby zademonstrować swoje wsparcie dla filmowców, którzy byli aresztowani lub więzieni w ciągu ostatniego roku.

Jafar Panahi, kluczowa postać Nowej Fali kina irańskiego oraz najbardziej rozpoznawalny reżyser tego nurtu obok Abbasa Kiarostamiego i Asghara Farhadiego, laureat głównych nagród na festiwalach filmowych w Berlinie, Wenecji, Locarno oraz Valladolid – nadal ma kłopoty z władzą w swoim kraju. Chociaż jego najnowszy film „No Bears”, który pokazuje dwie równolegle historie miłosne z parami kochanków dręczonych przez siłę przesądów (symboliczne tytułowe niedźwiedzie) i mechanizmy władzy – trafił ostatecznie do konkursu na Festiwalu Filmowym w Wenecji.

To czwarty film Panahiego realizowany w zamknięciu z konieczności – autotematyczny o filmie w filmie i kulisach jego powstawania, ale i o wielkiej, w tym wypadku niestety destrukcyjnej, niekontrolowanej sile filmowego medium. Sam reżyser został aresztowany w Teheranie w lipcu tego roku i obecnie odbywa karę sześciu lat więzienia. Jednak udało mu się ze swojej celi więziennej wysłać list do Wenecji. Dyrektor festiwalu Alberto Barbara odczytał go podczas panelu zatytułowanego „Filmmakers Under Attack”.

„Jesteśmy filmowcami, dla nas życie to tworzenie” – napisał Panahi. „Praca, którą wykonujemy, nie jest na zlecenie. Dlatego niektóre z naszych rządów postrzegają nas jako przestępców. Wielu filmowcom zabroniono kręcenia filmów, innych zmuszono do emigracji lub izolowano. A jednak nadzieja na ponowne tworzenie nadaje sens naszemu życiu w tych opresyjnych warunkach.

Panahi jest trzecim irańskim filmowcem, który został aresztowany w kraju w niecały tydzień, ponieważ władze zamknęły także Mohammada Rasoulofa, reżysera zdobywcy berlińskiego Złotego Niedźwiedzia za film „Zło nie istnieje”, i Mostafę Aleahmada – twórcę filmu „Poosteh”. Panahi został aresztowany po tym, jak protestował przeciwko aresztowaniu Rasoulofa i Aleahmada. Na konferencji prasowej po pokazie „No Bears” aktor Reza Heydari zapewnił, ze reżyser nie tylko nie skorzystał z prawa łaski, ale razem ze swoimi prawnikami zamierza doprowadzić do procesu, pozywając władze o uniemożliwianie mu pracy. Potwierdził to także dyrektor festiwalu Alberto Barbera, dodając, że bezkompromisowość Panahiego budzi wielki szacunek, ale zarazem poważne obawy o jego los.

Producent filmu „Zło nie istnieje” Kaveh Farnam, przemawiając na panelu w Wenecji, szczegółowo omówił szczegóły aresztowań, nazywając ostatnie represje rządu „wielkim atakiem na niezależne kino irańskie, na filmowców i na wszystko, co nie jest w 100 procentach jednoznaczne z ideologią rządu”. Zdaniem Farnama kręcenie filmów w Iranie nie jest prawem, to przywilej. Tymczasem rząd daje przywilej tym, którzy prowadzą propagandę lub prezentują pozytywnie fałszywy obraz kraju.

Co symptomatyczne, to nie pierwszy raz, gdy Panahi ma na pieńku z władzami Iranu. W 2010 roku reżyser został skazany na sześcioletnią karę więzienia oraz na ponad dwudziestoletni zakaz realizacji filmów. Mężczyzna miał ponadto zakaz podróżowania i występowania w mediach. Powodem ukarania miało być uprawianie „propagandy antyrządowej”, związane z czynnym udziałem twórcy w protestach antyrządowych po wyborach prezydenckich z 2009 roku, gdy na drugą kadencję wybrano konserwatystę Mahmuda Ahmadineżada. Co jednak znaczące – twórca nie zastosował się do tych zasad i nadal tworzył produkcje filmowe w ukryciu. W 2015 roku jego film „Taxi-Teheran”, nakręcony z ukrycia w taksówce i prezentujący rozmowy reżysera z różnymi pasażerami jego samochodu na temat polityki i bieżących wydarzeń, zdobył główną nagrodę na festiwalu w Berlinie.

Zapytany to, czy pokaz filmu na festiwalu w Wenecji pomaga w jego dystrybucji w Iranie, Vahid Jalilvand, którego „Beyond the Wall” także znalazł się w tegorocznym konkursie, oświadczył, że to zależy od tematu i od tego, czy niesie on treści polityczne, czy nie. Historia ociemniałego i samotnego mężczyzny, w którego życie wkracza szukająca zaginionego dziecka kobieta także nie uzyskała zgody władz w Teheranie na pokaz na Lido.

Nie tylko sytuacja w Iranie niepokoi międzynarodowe środowisko filmowe. Podczas weneckiego panelu omawiano także prześladowania filmowców w kilku innych krajach, m.in. w Turcji, Egipcie i Birmie. W jednym z najbardziej absurdalnych przypadków działania cenzury turecki filmowiec Cigdem Mater został wtrącony do więzienia nie za nakręcenie filmu, ale „za przemyślenie” nakręcenia filmu na zakazany temat. Niestety podczas panelu nie wspomniano o Chinach, gdzie komunistyczni przywódcy nagminnie karzą niepokornych filmowców.

Zaskakująca jest w tym roku w Wenecji nieobecność chińskiego kina, zwłaszcza gdy pamięta się, że kino azjatyckie było oczkiem w głowie poprzedniego dyrektora tej imprezy – Marca Müllera. Obecny dyrektor Alberto Barbera tłumaczy to nie tylko pandemią, ale przede wszystkim działaniami cenzorskimi rządów Państwa Środka. Niechcianym ideologicznie filmowcom uniemożliwia się uzyskanie niezbędnych budżetów na produkcję i dystrybucję. Chiński rząd wywiera nadmierną presję, aby powstrzymać niektórych reżyserów od pracy i zapobiec rozpowszechnianiu ich filmów, zwłaszcza za granicą. Z drugiej strony filmowy festiwal w Wenecji jak ognia unika słowa „Tajwan”, zastępując go nazwą stolicy kraju – „Tajpej”. W oficjalnej selekcji tegorocznej odsłony festiwalu znalazły się trzy nowe filmy krótkometrażowe z Tajpeju.

Już w zeszłym roku organizatorzy festiwalu byli naciskani przez Chiny, aby nie używali słowa „Tajwan” w swoim programie. Jedną z premier festiwalu w zeszłym roku była produkcja „Diuna”, sfinansowana przez należący do Chin „Legendary Pictures”. W tym roku w oficjalnej selekcji festiwalu nie ma długometrażowych chińskich tytułów. Nikomu jednak z organizatorów weneckiego festiwalu nie przeszkodziło oprotestowane przez południowokoreańskie środowiska filmowe ogłoszenie światowej premiery na Lido ostatniego filmu zmarłego w 2020 roku Kim Ki-duka pt: „Call of God”. Film realizowany w Kirgizjii został ukończony po śmierci reżysera przez jego przyjaciół i współpracowników I nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak związki Kim Ki-duka z Wenecją są bardzo głębokie i wieloletnie. Tutaj nagodzony został Srebrnym Lwem za „Pusty dom”, a w 2012 roku Złotym Lwem weneckim za „Pietę”. Jest jednak jedno „ale”. Protesty dotyczą oskarżenia Kima o molestowanie seksualne kobiet, do których on sam nigdy się nie przyznał.

Vanja Kaludjercic, dyrektorka Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Rotterdamie i jedna z założycielek Międzynarodowego Komisarza ds. Filmowców Zagrożonych (ICFR), stwierdziła, że ​​globalna społeczność filmowa musi „wywołać bardzo głośny alarm” o „dramatycznym wzroście” aktywności cenzorskiej i aresztowaniach niepokornych wobec władz twórców. ICFR do tej pory zebrało 420 000 euro na pomoc filmowcom w Ukrainie. Około 400 reżyserów otrzymało mikrodotacje w wysokości 500–1500 euro każdy. W Afganistanie ICFR ma na celu pomóc 800 zagrożonym twórcom. W tej chwili dzięki jej wsparciu udało się wydostać z Afganistanu około 60 procent filmowców tej grupy i umieścić ich w bezpiecznym miejscu.

„Flash mob” na czerwonym dywanie

9 września, w dniu światowej premiery filmu Panahiego „No Bears” w Wenecji, festiwal zorganizował „flash mob” na czerwonym dywanie, aby zademonstrować swoje wsparcie dla filmowców, którzy byli aresztowani lub więzieni w ciągu ostatniego roku. Reżyserzy, aktorzy i inni uczestniczący w 79. festiwalu w Wenecji manifestowali swoją solidarność z artystami, ofiarami reżimów i prześladowań. Dotyczy to także Ukrainy. Zresztą akcenty wsparcia dla walczącej Ukrainy widoczne były przez cały czas trwania festiwalu i w okolicznościach czasem dość nietypowych. Catherine Deneuve, chociaż unikała komentarzy, pojawiła się na konferencji prasowej w niebieskiej bluzie i przypiętą do niej niebiesko-żółtą flagą. Jeszcze dalej poszła Tilda Swinton. Na spotkanie z dziennikarzami po filmie „Ethernal Daughter” zafarbowała włosy na… cytrynową żółć. W połączeniu z błękitną koszulą kolory ułożyły się w ukraińska flagę (niebieski oznacza tam niebo, a żółty pole zboża).

– Z dumą noszę flagę Ukrainy – oświadczyła Tilda. Widać aktorka poważnie potraktowała słowa prezydenta Ukrainy Wołodymira Zelenskiego, który – podobnie jak wcześniej na otwarcie festiwalu w Cannes – poprosił zdalnie przedstawicieli przemysłu filmowego o protest wobec wojny także na Lido.

Prześladowania niepokornych, bezkompromisowych artystów kina to nie tylko domena egzotycznych reżimów. Najbardziej spektakularnym ich przykładem w naszej części świata jest „odyseja” Olega Sentsova, filmowca ukraińskiego. W 2014 roku został bezprawnie uwieziony w Rosji i skazany na 20 lat kolonii karnej za walkę z reżimem Putina i protest przeciw aneksji Krymu. Dziś Oleg walczy na froncie, jest żołnierzem i prosi o wsparcie dla Ukrainy.

Oleg Sencow trafił do obozów na Syberii. W 2017 roku został przeniesiony z kolonii karnej we wschodniej Jakucji. Ludzie kina, artyści upominali się o niego od początku, od chwili jego aresztowania. Podczas wielkich festiwali filmowych, podczas kolejnych spotkań Europejskiej Akademii Filmowej. Powstał nawet film dokumentalny „Uwolnić Olega Sencowa”, współprodukowany przez polską firmę Message Film. Władimir Putin nie zgadzał się na ułaskawienie, choć był też o nie proszony przez część środowiska filmowego Rosji. Ostatecznie Sencow wyszedł na wolność w 2019 roku, podczas wymiany więźniów. Jeszcze w trakcie pobytu w łagrze przy pomocy przyjaciół zrealizował film „Numery” o mechanizmach dyktatury i rewolucji. W ubiegłym roku pokazał „Nosorożca” – opowieść o młodym mężczyźnie, który trafia do przestępczego świata. Oba filmy były współprodukowane przez Apple Film Production Dariusza Jabłońskiego.

Wenecja nie pozostaje obojętna na tragedię Ukrainy. 8 września był „dniem ukraińskim”. Z udziałem m.in. ambasadora Ukrainy we Włoszech Jaroslawa Melnyka zorganizowano panel poświęcony kinu ukraińskiemu w czasie wojny, możliwościom koprodukcyjnego wsparcia, prezentacji nowych ukraińskich projektów filmowych. Wydarzeniami stały się: film dokumentujący realia wojny w Ukrainie „Freedom on Fire: Ukraine’s Fight for Freedom” w reż. Evgeny’ego Afineevsky'ego oraz dokument Siergieja Łoznicy „The Kiev Trial” – zapis procesu niemieckich zbrodniarzy wojennych w Kijowie w 1946 roku, którzy dopuścili się okrucieństw na terytorium Ukrainy w czasie II wojny światowej.

– Nie sądziłem, że Ukraina znowu stanie się polem bitwy, a niewinni cywile zostaną poddani brutalnej przemocy, kiedy rozpoczynałem prace nad tym filmem – powiedział w Wenecji reżyser, którego dokument niespodziewanie i boleśnie zyskał na aktualności.

Tegoroczna edycja weneckiego festiwalu dobitnie podkreśliła, że nie jest to wydarzenie, które żyje wyłącznie w bance olśniewających kreacji i czerwonych dywanów, choć oczywiście to także część święta kina, ale impreza jako całość nie odrywa się od rzeczywistości.

– Festiwal jest oknem otwartym na świat – zapewnił Alberto Barbera. – Widzimy z niego rzeczy, których wolelibyśmy nie oglądać. Takie jak napaść Rosji na Ukrainę, która zmuszona jest bronić nie tylko siebie, ale także świata europejskich wartości.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze