1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Nord” Kapeli Ze Wsi Warszawa - recenzja

„Nord” Kapeli Ze Wsi Warszawa - recenzja

fot. materiały prasowe Wydawnictwo Karrot Komando
fot. materiały prasowe Wydawnictwo Karrot Komando
Kapela ze Wsi Warszawa wciąż czaruje nas dźwiękami z czasów bardzo dawnych. Ale to wszystko nasze dźwięki.

Najpierw było o nich głośno za granicą, a dopiero potem w Polsce. Właściwie można powiedzieć, że wprost z małych, zadymionych scen podłych mazowieckich klubów trafili na salony za oceanem. Wielu już próbowało, a udało się to im – najbardziej chyba polskiej z grup. Nie tylko zresztą z nazwy. Przestawianie Kapeli ze Wsi Warszawa jako grupy folkowej jest trochę jak pisanie o Maradonie jako wielkim piłkarzu. Dlatego darumy sobie te ukłony.

Kapela istnieje już 15 lat. To wystarczająco długi czas, by instrumenty zdążyły wybrzmieć, a członkowie zespołu rozeszli się w swoje strony. Ale nie w tym przypadku. KZWW – lub jak kto woli Warsaw Village Band - okrągłą rocznicę postanowiła uczcić 6. już w dorobku albumem.

„Nord” to poszukiwanie inspiracji na zimnej, skandynawskiej północy. To zresztą nic nowego – choć dalekie, bo przez Bałtyk, to jednak polsko-szwedzkie sąsiedztwo wymuszało na przestrzeni wieków przenikanie się kultury słowiańskiej i skandynawskiej. Czasem działo się to za sprawą miecza, innym razem lutni. Tutaj instrumentów jest wiele: oprócz cymbałów, skrzypiec, liry korbowej, mamy też te o bardziej tajemniczo brzmiących nazwach: baraban, moraharpa, mandora, flugelhorn... I choć wśród członków zespołu nie ma już Mai Kleszcz, to jednak skoczne, żywiołowe utwory na ogół nie tracą nic z przebojowości swoich poprzedników. Weźmy choćby takie „Musiałaś ty dziewce”, łączące klasyczne etnobrzmienie z uwspółcześnionymi przepisami na muzykę trochę bardziej popularną. Z drugiej strony jest jednak „Kołysanka konopna”, o której najlepiej powiedzieć, że jest po prostu kołysanką.

„Nord” to bardzo smutna płyta, pełna wokalnych popisów a capella, dołujących chórków, melancholijnych brzmień ludowych. Ale północ to przecież zima, inaczej więc być nie mogło.

Kapela ze Wsi Warszawa, „Nord”, wyd. Karrot Kommando

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.

  1. Retro

Elisabeth Kübler-Ross – pionierka psychiatrii

Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dała głos niewysłuchanym. Elisabeth Kübler-Ross, jedna z największych pionierek psychiatrii naszych czasów, mogła leczyć rolników na szwajcarskiej wsi. Zamiast tego postanowiła zmienić świat i oswoić śmierć.

Nauka nie jest dla kobiet. Brat pójdzie na studia, ale ty? Wystarczy, że umiesz pisać i liczyć” – Ernst Kübler miał dość problemów na głowie, żeby przejmować się wybujałymi ambicjami córki. Elisabeth zawsze chciała być inna niż jej dwie siostry, Eva i Erika. Środkowa z trojaczków, robiła matce awantury, kiedy ta z oszczędności chciała ubierać dziewczynki w jednakowe ubrania. A teraz ten pomysł z medycyną? Chyba zwariowała.

Küblerowie byli nieugięci. Trwa wojna, do neutralnej Szwajcarii z całej Europy zjeżdżają ludzie za chlebem i schronieniem, a tego nie wystarczy dla wszystkich. Elisabeth, tak jak jej siostry, pójdzie po podstawówce do pracy: na służbę do bogatej pani. Nauczy się tego, czego trzeba do bycia żoną i matką. Słyszy bez przerwy, że dzięki poświęceniu i ciężkiej pracy każdy może trafić do Królestwa Niebieskiego. Tylko że Królestwo Niebieskie było dla Elisabeth podejrzane. W jej szkole dzieci pastora przychodziły na lekcje głodne i pobite. Kiedyś podzieliła się z jednym chlebem – wrócił dzień później z podbitym przez ojca okiem. Bo żebrał od obcych.

Zapamiętaj tę nazwę

Rok na służbie to i tak za długo: za oknami działa się historia, świat zmieniał się z dnia na dzień. W szpitalu zawsze potrzebują rąk do pracy. Elisabeth będzie sprzątać, podawać posiłki, prać. Cokolwiek, byle być bliżej lekarzy i pacjentów. Bystrą 14-latkę szybko awansowano na asystentkę w szpitalnym laboratorium, ktoś wreszcie docenił jej dobre stopnie z biologii i chemii. Nie rozumiała tylko jednego: dlaczego w najdalszym skrzydle szpitala, tym, gdzie leżeli umierający i syfilitycy, rzadko kiedy bywa ktoś z personelu? Panna Kübler znała tam każdego chorego. Przesiadywała z nimi po pracy, rozmawiała, pisała za nich listy. Widziała już kiedyś umierających ludzi, gdy leżała w szpitalu na zapalenie płuc, obok niej zmarło dziecko. Spokojnie, we śnie. Inne odeszło w męczarniach zapalenia opon mózgowych, więc śmierć była ukojeniem. Gdy sąsiad jej rodziców złamał sobie kark, spadając z drabiny, zdążył jeszcze pożegnać się z całą rodziną. Śmierć – normalna rzecz. Czy tylko w tym szpitalu bano się terminalnie chorych? A może to lawina wojennych strat sprawiła, że nikt już nie miał czasu dla odchodzących? Oddziały pękały w szwach. Wygłodzeni, odwodnieni i zawszeni uchodźcy wojenni opowiadali straszne rzeczy. „W Polsce Niemcy zbudowali obozy. Cała moja rodzina zginęła w komorach gazowych. Zapamiętaj tę nazwę: Majdanek” – powiedział jej pewnego dnia nowy lekarz. Kiedy zaraz po zakończeniu wojny szukano ochotników do Międzynarodowego Wolontariatu dla Pokoju, nie wahała się ani chwili. W Majdanku, który odwiedziła trzy lata po wojnie, straszyły puste baraki. Choć od wyłączenia kominów minęło już trochę czasu, w krematorium wciąż unosił się słodkawy smród. Na ścianach szop, w których kobiety i dzieci czekały na swój los, zobaczyła setki narysowanych przez nie motyli. Frywolność życia w obliczu zagłady.

Choroba narodowa

Nie było lekko, ale uparła się: w dzień praca w szpitalu, wieczorem i w weekend – wymarzona szkoła medyczna w Zurychu. Ojciec, zamiast ją teraz chwalić, mógłby przyznać, że przez swoje skostniałe poglądy i nieustępliwość zabrał córce mnóstwo czasu. Jako 25-latka była jedną z najstarszych studentek na roku. Kiedy zrobi dyplom, będzie starą babą!

Za to na szwajcarskiej wsi „starsza” pani doktor jest milej widziana niż jakaś smarkula: Elisabeth z radością przyjmuje pierwszą posadę lekarza rodzinnego. Jest już wtedy mężatką, wyszła za mąż za kolegę ze studiów, Amerykanina Emanuela Rossa. Życie upływa im w rytmie kaszelków, złamanych kończyn, gryp i ciąż jej pacjentów. Szkoda tylko, że sama Elisabeth ma wrażenie, że to prawdziwe, ciekawe jest gdzie indziej.

Od Nowego Jorku zakręciło się jej w głowie. Emanuel chciał wracać do ojczyzny, a dobra, szwajcarska żona zawsze robi to, czego chce jej mąż. Tak sobie żartowali. Dobrze było pracować razem jako stażyści w szpitalu na Long Island – śmiali się, że on może mieć ją na oku.

„Jest pani w ciąży, więc, niestety, nie możemy oferować pani rezydentury na pediatrii” – usłyszała pod koniec stażu. Wtedy po raz pierwszy zabrakło jej poczucia humoru. W Szpitalu Stanowym na Manhattanie nikt nie miał nic przeciwko ciężarnej lekarce na psychiatrii, ale atmosfera też nie sprzyjała żartom. Trudno było nie zauważyć, że im bliżej śmierci byli pacjenci, tym lekarze bardziej się od nich dystansowali. Żaden nie towarzyszył chorym w ostatnich chwilach. „Od tego mamy pielęgniarki” – słyszała wielokrotnie. Doświadczenia Kübler-Ross z wojennej Europy były nie do przecenienia: jako jedyna potrafiła rozmawiać z pacjentami o ich strachu i samotności. Kultura zaprzeczania i unikania tematu śmierci, praktykowana i przez personel medyczny, i przez bliskich, tylko ten lęk potęgowała. W chwilach, gdy ludzie najbardziej potrzebowali empatii i zrozumienia, dostawali od rodziny i lekarzy sztuczną obojętność lub źle udawany optymizm. Nie był to bynajmniej tylko nowojorski zwyczaj: w Denver, do którego Rossowie przenieśli się już z synem i córką, było tak samo. Podobnie w Chicago – ich kolejnym domu. W Ameryce nikt nie chciał o śmierci ani mówić, ani jej zauważyć. „To narodowa choroba. Poważniejsza niż cokolwiek, co widziałam na oddziałach dla schizofreników” – stwierdziła Elisabeth.

Boicie się mnie?

Chłopak w pierwszej ławce żuł gumę, ktoś z tyłu gadał, ktoś położył nogi na pulpicie. Studenci najwyraźniej mieli ją w nosie. Chora ze zdenerwowania doktor Kübler-Ross przygotowywała się do tego wykładu od tygodnia: jej przełożony poprosił ją o zastępstwo. Mogła mówić, o czym chciała, ale wybrała wykład o śmierci. Z wysiłkiem dobrnęła do końca notatek. Kiedy na salę pielęgniarz wwiózł na wózku inwalidzkim 16-letnią, bladą dziewczynę, zebrani zamarli. Elisabeth i umierająca na białaczkę Linda uknuły spisek: skoro nikt nie mówi studentom, jak mają się zachować przy terminalnie chorych, to trzeba im dać okazję do tego, żeby zadali komuś takiemu kilka pytań. „Jakie są pani wyniki badań krwi?”, „Czy ma pani powiększoną wątrobę?” – padały nieśmiałe pomruki z audytorium. Linda straciła cierpliwość. „Tylko o tym myślicie? O testach? Nikt z was nie myśli o mnie jako o człowieku! Chowacie się za tabelkami i wykresami, żeby nie musieć na mnie patrzeć. Ja, choć jestem od was młodsza, umieram. Nigdy nie pójdę do college’u, nie pójdę na randkę, nie urodzę dzieci. Nikt z was nie pyta o to, co czuję i myślę. Dopóki dr Ross nie zaczęła do mnie przychodzić, w tym szpitalu jedyną osobą do rozmowy była niepiśmienna sprzątaczka. Wy nie mówicie do mnie, tylko o mnie. Mówicie na mnie: »ona«, jakby mnie tu nie było. Boicie się mnie? Jestem zaraźliwa? Zarażę was śmiercią, jak podejdziecie za blisko?”.

Linda mówiła tak długo, na ile starczyło jej sił. O tym, że jej matka zmienia temat, gdy córka chce porozmawiać o odchodzeniu. Że ojciec dał ogłoszenie w gazecie, aby obcy ludzie przysłali jej kartki z życzeniami na 16. urodziny. Że nikt nie chce po prostu z nią być, żeby się nie bała. Studenci słuchali w milczeniu. Ktoś płakał. Nie było pytań. Przez następne pięć lat Elisabeth prowadziła swoje wykłady właśnie w taki sposób. Nie narzekała na brak chętnych chorych: do udziału zgłosiły się setki. W audytorium obok studentów medycyny i teologii zasiadali księża, rabini, pielęgniarki, paramedycy, socjologowie i psychoterapeuci. Niewielu lekarzy. „To, co robi na swoich wykładach doktor Ross, jest zbędne i pozbawione dobrego smaku. Wykorzystuje swoich pacjentów” – twierdziło środowisko medyczne. Wykłady zawieszono do odwołania.

Rozmowy o śmierci

Napisanie tej książki zajęło jej zaledwie dwa miesiące. Wydane w 1969 roku „Rozmowy o śmierci i umieraniu” powstały z jej rozmów z pacjentami, wykładów i notatek z lat pracy. „To dokładnie taka książka, jakiej szukałam w bibliotece, przygotowując się do tamtego pierwszego wykładu. Tylko wtedy nikt jej jeszcze nie napisał” – powiedziała w którymś z wywiadów. Do dziś „Rozmowy...” uznawane są za jedną z obowiązkowych pozycji, jaką powinien przeczytać każdy student medycyny i psychologii. Poleca się ją jako lekturę w szkołach pielęgniarskich, na studiach teologicznych i socjologicznych. Elisabeth opisała w niej pięć etapów żałoby – znanych dziś jako psychologiczny model Kübler-Ross. Są to stadia, przez które przechodzi każdy umierający: zaprzeczenie („nic mi nie jest”, „to nie może się przytrafiać właśnie mnie”), gniew („dlaczego ja?; to niesprawiedliwe!”), targowanie się („jeśli mi się poprawi, oddam pieniądze na biedne dzieci”), depresja („i tak umieram, nic już nie ma sensu”) i akceptacja. Etapy te dotyczą zarówno tych, którzy umierają, jak i tych, którzy przeżywają żałobę po stracie bliskich. Każdy przechodzi je we własny sposób i w różnej kolejności.

Na wykłady Elisabeth waliły tłumy, książka znikała z półek nawet po licznych dodrukach. Elisabeth zawzięcie propagowała ideę hospicjów i medycyny paliatywnej. Na ranczo w Kalifornii założyła Dom Pokoju – Shanti Nilaya – ośrodek dla umierających i ich rodzin. Wybrała jednak kiepskiego sąsiada. Jay Barham, założyciel sekty Kościół Aspektu Boskości (Church of the Facet of Divinity), przekonał ją, że to, co podejrzewała od dawna, jest prawdą: życie po śmierci istnieje, możemy rozmawiać z duchami, a istnienie jest tylko przystankiem do następnego wcielenia. Emanuel Ross miał dość: jego racjonalna żona najwyraźniej postradała zmysły. Złożył pozew o rozwód.

Seanse z duchami

„Biedna Elisabeth oszalała! Gada ze zmarłymi!” – żartowała z siebie 53-letnia Kübler-Ross przed dziennikarzami, gdy pogłoski o seansach spirytualistycznych, które urządzała na ranczo, trafiły do prasy. Shanti Nilaya wcale nie było hospicjum. „Naszym celem jest psychiczne uzdrowienie. Prowadzimy warsztaty pod tytułem »Życie, śmierć i proces przejścia«, z elementami psychodramy i rytuałami oczyszczenia” – zachęcała. Te ostatnie polegały między innymi na okładaniu gumowym wężem książki telefonicznej. Doktor Ross przekonywała uczestników kilkudniowych warsztatów, że sama rozmawiała z duchami – najczęściej z mężczyzną o imieniu Willy. Twierdziła, że żyła w czasach Chrystusa – miała wtedy na imię Isabel. Jay Barham, prowadzący warsztaty, zachęcał zebranych do kontaktów seksualnych z odwiedzającymi seanse duchami.

„Jakim cudem oddech ducha śmierdzi papierosami?” – zastanawiała się jedna z uczestniczek. Gdy podczas jednego z seansów ktoś nagle zapalił światło, goły Barham czym prędzej wybiegł z sali. Centrum pod San Diego zostało zamknięte w atmosferze skandalu, ale jego filie na Rhode Island, Hawajach, w New Jersey i Australii miały się znakomicie. „Jestem sceptycznym naukowcem i nie ryzykowałabym mojej reputacji, gdybym nie była przekonana, że te metody działają. Gdyby ludzie częściej mieli okazję poznać samych siebie, zajrzeć w swoją duszę, potrafiliby sami uleczyć wiele swoich chorób” – twierdziła niezłomnie Elisabeth.

Zajmie się nim pani?

Dom w Wirginii był jak nowy początek: miejsce na emeryturę, nowe centrum szkoleniowe. I nowe dzieci: te, których nie chcieli nawet ich rodzice. Ameryka lat 80. była w szoku: wszyscy bali się nowej, nieznanej choroby. Pewnego dnia na farmę przyszedł list. „Droga Doktor Ross, umieram na AIDS. Mam syna, który również jest chory, i nie mogę się już nim sama zajmować. Byłam w 70 agencjach, nikt nie chce go do siebie przyjąć, boją się go nawet dotknąć. Ile kosztowałaby opieka nad nim, gdyby zgodziła się Pani nim zająć?”. Elisabeth przyjęła do siebie chłopca i w ciągu kilku tygodni lawina listów od zdesperowanych rodziców przyprawiła jej listonosza o lumbago. Centrum holistyczne zamieniło się w hospicjum dla dzieci z AIDS i wirusem HIV. Ale i tym razem nie dopisali sąsiedzi. „Antychryst! Chce zarazić nas wszystkich!” – krzyczano na zebraniu w kościele metodystów miasta Headwater. Policja niechętnie przyznała doktor Ross ochronę, aby uchronić ją przed publicznym linczem. Pięć przecięć opon w samochodzie, cztery strzały z broni ostrej w okna i 12 wypalonych przez Ku-Klux-Klan krzyży na trawnikach. Później hospicjum dziecięce zamknięto. Pierwszy i ostatni raz w swoim życiu Elisabeth musiała się poddać. Dzięki jej niestrudzonej kampanii wszystkie dzieci trafiły do adopcji.

Straszny grzebuła

„Jestem gotowa na śmierć” – zadeklarowała po pierwszym z serii wylewów. „Czekam, ale on zwleka. Bóg to okropny grzebuła” – mamrotała dziewięć lat później 78-letnia Kübler-Ross, leżąc na wpół sparaliżowana w hospicjum w Arizonie.

Fundacja jej imienia, założona po jej śmierci w 2004 roku przez syna Kena, kontynuuje propagowanie nauk, książek Elisabeth i ruchu hospicyjnego.

W siódmą rocznicę śmierci doktor Ross jej córka Barbara dostała list od legendarnego boksera Muhammada Alego. Napisał w nim: „Elisabeth uczyła nas, że poznanie samych siebie to najlepsza droga do poznania sensu naszego istnienia. To nie przypadek, że kobieta, która nauczyła nas tyle o śmierci i umieraniu, była mistrzynią życia”.

  1. Kultura

Równość, tolerancja, prawa człowieka – przegląd najlepszych filmów o tematyce LGBT

Cudowna historia o pierwszym zakochaniu, idylliczne włoskie lato, stylowe stroje i nastrojowa muzyka. Film
Cudowna historia o pierwszym zakochaniu, idylliczne włoskie lato, stylowe stroje i nastrojowa muzyka. Film "Tamte dni, tamte noce" to jeden z najpiękniejszych współczesnych filmów LGBT. (Fot. BEW Photo)
Filmy LGBT poruszają tematykę homoseksualizmu, biseksualizmu oraz problemów związanych z tożsamością płci. Ich bohaterowie każdego dnia walczą o siebie i swoje miejsce w społeczeństwie. Pragną równego traktowania i akceptacji, ale przede wszystkim miłości, tak jak każdy z nas. Z okazji Pride Month, czyli Miesiąca Dumy, zapraszamy na nasz przegląd najlepszych współczesnych produkcji LGBT.

”Tajemnica Brokeback Mountain”

Dwoje młodych mężczyzn, Ennis Del Mar (Heath Ledger) i Jack Twist (Jake Gyllenhaal), poznają się w trakcie poszukiwania zatrudnienia. Gdy nowy pracodawca wysyła ich do pracy na majestatyczne wzgórze, zawiązuje się między nimi głęboka zażyłość. Na Brokeback Mountain mają miejsce wydarzenia, które na zawsze odmienią dotychczasowe życie bohaterów. Przyjaciele postanawiają jednak zachować je w tajemnicy.

Dostępny na: Netflix

„Tamte dni, tamte noce”

Lato 1983 roku, Północne Włochy. Elio (Timothée Chalamet), dojrzały jak na swój wiek 17-latek, spędza wakacje w rodzinnej willi. Czas upływa mu na tworzeniu muzyki, czytaniu lub flirtowaniu ze swoją przyjaciółką. Pewnego dnia w willi pojawia się Oliver (Armie Hammer), amerykański doktorant mający pomagać ojcu Elio, wybitnemu profesorowi. Pośród skąpanych w słońcu, zachwycających krajobrazów Elio i Oliver odkrywają uderzające do głowy piękno budzącego się pożądania.

Dostępny na: Netflix, Apple TV, CHILI

„Wymazać siebie”

Jared (Lucas Hedges) jest wypierającym swoje pragnienia 19-latkiem z małego miasteczka w Arkansas. Młody baptysta, syn poważanego pastora nie może pozwolić sobie na to, aby otwarcie być gejem. Gdy dokonuje przed swoimi rodzicami (Nicole Kidman, Russell Crowe) coming outu, bliscy stawiają mu ultimatum - albo podda się terapii konwersyjnej, albo zostanie wykluczony z kościoła, straci rodzinę i przyjaciół. Jared trafia więc do ośrodka, w którym wojskowym drylem, wybiórczą lekturą Biblii i homofobią rzekomo sprowadza się młodzież na jedyną właściwą, heteroseksualną ścieżkę.

Dostępny na: Netflix, Apple TV, CHILI

„Piękny kraj”

Johnny zajmuje się rodzinną farmą na prowincji w Północnej Anglii. Ciężką, fizyczną pracę odreagowuje upijaniem się w lokalnym pubie i przypadkowym seksem. Kiedy na farmę przyjeżdża przystojny imigrant z Rumunii, Johnny odkrywa w sobie uczucia, których wcześniej nie znał. Początkowo relacja między bohaterami opiera się wyłącznie na zwierzęcej namiętności, ale z czasem ujawnia głębię, a pustka emocjonalna jakiej wcześniej doświadczał Johnny zapełnia się miłością, delikatnością i poczuciem bezpieczeństwa.

Dostępny na: Nowe Horyzonty VOD, Cineman, outfilm.pl

„Carol”

"Carol" to kolejna historia zakazanej miłości. 19-letnia Teresa (Rooney Mara) pracuje w luksusowym domu towarowym, jednak marzy o pracy fotografki. Podczas gorączki świątecznych zakupów poznaje Carol (Cate Blanchett), niezwykłą kobietę, uwięzioną w małżeństwie bez miłości, pełną lęków i obaw związanych z porzuceniem dotychczasowego życia. To spotkanie odmieni ich życie na zawsze, jednak cena za chwile szczęścia będzie naprawdę wysoka.

Dostępny na: Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„Życie Adeli - rozdział 1 i 2”

Opowieść zaczyna się, gdy tytułowa bohaterka ma 15 lat i jest w liceum. Przeżywa pierwsze zauroczenie, pierwszy seks, miłosne rozczarowanie. Jedna rzecz nie ulega dla niej wątpliwości: dziewczyny chodzą z chłopakami. Jej życie zmienia się, gdy pewnego razu spotyka Emmę. To właśnie dzięki niej Adela odkryje swoje pragnienia i kobietę w sobie. Na oczach widzów Adela dojrzewa, poszukuje swojej życiowej drogi, gubi ją i znowu odnajduje.

Dostępny na: Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„W imię...”

„W imię...” to osadzona w realiach katolickiej społeczności opowieść o miłości, ale też o człowieku uwikłanym w swój własny, intymny dramat. Ksiądz Adam (Andrzej Chyra) obejmuje nową parafię i organizuje ośrodek dla młodzieży niedostosowanej społecznie. Szybko przekonuje do siebie ludzi energią, charyzmą i otwartością. Przyjaźń z miejscowym outsiderem (Mateusz Kościukiewicz) zmusi kapłana do zmierzenia się z własnymi problemami, przed którymi kiedyś uciekł w stan duchowny.

Dostępny na: Netflix, Premiery CANAL+, Player, vod.pl

„Dziewczyna z portretu”

Niezwykła historia miłosna zainspirowana życiem artystów Einara i Gerdy Wegener (Eddie Redmayne i Alicia Vikander). Małżeństwo i praca bohaterów zostają poddane próbie, kiedy Gerda prosi swego męża, aby pozował jej w kobiecym stroju, co uaktywnia od dawna skrywane skłonności Einara. Ciesząc się bezwarunkowym wsparciem kochającej żony, mężczyzna podejmuje walkę o prawo do bycia tym, kim chce być. W efekcie decyduje się na operację zmiany płci i zostaje pierwszą transgenderową kobietą na świecie, Lili Elbe.

Dostępny na: Netflix, Premiery CANAL+, Player, Apple TV, CHILI

„Holding the man”

Tim (Ryan Corr) i John (Craig Scott) znają się jeszcze z czasów szkoły średniej. Znajomość początkującego aktora ze szkolnych grup teatralnych i kapitana licealnej drużyny futbolowej zaowocowała głęboką relacją, która mimo wielu przeszkód przetrwała kolejne 15 lat. Ich związek przeszedł wiele trudnych chwil, związanych także z nietolerancją panującą w społeczeństwie. Najtrudniejszym testem dla wspólnej przyszłości okazuje się jednak diagnoza medyczna.

Dostępny na: Netflix

„Girl”

15-letnia Lara (Victor Polster) ma jedno wielkie marzenie. Chce zostać profesjonalną baletnicą. Dziewczyna zdaje się być o krok bliżej realizacji swojego planu, kiedy dostaje się do prestiżowej szkoły tańca. Przy wsparciu ojca, trenuje bez wytchnienia. Pojawia się jednak w niej ogromna frustracja, kiedy uświadamia sobie, że jej ciało ma pewne ograniczenia wynikające z faktu, że urodziła się jako chłopiec.

Dostępny na: Apple TV, Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„Płynące wieżowce”

Uniwersalna historia o dojrzewaniu, poszukiwaniu własnej tożsamości oraz akceptacji. Kuba (Mateusz Banasiuk) to młody chłopak, który mieszka razem z matką (Katarzyna Herman) i swoją dziewczyną, Sylwią (Marta Nieradkiewicz). Na jednej z imprez poznaje Michała (Bartosz Gelner), z którym nawiązuje silną i niezwykle emocjonalną relację. Kuba nieoczekiwanie odkrywa fascynację mężczyzną, jednak nie potrafi odnaleźć się w nowej dla siebie sytuacji. Dodatkowo jego związek z Sylwią wyraźnie się komplikuje.

Dostępny na: Premiery CANAL+, Player, CHILI, outfilm.pl, vod.pl

„Portret kobiety w ogniu”

Opowieść o miłości wyprzedzającej swój czas i intymnej więzi zdolnej przełamać niejedno tabu. Bretania, XVIII wiek. Bohaterkami filmu są szykowana do aranżowanego małżeństwa arystokratka Heloiza oraz przybyła z Paryża malarka, Marianna, która ma namalować jej obraz, ale w sekrecie: Heloiza nie chce bowiem pozować, buntując się w ten sposób przeciwko przymusowemu zamążpójściu. Jak na ironię, między artystką i modelką rodzi się uczucie.

Dostępny na: Player, Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„Supernova”

Sam (Colin Firth) i Tusker (Stanley Tucci) są razem od ponad 20 lat i kochają się bezgranicznie. Kiedy okazuje się, że niedługo mogą zostać rozdzieleni przez chorobę Tuskera, wyruszają w długą podróż i cieszą się z każdej spędzonej wspólnie chwili. Z każdym kolejnym dniem odkrywają jednak, że podchodzą zupełnie inaczej do tego, co jeszcze przed nimi, a ich związek zostaje wystawiony na najtrudniejszą próbę.

W kinach od 25 czerwca

„Lato '85”

Namiętny romans na malowniczym francuskim wybrzeżu, pośród klimatycznych lat 80. – w tle wybrzmiewają hity The Cure i Roda Stewarta. 16-letni Alexis właśnie przeprowadził się z rodzicami do Normandii. Ma literacki talent, ciekawość świata i obsesję na punkcie śmierci. Gdy pewnego dnia wypłynie za daleko na swojej małej łódce, uratuje go nieznajomy – posągowo piękny i pewny siebie David. Alexis straci dla niego głowę, ale ich wspólne szczęście nie potrwa długo... i skończy się na sali sądowej.

W kinach od 25 czerwca

  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.