1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Kayah: Nauczyłam się wybaczać

Kayah: Nauczyłam się wybaczać

Fot. Piotr Porębski/Metaluna
Fot. Piotr Porębski/Metaluna
Supermanka. Śpiewała, że jest kamieniem i skałą. I że się podnosi jak Feniks z popiołów. Kayah nie ustaje w poszukiwaniach. Właśnie przygotowała nowy projekt muzyczny z Transoriental Orchestra – pieśni żydowskie śpiewane w wielu językach.

Jerozolima czy Tel Awiw?

Uwielbiam kolorowy, otwarty na wszystkich Tel Awiw, jego rozrywkę i kulturę, plaże, pyszne wina i najlepsze jedzenie na świecie. Za każdym razem truchleję, kiedy słyszę o zawirowaniach politycznych, działaniach wojennych, konfliktach... Znam tamtejszych ludzi, wiem, jacy są otwarci, spragnieni pokoju, zażegnania wiszącej w powietrzu groźby. Jerozolima jest piękna, na pewno trzeba raz w życiu ją zobaczyć, ale trochę przytłacza mnie jej religijna atmosfera.

Czym więc jest kabała w twoim życiu?

Pracą duchową. To, że akurat jej narzędziami są litery hebrajskie, a korzenie sięgają żydowskiego mistycyzmu, nie znaczy, że ma coś wspólnego z religią. Od 1921 roku, kiedy w Izraelu powstało Kabbalah Centre, a już na pewno od chwili, kiedy liderami są Rav i Karen Berg, nauka jest dostępna dla wszystkich niezależnie od narodowości, wyznania czy rasy. Co więcej, daje wolność wyznaniową swoim studentom.

Kiedy odnalazłaś dla siebie kabałę?

Jak trwoga, to do Boga. Sześć lat temu podejrzewano u mnie białaczkę. Zaczęłam szukać pomocy wszędzie. Sięgałam także po niekonwencjonalne metody, szeptuchy, bioenergoterapię itd. Próbowałam zrozumieć, dlaczego ja. Dlaczego teraz, co to znaczy? Potrzebowałam duchowego wsparcia. Dotąd żadna z nauk, religii czy filozofii nie była w stanie do mnie dotrzeć w pełni. Zawsze wierzyłam, że nasza fizyczność jest manifestacją świata niewidzialnego, zatem swojego uzdrowienia szukałam także na poziomie duchowym. Poznałam termin czerwonej nitki i energii złego oka, a więc negatywnej siły zazdrości i zawiści. Nie miałam nic do stracenia. Napisałam do londyńskiego Centrum Kabały. Właśnie wysyłali nauczyciela do Polski. Spotkałam się z nim i tak już zostało. Jedną z podstaw nauk kabały jest umiejętność dzielenia się z innymi i globalna odpowiedzialność. Dzięki kabale poznałam wspaniałych ludzi, którzy opowiadali mi swoje historie. Zobaczyłam, jak ta nauka zmieniła ich życie, że dzięki niej umieją panować nad swoimi reakcjami, osądami, że po prostu wygodniej żyją.

Co znaczy żyć wygodniej?

To znaczy żyć świadomie. Nie obwiniając nikogo, nie godząc się na postawę ofiary, tylko w pełni biorąc odpowiedzialność za wszystko. Wiedzieć, że co wyślesz, otrzymasz. Wiedząc, że nic w przyrodzie nie ginie, dwa razy zastanowię się nad swoją reakcją czy osądem. Nie znaczy to, że całkiem udało mi się okiełznać temperament i już nie popełniam błędów.

Zdobywanie tej świadomości to długi proces?

Och, nie ma końca. Bo czy jest limit bycia lepszym? Praca nad sobą jest ciężka, wyniki przypominają sinusoidę. Bywamy leniwi, także duchowo, wygodni, nasze ego nieraz okazuje się silniejsze. Przyswoiłam sobie elementarne prawa rządzące tym światem, które są tak oczywiste, ale nieraz łatwiej nam je omijać, jakbyśmy wierzyli, że konsekwencja naszych wyborów nas ominie i jakoś się nam upiecze. Nauczyciel powiedział: „Nie wierz we wszystko, co mówię, tylko wypróbuj to na sobie”. Wypróbowałam i podziałało. Co więcej – wyzdrowiałam.

Nie poddałaś się leczeniu, farmakologii?

Nie. Po prostu choroba poszła, tak jak przyszła. Wierzę, że Bóg zsyła lekarstwo, zanim ześle chorobę.

Co było twoim lekarstwem?

Może duchowość, której w ogóle nie poświęcałam czasu, goniąc za karierą, dobrami materialnymi, pragnieniem bycia akceptowaną, kochaną, pożądaną, a nie pragnieniem rozdawania miłości i dzielenia się... Choroba była pierwszym impulsem do nawiązania kontaktu. Ordynator z instytutu hematologii stwierdziła definitywnie, że to nie białaczka, ale że też nie wiadomo, co to jest. Niby-obiecująca diagnoza, ale wciąż wielka niewiadoma. Zrozumiałam, że źródłem mojej choroby musi być coś więcej niż fizyczność. Musiałam widocznie zaniedbać duszę.

Komu dziękowałaś, wiedząc, że choroby już nie ma?

Zawsze trzeba dziękować Bogu. Ideałem jest wstawać codziennie rano i dziękować za to, że się wstaje. Wdzięczność i docenianie powinny towarzyszyć nam już od śniadania. Jak wszystkich dotyczą mnie problemy codzienności, zdarzają mi się wpadki i dołki. Jak każdy potrafię pogrążyć się w chaosie, zwątpieniach. Czasem wracają moje głupie skorpiońskie cechy – podejrzliwość, czarnowidztwo, knucie. Uświadomienie sobie tego jest sygnałem, że się oddalam od wiedzy, którą zdobyłam. Ale Skorpion ma też mnóstwo pozytywnych cech: wierność, lojalność, namiętność. To, że mam taką konstelację gwiazd, dodaje mi waleczności. Niepowodzenia mnie nie załamują. Uwielbiam wyzwania i nie tchórzę w ich obliczu. Staram się walczyć z tym, czego nie lubię u siebie, co utrudnia innym życie ze mną.

Co dzieje się, kiedy przychodzą zwątpienia?

Mam mądrych przyjaciół. Poza nielicznymi podłymi wyjątkami mam ogromne szczęście do ludzi. I nie mówię tylko o tych z wielkimi nazwiskami, jak Czesław Niemen, Grzesiek Ciechowski, Edyta Bartosiewicz i inne postaci z górnej półki, które miałam zaszczyt poznać. Nieraz dziwi mnie ten zaszczyt, przecież ja tylko śpiewam piosenki. Spotykam też mnóstwo fantastycznych ludzi, o których można powiedzieć – zwykli śmiertelnicy, ale te kontakty są dla mnie bardzo ważne. Szczególnie kiedy i we mnie widzą przede wszystkim człowieka.

Grzegorz Ciechowski nadal pozostaje dla ciebie punktem odniesienia?

Był fantastycznym artystą, miał szalone wizje, ale ja pamiętam głównie przyjaciela. Mam w pamięci sceny i stop-klatki. Siedzę w wynajmowanym mieszkanku na Jana Pawła II, właśnie udało mi się napisać piosenkę, dzwonię do Grzesia. Mówi: „Słuchaj, nie śpiewaj przez telefon, przyjedź”. Mieszkał na Puławskiej za wyścigami, wydawało mi się, że to bardzo daleko, a nigdy nie miałam pieniędzy na taksówkę. Mówił: „Nic się nie martw, zamów, ja zapłacę”. Potem nocna sesja muzyczna. Albo śpiewam mu nieśmiało piosenkę „Jak liść”. Grzesiek mówi: „Wykonasz ją na koncercie Republiki”. „Nie, Grzesiek, nie rób mi tego”. „Usiądziesz do fortepianu”. „Błagam cię, umrę ze wstydu”. No i zagrałam, i nie umarłam. Pamiętam bardziej od jego piosenek czy wywiadów fakt, że był dowcipny, szalony i serdeczny. Czesława Niemena też tak wspominam. W domu, zaplątanego w kable od licznych instrumentów, trochę malkontenta, bardzo wymagającego od siebie i innych, namawiającego mnie na wegetariańskie gołąbki. Pierwszy raz je jadłam. Dostałam od Czesława i jego żony Małgosi zabytkową łyżeczkę do cukiernicy. Codziennie nią wsypuję cukier do kawy. I co dzień o nich myślę. Cóż, muzyka jest ważna. Życie jest ważniejsze.

Dla ciebie muzyka nie jest celem samym w sobie?

Jest środkiem wyrazu. Czasem wydaje mi się, że artystycznie już chyba wszystko powiedziałam. Aż nagle, przechodząc obok fortepianu, kiedy się tego nie spodziewam, jakaś siła mnie przy nim sadza, zaczynam grać, zaskakiwać siebie. Dlatego nie poddaję się presji rynku. Nie zamierzam wydawać płyt co roku. Bardzo poważnie traktuję to, co robię, bo wierzę w prawdę. By coś napisać, muszę coś przeżyć. Potem muszę nabrać do tego dystansu, znaleźć właściwe słowa, by to nazwać. To wymaga czasu.

Na tegorocznym festiwalu Warszawa Singera zaśpiewałaś zupełnie nowy program, rozwibrowany, w wielu językach, sięgnęłaś również do muzyki Żydów sefardyjskich, przemierzałaś tymi utworami i świat, i historię, śpiewałaś na nowo utwory grane przed setkami lat. Czekam, aż wydasz ten program na płycie. Uciekasz od popu?

Współczesny pop mnie męczy, nie ma w nim kompozycji, melodii, piosenki budowane są na dwóch dźwiękach. Teksty są coraz rzadziej o czymś. Od lat w domu słucham jazzu, muzyki etnicznej i klasyki. Klasyka daje mi poczucie totalnej harmonii. Słucham Bacha i od razu siedzę inaczej, bardziej elegancko, ładniej jem, ładniej się wysławiam. Harmonia i krystaliczność tej muzyki jest natychmiast obecna w całym domu. A kiedy chcę pochuliganić, wybieram jazz z jego improwizacjami. Muzykę etniczną uwielbiam od dziecka. Najpierw fascynowała mnie muzyka afrykańska, później indyjska. Był taki czas w moim życiu, że królowała w nim tylko muzyka brazylijska, która zresztą zaraziła mnie miłością do Brazylii. Etno pozwala mi na iluzję podróży, którą mogę przeżyć, siedząc w domu, w kapciach. Muzyka powinna służyć wyższym celom, uniesieniom, refleksjom, ale może też koić. W czasie wczesnego macierzyństwa i półrocznej depresji poporodowej słuchałam tylko płyt Cesarii Evory, utrzymywały mnie przy życiu. Tak boleśnie śpiewała, że wydawało się, że mogę dzielić z nią swoje cierpienie. Powiedziałam jej to później, po jednym z jej koncertów w Warszawie, jeszcze zanim nagrałyśmy nasz duet.

W którym momencie odkryłaś Cesarię Evorę?

Na rok przed poczęciem mojego syna odkryłam soundtrack do filmu „Underground” i muzykę Gorana Bregovicia. Była tam piosenka „Ausencia”, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie swoją melancholią, goryczą. Fascynowała mnie oszczędna i nietypowa aranżacja, ale i piękny nasycony smutkiem głos. Nie znałam kobiety, do której należał. Któregoś dnia byłam gościem w radiowej Trójce, u Marka Niedźwieckiego. Wychodząc, zajrzałam do jego magicznej walizeczki pełnej płyt. Na wierzchu leżała płyta o intrygującej okładce – pani o kreolskiej urodzie, z niezłym zezem, z jednym bardzo długim paznokciem podpartej ręki. Zapytałam kto to. Marek zdziwił się, że nie znam. To była Cesaria. Już od jej pierwszej płyty wiedziałam, że jej muzyka jest mi bardzo bliska i droga. Nie sądziłam, że poznam ją osobiście i że jeszcze zaśpiewa ze mną wspólnie moją kompozycję. Według jej zespołu bardzo „tamtejszą” zresztą. Cesaria miała bardzo ciężkie życie. To uwiarygadnia jej smutek w piosenkach. To nie jest tylko szansonistka, która śpiewa utwór. Tak samo jest z Edytą Bartosiewicz. Jej piosenki, jej interpretacje są poruszające, bo są prawdziwe.

Kiedy Edyta przerwała karierę, próbowałaś jej pomóc?

Zaprosiłam Edytę jako gościa specjalnego na mój koncert przed Stingiem. Wzruszające było, jak ludzie ją przyjęli. Miałam dreszcze. To taka zdolna artystka, bardzo głęboki człowiek, być może zbyt głęboki, bo dzisiejsze czasy i przemysł muzyczny spłycają potrzeby. Niektórym artystom z prawdziwego zdarzenia trudno jest się z tym pogodzić.

Zaskoczyło mnie, że pierwsza książka, którą czytałaś, to „Pokój na poddaszu”. To też była pierwsza książka Henryki Krzywonos. Napisała o niej: „Jest to książka, która przypominała trochę moje dzieciństwo. Wtedy myślałam sobie, że nie jestem sama na tym świecie, co ma tak źle. Są inne dzieci, które mają gorzej, bo ich mama umiera. Pamiętam, jak mocno przeżywałam z tymi dziećmi te wszystkie upokorzenia, i było łatwiej (nie byłam sama)”. Mogłabyś się pod tym podpisać?

Absolutnie. Myślę tak samo. Drugą książką, która była dla mnie ważna w tamtym czasie, była „Mała księżniczka” o dziewczynce posiadającej wszystko, bogatego ojca, piękne sukienki, lalki... Nagle po zaginięciu ojca została zdegradowana do roli sprzątaczki. Świat, który był dla niej dotąd taki łaskawy, okazał się interesowny, okrutny. Ta opowieść uczy dzieci, że nic nie jest stałe, że trzeba doceniać to, co się ma, bo można to szybko stracić, ale też uczy, że można odmienić swój los pracą, wiarą, siłą charakteru. Uwielbiałam te książki. Doskonale umiałam się wcielić w sytuacje bohaterów. Dziękuję Bogu, że poznałam smak biedy, samotności, wielkiego rozczarowania, nawet najbliższymi. Bardzo przeżyłam mój wieloletni konflikt z ojcem, jego nieustanną krytykę, rozwód z mamą itd. Ale nauczyłam się wybaczać. Dzisiaj umiem być empatyczna, mam łatwość wchodzenia w cudze buty. Ludzie to wyczuwają. Opowiadają mi bardzo intymne historie, jakby mi dozgonnie ufali. A ja się cieszę, bo chociaż żyję bardzo ciekawym życiem, to żyję jednym życiem, a dzięki tym opowieściom poznaję wiele losów, które między innymi potrafią być dla mnie wspaniałą inspiracją do tekstów.

Wybaczyłaś ojcu, bo do tego dorosłaś?

Myślałam: „OK, nie jestem już dziewczynką, która potrzebuje ojca, jego autorytetu, uczucia, opieki”. Teraz już mogę wybaczyć, bo jestem dorosła i mocno stoję na nogach. Tymczasem odkryłam, że zwyczajnie go kocham. Parę lat temu do głowy by mi to nie przyszło. Wszyscy dorastamy do umiejętności wybaczania, do bezwarunkowej miłości. Odrabiamy zaległe lekcje. Dochodzimy do zaskakujących wniosków. Zresztą mój tata też dojrzewa do tego, żeby przyjrzeć się swojemu życiu. Poza mną ma jeszcze dwie córki. Ostatnio powiedział mi, że chyba nigdy nie dorósł do roli ojca. „Do roli dziadka też nie” – zażartowałam.

Powiedziałaś kiedyś, że wybrałaś drogę muzyczną jemu na złość. Nie wierzył w ciebie?

Mój ojciec bardzo mnie krytykował. Ma ogromnie cyniczną naturę. Nie jest łatwym człowiekiem, ale i w życiu łatwo nie miał. Nie wiem, czy naprawdę we mnie nie wierzył, czy sam miał ze sobą problemy. Był bardzo utalentowanym człowiekiem, któremu system w tym kraju podciął skrzydła. Za granicą był cenionym naukowcem, elektronikiem, tutaj był popychadłem. Jego frustracje wynikały z bezsilności. Narastała w nim agresja, którą najłatwiej było wyładować na najbliższych.

Mama osłaniała?

Była bardzo dzielna. Kiedy ojciec nas zostawił i wyjechał z Polski, musiała walczyć o nasze bardzo skromne życie w stanie wojennym. Ojciec poinformował nas, że będzie miał drugie dziecko. Miałam 11 lat. Była we mnie naturalna reakcja totalnej negacji i agresji. Mama mówiła: „Słuchaj, to dziecko ci nic nie zawiniło, proszę, odrzuć co złe od siebie”. Miała klasę. Do dzisiaj nie ma w niej za grosz zawiści, złości, nawet jeżeli coś się dzieje kosztem jej życia. Jest otwartą, serdeczną osobą. Któregoś dnia odwiedziły mnie obie siostry ze swoją matką, też już po rozwodzie z moim ojcem, i wszystkie pięć, stojąc w naszej kuchni, zrobiłyśmy sobie zdjęcie i wysłałyśmy ojcu. Musiał mieć niezłą minę.

Masz kontakt z siostrami?

Oczywiście. W ostatnią Wielkanoc mama, ciocia, ja, mój syn i mój mężczyzna byliśmy gośćmi Eriki, byłej żony mojego ojca. Była też cała jej rodzina. Gościem był nawet mój ojciec, a sałatki podawał mu obecny partner mojej macochy. Być może komuś wydaje się to dziwne, ale ja wolę taki miły bałagan niż wrogi porządek.

Moje stosunki z byłym mężem i jego wspaniałą kobietą są równie przyjazne, też jestem do nich zapraszana i vice versa. Emocje wygasają. A jeżeli było się z kimś naprawdę, to poza namiętnościami musiała być też przyjaźń. Przecież coś musiało być w tym człowieku, co mnie do niego ciągnęło – fascynacja życiową filozofią, charakterem, talentem, ciepłem, wyobraźnią. To zostaje poza wszelką fizycznością.

Kiedy w domu było źle, radość znajdowałaś u dziadków?

Białystok, gdzie mieszkali, to są moje wspaniałe wspomnienia. Wszystko było na spowolnionych obrotach. Sąsiadki potrafiły pół dnia gadać przez płot. Poza tym bardzo mi odpowiadała wielokulturowość. W sąsiedztwie mieszkali Cyganie, bardzo mnie lubili, traktowali jak swoją. Bawiłam się z ich dziećmi. Zaszczepili we mnie miłość do odmienności, szacunek dla innych kultur. Białystok dawał wolność, której nie miałam w Warszawie. Jako sześcioletnia dziewczynka ganiałam całe dnie po sadach, łąkach, ulicach i tylko wpadałam umorusana po pajdę chleba z musztardą, po czym biegłam dalej. Miałam swoje życie po prostu. Wszyscy idealizujemy świat dzieciństwa, bo widzieliśmy go czystym sercem.

Pogodziłaś się z tym, że na miejscu sadu pełnego jabłek wyrosły bloki?

Pogodziłam się, bo byłam świadkiem, jak dziadkowie zostali w te bloki „wsadzeni”. Okna, za którymi mieszkali, też mi się z nimi kojarzą. O wiele większą wyrwę w sercu mam po starym Białymstoku, który niszczeje. Z dzielnicy Bojary zostało już kilka przecznic, parę domków. To mnie boli, bo to znaczny fragment historii tego miasta, jego społeczności, mojej historii. Z drugiej strony Białystok się zmienia, staje się europejski. Ulica Lipowa tętni życiem. Nad miastem góruje kościół św. Rocha, jest biały, wygląda jak meczet. Uwielbiałam od dziecka to imię, Roch. Zastanawiałam się, kim był ten święty. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że za jego sprawą dokonywały się cudowne uzdrowienia i że jest patronem zwierząt domowych. Kiedy dowiedziałam się, że będę miała syna, długo zastanawiałam się, jakie mu nadać imię. W rodzinie mojego męża była tradycja imion na literę „R”. Roch, Roszek, Groszek – zdrabniałam. Z naszym obco brzmiącym nazwiskiem nie gryzie się to imię, jest oryginalne, ale nie pretensjonalne. Strzał w dziesiątkę.

W swoim synu widzisz siebie?

To bardzo świadomy chłopiec, świetny obserwator. Też ciągle gdzieś biega i niełatwo jest mi go nakłonić do skupienia. Kiedy widzę, jak opiekuje się zwierzętami, które sceny na filmach go poruszają, jak bardzo jest wrażliwy, to widzę siebie. Kiedy jednak odnajduję w nim ogromną wiarę we własne możliwości, optymizm i otwartość na radość, jaką niesie życie i świat, wydaje mi się, że jest bliżej osobowości ojca. To osobowość króla życia, ale nie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Wierzy, że świat niesie samo dobro, że nie ma rzeczy niemożliwych, odrzuca kompleksy i poczucie niskiej wartości. Mam nadzieję, że to zwiastuje szczęście.

A ty czujesz się królową życia?

Czuję się szczęściarą, bo robię to, co lubię. Śpiewam, mam fantastyczne zespoły, z którymi gram liczne koncerty, jestem twarzą i ambasadorem marki kosmetycznej, mam firmę fonograficzną Kayax promującą bardzo utalentowanych artystów, fantastycznych współpracowników...

Dzięki pracy, życiowym wyborom spotykam mnóstwo ludzi, podróżuję, cały czas chłonę. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć dom z ogrodem. Mam, i to niejeden. Wszyscy moi bliscy są zdrowi, nawet moja ukochana kotka, która ma 24 lata, wciąż jest ze mną. Odnalazłam miłość. Ale czy jestem królową życia? Wciąż boję się świata i ludzi. Na wszystkich zdjęciach z dzieciństwa mam głowę pochyloną, jakbym spodziewała się ciosu. Mój syn ma zawsze głowę podniesioną wysoko…

Jak ta dziewczynka z fotografii wyobrażała sobie przyszłość?

Cha, cha, miałam w planach być 18-letnią blond pięknością w Nowym Jorku! Poważnie! Marzyłam jak inne dziewczynki. Śpiewałam do spłuczki w łazience, bo wyglądała jak mikrofon. W łazience była superakustyka. Grałam na tenisowej rakiecie, udając, że to gitara. Kratkowana tapeta u dziadków była wielotysięczną widownią. Wyginałam się przed lustrem do „Papai” Uli Dudziak, udając, że to śpiewam ja. Skąd mogłam wiedzieć, że tak intensywne marzenia mogą się spełnić?

Ile trzeba przejść, żeby podnieść głowę?

Nie mówmy o upadku, tylko o powstaniu. Bo to jest prawdziwe zwycięstwo. Upadek nie jest wstydem.

Od kiedy masz podniesioną głowę?

Mam głowę podniesioną na scenie, na sesjach zdjęciowych. W codziennym życiu często spoglądam w dół, czasem, aby zobaczyć, jak wysoko stoję, a czasem, by wiedzieć, po czym stąpam. Poza tym jestem trochę malkontentem. „Kubuś Puchatek” daje taki przekrój osobowości, w którym każdy może znaleźć swojego odpowiednika. Jestem Kłapouchym. Tylko czy muszę z tym walczyć?

Kayah wokalistka, autorka tekstów, kompozytorka, współwłaścicielka firmy fonograficznej Kayax (wydała właśnie debiutancką płytę Skubasa „Wilczełyko”). Nagrała albumy: „Kamień”, „Zebra”, „Kayah i Bregović”, „Jaka ja Kayah”, „Stereotyp”, „The Best & The Rest”, „MTV Unplugged”, „Skała”, „Kayah & Royal Quartet”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)

  1. Retro

Peggy Guggenheim - najsłynniejsza kolekcjonerka sztuki

Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
W wieku sześćdziesięciu kilku lat opalała się nago na tarasie swojego weneckiego pałacu ku zgorszeniu mieszkańców budynków przy Canale Grande. A kiedy ze sforą tybetańskich terierów i w dziwnych przeciwsłonecznych okularach wychodziła na ulicę, turyści kierowali w nią obiektywy aparatów. Szeptali: „To ona! To Peggy Guggenheim!”.

Była Amerykanką, ale większą część życia spędziła w Europie. Od lat 50. przez jej Palazzo Venier dei Leoni w Wenecji przewijały się tłumy (otwierała pałac dla zwiedzających trzy razy w tygodniu). Ludzie przyjeżdżali zobaczyć słynne obrazy surrealistów, kubistów, ekspresjonistów. W swoim czasie zbiory Peggy należały do najbardziej spójnych kolekcji sztuki współczesnej otwartych dla publiczności. Dzisiaj są cennym nabytkiem fundacji jej wuja Solomona R. Guggenheima. Tej samej, dla której Frank Lloyd Wright zaprojektował słynne nowojorskie Muzeum Guggenheima, a Frank Gehry – hiszpański oddział muzeum w Bilbao.

Współczesny nowojorski marszand Lawrence B. Salander tak podsumował życie Peggy: „Nie sugerujcie się tym, jak wyglądała, z kim spała, jak się ubierała, lecz tym, co uczyniła w swoim zawodzie, którym było kolekcjonowanie i promowanie sztuki nowoczesnej. Gdybym osiągnął połowę tego co ona, uznałbym swoje życie za twórczo spełnione”.

Marmur, poroża i herbatka

Przyszła na świat 26 sierpnia 1898 roku jako druga z trzech córek Florette i Benjamina Guggenheimów. Jej rodzina mieszkała przy Central Parku, w jednej z najlepszych dzielnic Nowego Jorku. Tuż obok swój dom miała m.in. wdowa po 18. prezydencie USA Ulyssesie S. Grancie i klan Rockefellerów.

Rezydencja Guggenheimów w niczym nie ustępowała innym w tej dzielnicy. Dom mieścił w sobie wszystko, co w ówczesnym czasie uchodziło za przejaw luksusu: przeszklone drzwi, szklaną kopułę nad środkową częścią domu (podświetlaną w nocy lampą), fontannę w holu, marmurową klatkę schodową, cieplarnię, salon do organizowania cotygodniowych herbatek, imponującą bibliotekę i wyjątkowy „rodzynek” – salon Ludwika XIV z niezliczonymi lustrami i gobelinami. Pokoje przepełnione były myśliwskimi trofeami ojca, srebrnymi zastawami matki i portretami przodków. Późniejsza fascynacja Peggy abstrakcyjną sztuką nowoczesną stała w jasnej opozycji do estetycznych zamiłowań rodziców, a dom rodzinny nigdy nie kojarzył jej się dobrze.

Zresztą dzieciństwo to chyba najbardziej ponury okres w życiu Peggy. Złożyło się na to kilka czynników – surowe wychowanie, zdystansowani, często kłócący się – głównie o niewierność ojca – rodzice. Peggy nie znosiła rodzinnego piekiełka, buntowała się. Z trzech sióstr to ona była tą „niegrzeczną”. To z nią zawsze były jakieś problemy.

Jako jedyny jasny akcent dzieciństwa wspominała przyjaźń ze starszą o trzy lata siostrą Benitą, która po części zastępowała jej matkę. Benita zmarła w młodym wieku przy próbie urodzenia dziecka. Nikt potem nie zastąpił miejsca siostry w sercu Peggy.

Kochanka

Edukację zakończyła w wieku 18 lat po zaledwie trzech latach spędzonych w prywatnej szkole. Nigdy nie opanowała dobrze ortografii, ale dzięki szkole pokochała literaturę. Być może z miłości do książek (nie musiała przecież pracować) zatrudniła się w awangardowej księgarni Sunwise Turn. Bywali tutaj pisarze tej miary co Francis Scott Fitzgerald, nowojorscy poeci, malarze, wydawcy i przyjaciele artystów. To pierwsze zetknięcie Peggy ze światem artystycznej bohemy. Co zrobić, żeby stać się jego częścią?

Wyjeżdża do Europy. To niezwykle ważna w jej życiu, trwająca niemal prawie dziewięć miesięcy młodzieńcza podróż. Szybko odkrywa, że najbardziej fascynuje ją zwiedzanie rozsianych po europejskich stolicach muzeów ze zbiorami sztuki. Po latach będzie wspominać, jak znawca malarstwa Armand Lowengard zarzucił jej, że pomimo swojego zainteresowania sztuką nie będzie w stanie zrozumieć trudnego dzieła Bernharda Berensona: „Natychmiast kupiłam i przetrawiłam siedmiotomową pracę tego wybitnego krytyka”. Ten drobny epizod nadał kierunek jej dążeniom – zrozumiała, że aby zbliżyć się do cyganerii, musi przemawiać językiem jej przedstawicieli.

Najwięcej czasu spędziła w Paryżu. Montparnasse, z artystami propagującymi świeże idee i pozbywającymi się niewygodnych konwenansów, działał na nią, wówczas 21-letnią dziewczynę, wręcz hipnotycznie. Zresztą nie tylko ze względu na sztukę. W Paryżu zakochuje się w starszym o siedem lat Laurensie Vailu, „królu bohemy”, malarzu i pisarzu, ale też dandysie i hulace. Uczucie nie jest platoniczne. „Wydaje mi się, że Laurence nie miał lekko, bo zażyczyłam sobie wszystkiego, co widziałam na pompejskich freskach” – tak będzie pamiętać ten związek już jako dojrzała kobieta. Młodziutka Peggy odkryła w sobie drugą obok malarstwa pasję, która odbija się na całym jej życiu. Seks. Chętnie podtrzymywała mit dotyczący ilości swoich romansów oraz swojej rozwiązłości. Jej kochankami byli artyści i literaci, w tym znane nazwiska: dramaturg Samuel Beckett, surrealista Yves Tanguy, rzeźbiarz Henry Moore, a być może też – choć biografowie nie są tu jednomyślni – Marcel Duchamp.

Otwarte drzwi

Laurence został jej mężem w 1922 roku. Małżeństwo z nim otworzyło przed Peggy wiele drzwi. Tak jak chciała, stała się częścią świata, do którego aspirowała. Nie zmieniło to jednak faktu, że wszystko ją od tego świata różniło – pozycja społeczna, korzenie rodzinne, sytuacja finansowa. Zwłaszcza ta ostatnia była znacząca.

Szybko zorientowała się, że różnice są tak naprawdę jej atutami. Mogła wykorzystać pieniądze do tego, by utrzymać zainteresowanie swoją osobą, ale też bardziej szlachetnie – by wspierać sztukę. Złośliwi twierdzą, że Peggy „kupiła” sobie miejsce w historii. Trudno jednak zliczyć twórców, którym w dalszych latach pomagała, nie tylko dofinansowując ich, by mogli tworzyć, ale też kupując ich obrazy wtedy, kiedy nikt jeszcze tego nie robił. Znani mężowie Peggy, zarówno Laurence, jak i później Max Ernst, dzięki niej nie martwili się o finanse. Utorowała drogę do kariery Jacksonowi Pollockowi i Williamowi Congdonowi, roztoczyła mecenat nad wieloma młodymi twórcami w Europie i Ameryce.

Skąd wzięła się fortuna rodziny Guggenheimów? Dziadkowie Peggy uciekli z Europy, chcąc uwolnić się przed finansowymi restrykcjami nałożonymi na Żydów. Dotarli do Ameryki w pierwszej połowie XIX wieku. Tutaj w ciągu kilkunastu lat dzięki handlowej smykałce niewiarygodnie się wzbogacili. Imperium Meyera i Barbary Guggenheimów było w swoim czasie jednym z sześciu największych w Ameryce, będąc żywym przykładem ziszczającego się amerykańskiego snu.

Ojciec Peggy radził sobie finansowo gorzej niż reszta jego braci, ale i tak spadek po nim wystarczył córce na rozpoczęcie samodzielnego życia, a pieniądze odziedziczone później po matce – na realizowanie fanaberii związanych ze sztuką oraz na zainwestowanie w galerię, którą w 1938 roku otworzyła w Londynie.

Jeden obraz dziennie

Po swoich przodkach Peggy bez wątpienia odziedziczyła talent do robienia interesów i zamiłowanie do pieniędzy, ale też – co wielokrotnie udowodniła – umiejętność ich utrzymania. Żyłkę do handlu odkryła w sobie w roku 1925, kiedy to udało jej się sprzedać za cenę wielokrotnie przewyższającą oczekiwania przywiezione do Ameryki prace poetki i malarki Miny Loy.

Pierwszego poważnego zakupu dla siebie dokonała jednak dopiero kilkanaście lat później. W 1937 roku weszła w posiadanie jednego z pięciu brązowych odlewów „Głowy i muszli” Jeana Arpa. Zakupione za 300 dolarów dzieło stało się zaczynem dla jej niezwykłej kolekcji. Przy tej transakcji korzystała z doradztwa (przedstawionego jej przed laty przez Vaila) Marcela Duchampa. Duchamp, niezależny klasyk awangardy i swego rodzaju éminence grise, miał ogromny wpływ na estetyczny gust Peggy. Był jej największym mentorem w dziedzinie sztuki nowoczesnej. Często i chętnie korzystała z dobrych doradców. Historyk sztuki Herbert Read stworzył dla niej nawet specjalną listę najbardziej interesujących dzieł. Sama nie była wielką ekspertką, przyznawała się do swojej początkowej ignorancji, umiała jednak słuchać i wyciągać wnioski, nie bała się też ryzykownych posunięć.

Guggenheim Jeune, galeria otwarta przez Peggy w londyńskim West Endzie, prezentowała prace malarzy, których jeszcze nikt w Londynie nie wystawiał. Tutaj swoją pierwszą indywidualną wystawę miał między innymi Wassily Kandinsky. Promowani byli Yves Tanguy, Wolfgang Paalen, Georges Braque, Joan Miró i, oczywiście, Laurence Vail. Konsekwentnie kupowała co najmniej po jednym obrazie z każdej otwieranej przez siebie wystawy, gromadząc w ten sposób coraz ciekawsze, jeszcze nierozpoznawane wtedy dzieła.

Problem w tym, że Guggenheim wyprzedzała swoje czasy. Prowadzenie galerii było zajęciem trudnym i nierentownym. Nikt nie myślał jeszcze o kupowaniu obrazów jako inwestycji. Nabywano je dla przyjemności, ale niewielu było ludzi, którzy mogli sobie na taki luksus pozwolić. Po roku działalności Peggy zamyka deficytowy interes, ale niepowodzenie jej nie zraża. Marzy, żeby stworzyć własne muzeum sztuki współczesnej. I pewnie dopięłaby swego, gdyby planów nie pokrzyżowała jej zbliżająca się wojna. Muzeum nie powstało, ale kwotę 40 tysięcy dolarów, które miała wyłożyć z własnej kieszeni, i tak przeznaczyła na zakup obrazów w Paryżu. Podobno na chwilę przed wybuchem wojny kupowała jeden obraz dziennie.

Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu

Chroniąc się przed wojenną zawieruchą w Nowym Jorku, udostępniła swój dom wszystkim zainteresowanym sztuką nowoczesną. Odwiedzali ją imigranci z Europy, m.in. Chagall, Léger, Matisse, Breton, marszandzi i hobbyści. Peggy wszystkich uważała za swoich przyjaciół. Dom tętnił życiem, a spontaniczne imprezy, na których czasami pojawiał się tajemniczy doktor serwujący zastrzyki witaminowe (w rzeczywistości amfetaminę), organizowane były nader często. Uzupełniała swoją kolekcję o kolejne dzieła: Klee, de Chirico, Miró, Dalego, Picassa, Mondriana. Wreszcie w roku 1942 przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy otworzyła kolejną galerię Art of this Century. Zaprojektował ją znany z nowatorskich projektów Frederick John Kiesler. Obrazy zawieszono bez ram, by „uwolnić” sztukę. W sali surrealistów były wklęsłe kauczukowe, a w sali kubistów – płócienne ściany. Sukces! W „New York Sun” znaczący krytyk Henry McBride napisał potem: „Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu”. Znowu była pionierką – zaprezentowała mistrzów z Europy obok młodych malarzy amerykańskich, a każdy kolejny organizowany przez Peggy pokaz zaskakiwał tematyką. Choćby wystawa prac kobiet – absolutne novum w zdominowanym wówczas przez mężczyzn świecie sztuki.

Ciekawe, że przy całej swojej hojności w sprawach dużej wagi była przeraźliwie skąpa w rzeczach drobnych. Oszczędzała na ogrzewaniu, prądzie, ubraniach. Podobno przez cały rok potrafiła nosić starą czarną spódnicę i zdarte buty z cielęcej skóry. Zapraszając gości na obiad do restauracji, głośno demonstrowała swoje niezadowolenie z racji wysokiego rachunku. Na przyjęciach ograniczała się do serwowania czipsów i rozcieńczonego wina. Gromadzenie choćby najdrobniejszych pieniędzy sprawiało jej wyraźną przyjemność. W swojej nowojorskiej galerii wprowadziła ćwierćdolarową opłatę za wstęp, choć było to w środowisku bardzo źle widziane. Do weneckiego domu wpuszczała co prawda za darmo, ale za katalog, bez którego trudno było oglądać dzieła, trzeba było już płacić.

Przyjemnie jest być ze mną

Nie miała wielu prawdziwych przyjaciół, ale aż do późnej starości zdawała się tego nie zauważać. Jak wspomina marszand i artysta David Porter: „Uwielbiała znajdować się w centrum uwagi, miała potężne ego, jak gdyby mówiła: Dlaczego ludzie mieliby mnie nie lubić? Jestem bogata i seksowna, przyjemnie jest być ze mną”.

W różnych okresach życia sięgała po alkohol. Potrafiła zachowywać się skandalicznie. Pewnego wieczoru odeszła od kolacji, by całkowicie się rozebrać i wrócić do pozostawionych gości okryta tylko przezroczystym płaszczem. Innym razem w napadzie złości zdemolowała ogród i wyrwała rzadkie gatunki roślin. Miała dwóch mężów i trzy poważniejsze związki nieformalne. Nieustannie flirtowała. Zapytana, ilu miała mężów, odpowiadała: „Swoich czy czyichś?”. Być może przelotne romanse utwierdzały ją w przekonaniu, że jest atrakcyjna – miała kompleks z powodu swojego dużego, niekształtnego nosa, o którym malarz Theodoros Seliger powiedział kiedyś: „Nie miała nosa – miała bakłażan”.

Jej związki były burzliwe i niespełnione. Pierwsze małżeństwo rozpadło się po sześciu latach. Podobno w czasie kłótni Laurence wcierał jej dżem we włosy i rzucał w nią czym popadnie, ona zaś nieustannie go prowokowała. Jej związek ze skłonnym do alkoholu pisarzem Johnem Holmesem również nie należał do stabilnych, względnie spokojnie żyła z poetą i wydawcą Douglasem Garmanem. Najwyraźniej potrzebowała jednak pierwiastka nieprzewidywalności, bo po pewnym czasie zaczęła uważać go za nudziarza. Po raz drugi wyszła za mąż w wieku 43 lat, a jej wybrankiem był malarz Max Ernst. Dlaczego on? „Ponieważ jest śliczny, jest znakomitym malarzem i jest sławny”, uzasadniła. Ale i ten związek okazał się nieudany.

W jej zaprzątniętym sztuką życiu nie pozostawało wiele miejsca dla dzieci. Córka Pegeen i syn Sindbad (oboje z pierwszego małżeństwa), mieli słaby kontakt z matką. Peggy, rozwodząc się z Laurence’em, zostawiła kilkuletniego syna pod opieką ojca, zastrzegając sobie jedynie 60 dni w roku na widzenia. Córka Pegeen traktowana była jeszcze chłodniej. W rezultacie przez wiele lat cierpiała na depresję, była uzależniona od leków. Zmarła w wieku 41 lat po przedawkowaniu środków nasennych. Peggy dostała wiadomość o śmierci córki, kiedy mieszkała już w Wenecji (w roku 1962 otrzymała od miasta honorowe obywatelstwo). Czuła się winna jej zaniedbywania, ale odpowiedzialność za tragiczną śmierć zrzuciła na męża Pegeen Ralpha Rumneya. Sama Pegeen za życia otwarcie mówiła o żalu, jaki ma do matki. Zarzucała jej, że kocha sztukę bardziej niż własnego syna i córkę.

Kolekcja to ja

Przy łożu śmierci Peggy Guggenheim był jej syn Sindbad. Umarła w wieku 81 lat, schorowana. Cierpiała na miażdżycę, w dodatku w roku 1979 nastąpił ciąg nieszczęśliwych wypadków: złamała nogę, z powodu której trafiła do szpitala, tam dostała obrzęku płuc, spadła z łóżka i doznała udaru. Odeszła 23 grudnia tego samego roku.

Nigdy nie podarowała nikomu z rodziny nawet najmniejszego płótna. Pragnęła za wszelką cenę utrzymać kolekcję nierozproszoną. Wielokrotnie powtarzała: „Kolekcja to ja”, zdając sobie sprawę, że tylko w ten sposób zapewnia sobie miejsce w historii. Pod koniec życia bała się, że potężna fundacja jej wuja Solomona (nigdy nie utrzymywała z nim bliskich kontaktów ani rodzinnych, ani kolekcjonerskich), której w 1976 roku zdecydowała się powierzyć swoje obrazy, wchłonie jej zbiory.

Tak się nie stało. Kolekcja Peggy jest odrębną całością prezentowaną nadal w weneckim pałacu przekształconym obecnie w muzeum, które dziś przyciąga 300 tysięcy oglądających rocznie.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

Korzystałam m.in. z książek: Antona Gilla „Peggy Guggenheim. Życie uzależnione od sztuki”, Dom Wydawniczy Rebis 2004; oraz Peggy Guggenheim „Out of this Century: Confessions of an Art Addict”, Universe Books 1979.