Ekskluzywny wywiad z Piotrem Trzaskalskim – reżyserem „Stulecia Winnych”

Wywiad z Piotrem Trzaskalskim, reżyserem m.in. takich dzieł jak „Edi”, „Mistrz” czy „Mój rower”, z którym rozmawiamy o najnowszej produkcji „Stulecie Winnych”.

Edim, Mistrzem, Moim rowerem przyzwyczaił Pan widzów do filmów kameralnych, osobistych, intymnych. Co takiego odnalazł Pan w scenariuszu Stulecia Winnych, że zdecydował się na reżyserię dużego, kostiumowego serialu telewizyjnego, w dodatku serialu, który jest adaptacją książki?

Po pierwsze – wyzwanie. Ogrom wątków i postaci. Intryg. Przeplotów. Słowem wielki świat do ogarnięcia. Fabuła rzadko kiedy daje możliwość dotknięcia tak potężnego żywiołu narracyjnego jak dobry serial.

Czy według Pana w losach rodziny Winnych widz może odnaleźć współczesną prawdę o kondycji człowieka, o jego podejściu do wydarzeń politycznych i historycznych ? Czy jest to dla Pana historia uniwersalna czy wyłącznie nasza, polska?

Człowiek pod każdą szerokością geograficzną kocha, umiera, cierpi, popełnia świństwa i wielkie czyny. Kręcąc swoje filmy, zawsze chciałem żeby były zrozumiałe w Polce, w Arabii Saudyjskiej i na Alasce. Oznacza to, że zawsze szukam uniwersalizmu postaci i historii. Podobnie rzecz ma się z czasem: ta historia rodziny Winnych mogłaby się zdarzyć w dzisiejszym blokowisku na Ursynowie. Niestety czy stety ale jako ludzie nie ewoluujemy. Ewoluują nasze narzędzia, cywilizacja – nie nasz duch. Wciąż szarpie i zżera nas ten sam demon i anioł.

Autorka powieści Ałbena Grabowska zwierzyła się w jednym z wywiadów, że scenariusz „oddał to, co chciała opowiedzieć, a twarze wyobrażone na potrzeby książki, przełożyły się na twarze aktorów”. A jakie były Pana wyobrażenia o bohaterach tej sagi, czy w twarzach aktorów odnalazł Pan „swoich” bohaterów?

Zawsze kiedy biorę się za film czy teatr telewizji szukam tam siebie. Swoich doświadczeń. Każdy twórca tak robi choćby nie wiem jak się zarzekał. W moim wypadku przybiera to postać obsesji. Jeśli tzw. „obcy tekst” nie ma czegoś, czego szukam to…wsadzam w jego obręb to, co stanowi dla mnie istotę kina: niejednoznaczność, sny, koszmary i… maksymalny realizm. Staram się ten mix jakość zekranizować, przekazać w takiej formie filmowej, żeby widz nie odszedł od ekranu. W tym sensie TAK. Znalazłem tam paru „swoich ludzi”.

W Stuleciu Winnych zagrały wielkie osobowości polskiego kina, m. in. Kinga Preis, Iwona Bielska, Olaf Lubaszenko, Jan Wieczorkowski, Roman Garncarczyk, Adam Ferency, a także aktorzy młodego pokolenia: Weronika Humaj, Karolina Bacia, Tomasz Włosok czy Barbara Wypych. Jak wygląda Pana praca z aktorami? Czy aktor ma u Pana prawo wpływania na kształt scenariusza, czy podobne uwagi dostaje od Pana aktor z dużym dorobkiem i ten, który dopiero rozpoczyna swoją drogę zawodową?

Staram się pracować z mądrymi aktorami. Uważam bowiem, że dobry aktor to mądry aktor. Zazwyczaj wie lepiej jak powinna wyglądać jego postać. Jego tzw. kreacja aktorska. Zazwyczaj…jeśli natomiast zdarzy mu się sfałszować, to wtedy pojawiam się ja i koryguję ten fałsz. Zmieniam nuty. Poprawiam i gramy dalej. Staram się za wszelką cenę stworzyć taką atmosferę na palnie, żeby każdy aktor i aktorka – czuł się jak u siebie przed lustrem. Swobodny i nieskrępowany. Wolny. Reżyseria to być może sztuka dawania ludziom prawdziwej wolności tzn. takiej, która opiera się na prawdzie. Ta zasada dotyczy u mnie WSZYSTKICH członków mojej ekipy.

Aktorzy Stulecia podkreślają w wywiadach, że robiliście serial, ale pracowaliście tak jak nad fabułą. Co to znaczy? Czy jest duża różnica między pracą nad serialem telewizyjnym i filmem pełnometrażowym?

Moim zdaniem chodzi o skupienie. Ja staram się zawsze, kiedy pracuję na planie, walczyć do ostatniej kropli krwi o… skupienie. O wywalenie smartfonów, iphonów i innych rozwalaczy skupienia. Dlatego wszyscy czują się jakby robili rzecz ważną – film fabularny. Inaczej nie umiem spojrzeć potem w lustro. Musi być i radość i powaga w robieniu tych naszych ruchomych obrazów.

Produkcja tak dużego serialu historycznego to dla jego twórców czas ogromnej dyscypliny: kilkadziesiąt dni pracy w terenie, duża zależność od pogody, zdjęcia nocne… Co najbardziej zapamięta Pan z tej realizacji, co Pana zaskoczyło, co rozbawiło, a co sprawiło największą trudność.

Najbardziej rozbawiła mnie realizacja tak zwanych „scen zimowych” w serialu: jedna chata ośnieżona, dwa metry śniegu wokół i koniec śniegu. Tylko taki zasięg był możliwy do robienia w naszym budżecie…. a naokoło piękna jesień. Patrzę w kadr, w kamerę: no zima. Patrzę ponad: jesień. Magia kina…Na projekcji wychodzi na to, że mróz trzaskający. Zrobiłem takie zdjęcie na pamiątkę największego „oszustwa” jakiego się dopuściliśmy podczas realizacji.

Co do pogody, to nas rozpieszczała. Mieliśmy niewiarygodne szczęcie. Kiedy w 36-stopniowym upale mieliśmy kręcić zimny listopad i aktorzy już zakladali kożuchy i grube płaszcze a my z bijącym sercem czekaliśmy na nasze trzyletnie aktorki i przewidywaliśmy katastrofę, płacz i bunt…zerwała się ulewa. Urwanie chmury. Temperatura spada do osiemnastu stopni. Dzieci chcą grać. Są prawdziwe kałuże: wypisz wymaluj listopad. Kręcimy i mamy to!

Największą trudność sprawiały zdjęcia nocne. Niestety nie posłuchałem słów wielkiego Andrzeja Wajdy: „Noc? Dlaczego kręcimy w nocy? W nocy NIC nie widać!!!”. Koniec cytatu i początek mordęgi. Potykania się o trzeciej w nocy o statywy i to nie ze zmęczenia, ale dlatego że… nic nie widać. Zapamiętam do końca życia.

Kilka lat temu w jednym z wywiadów powiedział Pan: „Bez względu na temat robię filmy o miłości albo niezdolności do kochania”. Czy Stulecie Winnych jest również filmem o miłości?

Nie mnie to oceniać. Starałem się, żeby tak było. Uciekałem od historii tej wielkiej i małej w jedynym kierunku jaki jest mi na prawdę bliski, w kierunku drugiego człowieka. Stulecie Winnych to film o stu latach ludzkich losów – a nie stu latach wojen czy stu latach państwowości. To film o rodzinie a nie o epoce.

 

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej na motywach której powstał serial dostępna jest w naszym sklepie internetowym