fbpx

Ewangelia z Podhala. Nowa książka Wojtka Staszewskiego

Ewangelia z Podhala w nowej książka Wojtka Staszewskiego
Ewangelia z Podhala w nowej książka Wojtka Staszewskiego

Zastanawialiście się kiedyś, jak by to było, gdyby Jezus przyszedł na świat dziś, tu i teraz, w Polsce? Wojciech Staszewski się zastanawiał. Wyobraził to sobie i opisał. Maria, obca, z ciemną skórą i chustą na głowie, rodzi syna w Rabce. Na Podhalu. Co dalej? Sprawdźcie koniecznie, bo opisał to brawurowo. O „Ewangelii według świętego Józka”  rozmawiamy z jej autorem.

Napisać ewangelię na nowo? Przyznam, że trzeba mieć odwagę. Nie bałeś się?
Jak już książkę napisałem, to stwierdziłem, że chyba jednak pojechałem z tym pomysłem. Ale kiedy pisałem, to tak byłem naładowany tym, że świetnie, że mogę ewangelię przenieść do Rabki – i w ogóle nie myślałem, na co się porywam. Zresztą to jest książka bardziej o Polsce niż o Palestynie.

Rozumiem, ale jednak trudno uniknąć wrażenia, że pewne sytuacje, a właściwie kluczowe sytuacje opisane w ewangeliach, są przekładane na dzisiejsze realia. Nie mogę powiedzieć „wiernie przekładane”, bo oczywiście właśnie „niewiernie”, ale zdecydowanie korzenie mają tam, w Nowym Testamencie.
Najpierw był pomysł. Zastanawiałem się, co by było, gdyby Jezus urodził się w roku 2000 w Rabce. Gdyby ta historia nie działa się w Palestynie dwa tysiące lat temu, tylko dziś. W prawdziwej  góralskiej Polsce. Jak byłby przyjęty ze swoją oliwkową skórą, ze swoim obcym pochodzeniem, trochę Żyd, trochę Arab, nie wiadomo, jedno i drugie zresztą podejrzane, jesteśmy społeczeństwem, które bo się i Żydów, i Arabów, to chyba ewenement na skalę światową. I tę myśl sobie w głowie rozwijałem, a jak rozwinąłem i napisałem, to się okazało, że wyszła ewangelia. Trochę przypadkiem. Wtedy dopiero dotarło do mnie: no, Staszewski, pojechałeś…  

Mówisz: jak już było napisane. Ale przecież konsekwentnie nas, czytelników, prowadzisz przez kolejne sceny z ewangelii. Zmienione są miejsca, ale nie idea. Każde ważne wydarzenie w twojej książce ma pierwowzór w tamtych Księgach. Mimo woli ci to nie wyszło. Zakładam premedytację.
No tak. Może mały spoiler w takim razie. Jak zacząłem myśleć, że Jezus rodzi się w stajence, od razu wiedziałem, że na Podhalu roku 2000 to nie może być prawdziwa stajenka. Dzisiejsza stajenka to jasełka, nie życie. A co może być jej odpowiednikiem? Co jest bliskie sercu górali? To oczywiście warsztat samochodowy. Górale kochają samochody, są one jeszcze ciągle oznaką statusu, jak w Warszawie powiedzmy 15 lat temu. Niech więc warsztat będzie stajenką. A przed stajenką było Zwiastowanie, książka zaczyna się od Zwiastowania świętej Elżbiety – i znowu, próbowałem sobie wyobrazić, jak dziś mogłoby takie zwiastowanie wyglądać. Bez bluzgów się nie obywa, choć to takie bluzgi z radości, bo tak by dziś podstarzała Elżbieta przyjęła wiadomość o tym, że będzie miała dziecko, choć się tego zupełnie nie spodziewała i dawno straciła na to nadzieję. Miałem przy łóżku książkę – wybór ze wszystkich czterech ewangelii, podczytywałem, żeby sobie przypomnieć historie, które wszyscy znamy, choć niekonieczne dobrze pamiętamy. Usiłowałem je sobie wyobrazić w Rabce.

Muszę powiedzieć, że się wciągnęłam, czytałam i szukałam kolejnych tropów, czekałam na niektóre sceny, choćby – jak będzie wyglądało u ciebie wesele w kanie Galilejskiej…Wesele w Kanie jest weselem w Harkabuzie. Nazwa prawdziwa, miejscowość prawdziwa. Przeniosłem moich bohaterów do Harkabuza, jest też odpowiednik przemienienia wody w wino. Dla mnie to było wyzwanie i niezła zabawa – wymyślić realia, na których można by zawiesić treść, opowiedzieć to, co w tej historii ważne. 

Ewangelie to opowieść o tym, że Bóg przyszedł do swoich i swoi go nie przyjęli. U ciebie Bóg jest obcy, inny, „ciapaty” – i też go odrzucają. Obcego odrzucić łatwiej.
Bóg się rodzi inny, ale przecież to ten sam Bóg, Panbucek, Jezukryst, którego widzimy  na krucyfiksie w każdym góralskim kościółku. Najbardziej boski Bóg. Z całym tym przekazem, w który w Polsce, a już najbardziej na pobożnym Podhalu wierzymy. Chciałem pokazać, jak Jezus i jego nauka byłyby na tym Podhalu przyjęte. Co to znaczy: kochaj bliźniego jak siebie samego. Jak ma się to choćby do tego, że ci inni, na przykład geje, mogą sobie być, pod warunkiem, że siedzą sobie w norach, nie pokazują się, „nie afiszują”.

Często zapominamy, że Jezus nie był Polakiem.
Co więcej, na Podhalu ludzie są przekonani, że był Polakiem. Chyba nawet góralem. 

Powiedziałeś, że chciałeś umieścić akcję książki w, cytuję, prawdziwej Polsce. To ironia? Ta inna, niegóralska, jest nieprawdziwa?
Może to lekkie zdystansowanie się do mojej bańki. Prawdziwa Polska to wszystko, co jest poza tą naszą warszawską bańką na Facebooku. To, co dzieje się w naszym kraju, to efekt tego, że uwierzyliśmy, że prawdziwa Polska jest tolerancyjna, otwarta, ciesząca się z przynależności do Unii Europejskiej, z tym nieszczęsnym czekoladowym orłem. Choć ja i tak wolę czekoladowego orła od orła siną barwą kłutego na demonstracjach narodowców. Ale jednak jest tak, że nasz orzeł jest dwugłowy. Jedną głowę ma z czekolady, a druga to ta siną barwą kłuta. I nie będzie pokoju w tym kraju, póki te dwie Polski jakoś się nie zaakceptują. 

Na początku myślałem, że wrzucę Jezusa do Rabki – i co? Zaciukają go! Religia prawdziwej Polski to religia ojca Rydzyka, nie Jezusa Chrystusa. Ale potem zacząłem sobie przypominać Podhale sprzed 20 lat. Moje wizyty w Rabce. I doszedłem do wniosku, że nie byłoby tak źle. Patrzyliby na Maryśkę i jej syna jak na jakieś dziwne trochę zjawisko, ale jednak takie, które da się polubić. Oswoić. Wtedy ta prawdziwa Polska nie była przepełniona nienawiścią, jaka teraz wycieka z Internetu, spirala niechęci nakręciła się nie tak dawno, wcześniej byliśmy się w stanie akceptować mimo naszych odmienności. Takiemu komuś odmiennemu napisałem właśnie ostatnio na Facebooku, że różnimy się tylko światopoglądami. Ale z tym można żyć. I Jezus, i Maryśka, mogą spokojnie mieszkać w Rabce do 2010 czy 2012 roku, kiedy w Warszawie zaczyna płonąć tęcza, a w prawdziwej Polsce zaczynają płonąć serca. 

Ok, są w twojej książce iskierki optymizmu, choć nie widzę ich tam wiele. Diagnoza społeczeństwa, której dokonujesz, jest w moim odczuciu przerażająca.
Bo żyjemy w przerażających czasach. Symptomatyczna jest dla mnie – znowu spoiler – scena pobicia chłopaka, geja, przed sklepem. Agresorem jest człowiek zły. Agresywny, przepełniony nienawiścią. I cała społeczność Rabki się temu przygląda. Biernie. Ludzie, którzy chodzą głosować, przeważnie się nie wypowiadają, oni się właśnie przyglądają temu teatrowi, który widzimy w Sejmie, w telewizji. I jeśli teatr jest nastawiony przyjaźnie, jak to było w roku 2000, kiedy zaczyna się moja książka, to ludzie biją brawo z sympatią. I rzeczywiście czują sympatię do tej Maryśki, która jest co prawda trochę inna, chodzi w chustach, ale jest miła i w końcu kupiła sobie jakieś „bardziej normalne” ubrania. Ale w pewnym momencie liderzy w teatrze zaczynają nadawać inny, groźny, wagnerowski ton życiu społecznemu i publiczność rabczańska – czy szerzej polska – to podchwytuje. I to jest czas, który mamy teraz. I ten czas jest straszny. 

Szukając językowych inspiracji, czyli bluzgów, którymi mogą się obrzucać moi bohaterowie, wchodziłem sobie na prawicowe grupy na Facebooku. Jestem nawet dalej w jednej, czasem się tam udzielam, tylko mocno się pilnuję, żeby nie wejść w język nienawiści, więc każdą wypowiedź kończę czerwonym Owsiakowym serduszkiem. Ale to, co tam czytam, bywa naprawdę straszne. Gnidy, kanalie, bydlaki – ja tych określeń nie wymyśliłem, ja je stamtąd właśnie pożyczyłem. Tymi słowami obrzuca się ludzi, których ja uważam za bohaterów. 

Mówimy już dłuższą chwilę o miejscu akcji – ale właściwie dlaczego akurat to? Dlaczego Rabka?
Góry w sercu miałem zawsze. Jeśli mielibyśmy robić uogólnienia na temat góralskiego charakteru, to chyba coś w tym jest, że ukształtowanie terenu może też kształtować człowieka, wyrabiać ambicję. No bo skoro obok są te góry, to trzeba na nie wejść. To mnie zawsze ciekawiło, pociągało.  Choć jako młody człowiek jedynie chodziłem po górach, nie stykałem się z góralską społecznością. I lata później zdarzyło się zupełnie przypadkiem, że przez Internet poznałem pewną góralkę z Rabki Zdroju o imieniu Kinga. Pojechałem pochodzić po górach, a rok i trzy miesiące później góralka Kinga przeniosła się do Warszawy. Ale w Rabce spędzamy każde święta, nie tylko święta zresztą, tam robimy nasze obozy biegowe, to moje drugie miejsce na Ziemi, tu mam przyjaciół, znajomych i pewnie nieprzyjaciół też. Może teraz tych ostatnich będzie więcej. 

Bo mówisz, że Rabkę kochasz, ale jednak dość ostro ją traktujesz.
Ja Polskę traktuję ostro, bo mi się strasznie nie podoba to, co się w niej teraz dzieje. 

Ale o Rabce piszesz. To tu ogniskuje się jak w soczewce ten koszmar braku tolerancji, a potem nienawiść do innych, obcych, gejów… Mogą cię tu faktycznie teraz lubić trochę mniej.
Pierwsze egzemplarze książki zawiozłem do Rabki właśnie, dałem je osobom, którym dużo zawdzięczam, którym podkradałem język albo cechy charakteru dla moich bohaterów. Myślę, że ta Rabka to nie przypadek. Podhale to taki kawałek Polski, którego mieszkańcy są ze swojego pochodzenia dumni. Nikt nie podkreśla: „Jestem wielkopolaninem” czy „Jestem z Mazowsza”. Ale: „Jestem góralem” owszem. To jest coś. To jest ważne. Jeśli miałbym zestawić tych chłopaków z orłami na piersiach z warszawskich Marszów Niepodległości, to chyba ich najbliższymi kuzynami są górale. Dumni z polskości, z tradycji, której przed warszawiakami muszą bronić. Nota bene warszawiacy to cała reszta kraju, wszyscy na północ od Myślenic.  

Pracujesz nad kolejną książką?
Tak. Pisanie to praca, która – zawodowo – daje mi szczęście. Książka dzieje się po wojnie w Warszawie. I wszystko jest jak było poza jednym. Ci, którzy w roku 1944 byli nastolatkami, nie rozpoczęli powstania. Jakie są tego konsekwencje? Ano takie, że nazywają ich spietranym pokoleniem. Bo trzeba było Niemców pokonać, można to było zrobić ot tak, jednym ruchem, i Polska by wtedy nie cierpiała. 

Konsekwentnie idziesz w alternatywne wersje historii.
To jak z fotografią i malarstwem. Fotograf odtwarza rzeczywistość wiernie, a malarz musi szukać innych poziomów, wierność obrazu już nie wystarcza. Można zrobić reportaż o Polsce powojennej, pokazać to, co było. Ale ja chciałbym wyobrazić sobie, co by było, gdyby było inaczej. 

Ale z biegania, czyli z twojego drugiego zawodu, a może trzeciego, bo przecież jesteś też dziennikarzem, nie rezygnujesz?
Mam chyba za dużo pasji w życiu i są one zbyt mało dochodowe, żebym mógł się skoncentrować tylko na jednej. Dzięki temu moje miejsce pracy to czasem pokój, w którym teraz jestem, siadam na kanapie i przenoszę się albo do Rabki AD 2000, albo do Warszawy 1944 i 1965, bo w tych dwóch płaszczyznach będzie się toczyć akcja. Czasem jest to kawiarnia, do której jadę na wywiad – bo kiedyś znów będziemy jeździć na wywiady, spotykać się z ludźmi, słuchać ich historii i je opisywać. We wtorki o 18.30 moim miejscem pracy jest Agrykola, tam mamy treningi. A latem i wiosną Beskid Sądecki, gdzie organizujemy obozy biegowe. O monotonii nie ma mowy. 

Ewangelia z Podhala w nowej książka Wojtka Staszewskiego
Wojciech Staszewski „Ewangelia według świętego Józka”, wyd. Wielka Litera