fbpx

„Hell” – recenzja filmu

"Hell" - recenzja filmu
fot. materiały prasowe Against Gravity

Dwudziestokilkuletnia Marie mogłaby być bohaterką, która boryka się z problemem braku pracy, perspektyw życiowych, wykluczeniem społecznym. Ale reżyserowi Timowi Fehlbaumowi takie piekło nie wystarcza, postanowił zgotować jej inne.
W zgodzie z przewidywaniami znudzonych codziennością katastrofistów XX wieku rozpalił słońce do tego stopnia, by na naszej planecie zabrakło środków do życia, zwierząt, roślin i wody. To właśnie w jej poszukiwaniu Marie (prześliczna mimo kurzu i potu Hannah Herzsprung) wyruszy w podróż ze swoją młodszą siostrą Leonie (równie urodziwa Lisa Vicari) oraz chłopakiem Filipem (Lars Eidinger, też jest na czym oko zawiesić).

Początkowo nasza śliczna trójka nie ma pomysłu na to, dokąd się udać w poszukiwaniu życiodajnego paliwa. Podpowiedź znajdą na etykiecie butelki. Po wyjściu z kina (film jest tak sugestywny, że rzeczywiście wzmaga pragnienie) z ulgą stwierdziłam, że nasze wody mineralne także ozdobione są wizerunkiem gór. W razie katastrofy pamiętajcie, by wody szukać z etykietą.

Ale żarty na bok. W filmie „Hell” nie ma miejsca na humor, bo wszystko dzieje się bardzo Poważnie i Ostatecznie, tak jak Poważny i Ostateczny jest Koniec, który nadszedł. Wszystkie akcenty wywołujące u widza uśmiech są niestety efektem ubocznym taniego i prymitywnego scenariusza – w tym zwłaszcza końcowa scena w górach. Nie mogłam się powstrzymać przed zanuceniem znanego hitu Varius Manx – o równie refleksyjnej co w filmie Fehlbauma łączności ze światem natury – „Widziałam ooooorła cień”.

Ale nie wszystko w tym scenariuszu jest spaprane. Dosyć nośny i zakorzeniony w lękach nastoletnich dziewczynek wydaje się pomysł przemiany chłopaka Marie w jej największego wroga, zaś pierwotnego wroga w sprzymierzeńca i kochanka. Nasza piękna trójca podczas wizyty na stacji paliw spotka bowiem czwartego towarzysza podróży, który wprawdzie początkowo będzie chciał ich zabić, ale jako mechanik samochodowy okaże się nieodzowny dla powodzenia akcji „Ad fontes”.

Ponieważ grający Toma wychudzony Stipe Erceg ma urodę nieco mroczną, ale tym bardziej może przyjemną oku, mamy już Piękną Czwórkę, która w końcu udaje się śladem etykiety – w góry. Te zaś zaczynają się, oczywiście przypadkowo, zaraz za stacją. Niestety, po drodze spotkają barykadę, która okaże się początkiem testu sprawdzającego, który z chłopców jest prawdziwym sprzymierzeńcem Marie. Bo choć oddech śmierci czuje już na karku, główna bohaterka przejmuje się przede wszystkim losem swojej młodszej siostry. Troska ta jest miarą jej człowieczeństwa w odhumanizowanym świecie, w którym człowiek człowiekowi wilkiem (uwaga, będzie kanibalizm!). Oczywiście to Tom pokocha Marie na tyle, by troszczyć się także o to, o co ona się troszczy. Gra w tym filmie toczy się więc o wysoką stawkę: miłość, która – jak zwykle – wszystko zwycięży, nawet głód.

Jeśli ten film miał przerażać, to przykro mi, nie przeraża. Wszystko, co wynika z fabuły, jest grubymi nićmi szyte i po prostu niewiarygodne (bohaterowie, choć tracą siebie z oczu, mają kontakt przez krótkofalówki). Ale warto obejrzeć ten film z dwóch względów. Co Wam się spodoba?

Po pierwsze – role kobiece i sposób, w jaki pokazano tu rodzinę. To chyba pierwszy film katastroficzny, który w miejsce niezłomnych bohaterów, od których wszystko zależy, stawia kobiety. Mężczyźni (poza, rzecz jasna, Tomem) są tutaj albo zredukowani do instynktów, albo duchowo ułomni, albo grają po prostu tło.Klan kanibali, na którego czele stoi demoniczna bohaterka grana przez Ellen Schweiger, nigdy nie przetrwałby, gdyby nie jej przekonanie, że Rodzina Jest Najważniejsza i Rodzić Trzeba Bez Względu Na Okoliczności. Marie jest tylko pozornie jej przeciwieństwem. Nie daje się wżenić w klan kanibali tylko przez wzgląd na młodszą siostrę i ochronę jej niewinności. Tworzy się tu jakaś dziwaczna i przerażająca w swojej istocie piramida kobiet. Choć optymistyczna w swojej wymowie ostatnia scena z ptactwem krążącym nad ostrymi szczytami ma poświadczać zwycięstwo Marie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za kilka lat będzie chciała włączyć do swojego menu coś oprócz wody (symbol niewinności!) i stanąć jednak na czele klanu kanibali.

Druga zaleta filmu może być dostrzeżona za cenę ignorowania potknięć scenariusza i wyostrzenie zmysłów. Choć film zrealizowano naprawdę niewielkim nakładem pieniędzy, za pomocą prostych efektów osiągnięto dużą sugestywność. Przepalone ujęcia, sepiowa kolorystyka i konsekwentnie martwy krajobraz naprawdę działają na wyobraźnię. Głupia pod względem fabularnym, ale świetna obrazowo scena ucieczki przed kanibalami przez wypaloną słońcem łąkę jest naprawdę warta ceny biletu. Ostrzegam, by przed seansem kupić sobie także butelkę wody. Oczywiście z górami na etykiecie.