fbpx

Marieke, Marieke, kim ty jesteś?

Ma 20 lat, urodę lolitki i tłum absztyfikantów. W każdym z nich szuka ojca, znajdując kochanka.
Oprócz kochanków, z których każdy mógłby być jej ojcem a nawet dziadkiem, Marieke ma też matkę: powściągliwą w uczuciach i wycofaną z życia, która nie poświęca córce zbyt wiele czasu. Za to, gdy dowie się o jej romansach, będzie czerpać dziwną satysfakcję z karania jej i odmawiania swojej uwagi. Matka ma za złe córce, że ta się nie uczy, nie rozwija, trwoniąc czas między kochanków i nudną pracę w fabryce czekoladek.

Ale jak tu się rozwijać, kiedy Marieke czuje podskórnie, że jej rodzinne korzenie – ta baza, na której można budować życie i przyszłość – są nadgniłe, że nic jej nie trzyma przy ziemi, więc może bawić się w uwodzicielkę, lolitkę i dziwkę, może robić zdjęcia swoim aparacikiem i udawać, że nie ma jutra. Dopiero spotkanie z przyjacielem ojca sprzed i ujawnienie prawdy, jaką skrywała przed nią matka, wyzwalają lawinę wspomnień, tłumionych emocji i rozpacz. I domek z kart upada.

Reżyserka filmu, Sophie Schoukens, buduje nam postać głównej bohaterki (rewelacyjnie zagranej przez eteryczną Hande Kodja) z ulotnych obrazów i zdawkowych słów. Mamy tu młodą kobietę w ciele dziecka, które ubiera się w sukieneczki, włoski czesze w kucyk, a kiedy tańczy – garbi się uroczo. Świat rówieśników dla niej nie istnieje, woli świat podstarzałych kochanków, którzy niczym biblijni starcy z przypowieści o Zuzannie i starcach, kochają jej ciało, w zamian mogąc zaoferować jedynie chwilowe ukojenie i pewność, że „tatuś cię kocha”.

Dlatego scena, kiedy matka odkrywa sekret córki, znajduje zdjęcia wiekowych kochanków, ma dla mnie coś z opowieści o kompleksie Elektry. Bo kiedy dowiadujemy się, że to matka przez lata ukrywała prawdę o śmierci ojca, to jest trochę tak, jakby tego ojca córce zabrała, zawłaszczyła dla siebie. A Marieke całe życie próbuje – między wspomnieniami o ojcu i codzienną prozą życia – odzyskać go trochę dla siebie, odczytując jego ciało i duszę ze zdjęć swoich kochanków – bo on byłby teraz w jej wieku. Dlatego nagle odkryta prawda o ojcu ustawia córkę w starej jak świat opozycji do matki. Ale tu tu reżyserka robi zwrot: nienawiść do matki córka kieruje na siebie. I to jest moment przekroczenia: nie tyle progu dorosłości ile świadomości co do natury ludzkiej i naszych własnych braków, jak brak korzeni czy brak bezpieczeństwa, w których musimy funkcjonować i od których nadmiaru wariujemy.

„Marieke, Marieke”, to piękny film: o relacjach między ludźmi, o rozumieniu miłości i przyjaźni na wielu poziomach. To też arcydzieło wizualne i muzyczne. Ale to nie znaczy, że nas mniej zaboli, bo w końcu wszyscy żyjemy z jakimiś brakami.