W świecie miłośników literatury od lat powtarza się jedno zdanie: „książka była lepsza”. Są jednak wyjątki, które każą zweryfikować ten pogląd. Niektórym twórcom udało się nadać książkowym opowieściom nowy wymiar i stworzyć filmy, które na stałe zapisały się w historii kina. Wybraliśmy ekranizacje, które od lat zachwycają zarówno krytyków, jak i widzów – a dla wielu okazały się równie dobre, a czasem nawet lepsze od literackich pierwowzorów.
Słynny film na podstawie powieści Stephena Kinga jest przez wielu uważany za jeden z najlepszych obrazów, jakie kiedykolwiek powstały. W polskim serwisie Filmweb uzyskał najwyższą średnią ze wszystkich umieszczonych w bazie, a tytuł w zestawieniach filmów lepszych od książek pojawia się wręcz obowiązkowo.
Nie ze względu na to, że dzieło mistrza grozy jest słabe – King napisał opowiadanie, więc siłą rzeczy, za względu na swoją objętość, tekst nie ma tak szeroko nakreślonych postaci jak dzieło wyreżyserowane przez Franka Darabonta. Co więcej, Morgan Freeman i Tim Robbins stworzyli kreacje, które weszły już do historii kina na stałe. Finał filmu jest też bardziej jednoznaczny, a całe hollywoodzkie dzieło ma wręcz epicki charakter. A tego nowela Kinga nie miała.
Kolejnym tytułem, o którym trzeba wspomnieć, jest „Ojciec chrzestny”. Choć sama książka Mario Puzo jest cenionym dziełem, to film z Marlonem Brando widzowie uwielbiają jeszcze bardziej. Przede wszystkim Francis Ford Coppola nie skupiał się tak bardzo na wątkach ubocznych, jak robi to autor książki. Cenione i chwalone są także filmowe dialogi – żywsze, lepiej brzmiące i barwniejsze niż te w powieści. W dziele Coppoli możemy też usłyszeć zachwycającą muzykę, którą stworzył Nino Rota.
No i te role! Poza Brando na ekranie widzimy inne tuzy kina: Ala Pacino, Jamesa Caana, Roberta Duvalla i Diane Keaton.
Ten przykład może się wydawać ryzykowny, ponieważ książka Michaela Crichtona jest bardziej mroczna, naukowa, a dzieło Spielberga – spektakularne, zachwycające. Jednocześnie Steven Spielberg nie zapomniał o najważniejszych pytaniach, które stawiał Michael Crichton – tych o granice nauki, ludzką pychę i konsekwencje ingerowania w naturę.
Nie ulega jednak wątpliwości, że sukces i sławę przyniósł tytułowi przede wszystkim film. Dzięki przełomowym efektom specjalnym i mistrzowskiemu budowaniu napięcia obraz Spielberga stał się jednym z najważniejszych widowisk w historii kina. Dla wielu widzów to właśnie ekranizacja, a nie książka, jest pierwszym skojarzeniem z „Parkiem Jurajskim”.
„Park Jurajski” to zresztą ciekawy przypadek, ponieważ Crichton napisał do niego scenariusz razem z Davidem Koeppem. Co więcej, pomysł powstał początkowo właśnie jako scenariusz, a potem Crichton przerobił go na powieść.
Mówi się, że najpierw lepiej przeczytać książkę, a dopiero potem zobaczyć jej ekranizację. W przypadku „Fight Clubu” widzowie i czytelnicy twierdzą, że jest odwrotnie: obejrzenie filmu pozwala lepiej zrozumieć, o co właściwie chodziło w książce Chucka Palahniuka. Po obejrzeniu dzieła Davida Finchera książka staje się więc łatwiejsza w odbiorze. Warto jednak dodać, że w filmie część fabuły zmieniono, m.in. zakończenie, obraz też bardziej skupia się na historii Tylera, a książka poświęca ją w większej części Kosmicznym Małpom.
I w przypadku filmu „Fight Club” również nie można nie wspomnieć o pamiętnych rolach Eda Nortona, Brada Pitta i Heleny Bonham Carter.
Filmów o tematyce kryminalnej, zaginięciach powstaje niemało. Podobnie jak różnych książek z dziewczynami w „tytule”. Jednak zarówno powieść Gillian Flynn, jak i film Davida Finchera pozostają w głowie na długo, wyróżniają się spośród innych produkcji. Obraz zachował bowiem napięcie, wieloznaczność i przewrotność powieści Gillian Flynn, ale to dzięki kreacjom Rosamund Pike i Bena Afflecka film uzyskał jeszcze mocniejszy wydźwięk.
Co ciekawe, scenariusz do tego hollywoodzkiego dzieła napisała sama Flynn, dzięki czemu zachowało ono charakter książki, a jednocześnie wykorzystano te możliwości, które daje kino. „Zaginiona dziewczyna” nie jest zresztą jedyną udaną ekranizacją powieści tej autorki – takiej doczekały się również „Ostre przedmioty”.
„Diabeł ubiera się u Prady” to klasyczny przykład filmu lepszego od książki. Powieść nazywa się raczej „historią z potencjałem” i oba kinowe hity ten potencjał wykorzystują. Czytelnicy krytykują utwór Lauren Weisberger za dość monotonną akcję, często zbyt długie opisy. Dopiero pod koniec ta akcja przyspiesza. Książka jest też bardziej realistyczna, mroczna, niż kolorowy świat przedstawiony w filmie.
No i na ekranach widzimy świetny duet: Meryl Streep w roli szefowej z piekła rodem i Anne Hathaway, która wcieliła się w Andy Sachs.
Gdy mowa o ekranizacjach lepszych od książkowych pierwowzorów, trzeba wspomnieć i o Bridget Jones. Choć książki Helen Fielding od początku zyskały popularność wśród czytelniczek, to film stał się jeszcze większym kulturowym fenomenem. Wszystko dzięki wspaniałym rolom aktorów, z Renée Zellweger na czele. Odtwórczyni roli Bridget powtarzała zresztą w wywiadach, że część mężczyzn, których spotykała na swojej drodze, widziała w niej Jones, a potem dziwiła się, że Zellweger jest jednak inna.
Jeszcze zanim pierwszy film trafił do kin, aktorka była krytykowana za to, że przyjęła rolę Brytyjki. Uważano, że właśnie do kobiety z UK powinna ona trafić. Po premierze już nikt nie miał wątpliwości, że to był dobry wybór. Podobnie jak ten związany z męską obsadą. Role Hugh Granta i Colina Firtha do dziś są przez miłośników serii o Bridget Jones doskonale pamiętane. Filmy zachowały też ciepło, humor właściwy literackiemu pierwowzorowi.
I na koniec propozycja nie tylko dla najmłodszych: „Lew, czarownica i stara szafa”, czyli pierwsza część słynnych „Opowieści z Narnii”. Ekranizacja powstała w roku 2005, czyli ponad 20 lat temu, i weszła już do klasyki produkcji dla dzieci. Film zdobył nawet Oscara w kategorii Charakteryzacja, a w dwóch innych był do niego nominowany.
Dzieło w reżyserii Andrew Adamsona uważa się za wierną ekranizację książki Lewisa, z jednym plusem. Powieść bywa fragmentami „nieznośnie dydaktyczna”, a w filmie równoważy to humor.