fbpx

Nowe Horyzonty: Marina Abramović, artystka obecna

Nowe Horyzonty: Marina Abramović, artystka obecna
fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty

Pierwszy weekend Nowych Horyzontów za nami, kilka ważnych festiwalowych wydarzeń już się nie powtórzy, ale wciąż można zajrzeć do Wrocławia i z mnogości atrakcji ułożyć sobie własny horyzont na wakacje.
Nie wiem, czy o tym wspominałam, ale nigdy dotąd nie udało mi się przyjechać na Nowe Horyzonty; wśród festiwalowych wyjadaczy, których spotykam w Heliosie na każdym kroku, czuję się zaskakująco młodo. Choć dyrektor festiwalu Roman Gutek twierdzi, że tak trudne filmy, jakie proponuje się na Nowych Horyzontach, coraz rzadziej znajdują w Polsce odbiorców, jestem porażona potęgą tego środowiska.

fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty/więcej w galerii

Codziennie o 8:30 rozpoczynają się internetowe rezerwacje na pokazy dnia następnego; na największe festiwalowe hity (jak na przykład „Miłość” Hanekego, islandzko-duńską „Babcię Lo-fi”, czy „Jesteś Bogiem” Dawida) o tej samej godzinie nie ma już wolnych miejsc. Na pół godziny przed seansem ustawiamy się w kolejce, żeby wybrać jak najlepsze miejsca (No, może inni się ustawiają. Ja jeszcze zawsze skaczę na kawę i wpadam w ostatniej chwili), a potem na sali kinowej trwają długie dyskusje o tym, co warto jeszcze zobaczyć, kto się czym rozczarował, jak co wypada w porównaniu z czym i jak to bywało w zeszłych latach. Jakby świat zewnętrzny nie istniał, a rok od poprzedniej edycji festiwalu zleciał jak zły sen.

Batman na Nowych Horyzontach

Teraz – powrót do rzeczywistości. Jedynym tematem z pierwszych stron gazet, który odbija się tu ponurym echem, jest masakra podczas premiery nowego „Batmana” w Denver. Czarna anegdota z katalogu „wyjątkowa złośliwość losu”: każdy pokaz poprzedzany jest m.in. krótkometrażowymi animacjami promującymi wyłączanie telefonów w kinie. Niezwykłego pecha miał twórca, który opracował ten temat, inspirując się grą w węża. Na odgłos dzwoniącej komórki na widzianą z góry salę kinową wchodzi wąż, który pożera kolejne wołające o zmiłowanie ofiary. Hasło końcowe brzmi bodaj: „Pozwól nam przeżyć ten seans”.

Do tej pory byłam tylko na jednym pokazie, który nie zakończył się oklaskami (plus z jednego wyszłam w trakcie, ale to nie wina filmu – po prostu musiałam się przekonać, że mockumenty to obcy mi gatunek). Na większości pokazów sala jest wypełniona po brzegi widzami – dbają o to m.in. kasy last minute, w których można kupić bilety na niezarezerwowane miejsca dokładnie o godzinie rozpoczęcia seansu przez pięć minut. Walka o bilety nie jest łatwa, szanse są nierówne, ale nie będę narzekać, bo dziś stała się Rzecz Niemożliwa. Na stronie rezerwacji pojawił się jeden bilet na dawno obstawiony pokaz „Babci Lo-fi”, o którym to filmie nieco więcej za chwilę.

Marina Abramović – artystka obecna

Za nami premiera filmu formatu zeszłorocznej „Piny” Wima Wendersa – film o równie wielkiej osobowości artystycznej, Marinie Abramović. Od czterdziestu lat wzbudzająca kontrowersje performerka używa swojego ciała do manifestacji bardzo trudnych zarówno społecznie, jak i osobiście tematów. Ze względu na teatralny rozmach jej projektów i nieustanne przesuwanie granic „niemożliwego” w sztuce, jej postać stała się bardzo popularna, a zarazem obrosła legendą.

„Artystka obecna” to dzieło Matthew Akersa, który z jednej strony dokumentuje przygotowania do retrospektywy Abramović w Museum of Modern Arts w Nowym Jorku, z drugiej zaś – próbuje nakreślić jej bardzo osobisty portret. Odruchowo i naiwnie odtworzyłam tę opozycję „sztuka-życie”, a w przypadku tej postaci taki podział jest chyba bezzasadny. Zarzucenie go podpowiada pierwszy monolog w filmie: „to, na co patrzysz, to różne Mariny”. Artystka twierdzi, że najbardziej utożsamia się z tą warstwą swojej osobowości, która godzi wszystkie pozostałe – zarówno jej wcielenia sceniczne, jak i to, co może stanowić przedmiotem opisu dla biografisty. Akers przeplata więc rozmowy o sztuce (zarówno te konkretne, jak i abstrakcyjne) wspomnieniami Abramović, dotyczącymi jej trudnej, ale chętnie przywoływanej przeszłości. Pojawiają się tu także liczne głosy jej współpracowników, przyjaciół, kochanków, uczniów i fanów, których różnią może opinie, ale łączy poczucie obcowania z geniuszem. Zdaje się, że podobne wrażenie wywiera ten film na widzach: możemy się różnić co do oceny jej dokonań artystycznych, ale nikt chyba nie odmówi jej charyzmy, determinacji, siły i… uroku.

Retrospektywa w MoMA obejmuje stare performance Abramović, odtworzone przez jej uczniów, oraz jedną nową pracę – „Artist is present”. Przez kilka miesięcy, na czas otwarcia wystawy, Marina zasiadała na krześle przy stole, drugie krzesło zostawiając dla widza. Zasady są proste: można zająć krzesło na tak długo, jak się chce, pod warunkiem, że nie wykonuje się żadnych ruchów, nie wypowiada żadnych słów, jedynie patrzy artystce w oczy. Początkowo nieśmiało, z biegiem tygodni coraz bardziej obsesyjnie nowojorska publiczność wykorzystuje tę niebywałą możliwość. Drzwi galerii otwierają się, do środka wpada tłum wyznawców, koczujących przed wejściem od godzin zamknięcia galerii poprzedniego dnia. W powietrzu unosi się aura mistycyzmu. Choć Marina bardzo logicznie tłumaczy, na czym polega potęga tego wydarzenia, Akres tłumaczy ten performance jako doświadczenie bardziej duchowe i emocjonalne, także jako zwieńczenie wszystkich przemian duchowych i artystycznych, które przechodziła dotąd Abramović. Kamera pokazuje wiele portretów ludzi – w części po prostu fanów, w części wyznawców, ale też przypadkowych osób, dzieci, dziwaków. Są to w większości osoby, które Marina spotyka po raz pierwszy, ale zdarzają się także jej dobrzy znajomi. Na widok wieloletniego kochanka i partnera w działalności artystycznej, Ulaya, Marina jak gdyby uchyla maskę, ale jej ani na chwilę nie zdejmuje. Albo spektakl jest na tyle życiem, że nie może zostać przerwany, albo życie jest na tyle spektaklem, że zdjęcie maski jest równoznaczne z poddaniem się.

Wątek Ulaya jest w filmie zarysowany równie silnie, jak silna była niegdyś więź łącząca go z Mariną. Gdy dziś po latach opowiadają o tym związku, różnią się nie tylko wersją wydarzeń (kto kogo zdradził pierwszy), ale też tonem głosu – ilością emocji, która razem z tymi wspomnieniami wypływa na powierzchnię. Nie mogę przestać zadawać pytania: kto wyszedł z tej bitwy wygrany? Ona, która po rozstaniu z Ulayem straciła szczerość w sztuce – postanowiła zmienić swoje ciało, które wcześniej było dla niej tylko medium, w teatralny kostium? Czy raczej on, który nigdy już potem nie dogonił Mariny i jako artysta na zawsze pozostał w jej cieniu, choć zdaje się w tej swojej małości autentyczniejszy?

„Artystka obecna” to film tak wielowątkowy, że obdzieliłby tematami niejeden festiwal. Wśród propozycji programowych „Nowych Horyzontów” zdaje się jakimś tajemnym kluczem, który otwiera wszystkie sekcje i podszeptuje, jak interpretować poszczególne filmy.

Od czasu projekcji dzieła Akresa mniej więcej raz na seans zadaję sobie pytanie: „czy jestem obecna tu i teraz?”, co oczywiście wytrąca mnie z bycia tu i teraz i przenosi na jakieś abstrakcyjne, niewygodne wyżyny. Powinnam teraz wziąć tydzień urlopu i myśleć tylko o nim, może wtedy by mnie opuścił, albo od razu przeniósł w nirvanę. Ale – jak wiecie – szans na urlop nie ma, z nirvany nici. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że do końca festiwalu nie zwariuję i opowiem Wam jeszcze to i owo.

Poza filmami

Za nami już kilka bardzo dobrych koncertów: reaktywowane Cool Kids of Death, Bill Laswell & Blixt, wiele spotkań z reżyserami w Gazeta Cafe zorganizowanej na Scenie Letniej Wrocławskiego Teatru Lalek. Odbył się też wernisaż wystawy pt. „Urwany film. Momenty kinematograficzne w sztuce polskiej”, której kuratorem jest Łukasz Gorczyca z galerii Raster. W BWA można zobaczyć między innymi nowe fotografie Zbigniewa Libery. Za bardzo jeszcze żyję pokazami, żeby zdradzić kino na rzecz galerii, ale niewątpliwie przyjdzie Dzień Kryzysu Ekranu – wtedy zajrzę do BWA na wystawę inspirowaną – podobnie jak cykl festiwalowy „Trzecie Oko” – wizjami końca świata. Potem, naładowana tą pozytywną katastroficzną energią, wyruszę na grę miejską, przygotowaną przez Katarzynę Krakowiak specjalnie z okazji festiwalu.