fbpx

Janet Frame: Okrutnie niewinna

Janet Frame: Okrutnie niewinna
Kadr z filmu "Anioł przy moim stole". W środku filmowa Janet Frame

Przez wiele lat była wymieniana w gronie kandydatów do literackiego Nobla, ale nie tylko dlatego jej osoba wzbudza takie emocje. Pisarka Janet Frame, bohaterka niezapomnianego filmu „Anioł przy moim stole”, spędziła – niesłusznie – pół życia w szpitalach psychiatrycznych.
Jednym z prawdziwych zmartwień dwudziestokilkuletniej Janet Frame były zziębnięte stopy. „Było mi zimno. Próbowałam znaleźć parę długich wełnianych skarpet szpitalnych, by zachować ciepło […] i nie umrzeć podczas nowej terapii, elektrowstrząsów, i żeby nie wyniesiono ukradkiem mego ciała tylnym wyjściem do kostnicy” – pisała w powieści „Twarze w wodzie”. Książka dokumentowała osiem lat, w ciągu których Janet wędrowała od jednego szpitala psychiatrycznego do drugiego. Absolwentka seminarium nauczycielskiego, zdiagnozowana jako schizofreniczka, słyszała w szpitalnych murach jak echo: „Nigdy stąd nie wyjdziesz”.

Jej życie od początku napiętnowane było poczuciem wstydu i nieprzystosowania. Trzyczęściowa autobiografia pisarki, sfilmowana przez Jane Campion w 1990 roku (słynny „Anioł przy moim stole”), nie tylko przyniosła Janet Frame międzynarodową sławę, lecz także odpowiadała na pytania, jakie cisnęły się na usta wielbicielom jej prozy i ciekawskim Nowozelandczykom. Wielu dziwiło się, jak ktoś, kogo proza jest tak ceniona, może pozostać outsiderem, ale przede wszystkim chciano poznać historię jej młodości spędzonej w szpitalach i odpowiedź na pytanie: czy była szalona, czy nie?

Swoje miejsce

Przyszła na świat 28 sierpnia 1924 roku w Dunedin w Nowej Zelandii, w ubogiej rodzinie kolejarza i gosposi, jako trzecia z pięciorga rodzeństwa. Jej siostra bliźniaczka zmarła wkrótce po narodzinach. Janet, zwana w domu Nini, Jean albo Topsy [z ang. „w nieładzie, postawiony na głowie” – przyp. red.], ze względu na rude włosy, które ku jej utrapieniu rosły w górę, a nie w dół, od wczesnych lat rozwinęła w sobie dwie miłości. Pierwszą z nich zawdzięczała temu, że kolejarska rodzina często się przeprowadzała, za każdym razem trafiając do miejsca w pobliżu lasu, rzeczki lub łąki, na której pasły się krowy. Tajemniczy, kojący świat przyrody stawał się jej sprzymierzeńcem, kiedy po przeprowadzce odnajdywała np. na zwalonej brzozie swoje miejsce, a także ukochane zwierzę do towarzystwa. Drugą jej miłością stała się literatura, którą to miłość wpoiła jej matka, niespełniona poetka. Dom Frame’ów był gwarnym miejscem, w którym anegdoty, opowieści i wiersze były na porządku dziennym, podobnie jak mleko od krowy i świeżo utłuczone masło.

Ich rodzina, uznawana w sąsiedztwie za ekscentryczną, nie bez przyczyny porównywała się do rodziny sióstr Brontë. Uczucie, jakim mała Janet zapałała do czytania i pisania, udzielało się jej bliskim, kiedy dostała ze szkoły darmowy karnet do biblioteki i dostarczała książki całej rodzinie. Tata przynosił Janet zeszyty kolejarskie, w których mogła zapisywać pierwsze wiersze. I to literatura pozwalała jej zapomnieć o utracie jedynej szkolnej koleżanki, z którą rodzice zakazali jej się bawić, kiedy pochwaliła się przy stole nowo poznanym słowem „pieprzyć”. Chorobliwie nieśmiała tęskniła do życia towarzyskiego szkoły, a jej poczucie wykluczenia tylko umacniało się w trakcie inspekcji sanitarnej, kiedy usłyszała, że jest niedomyta, albo już później, kiedy dorastająca Janet uśmiechała się w taki sposób, żeby nie było widać jej próchniejących zębów.

Ani tyci kłopotu

Porównanie do klanu Brontë okazało się złowróżbne. U starszego brata Janet stwierdzono padaczkę, na którą nie było skutecznego lekarstwa, a potem przyszło lato, kiedy starsza siostra, 16-letnia Myrtle, utopiła się na pływalni. Po raz pierwszy do Janet uporczywie wracało słowo „kostnica”. Dziesięć lat później sytuacja miała się powtórzyć z jej młodszą siostrą Isabel, która również się utopiła. Po śmierci pierwszej siostry zdruzgotana Janet szukała pocieszenia w poezji. Pytana o to, kim chce zostać, odpowiadała, że nauczycielką, ale po dwóch latach szkoły średniej postanowiła, że zostanie poetką, czując się we władzy literatury, którą porównywała do „światła innego od zwyczajnego sprawiedliwego światła słońca i pór roku”.

Kiedy trafia do Dunedin, aby uczyć się w seminarium nauczycielskim, i zatrzymuje się u wujostwa, jest tak wstydliwa, że jada w pomywalni, a podpaski chowa w szufladach, żeby potem pozbyć się ich na cmentarzu. Ciocia Isy jest nią zachwycona – „ani tyci kłopotu”. Siebie samą Frame opisuje jako „okrutnie niewinną studentkę”. Stopień jej wyobcowania najlepiej oddaje fakt, że nie miała śmiałości sięgnąć po gazetkę studencką przy wejściu do uniwersytetu. Stanu tej alienacji nie zmieniła publikacja jej opowiadania w „Listenerze”. Odwagi zabrakło jej również w dniu oficjalnej wizytacji w szkole podczas zajęć z dziećmi. Janet zachwycało nauczanie, jednak nawet poranna herbata z resztą nauczycieli była ponad jej siły, nie mówiąc już o konfrontacji z wyżej postawionymi oficjelami. Tego dnia wyszła roztrzęsiona z sali lekcyjnej, żeby nigdy już tam nie wrócić.

Dwieście elektrowstrząsów

„W sobotę wieczorem wysprzątałam dokładnie cały pokój […] i połykając pełną zawartość kapsułki z aspiryną, położyłam się do łóżka, by umrzeć – w całkowitym przekonaniu, że naprawdę umrę” – tak opisała Janet swą próbę samobójczą. Traf chciał, że wkrótce potem na zajęciach z psychologii miała za zadanie streścić swoją autobiografię. Wykładowca psychologii, John Money (Forrest w autobiografii), którym Janet była zafascynowana, zainteresował się nieśmiałą, utalentowaną literacko studentką. To za jego sprawą Janet trafiła do szpitala w Dunedin. Po trzech tygodniach obserwacji orzeczono, że wszystko jest z nią w porządku. Kiedy jednak przyszła odebrać ją matka, Janet głośno zaprotestowała w poczuciu, że pełen krzyków i walki dom (stał się takim od czasu choroby brata) jest ostatnim miejscem, do którego chciałaby trafić. Wtedy stało się coś, czego nie przewidziała. „Nikt nie zapytał mnie, dlaczego krzyknęłam na mamę, nikt nie zapytał, jakie mam plany na przyszłość. Niemal natychmiast stałam się kimś w trzeciej osobie”, pisała o okresie, kiedy przeniesiono ją do Seacliff – szpitala dla umysłowo chorych. Ten pobyt i następne Janet Frame udokumentuje w „Twarzach w wodzie”, powieści będącej jednym z najlepszych świadectw psychiatrycznych w historii literatury. Jej alter ego Istina Mavet tak opisuje to doświadczenie: „Poczucie beznadziei upływających miesięcy, strach, że będę musiała wytrzymać ten ciągły stan fizycznego zawładnięcia, bo w rzeczywistości byłam na łasce tych, którzy wydawali sądy i podejmowali za mnie decyzje, ani razu ze mną nie rozmawiając, jeśli nie liczyć kurtuazyjnej wymiany zdań. Nikt nie próbował mnie poznać, czy choćby poddać standardowym testom będącym podstawowym narzędziem każdego psychiatry”.

Tak określała to sama Frame i choć bez wątpienia doświadczała przymusu i wpajano jej, że nigdy nie opuści szpitala, w ciągu ośmiu lat, z których cztery i pół spędziła na oddziale, kilkakrotnie dobrowolnie decydowała się na hospitalizację. Przygnębiona diagnozą schizofrenii i wizją „degeneracji umysłowej” nadludzkim wysiłkiem starała się ocalić siebie i swoje pisanie. Pomiędzy jednym pobytem w szpitalu a drugim zajmowała się kelnerowaniem, pracą w pensjonacie czy opieką nad osobami starszymi. W ciągu tych ośmiu lat, kiedy w szpitalu wołano na nią pogardliwie „panna wykształcona”, przeszła 200 zabiegów elektrowstrząsów, a każdy z nich był dla niej jak pójście na egzekucję. Poza barbarzyńską liczbą zabiegów, jak to później określił londyński lekarz, normą było załatwianie się na oczach wszystkich, znęcanie się nad pacjentami i poniżanie ich, np. rytuałem obrzucania cukierkami, na które chorzy rzucali się jak zwierzęta. Przyjętą praktyką było również przerzucanie pacjentów za karę z jednego oddziału na drugi (jeszcze bardziej przerażający). Potańcówki i „dni sportu” sprawiały wrażenie wentylu bezpieczeństwa dla ubezwłasnowolnionych mężczyzn i kobiet. Janet obserwowała to wszystko, obiecując sobie w duchu, że przemówi kiedyś w imieniu tej „niezapomnianej rodziny”, jaką byli dla niej pacjenci. Jednocześnie pisała i to na tyle dobrze, że jej książka „Lagoon and Other Stories” zyskała prestiżową nagrodę literacką Hubert Church. Kiedy podczas kolejnego pobytu w szpitalu w 1952 roku znalazła się na liście pacjentek czekających na lobotomię, właśnie to wyróżnienie zaważyło na jej życiu. Wiadomość o przyznanej nagrodzie tak podziałała na jednego z lekarzy, że nie zgodził się na operację Frame. Powiedział też słowa, których Janet musiała łaknąć przez całe życie: „Chcę, żebyś została taka, jaka jesteś”.

Anioły przy jej stole

To był przełom. Odtąd wszystko zmierzało do tego, żeby Janet stanęła na własnych nogach, zamiast chować się za chorobą. Kiedy dwa lata później zatrzymała się w Auckland u swojej najmłodszej i jedynej żyjącej siostry, stanęła przed wieloma pytaniami, z których najpilniejszym było to, gdzie mogłaby w spokoju pisać. Nie pomagały jej w tym dopytywania kilkuletnich siostrzeńców o to, czemu „ta ciocia nie ma swojego domku i swoich dzieci”. Wtedy stał się cud. Siostra poznała Janet z Frankiem Sargesonem, cenionym pisarzem żyjącym w Auckland. To on będzie dobrym aniołem pisarki.

Przede wszystkim uznał, że nie służą jej „burżuazyjny” klimat rodziny, wrzaski, pieluchy i bezinteresownie zaproponował jej zamieszkanie w baraku, jaki miał w ogrodzie. Na to czekała całe życie. Własne miejsce. A kiedy Sargeson wystarał się dla niej o zapomogę, miała z czego żyć. Coś, co wydawało się takie proste, ale do czego droga kosztowała tyle cierpienia. Życie u Franka wprowadziło przeraźliwie nieśmiałą, ale i mającą poczucie humoru Janet między bratnie dusze. Jego przyjaciele stawali się jej przyjaciółmi, to dzięki niemu odkrywała mistrzów literatury, takich jak Tołstoj czy Proust, i wreszcie pod jego dachem w ciągu 16 miesięcy napisała pierwszą powieść „Owls Do Cry”. To on również pomógł jej w zebraniu pieniędzy na literackie stypendium zagraniczne.

Latem 1956 roku Janet wyrusza w swoją wielką podróż. Pobyt w Europie miał być dla 32-letniej pisarki tym, czym dla młodej dziewczyny jest proces dojrzewania: miała poznać ekscytującą stronę przyjaźni i życia erotycznego. Początki nie były obiecujące. W Londynie z miejsca trafiła na Patricka Reilly’ego – irlandzkiego konserwatystę, który próbował namówić ją na „normalną robotę”, czyli np. pracę w wytwórni ciasteczek czekoladowych Peak Frean, i chciał ją zaciągnąć przed ołtarz. Niedługo potem jednak spotkała w Londynie przyjaciół artystów, a na Ibizie przeżyła „prawdziwy, prawdziwy romans”.

Amerykanin Bernard, profesor historii, a tak naprawdę poeta, obchodził swoje 34. urodziny u sublokatora Janet. Wkrótce potem wybrali się na spacer, zaczęli cytować sobie namiętnie poezję… Koniec końców Janet poznała nie tylko rozkosze słów. Przez gorące letnie miesiące jej maszyna do pisania stała nieruszona. Romans skończył się wtedy, kiedy na pytanie, co by się stało, gdyby zaszła w ciążę, usłyszała od niego, że to byłoby straszne. Zaraz po tym Janet wyjechała do Andory.

Powrót

Czuła, że spodziewa się dziecka z Bernardem, i mając w pamięci przekazywane pokątnie informacje, że można pozbyć się ciąży po zażyciu tabletek chininy i bieganiu po górach, brała chininę i sporo spacerowała, a z drugiej strony robiła na drutach kaftanik i buciki… „Po codziennym spacerze łykałam tabletkę […], żyjąc nadzieją i jednocześnie odmawiając jej sobie, czując coraz większy strach i coraz większą radość”. Kiedy poroniła, zdała sobie sprawę, jak bardzo pragnęła być matką.

Po kilku miesiącach wróciła do Londynu. Próbowała znaleźć pracę, ale bez powodzenia. W końcu z polecenia swojego dawnego wykładowcy psychologii zgłosiła się na wizytę w instytucie psychiatrii. Pobyt na obserwacji w Maudsley Hospital przyniósł zaskakujące efekty: Frame nigdy nie chorowała na schizofrenię i nie powinna się była znaleźć w szpitalu psychiatrycznym.

W 1961 roku ukazują się „Twarze w wodzie”, w następnym „The Edge of Alphabet”. Sytuacja finansowa ich autorki zaczyna się poprawiać. Wkrótce do Janet dociera wiadomość o śmierci ojca.

Wsiadając na statek do Nowej Zelandii, sądziła, że jedzie załatwiać sprawy spadkowe. Nie przypuszczała, że po siedmiu latach, które minęły od wyjazdu pisarki, Nowa Zelandia okaże się raz jeszcze jej domem. Nie musiała się już obawiać, że zostanie zamknięta za murami szpitala, miała za sobą wysiłek zdobywania latami prawa do samostanowienia. W ojczyźnie mogła sobie teraz pozwolić na zakup domku, spokojną pracę i wspieranie innych początkujących pisarzy. Napisawszy ponad 20 książek, w tym powieści, zbiorów poezji i opowiadań, a także książki dla dzieci, zmarła w 2004 roku na białaczkę.

Zostawiła po sobie dzieła, które w niepowtarzalny sposób pokazują dramat jednostki nieprzystosowanej. Na forach internetowych do tej pory można znaleźć świadectwa zachwytu nad jej magicznym „niepodrabialnym stylem”, który wyrasta z dna duszy, skupienia i pokory, ale i jest przykładem triumfu woli w pokonywaniu życiowych i twórczych zakrętów.