fbpx

Filip Springer: Dukt w Puszczy

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

To była stara poniemiecka droga, wyłożona kocimi łbami. Biegła przez sam środek puszczy i tylko ona była prawdziwa. Cała reszta coś udawała.

Puszcza była po prostu sporym kawałem wielkopolskiego lasu, pociętym geometryczną siatką dróg. Nie była prastara, choć lubiliśmy tak o niej myśleć. Drzewa nie były wiekowe, może poza modrzewiami w rezerwacie, nie miały więcej niż kilkadziesiąt lat. Zwierzęta nie były groźne. Niewybuchy, które wykopywaliśmy w wąwozie, nie chciały wybuchać nawet w ogniu. Kłusownicy nie byli tu kłusownikami, tropiliśmy ich, i prędzej czy później okazywali się po prostu grzybiarzami.

Tylko dukt był prawdziwy. Był osią, kręgosłupem. Bez niego nie byłoby sensu tam chodzić.

Całymi dniami ganialiśmy po tym lesie. Budowaliśmy szałasy i modliliśmy się, by nie spadł deszcz, bo ich dachy były dziurawe jak sito. Paliliśmy ogniska, nasłuchując czy nikt nie nadchodzi. Ziemniaki wyjęte z żaru parzyły nam palce. Nie lubiłem ich, a teraz mi ich brakuje. Czasami malowaliśmy twarze na zielono i skradaliśmy się przez las w poszukiwaniu wymyślonego wroga. Wszystkie te zabawy kończyliśmy zawsze na dukcie.

Umieliśmy go rozpoznać nawet w zupełnej ciemności, bez mapy, po omacku. Pewnie nawet dziś, gdyby ktoś poprowadził mnie przez tamten las z zawiązanymi oczami, zorientowałbym się, że oto stoję na dukcie. Jego nawierzchnia była inna. Spod cienkiej warstwy piachu wyłaziły gładkie, wyślizgane kamienie. Ułożyli je jeszcze Niemcy. Równo, jeden przy drugim. Od tamtego czasu chyba żaden się nie przesunął. To dało się wyczuć pod stopami.

Bywało, że – włócząc się bez celu – gubiliśmy kierunek. Nie martwiło nas to, bo nie mieliśmy żadnego celu. Gdy zmęczenie zaczynało nam doskwierać, dukt pojawiał się ni stąd, ni zowąd. Wystarczyło odszukać północ by odnaleźć się w przestrzeni.

Gdy na dukcie pojawiał się samochód, znikaliśmy. Widać go było z daleka, więc mieliśmy czas, by rozpłynąć się w lesie. Kładliśmy się wtedy za drzewami i przyciskaliśmy twarze do mchu. Pamiętam jak pachniał. Czasami mokre liście przyklejały się nam do policzków. Wynurzaliśmy się dopiero, gdy odgłos silnika cichł w oddali. Tak, chyba nikt nigdy nie widział nas na dukcie. On należał do nas, a my należeliśmy do niego. Wiedzieliśmy to, ale zaznaczanie na nim swojej obecności uznawaliśmy za coś niestosownego.

Zdarzało się, że przez kilka miesięcy, zajęci swoimi sprawami, zapominaliśmy o jego istnieniu. W końcu ktoś sobie przypominał, dzwonił. Bladym świtem spotykaliśmy się na dworcu. W pociągu przekupywaliśmy konduktora, dawaliśmy mu kilka złotych i pozwalał nam jechać bez biletu. Nie żeby nie było nas stać. Po prostu wydawało nam się, że tak to działa. Wysiadaliśmy na małej stacyjce ze zrujnowanym budynkiem. Na peronie rosła trawa. Szliśmy przez wieś, opowiadając sobie ostatnie tygodnie. Dukt zaczynał się za ostatnimi budynkami. Po prostu asfalt nagle się kończył. Szliśmy, a buty nasiąkały rosą. Wypatrywaliśmy w zrudziałej trawie gładkich kamieni. W końcu ktoś pokazywał palcem i szliśmy w tamtą stronę. Za naszymi plecami ujadały psy. Dukt w końcu wynurzał się spod dywanu zwiędniętych chwastów i prowadził prosto w stronę lasu, który my nazywaliśmy puszczą. Jakoś tak wtedy milknęliśmy, wsadzaliśmy zmarznięte ręce w kieszenie wojskowych kurtek, podnosiliśmy kołnierze. Lubiłem tamten chłód.

W takie dni nie szukaliśmy celu jeszcze bardziej niż zwykle. Po prostu szliśmy przed siebie. Gdy zaczynało zmierzchać, znajdowaliśmy jakieś ustronne miejsce i rozpalaliśmy ogień. Pamiętam smak pieczonych na kiju kanapek ze smalcem i kiełbasą, które robiła mi matka. Tłusty papier palił się jasnym płomieniem.

Po wszystkim wychodziliśmy na dukt. Prowadził do domu.