fbpx

Hubert Klimko – Dobrzaniecki: Wielki tkacz z Kaszmiru

Wielki tkacz z Kaszmiru

Dla niektórych czytających książki, a zamieszkujących wulkaniczny skrawek północnej części naszego globu, dzień ósmego lutego 1998 roku, stał się dniem końca świata. Ściślej rzecz ujmując – dniem końca świata literatury.
Wielki tkacz z KaszmiruNa dworze było ponuro, ciemno właściwie, bo luty, tam daleko, to jakieś trzy godziny szarówki. Wiał silny wiatr. Śnieg i deszcz licytowały się bezczelnie w obecności nieboszczyka, którego ziemska powłoka leżała złożona w solidnej trumnie, a ta trumna stała na katafalku będącego własnością katolickiej katedry. W świątyni panowała nie tyle podniosła atmosfera, ile atmosfera dezorientacji. Jedynie nieboszczyk, ksiądz, ministrant i jeszcze jedna osoba były wyznania katolickiego. Kościół pełen był urzędników państwowych lokalnego wyznania, luterańskiego znaczy się.

Zestaw tekstowo-choreograficzny proponowany przez ojca Jakuba Rolanda stanowił czarną magię dla Reszty, choć Reszta w pewnym momencie zapragnęła zrobić dokładnie to, co zrobił ksiądz. I zdziwił się tłum okrutnie, kiedy kapłan w żałobną szatę odziany schował kielich z komunikantami do tabernakulum, podzieliwszy się tylko z ministrantem, samym sobą i tą jedną osobą, nad którą przez chwilę zawahał się, nie znając jej wcześniej.

Trzeba powiedzieć, że ów nieboszczyk wyciął po maturze brzydki numer swoim krewnym. Wyjechał z kraju, zmienił wyznanie z luterańskiego na katolickie, a potem wstąpił do klasztoru w Luksemburgu. Nie miał głębszego powołania. Z klasztoru wystąpił, zaczął podróżować po Europie, po świecie. Te wszystkie wolty stały się potem inspiracją do napisania jego pierwszej powieści pt. „Wielki tkacz z Kaszmiru”. Pisarz, w liczącym dziewięćdziesiąt sześć lat życiu, napisał aż pięćdziesiąt jeden książek, które zostały przetłumaczone na wiele języków. Na polski też, choć szkoda, że żadna z nich nie była przełożona z oryginału. Ta pierwsza książka, o której tu mowa, do dnia dzisiejszego nie doczekała się polskiego przekładu. Piszący te słowa uporał się jednak z jej fragmentami, które w zeszłym roku opublikowała Odra. Numer był jubileuszowy, na pięćdziesięciolecie pisma.

Na dziesięć lat przed pogrzebem pisarza jesteśmy w Anglii. Miasto nazywa się Colchester i leży w hrabstwie Essex. W Colchesterze, w hrabstwie Essex, w łóżku leży grypą złamany młody mężczyzna. Ten sam, który po dziesięciu latach weźmie udział we mszy żałobnej. To nad nim zawaha się ręka księdza trzymająca komunikant. Zagrypiony gość sięgnie wieczorem po książkę. Smarkający, kaszlący, trafi na angielski przekład „ Niezależnych ludzi”. Kiedy skończy książkę i wyzdrowieje, pojedzie do Londynu i w ambasadzie państwa, którego obywatelem jest autor powieści, dowie się, że jeśli będzie w stanie załatwić sobie środki na utrzymanie, będzie mógł studiować język i literaturę twórcy „Niezależnych”. Marzyciel, dopiero po dziesięciu latach zgromadzi wystarczającą ilość pieniędzy.

Jest sierpień ’97 roku. Mężczyzna zaczyna pierwszy rok studiów i myśli o spotkaniu z legendarnym, islandzkim pisarzem, laureatem Nagrody Nobla. Jednak pisarz jest już wtedy bardzo chory i na początku lutego ’98 umiera. Pisarz nazywał się Halldór Laxness. Mężczyzną nad którym zawahała się ręka księdza byłem ja. Ósmego lutego 1998 roku w katedrze w Reykjaviku płakałem jak bóbr, choć w koniec świata literatury do dziś nie wierze.