Florence and the Machine: 12 harf i peleryna Gucci

http://florenceandthemachine.net/

Wzięłaś sobie do serca krytykę, że w twoich wokalizach jest za dużo emocji i krzyku, a za mało techniki i śpiewu?

Nadal dużo krzyczę. Zresztą nie tylko na scenie i na płytach. Myślę, że moje uwielbienie krzyku ma brytyjskie korzenie. My, Brytyjczycy, wszystko trzymamy w sobie, emocje kotłują się w naszych trzewiach bez szansy ujrzenia światła dziennego. Zupełnie nie radzę sobie ze słowami, boję się, że zranię najbliższe mi osoby. Bo mam do tego tendencję. A ten ból później wraca do mnie i to ja cierpię. Tak wiele rzeczy czuję jednocześnie, tak sprzecznych! Chcę jednocześnie być sama i bardzo pragnę kogoś obok siebie. Chcę czuć się bezpieczna, a jednocześnie chcę być wolna. Krzyk wydaje mi się jedynym sposobem wyrzucenia z siebie tego wszystkiego.

Wciąż widzę cię ekstatycznie uśmiechniętą, stojącą na wielkiej scenie w promieniach zachodzącego słońca. Na koncercie, który zmienił w twoim życiu chyba najwięcej, na słynnym festiwalu Glastonbury w 2010 roku. Przyciągnęłaś wtedy rekordowy tłum. Brytyjskie gazety tytułowały entuzjastyczne recenzje nagłówkami: „Narodziła się gwiazda!”. Jak ty sama to zapamiętałaś?

To był moment wielkiej radości, ale i przerażenia. Nie bałam się samego koncertu, tego jak wypadnę. Szalały za to po głowie myśli – co się właściwie mówi do tak wielkiego tłumu? Nie można przecież tak po prostu zagadnąć.

To było piękne doświadczenie. Bardzo różne od mojego debiutu w Glastonbury. Wtedy grałam w jednym z maleńkich namiotów. Wyobraź sobie: mój gitarzysta zaginął, więc pierwszą połowę koncertu śpiewałam a cappella. Wydzierałam się wniebogłosy, wyglądałam niepozornie, w kaloszach, podkoszulce, szortach. Wreszcie w połowie koncertu zaginiony, wciąż pijany gitarzysta wczołgał się na scenę, po czym zszedł z niej w dramatycznym stylu, niszcząc gitarę. Myślę, że nikt z widzów nie miał prawa przypuszczać, że jest właśnie świadkiem debiutu dziewczyny, która za kilka lat zagra tu wielki koncert.

I drugi też ważny – na Video Music Awards w Nowym Jorku.

Wcześniej miałam w Stanach wiernych fanów, ale w skali całego kraju byłam jednak nieznaną artystką. I nagle jednej nocy to wszystko rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów. Mogło być zupełnie inaczej, mogły spaść na mnie brutalne komentarze: „Wracaj do Anglii, ty szalona dziewczyno!”. A jednak im się to spodobało – ku mojemu zaskoczeniu. Dzień później miałam gigantycznego kaca, dogorywałam w hotelu. Nie wszystko pamiętam, ale dotarła do mnie wiadomość, że jestem dziś najczęściej wpisywanym w Google nazwiskiem na całej ziemi. No i ta informacja zupełnie mnie powaliła.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »