fbpx

Najtrudniejszy film w moim życiu

Najtrudniejszy film w moim życiu

O legendzie Lecha Wałęsy i powstającym właśnie o nim filmie z reżyserem Andrzejem Wajdą rozmawia Michał Chaciński.
Wiem, że filmowcy nie znoszą opowiadać o filmie w trakcie realizacji zdjęć, ale sprawa jest tak ważna, że nie wytrzymałem. Jak się ma „Wałęsa“?

Znoszą, nie znoszą. Na szczęście tak się złożyło podczas mojego życia, że polska publiczność interesowała się polskimi filmami. W związku z tym, czy nam się to podobało, czy nie, trzeba było o filmach rozmawiać, bo było jakieś oczekiwanie. Nie na wszystkie filmy, to zrozumiałe. Ale jednak polskie kino poruszało tematy bliskie sercu naszej widowni, budzące dyskusję, a czasem sprzeciw.

Za temat budzący większe dyskusje niż Wałęsa chyba nie mógł Pan się obecnie zabrać.

Tak. A do tego w międzyczasie wyszła książka pani Wałęsowej. Niech pan sobie wyobrazi, że miałem taki moment, kiedy zachciałem zrobić film o Wałęsie z punktu widzenia pani Danuty. Czyli właściwie o niej, a on byłby gdzieś w tle. Po prostu szukaliśmy jakiegoś haka – jak tu takiego człowieka niezwykłego, że tak powiem, przenieść na ekran. Uznałem jednak, że to na mnie pada, żeby opowiedzieć o samym Wałęsie, a panią Danutę pewnie sfilmują inni. Mają przecież fantastyczny materiał, o którym myśmy na początku pracy nawet nie marzyli.

Można powiedzieć, że już pod sam koniec waszych prac scenariuszowych wszystko nagle się zmieniło. Pani Danuta wyrosła nam na potężną postać, godną własnego filmu.

Tak, ale kiedy inni będą kręcić o niej film, będą już mieli punkt odniesienia w postaci mojego filmu. I myślę, że to nie jest łatwa sytuacja.

Ale i nie najgorsza. Będzie już można z kimś dialogować. Na jakim etapie prac nad filmem jest Pan w tej chwili?

Mamy nakręcone dwie trzecie filmu. Ten materiał jest obecnie montowany i czekamy na dalszy ciąg zdjęć. Przed nami całe sekwencje sierpniowe, na które oczywiście nie będziemy czekać do sierpnia, bo chcemy jesienią pokazać film w kinie. Jak tylko trochę się zazieleni, od razu będziemy udawać, że już jest sierpień, jedziemy do stoczni i kręcimy sceny z sierpnia 1980 roku plus trochę dodatków.

To, co zapowiadał Pan przed zdjęciami, to jedna sprawa, ale doskonale wiadomo, że w trakcie zdjęć niemal każdy projekt się zmienia. Jak teraz zapowiada Pan „Wałęsę“? Wcześniej mówił Pan, że to na pewno nie będzie „człowiek z marmuru“, ani „człowiek z żelaza“. Zatem z czego?

Jak najbardziej będzie to Wałęsa ze szlachetnych kruszców, bo o takim Wałęsie chcę zrobić film. Wie Pan, mi się nie podoba, że tak brzydko się z tym Lechem dziś obchodzą. W jakimś sensie to rozumiem, ale nie mogę się z tym pogodzić. Pamiętam taką sytuację z Piwnicy pod Baranami, kiedy Wiesio Dymny wychodził na scenę i mówił taki tekst: „Kowalski odniósł sukces. On go tu jeszcze w zębach przyniesie.“ To jest punkt widzenia tych, którzy napadają na Lecha. A ja go widziałem w pięknych chwilach 1980 roku. Potem próbowałem mu nawet jakoś pomagać. Myślę, że nie ma człowieka na każdy sezon i dlaczego mielibyśmy od niego tego żądać? Tego, co było do zrobienia, nie mógł zrobić nikt inny. Tak, jak nikt inny nie mógł w Polsce odegrać tej roli, którą odegrał Kościuszko. A przecież innych nie brakowało, którzy z racji swoich wcześniejszych możliwości powinni być w stanie coś zrobić, choćby książę Józef Poniatowski. A tu nagle okazało się, że wyskakuje jakiś oficer ze szkoły oficerskiej. Tak samo stało się z Lechem. Tylko on mógł odegrać tę rolę, bo tylko robotnik mógł rozmawiać z robotniczą władzą. Tyle że nikt nie przypuszczał jakie będą konsekwencje. Robotnicza władza na tyle miała umysły opanowane ideologią, że w swoim przekonaniu rozmawiała z robotnikiem przez siebie wychowanym. A on był wprawdzie wychowany w tym systemie, ale w negacji do niego, bo system nie dawał mu szansy godnego życia.

Pierwotnym zamierzeniem było zakończenie filmu na przemówieniu w Kongresie USA. Czy coś się w tej kwestii zmieniło?

Trzymamy się zakończenia w Kongresie. Problem polega na tym, że w tym czasie, w tych 20 latach przewaliło się wszystko, również dosłownie, bo i mur berliński padł i odwróciła się sytuacja polityczna w Związku Radzieckim i w całej europie wschodniej. To jest dzieło Lecha. Ale jak to pokazać w jednym filmie? Dlatego tak ciągle przestępuję z nogi na nogę i pytam co jest ważniejsze.

To materiał raczej na serial.

Ale serial i tak powstanie. Nie powiem która, ale jedna z dużych telewizji jest zainteresowana, żebyśmy zrobili trzy-,czteroodcinkowy serial, który oni sobie za jakiś czas pokażą. W związku z tym, że mamy tak dużo materiału i spore chęci, żeby jak najwięcej pokazać, nie odrzucamy tej propozycji. Tyle że film od kina ma inne wymagania. Muszę myśleć o tym, jak opowiedzieć historię, która maksymalnie zawierałaby się w 120 minutach. A to już jest chyba długi film. To jest zresztą ciekawe – jakie jest pańskie zdanie na ten temat? W kinie ciągle mamy różne mody. Albo metraż się wydłuża, albo nagle wszyscy chcą kręcić krócej. Jaki jest dziś Pańskim zdaniem trend?

Dwie godziny to nadal przyzwoity metraż, ale zaskoczę Pana może informacją, że na tegoroczny festiwal w Gdyni zgłoszono przede wszystkim filmy, które nie mają nawet 90 minut. Normalny metraż to jakieś 75-80 minut i chyba tylko jeden film przekroczył 2 godziny.

No właśnie mówię! Jest moda na skracanie. Zaraz filmy będą do pół uda. Ja zresztą też bym tak wolał – godzinę i dziesięć minut i do domu. Oczywiście w przypadku „Wałęsy“ to nie jest mój problem. Gdyby to był jakiś tam dramat psychologiczny, to wszystko zależy wtedy ode mnie, co i jak chcę opowiedzieć. Ale to film historyczny i wymagania są inne.

Miesiącami toczyły się dyskusje o tym kto zagra główne postaci. Teraz już dawno się to zweryfikowało. Lecha Wałęsa to Robert Więckiewicz, Danuta Wałęsa to Agnieszka Grochowska. Jak po kilku tygodniach zdjęć pan ocenia swój wybór?

Jestem szczęśliwy. Mówię szczerze, jestem szczęśiwy. Nie tylko z tego powodu, że grają u mnie wspaniali artyści. Również z tego powodu, że po prostu są dziś tacy aktorzy. Wie Pan, kiedy myśmy przed laty stawiali z Kawalerowiczem, Munkiem, Hasem te wszystkie wyzwania tamtym aktorom, to oni byli w potrzasku. Musieli jakoś znaleźć się w tych wszystkich cudownych, dziwnych rolach, do tego zwykle dobrze napisanych, bo przeniesionych z literatury. Teraz jest inaczej. Dobrych ról nie ma aż tyle. Od ponad roku nie miałem filmu i pomyślałem sobie, że skoro aktorzy nie mają dziś zbyt wielu dobrych ról, to nie mają jak ćwiczyć, czyli nie mogą jednak być aż tak dobrymi aktorami. Okazało się, że nie – myliłem się. Czyli może Pan przy okazji festiwalu w Gdyni odetchnąć, bo wychodzi na to, że dziś aktorzy grając mniej ważne role, zbierają po prostu siły i szykują się, żeby dać jeszcze więcej, kiedy mają zagrać te ważniejsze. Więckiewicz jest dla mnie aktorem zdumiewającym. Kiedy aktor ma taki sukces, to często – jak to mówią dzieci – odpuszcza sobie. A on nie. Jego ambicje przerastają wszystko co zrobił i wszystko co robi. On zmierza w moim filmie do czegoś niezwykle trudnego. To nie będzie po prostu portret Lecha. On nie chce go zimitować. On chce zagrać tak, żeby być bardziej wyrazistym od Lecha. I muszę powiedzieć, że patrzę na to z zachwytem. Chciałbym, żeby i widzowie tak to zrozumieli.

Bardziej Wałęsa niż sam Wałęsa?

Ale to też prawda, że Janusz Głowacki, autor scenariusza, wybiera takie sceny i powiedzonka, które ujmują Lecha najwyraźniej.

Podczas konferencji prasowej zapowiadaliście z ekipą, że w filmie pojawi się sporo materiałów dokumentalnych i archiwalnych. Czy ta koncepcja również się nie zmienia?

To nieuniknione, bo pewnych rzeczy nie możemy zrobić. Nie tylko dlatego, że atmosfera w tych materiałach jest niepowtarzalna. Również dlatego, że tam są tłumy ludzi, którymi ja nie rozporządzam. Udało nam się pozyskać zdumiewające materiały nakręcone przez służbę bezpieczeństwa. Coraz częściej pojawiają się jakieś nieznane, nieużyte nigdzie materiały, odnalezione między innymi w IPN. One tworzą często obraz zupełnie nam nieznany. Ale poza tym i kronika filmowa i nasi dokumentaliści starali się przecież towarzyszyć tym wydarzeniom i potrafili dużo z tej rzeczywistości na ekran przenieść.

Cieszy mnie to, że nie próbuje Pan wszystkich pogodzić. Mając świadomość, jak inni patrzą na Wałęsę, zapowiada Pan, że pokaże Wałęsę tak, jak sam pan go widzi. To nie będzie portret obiektywny, tylko Wałęsa według Wajdy.

Ależ oczywiście, że nie miałem nigdy zamiaru kręcić inaczej. To tak, jakby wymagał Pan, żebym nakręcił jakiś obiektywny film o Powstaniu Warszawskim. A myśmy mieli ściśle sprecyzowany pogląda na Powstanie Warszawskie, bo widzieliśmy całą tragedię, która się z nim łączyła, głównie dla młodego pokolenia biorącego w nim udział. Znaliśmy te rezultaty, które i politycznie i materialnie były klęską. Więc dlaczego miałbym kręcić cokolwiek z innego punktu widzenia niż mój własny? Żyję życiem politycznym naszego kraju, biorę w nim udział jako człowiek, który robi filmy. I w ogóle biorę w nim udział po jakiejś stronie – po tej, która wydaje mi się uczciwa, sprawiedliwa, przeciwko tym, którzy moim zdaniem próbują zafałszować historię.

Całkiem szczerze, czy siedzi w Panu jakaś obawa, że Lech albo Danuta Wałęsa powiedzą po obejrzeniu filmu: „Ech, to nie było tak“?

Ale Lech to już powiedział!

Czyli przynajmniej z góry wiadomo.

Powiedział mi ostatnio: „No, przeczytałem książkę mojej żony. Wynika z niej, że nasze małżeństwo trwało pięć lat. Ciekawe, czego dowiem się z filmu“. Więc dał mi już przedsmak… A jednocześnie on jest fantastycznym człowiekiem. Nie pertraktował ze mną, żebyśmy w filmie coś pokazali, a czegoś nie. On wie, że to jest mój film, wie jaki mam do niego stosunek jako do bohatera naszych czasów i sądzę, że dlatego ma do mnie zaufanie. Z kolei pani Danuta zrobiła piękny gest. W Krakowie na spotkanie z nią, dotyczące książki, przyszło 1100 osób. Nawiasem mówiąc Krakowianie obliczyli szybko, że to było 1000 kobiet i 100 mężczyzn. Pani Danuta poprosiła moją aktorkę, żeby przeczytała fragmenty jej książki i patrzyła tam na nią z akceptacją. Więc myślę, że ona też rozumie tę trudność, z jaką się mierzę. Oczywiście nie mogę w filmie ująć jej książki, bo trzeba by wtedy cały film zaczynać od adaptacji. Ale, jak mówiłem, jestem głęboko przekonany, że do tej adaptacji dojdzie, bo jeśli w ciągu kilku miesięcy sprzedaje się 340 tysięcy egzemplarzy książki, to jest to niesłychane wydarzenie. Dotychczas zdaje się, że 400 tysięcy to był rekord. Zanotował go Jan Paweł II, ale na przestrzeni 10 lat. Czyli popatrzmy jaka była potrzeba zgłębienia tajemnicy tej kobiety. To jest piękne, że przy wszystkich swoich dokonaniach ona potrafiła zdobyć się jeszcze na napisanie takiej książki.

Wspaniale, że są tacy właśnie ludzie, którzy w ciężkim momencie biorą sprawy w swoje ręce. Pani Danuta poprowadziła dom, wzięła na siebie odpowiedzialność za wszystkie dzieci i w ten sposób była wielkim wsparciem dla Lecha. Przecież on przemawiał w sprawie swojej rodziny, swoich dzieci. Bez niej nie byłby Wałęsą. Jest taka scena, którą napisał do filmu Janusz Głowacki, gdzie jeden z robotników mówi: „Lechu, ty masz przecież żonę i dzieci, więc wszyscy tobie wierzą.“

Ale wracając do samego filmu, muszę powiedzieć, że to najtrudniejszy film w moim życiu. Jak to powiedział jeden z naszych poetów, największe trudności pojawiają się w życiu, kiedy „zamiast mitlogii są naoczne świadki“. A tutaj naocznych świadków jest tylu, że każdy ma dla mnie swoje rady. ciągle słyszę zdania w stylu „No co ty, nie robisz tego spotkania z Miodowiczem? Nie, no przecież musisz to pokazać.“ Każdy ma swoją wersję wydarzeń.

Swoją drogą tutaj anegdotka, bo ja faktycznie pamiętam, jak pracowaliśmy nad przygotowaniem spotkania z Miodowiczem. Równolegle pracowałem wtedy nad filmem „Człowiek z żelaza“ z operatorem Edwardem Kłosińskim i rozmawiałem z nim o przygotowaniach do tej debaty na żywo z Miodowiczem. Powiedziałem mu: „Edek, kurczę, a jak nam w trakcie transmisji wytną jakieś zdanie, albo jakieś słówko, to przecież nikt z widzów nie zauważy, a sens się może zmienić.“ A Edward dał mi radę: „Kup mu duży zegarek i posadz go z rękami wysuniętymi do przodu tak, żeby na zbliżeniu było ciągle widać ten zegarek. Jak coś wytną, to wskazówka od razu skoczy.“ I niech pan sobie wyobrazi, że wchodzimy do studia, wchodzi Lechu, wchodzi Miodowicz, a tam na ścianie wisi taki duży zegar! Doszło do nich, że muszą pokazać wielki zegar, że niby telewizja nie kłamie. Pewnie, że to wszystko można by pokazać, bo z Lechem wiążą się fantastyczne sceny, pełne takich niespodzianek jak ta. Ale nie zmieścimy tego. Źle byłoby zrobić z filmu taką siekankę ze skakaniem od sceny do sceny. Trzeba to zrobić inaczej. Między innymi dlatego posługujemy się materiałem dokumentalnym, ale o tym już więcej nie powiem. Poczekajmy na film.