Magdalena Różczka – takie fajne życie!

fot. Rafał Masłow

pozwalałam sobie na spadek nastroju. Zawsze miałam ogromne poczucie winy, że nic wtedy nie przeczytałam, niczego się nie nauczyłam… Taka właśnie byłam. Wzorowa uczennica w klasowej trójce, punktualna córka. Miałam mamę przyjaciółkę, nie było przeciwko czemu
i komu się buntować. Ona uważała, że jestem dorosła, rozsądna, roztropna. Dokądkolwiek chciałam wyjść, zawsze pozwalała. A ja? Wracałam na czas, choćby się waliło i paliło, potrafiłam biec do domu i zadzwonić domofonem tylko po to, żeby zapytać: „Mamo, mogę dłużej?”. „Możesz!”. Nigdy nie czułam się samotna jako jedynaczka. Miałam siedem kuzynek, z którymi się wychowywałam. I babunię, która wszystko wie. Dzięki tym wszystkim kobietom jestem dziś, jaka jestem.

– Jaka?

– Inna. Teraz, jeżeli pozwolę sobie na taki gorszy dzień, spędzony na patrzeniu w sufit, to następnego dnia mam totalny power i robię wszystko trzy razy szybciej. Nie zmuszam się. Pozwalam sobie być sobą. Od paru lat staram się zmieniać maleńkie rzeczy w swoim życiu, na przykład naprawdę uwierzyłam, że palenie nie jest fajne, wiem, że nie chcę przytyć, bo wtedy czuję się gorzej, więc staram się pilnować. Dbanie o dietę pojawiło się wraz z Wandą. Gdy jesteś młodym człowiekiem, który przestaje jeść mięso, żywisz się chlebem z ketchupem albo zupką chińską, do tego dwa liście sałaty i jest OK. A teraz dodaję zdrowe algi, dosłownie i w przenośni, do wszystkiego. Nigdy nie jadałam ciepłych śniadań, tylko albo jabłko, albo zimny jogurt, a teraz? Co mam powiedzieć Wandzi? To jest dla ciebie, a ja sobie przetrącę kawałek banana? Do wszystkiego można się przyzwyczaić, wszystko jest w twojej głowie. Jak uwierzysz, że coś lubisz, to lubisz i kropka! A to, czego zmienić nie mogę? Trudno, muszę to pokochać. Jakiś czas temu na pokazie Lexusa w Warszawie była Milla Jovovich i ktoś powiedział mi wtedy po próbie: „Wyglądacie jak siostry, kiedy się śmiejecie. Nie macie oczu i tyko te dziąsła widać” (śmiech). Potraktowałam to jako komplement. Od tamtej pory uśmiecham się szeroko.

– A mąż leczy z kompleksów?

– Uczę go tego – domagam się komplementów (śmiech). Występowałam niedawno na scenie z kilkoma innymi kobietami i on w pewnej chwili powiedział: „O, ta też taki suchar”. W sensie, że fajna, bo mąż lubi szczupłe kobiety. Ja na to: „A ja to grubo wyglądałam?”. „Przecież mówię, że też”. I to dla niego był szczyt prawienia komplementów (śmiech).

Poza tym jest strasznie pomocny. Wszystko robimy razem albo naprzemiennie. Gdy przez trzy dni byłam w szpitalu po porodzie, nie wyszedł nawet na chwilę. W końcu sama zaczęłam go wyganiać: „Idź już może, jakieś pępkowe zorganizuj”, ale nic z tego. Cieszyłam się, że chociaż w karmieniu nie może mnie wyręczyć (śmiech). Ale całe szczęście, że jest Michał! Bo ja jestem osobą, która ma cały czas głowę w chmurach, a pozwalam sobie na to, bo wiem, że mogę, bo jest mój Michał.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »