fbpx

Robert Downey Jr. – Lekcja życia

Robert Downey Jr. - Lekcja życia
123RF.com

Robert Downey Jr. – amerykański aktor, który jeszcze niedawno dryfował na obrzeżach Fabryki Snów, teraz jest jedną z najpopularniejszych postaci filmowego świata. Na szczyty sławy wyniosła go rola w adaptacji komiksu „Iron Man”. Nam opowiada o swojej ciężkiej drodze z mroków uzależnień oraz o niezwykle silnej relacji ze swoją żoną Susan.
– Po twoich ostatnich sukcesach w filmach „Iron Man” i „Sherlock Holmes”, widzieliśmy cię w „Tropic Thunder” czy „Soliście”. Kilka lat temu – po tych wszystkich skandalach narkotykowych – nikt się nie spodziewał, że jeszcze kiedykolwiek zagrasz w filmie…

– Jestem niezwykle szczęśliwym człowiekiem, bo wszystko zakończyło się dobrze. Było tak jak mówisz – myślałem, że jestem przegrany i moje zawodowe życie się już skończyło. A jednak… ludzie dali mi jeszcze jedną szansę. Zapewniam, nie mam zamiaru ponownie zmarnować tego prezentu od losu. Przeżyłem naprawdę trudne chwile i wyciągnąłem jeden najważniejszy wniosek – nie chcę przez to przechodzić ponownie.

– Co pomogło Ci odzyskać siłę?

– Moja żona Susan bardzo mi pomogła! Stała za mną murem przez te ostatnie lata. Wspierała mnie i pocieszała – to dawało mi siłę… Pewnego dnia doszła do kresu wytrzymałości. Przyszła do mnie i powiedziała: „Jeśli nie zmienisz swojego życia, to odejdę. Na zawsze”. Proszę mi wierzyć, słowa te zrobiły na mnie piorunujące wrażenie…

– Jakie były właściwie powody tych perturbacji życiowych?

– Teraz myślę, że jedną z głównych przyczyn było niewątpliwie to, że sam na siebie za bardzo naciskałem, za dużo od siebie wymagałem. Jestem perfekcjonistą! Nie jestem w stanie poradzić sobie z sytuacją, gdy oglądając któryś z moich filmów, zauważam, że w tym czy innym miejscu mogłem zagrać lepiej. Jeśli stale o tym myślisz, wkręcasz się i nie idziesz dalej, z dnia na dzień, powoli ale sukcesywnie niszczysz sam siebie.

Teraz jednak mogę z pełną świadomością powiedzieć, że odnalazłem równowagę pomiędzy moją pracą i życiem prywatnym. Kiedy jestem na planie w 100 procentach koncentruję się na swojej roli. Kiedy natomiast wracam do domu, nie przyklejam się do myśli o pracy i w ten sposób jestem… szczęśliwym człowiekiem.

– Czy obawiasz się, że ponownie wpadniesz w nałóg?

– Bywają takie chwile, że tak. Jednak myślę wtedy o wszystkich sukcesach ostatnich trzech lat, które bardzo umocniły moją wiarę w siebie i poczucie własnej wartości. To wspaniałe uczucie, gdy ludzie doceniają twoją pracę – zapomina się wtedy o problemach. Poza tym, stabilizacja w życiu prywatnym działa na moją korzyść. Rodzina również uważa na to, bym po raz drugi nie zmarnował sobie życia…

– Wspomniałeś o swojej żonie. Susan jest producentką wielu twoich filmów, przebywacie więc ze sobą na okrągło. Czy kiedykolwiek stanowiło to dla ciebie problem?

– Hm… stosujemy pewną formę pracy zespołowej, z której wszyscy na planie się podśmiewają… Gdy wszystko idzie jak po maśle, mówię do niej per „kochanie”. Gdy natomiast zacznie działać mi na nerwy, używam, nazwijmy to, niecenzuralnych słów. Susan na tyle mnie zna, by wiedzieć, że tak wcale nie myślę, dlatego nigdy nie kłócimy się z tego powodu. To właśnie jest tak wspaniałe w naszym związku. Całkowita zgodność i stabilność. Jesteśmy bardzo dobraną parą.

– Więc nie przeszkadza ci fakt, że ona jest ciągle przy tobie…

– Nie, ponieważ w innym wypadku moglibyśmy być rozdzielani na tygodnie czy miesiące. Jest to jeden z głównych powodów tego, że tak wiele związków w Hollywood nie trwa zbyt długo. Mamy tego świadomość, dlatego cieszymy się z czasu spędzanego razem na planie. Pozwalamy sobie jednak na odrobinę wolności podczas zdjęć. Nie można być przecież razem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Tak więc, podczas kręcenia „Sherlocka Holmesa”, na przykład, spędziłem dużo czasu z Judem Law i Guy’em Ritchiem. Chodziliśmy razem w różne miejsca, rozbijaliśmy się po barach, po prostu – dobrze się bawiliśmy.

– Do ról wielu filmów takich jak „Sherlock Holmes” czy „Iron Man” musisz trenować, by być w dobrej formie…

– Z jednej strony może wydawać się to uciążliwe, ale ciało to moje narzędzie pracy. Jeśli miałbym trenować sam z siebie, nie sądzę bym znalazł czas czy motywację, by robić to regularnie. Lenistwo wbudowane w mniejszym bądź większym stopniu w każdego człowieka mogłoby dać o sobie znać. Postawiony przed faktem dokonanym (rolą) muszę je przełamywać i nie ma innej opcji. Susan to niezmiernie ceni (śmiech).

Regularnie ćwiczę Wing Chun, azjatycką sztukę wojenną, która pomaga mi utrzymać równowagę ciała i ducha. To bardzo ważne dla kogoś, kto był uzależniony od różnych używek, pomaga wyzbyć się złych ciągotek…

– Twój syn z pierwszego małżeństwa, Indio jest już prawie dorosły. Czy nazwałbyś siebie surowym ojcem?

– Powiedziałbym, że jestem normalnym ojcem. Indio wie, że są pewne zasady, których musi przestrzegać. I nie ma znaczenia czy dotyczy to słuchania matki, ojca, czy też odrabiania lekcji. Jakkolwiek jestem również zdania, że bardzo ważne jest zapewnienie dzieciom pewnej wolności w niektórych sferach, by same uczyły się poprzez własne doświadczenia.

– Czy działasz w kierunku tego, by twój syn bądź młodsi koledzy – aktorzy nie popełnili tych samych błędów, które przerobiłeś na własnej skórze? Robiąc karierę bardzo łatwo o to, by podwinęła się noga…

Nie wydaje mi się, że miałoby to większy sens. Mógłbym opowiadać dwudziestolatkowi przez cały dzień, że nie powinien tego robić, czy tamtego próbować. I tak wieczorem pójdzie do klubu – ponieważ jest to częścią jego osobowości. Takich zachowań nie zmienia się kilkoma słowami. Młodzi muszą nauczyć się na własnych błędach, tak jak ja wyciągnąłem lekcję ze swoich. Mogę tylko mieć nadzieję, że ludzie zobaczą we mnie zły przykład i nie pogrążą się w świecie, w który ja wdepnąłem.

– Jakie są twoje dalsze plany?

Zrobię sobie teraz przerwę, ponieważ przez dwa lata pracowałem bez wytchnienia. Wiem jednak, że nie będzie to długa przerwa. Jestem pełen energii i chcę zająć się następną rolą, ponieważ jestem szczęśliwy, że ciągle jestem tutaj a nie gdzie indziej i chcę pokazać światu, że warto było dać mi jeszcze jedną szansę i jeszcze jedną i jeszcze jedną (śmiech)…