Małgorzata Foremniak: Najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą, nie pod czyjeś dyktando

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)

Od lat na topie, mimo że nie pozuje na ściankach, nie wrzuca zdjęć na Facebooka, ba – nawet nie ma tam prywatnego konta. – Chcę być królową swojego życia – śmieje się Małgorzata Foremniak. A już na poważnie dodaje: – Dla mnie najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą, a nie pod czyjeś dyktando.

Małgorzatę Foremniak nazwano kiedyś polską Michelle Pfeiffer. Jest równie piękna co utalentowana. Nie zdobyła co prawda Złotego Globu, ale może dlatego, że do Kalifornii miała daleko.

Urodziła się w Radomiu, wychowała nieopodal, w małym miasteczku Jedlińsku. Po studiach aktorskich w Łodzi wróciła do Radomia. Mieszkała tam i pracowała w miejscowym Teatrze im. Jana Kochanowskiego do 1992 roku. W tym czasie wyszła za mąż, urodziła córkę Olę, ale jej pierwsze małżeństwo wkrótce się rozpadło.

– Gdy Ola miała trzy latka, postanowiłam wyjechać z rodzinnego miasta do Warszawy, wynająć mieszkanie, znaleźć pracę, czyli zacząć wszystko od nowa – wspominała w wywiadzie dla „Zwierciadła” w 2007 roku.

Znalazła pracę w teatrze Kwadrat, gdzie grała – m.in. u boku Jana Kobuszewskiego, Wojciecha Pokory i Stanisławy Celińskiej – do 1999 roku. Występowała też w Teatrze Telewizji, filmach (zadebiutowała w „In flagranti” Wojciecha Biedronia). Ale największą popularność przyniosły jej role w serialach: „Bank nie z tej ziemi”, „Radio Romans”, „Matki, żony i kochanki”, „Tajemnica Sagali”, a przede wszystkim „Na dobre i na złe”. Dzięki roli ciepłej, wrażliwej i czułej doktor Zosi na długie lata wkradła się w serca widzów. Wielką popularność przyniósł jej także udział w drugiej edycji „Tańca z gwiazdami” w TVN (w 2005 roku). Tańczyła w parze z Rafałem Maserakiem, doszli do finału, zajęli drugie miejsce. Show oglądało wtedy pół Polski. Ludzie żyli ich romansem, na początku domniemanym, bo para wszystkiemu zaprzeczała. Paparazzi nie odstępowali ich na krok, nie dawali żyć, nawet po wyjściu z ukrycia. Związek nie przetrwał, a jego zakończenie było burzliwe.

Od 2008 roku Małgorzata Foremniak jest jurorką kolejnego show „Mam talent” i nadal ma swoich zagorzałych fanów. Dowodem jej popularności są cztery Telekamery, zaproszenie do odciśnięcia dłoni na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach, reprezentowanie Polski w sztafecie niosącej ogień olimpijski, bycie twarzą marek kosmetycznych i odzieżowych. Jednak popularność miała także gorzki smak. Przez kilka lat nękał ją stalker. Udało mu się wkraść w jej życie prywatne i namieszać w zawodowym. Przypłaciła to depresją. Sprawa skończyła się w sądzie.

Ma za sobą i inne trudne doświadczenia: dwa rozwody, śmierć byłych mężów – pierwszy, ojciec Oli, zginął w wypadku samochodowym, drugi, Waldemar Dziki, zmarł po ciężkiej chorobie w 2016 roku. Kilka lat temu odeszli też jej ukochani rodzice.

Wrażliwa na krzywdę innych, szczególnie dzieci. Przed laty w szpitalu, w którym znalazła się jej kilkuletnia wówczas córka, poznała dziewczynkę z domu dziecka. Tak przejęła się jej losem, że postanowiła wziąć ją na wychowanie. A kiedy dowiedziała się, że dziewczynka ma brata, wzięła też jego. Razem z Waldemarem Dzikim byli ich rodzicami zastępczymi. Dzisiaj Milena i Patryk są już dorośli.

Od lat Małgorzata Foremniak udziela się charytatywnie w Fundacji Spełnionych Marzeń. Była ambasadorką UNICEF.

Krytyka doceniła jej rolę w filmach „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego i „Czerwony Pająk” Marcina Koszałki. Ona sama ceni także te w „Avalon”, „Bożych skrawkach”, „Pitbullu”, „Jabłku”. Jest też aktorką teatralną. Gra w spektaklach „Imię” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza i „Być jak Elizabeth Taylor” w reżyserii Jakuba Przebindowskiego. Ale ta najważniejsza rola, na miarę jej urody i talentu, jeszcze przed nią.

 

Jak reagujesz na rewelacje na swój temat w plotkarskiej prasie i na portalach internetowych?
W ogóle nie reaguję, bo wiem, że nie daję powodu do ich tworzenia. Rzadko bywam na środowiskowych imprezach, chodzę tylko na wybrane premiery filmowe, teatralne, wystawy. Plotkarskie media nie za bardzo mają o czym pisać, więc wymyślają jakieś historyjki.

Ostatnio huczało o twoim romansie z Pawłem Delągiem. W każdej plotce jest ziarenko prawdy…
…w tej nie ma nawet pół ziarenka.

To skąd się wzięła?
Pewnie stąd, że gramy razem w sztuce „Być jak Elizabeth Taylor”. Ja – Elizabeth Taylor, Paweł – Richarda Burtona. Burzliwy związek. Spektakl obfituje w skrajne emocje: gorące namiętności, ale i kłótnie, dochodzi nawet do rękoczynów. Widocznie gramy na tyle wiarygodnie, że robi się z nas parę na życie [śmiech].

Plotki są wyznacznikiem popularności. Niektórzy artyści sami je kreują.
Taki widocznie jest ich wybór i pomysł na podsycanie zainteresowania swoją osobą. Dla mnie natomiast najciekawszym sposobem jest autentyczność, bycie prawdziwym. Uważam, że tym można zdobyć aprobatę i zaufanie widza.

Popularność w zawodzie aktora nie jest ważna?
Jest ważna, ale to nie znaczy, że trzeba pojawiać się wszędzie. Nie zabiegałam o popularność. Przyszła wraz z moimi rolami. Widzowie zapamiętali mnie i polubili. Wciąż odbieram tego dowody. Popularność jest przyjemnym uczuciem. Spotyka się dużo fajnych ludzi, przeżywa ciekawe sytuacje, ma się więcej możliwości doświadczania świata. Zaczyna być dotkliwa wtedy, gdy przekracza granice prywatności. Kiedy rozpoczynałam pracę, nie funkcjonowała cała ta maszyneria internetowa, nie przeliczało się popularności na liczbę kliknięć. Teraz obecność w Internecie i reklama to naczynia połączone. Bycie wszędzie w mediach przynosi różne konsekwencje. Można nad tym nie panować.

Ty panujesz?
Mam agenta. Nie mam prywatnego Facebooka ani Twittera. Nie czuję potrzeby informowania ludzi o moim życiu, robienia sobie zdjęć i wrzucania ich do sieci. Wiem, że dla niektórych takie zachowanie oznacza zawodowe samobójstwo, bo dzisiaj uważa się, że jeżeli artysty nie ma w mediach społecznościowych, to nie istnieje. Dlatego powinien się dostosować, bo inaczej zginie. A to nieprawda. Nie opisuję w Internecie każdego dnia, a mimo to żyję i pracuję. Wolę taką wersję siebie. I nie jestem w tym wyjątkiem.

Może gdybyś była bardziej obecna, dostawałabyś więcej propozycji pracy?
Nie narzekam, mam pracę. Medialną obecność staram się balansować. „Wyskakiwanie z lodówki” może przynieść niekiedy więcej szkody niż pożytku. Wszystko zależy od tego, kto jaki obiera kierunek w tym zawodzie i jak chce się w nim spełniać. Ja szukam ciekawych wyzwań. A czasem graniem chcę się pobawić.

Jesteś jedną z najbardziej lubianych aktorek. Co robisz, żeby zaskarbić sobie sympatię widzów?
Nic szczególnego. Miałam dużo szczęścia. Trafiły mi się role w serialach i filmach, które widzowie polubili i które odniosły sukces. Poza tym, a może przede wszystkim, nie staram się być kimś innym, niż jestem. Jestem taka sama zarówno prywatnie, jak i wtedy gdy udzielam się medialnie. Zbytnie zajmowanie się tym, aby inni mnie lubili, byłoby niewspółmierne do czasu, jaki zabrałabym sobie, by przeżywać własne życie, skupiając się na jego istocie. Pracuję najlepiej, jak umiem, i na tym się koncentruję.

A jak radzisz sobie z nieustanną oceną, której podlegasz jako aktorka?
Nie wierzę, że można zupełnie się tym nie przejmować. Podobnie jak tym, że raz mamy pracę, a innym razem długo na nią czekamy. Aktor, który mało gra, czuje się gorszy. A to, czy dostajemy pracę, zależy przecież od wielu czynników. I nie zawsze jest tak, że ci, którzy dużo grają, są najlepsi. To piękny, ale i okrutny zawód. Znam przyjemność bycia na fali i gorzki smak tego, że ktoś w ciebie nie wierzy. Jeśli nie ma się poczucia własnej wartości, można się podłamać.

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)

Jesteś silna? Bo wydajesz się delikatna i wrażliwa.
Gdybym nie była silna, to w tym zawodzie bym nie przetrwała. Delikatna tak, ale nie krucha. Czasem jestem wręcz nadwrażliwa. Życie z taką cechą nie zawsze bywa komfortowe, ale nie zamieniłabym swojej cienkiej skóry na grubszą. Wrażliwość pozwala mi wnikliwiej doświadczać otaczającego świata. Potrafię się częściej nim zachwycać. To bardzo dla mnie cenne.

Powiedziałaś jakiś czas temu, że nie chcesz już być samarytanką. Udało się?
Kiedyś uważałam, że pomaganie to moje przeznaczenie, że po to się urodziłam, żeby służyć innym. No a potem się okazało, że moja duchowa morfologia jest w tragicznym stanie [śmiech]. W relacjach z ludźmi musi być wymiana, a nie jednostronne dawanie.

Co masz na myśli?
Każdy z nas żyje w jakiejś małej grupie, mikrospołeczności. Mijamy się w pracy, poza nią. Warto siebie wzajemnie zauważać. Tak zwyczajnie. Tak po prostu. Sprawiać sobie przyjemności, być życzliwym w drobnych rzeczach, gestach, w dobrych słowach. One nic nie kosztują, a dużo wnoszą, rozjaśniają dzień. Nie być tylko biorcą, ale umieć się odwzajemniać, okazywać sobie wdzięczność.

Od jakiegoś czasu jesteś sama. Bycie singielką to wybór czy konieczność?
A co to znaczy być singielką?

No jak to co! Żyć w pojedynkę, bez partnera.
Nie mam partnera, ale nie jestem sama. Po moich raz bardziej, raz mniej udanych związkach przyszedł czas, by stworzyć ten najważniejszy związek – samej ze sobą. To proces, a raczej umiejętność, która wymaga czasu. Na początku to niekomfortowe, trudne, ale potem przychodzą spokój i przyjemność przebywania we własnym towarzystwie. Nie zakładam jednak, że będę sama. Nawet nie mam takiego zamiaru. Mam czym podzielić się z drugą osobą i jestem otwarta na historię, jaką ktoś inny wniósłby do mojego życia. Po prostu nie pojawił się jeszcze ten Jaś, dla którego Małgosi zabiłoby szybciej serce [śmiech].

Jak myślisz, dlaczego tak trudno znaleźć dzisiaj prawdziwą miłość mimo tak wielu ułatwień w kontaktach międzyludzkich?
Trudno znaleźć prawdziwą miłość, bo być może sami nie jesteśmy nią prawdziwie wypełnieni. Karmimy się substytutami, jak choćby tymi „ułatwieniami w kontaktach międzyludzkich”. Czy elektroniczna wymiana zdań i obrazków tworzy prawdziwe więzi między ludźmi? Jak można poczuć drugiego człowieka, skoro nie patrzymy mu w oczy, nie czujemy jego energii? Jak odczytamy w nim rozterkę, zagubienie, wątpliwości, skoro nie widzimy mowy jego ciała? Jak możemy podzielić się z nim radością, zachwytem, pięknem, jeśli nie możemy dotknąć jego ręki? Życie to przeżywanie, a nie opisywanie. Chowamy się za opisem, na własną zresztą zgubę.

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)

Gdzie, jeśli nie w miłości, szukać napędu do życia? W pracy?
Miłość i praca dają kopa. Jeśli nie ma miłości, uciekamy w pracę, jeśli nie ma pracy, miłość kuleje. A jeśli szwankuje jedno i drugie albo brak obu? Wtedy często nakładamy maski i udajemy, że jest fajnie. Zastanawiam się, dlaczego cokolwiek musi być napędem do życia. A może życie jest napędem samo w sobie? Może właśnie te szczegóły, niepozorne skrawki codzienności, są prawdziwym imperatywem do życia? Bo często to właśnie ta codzienność podtrzymuje nas, scala, gdy niespodziewanie runą nasze życiowe koncepcje. Jeśli nawet wszystko stracimy, zawsze mamy siebie i tę chwilę, w której właśnie jesteśmy. A z dwóch składników można już coś „ugotować”. Przeczytałam kiedyś zdanie: „Zapisz swoje myśli w ciągu dnia, a dowiesz się, kim naprawdę jesteś”. Zaparłam się i notowałam dwa dni, wykonując codzienne obowiązki.

I czego się dowiedziałaś?
Że mało jestem obecna w chwili, która się wydarza, bo albo analizuję to, co już się zdarzyło, albo kark mam spięty tym, czy się wyrobię. I te ciągłe przebąkiwania o braku tego, braku śmego. Aż trudno było mi uwierzyć, co ta moja głowa produkuje. To bardzo trzeźwiące doświadczenie.

Co ci dało?
Postanowienie, że skupiam się na jednej czynności w danej chwili, jestem w niej całą sobą i robię to tak, żeby znaleźć w tym zadowolenie. Proste i działa.

Interesowałaś się zawsze rozwojem duchowym, pracowałaś nad sobą. Czy ta wiedza się sprawdziła, czy może w zderzeniu z rzeczywistością przyniosła rozczarowanie?
Zawsze interesowała mnie podróż w głąb człowieka, czym jest nasze serce, a czym umysł, co takiego powoduje, że jesteśmy szczęśliwi albo nie. Czytam, zapisuję. Zadaję sobie pytania i szukam na nie odpowiedzi. To niekończący się proces. Nie ma mowy o rozczarowaniu. Poznaję mechanizm działania samej siebie. Bo chcę być królową swojego życia [śmiech]. Dzięki temu, że jestem teraz sama, mam czas, żeby się sobie poprzyglądać. Kiedy byłam w związkach, zajmowałam się relacją, partnerem, a siebie przesuwałam na dalszy plan. A teraz mam na to przestrzeń.

Ale praca nad sobą to nie sielanka.
Oj, nie. Jak odkryje się jedną warstwę, to spod niej wyłania się kolejna. Jest co robić. Ale warto się potrudzić, bo można dokonać wielu odkryć.

Co takiego odkryłaś?
Że w życiu trzeba nauczyć się odpuszczać. Kurczowe trzymanie się naszych założeń sprawia, że jesteśmy coraz bardziej sztywni, a przez to mało szczęśliwi. Że warto marzyć, ale też mieć świadomość, że przyszłość tworzy się tylko z chwili teraźniejszej. Że jeżeli jesteśmy zbyt pochłonięci tym, co widzi nasze oko i czego oczekuje świat zewnętrzny, stajemy się niewolnikami naszych potrzeb lub świata i sami tworzymy źródła swoich niepowodzeń czy niezadowolenia. I żeby coś zmienić, trzeba się obudzić. Ja właśnie się budzę i wiem, że to właściwy kierunek.

Jak ten stan osiągnąć?
Nie piłuj wiórów – jest takie powiedzenie. Wióry to przeszłość, już z nimi nic nie zrobisz. Rzeźbić możesz tylko w drewnie. Ale zanim zaczniesz to robić, weź je w dłonie, poczuj jego ciężar, zapach, kształt i podziękuj, że je masz. To jest życie tu i teraz. Myślę, że ważna jest świadoma selekcja rzeczy – czy to, czym się otaczamy, nas wzbogaca, czy nas przytłacza. To moje sposoby na przebudzenie, ale każdy pisze swoją własną książkę.

Twoim sposobem jest także to, że się zatrzymałaś?
O tak. Zatrzymałam się, żeby więcej zobaczyć. Wcześniej dużo się w moim życiu działo i zawodowo, i prywatnie. Byłam nieustannie w ferworze spraw, oczekiwań swoich i innych ludzi. Potem to się zmieniło. Miałam dużo mniej pracy, a nawet jej brakowało, co na początku było dość frustrujące. Ale właśnie wtedy, gdy na tym moim poletku mało się działo, dużo się we mnie zmieniało. Zaczęłam dopuszczać do głosu swoje słabości, małości, pogmatwane myśli, zaczęłam spokojnie nazywać je po imieniu, akceptować i odpuszczać. To był ważny czas, zmienił perspektywę patrzenia na siebie i innych. Wniósł więcej tolerancji i zrozumienia.

Możesz to wyjaśnić na przykładzie?
Rozmawiam z gościem, który jest sfrustrowany, uszczypliwy, a nawet złośliwy. Coraz bardziej mnie irytuje i mam ochotę odpowiedzieć mu dosadnie. Biorę oddech, a potem myślę sobie: „Mój Boże, człowieku, co za piekiełko nosisz w sobie, że tak ci się ulewa”. I mi odpuszcza. Albo moje spóźnianie się. Wiesz, jak mnie to stresuje, kiedy się staram wyrobić na czas i zazwyczaj wychodzi tak samo. Odkąd pamiętam, miałam z tym problem. Też sobie odpuściłam. Jakieś wady trzeba mieć.

Dzisiaj spóźniłaś się tylko 15 minut, a ostatnio 30.
No widzisz, jaka zmiana [śmiech].

A może ta i inne zmiany w twoim życiu wynikają z tego, że masz swoje lata?
No fakt, trochę się nazbierało. Jak pomyślę, ile mam lat, to mnie ogarnia śmiech. Ja w drugiej połowie życia? Jak? Gdzie? Jak szybko to zleciało! No, ale przecież nic nie da się zrobić [śmiech]. Na początku każdego roku obieram sobie za motto jakieś słowo, zdanie. W tym roku to „tylko dzisiaj”. Chcę być obecna w każdej minucie każdego dnia przez cały rok.

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)

Nie jesteś do końca sama, masz dorosłą córkę. Dzielisz się z nią swoimi przemyśleniami?
Rozmawiamy o wszystkim otwarcie jak dwie kobiety, dojrzała i wchodząca w życie. Ola jest psychologiem, ja mam doświadczenie. Wymieniamy się przemyśleniami, dyskutujemy, ona bierze ode mnie, ja od niej. To coś fantastycznego! Jako młoda dziewczyna nie rozmawiałam tak z mamą, to były inne czasy i inne wychowanie. Myślę, że gdybym rozmawiała, być może dokonałabym w życiu innych wyborów. Moja droga do siebie jest przez to dłuższa niż Oli, ale cel mamy ten sam: przeżyć jak najpełniej swoje życie.

Jak wyobrażasz sobie siebie za dziesięć lat?
Mieszkam na wsi, zbieram zioła, hoduję kozy, robię sery, czytam, piszę, mam dużo czasu dla siebie. No i, oczywiście, gram w teatrze. Jestem szczęśliwą babcią, bo mam nadzieję, że nią zostanę [śmiech].