Depesza z ostatniej chwili: Delta Machine od Depeche Mode – recenzja

Depeche Mode, Delta Machine
mat. prasowe

Czy Depeche Mode są w stanie odkryć Amerykę? Pewnie nie. Ale też nikt tego od nich nie oczekuje.

Depeche Mode, Delta Machine
mat. prasowe

Niewiele jest na świecie zespołów o tak wiernej publice jak Depeche Mode. Kiedy tylko Brytyjczycy pojawiają się w polu widzenia fanów, ci ostatni przelewają swoje majątki na konta Ticketmasterów i innych LiveNationów i kursują między europejskimi stolicami, oglądając występ za występem. Kiedy zaś trasa koncertowa zdaje się zbyt odległa, sami biorą sprawy w swoje ręce i organizują tematyczne zloty w klubach całego kontynentu.

Najbliższe miesiące będą dla nich czasem żniw. Oto bowiem mamy „Delta Machine”, nowy album, a wraz z nim koncerty. Z oczywistych względów Depesze nie są już tą samą grupą co w latach 80. Ich brzmienia są o wiele bardziej nowoczesne, bardziej klubowe. Wciąż mroczne, wciąż przejmujące w swoim patosie. Jak „Angel”, jeden z bardziej rockowych utworów na tej płycie.

Choć zespół to bardzo brytyjski, tym razem jest w nim sporo amerykańskich brzmień. Singlowy „Heaven” ma w sobie coś z nowoorleańskiego upalnego południa spędzonego w towarzystwie butelki burbona, choć oczywiście całość przemielona jest na modłę depeszową. Wciąż pierwsze skrzypce gra tu więc elektronika.

Choć „Delta Machine” nie jest skarbnicą przebojów, trzeba przyznać, że to wyjątkowo spójny twór. Wielu przypadkowych słuchaczy pewnie zbędzie ją milczeniem i szybko o niej zapomni. Fani będą zachwyceni, bo im i tak chodzi przecież głównie o koncerty. Depeche Mode nie mają się czego wstydzić – właśnie uzupełnili swój repertuar o kilka nowych pewniaków do odegrania na żywo.

Depeche Mode „Delta Machine”, wyd. Sony Music

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze