Melody Gardot: Gdzie się podziały tamte prywatki

Melody Gardot: Gdzie się podziały tamte prywatki
materiały prasowe

Ktoś tu udaje starszego, niż by wynikało z metryki… I dobrze, tym bardziej, że Melody Gardot postarza się całkiem zgrabnie.
Chciałoby się powiedzieć: „uwaga, idzie młodzież”, sęk w tym, że panna Gardot wcale taka młoda nie jest. Rocznikowo to wczesny 1985 rok, mentalnie i artystycznie można by ją jednak spokojnie przykryć pajęczynami. Jej twórczość to muzyka sprzed lat. Taka, która nie zna iTunes – co najwyżej walkmany. Razem z Michaelem Buble, przez jednych wyśmiewanym, przez innych wielbionym, Melody Gardot nadaje się do ligi niezwykłych dżentelmenów lub – jeszcze lepiej – imprez czasów prohibicji. Czyli: panowie we frakach, panie w eleganckich toaletach, w podziemnym klubie Chicago uwiecznionego na czarno-białej taśmie filmowej…

Ale dosyć tych mętnych wizji, skupmy się na muzyce. Ta jest przede wszystkim cicha i spokojna. Nie, nie słuchajcie jej w samochodzie, chyba że zaparkowanym w bocznej uliczce, z wygaszonym silnikiem. Lepiej zamknijcie oczy i oddajcie się magii wyciszających, delikatnych jak babie lato utworów pokroju „Amalii”, granych przy akompaniamencie akustycznej gitary tak niewinnej, jak się tylko da. Zapomnijcie się przy brzmiącym jak minimalistyczna wariacja na temat fado „Lisboa”, przenosząc się w myślach nad ocean. A gdy z głośników poleci zamykająca płytę „Iemanja”, pełna wpływów world music, nie usiedzicie w miejscu, a noga będzie sama chodzić pod stołem. Pozostaje tylko poszukać partnerki do tańca.

Melody Gardot „The Absence”, Universal

?>