1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro

Greta Garbo – portret najbardziej tajemniczej gwiazdy Hollywood

Greta Garbo była pełna sprzeczności. Nie lubiła ludzi, ale uwodziła miliony. Zarabiała astronomiczne sumy i jednocześnie była skąpa. Mężczyźni się o nią zabijali, ale najdłuższy związek stworzyła z kobietą. I choć chorobliwie strzegła swojej prywatności, aż do śmierci elektryzowała tłumy. (Fot. materiały prasowe)
Kobieta sfinks, której nikt nie był w stanie pojąć. Zimna jak lód Szwedka. Przeurocza, nieśmiała dziewczyna. Ikona kina, która w wieku zaledwie 36 lat zniknęła z ekranów. Na polskim rynku właśnie ukazała się biografia Grety Garbo autorstwa Roberta Gottlieba, legendarnego redaktora, znawcy teatru i złotej ery Hollywood. Z okazji premiery publikujemy jej fragment – sylwetkę aktorki autorstwa Kennetha Tynana.

Publikujemy fragment książki „Garbo. Najbardziej tajemnicza gwiazda Hollywood”, Robert Gottlieb, tłum. Monika Bukowska, wyd. Znak Literanova.

Pierwsze zdanie ze słynnej charakterystyki Garbo napisanej przez Tynana – po raz pierwszy opublikowanej w „Sight and Sound” w kwietniu 1954 roku – to prawdopodobnie najsłynniejsze i najczęściej cytowane słowa napisane na jej temat.

To, co w innych kobietach widzi się po pijanemu, w Garbo widzi się na trzeźwo. Jest kobietą, którą się pojmuje z całą pulsującą jasnością meskalinowego ciągu Aldousa Huxleya. Oglądać ją to osiągnąć bezpośrednie, czyste postrzeganie czegoś, co – tak jak kwiat albo fałda jedwabiu – jest zachwycająco, pięknie i subtelnie sobą. Nic nie wdziera się między nią a widza poza jego nerwicami: ona wnosi w ten kontakt spokój i otwartość, chłonący odpoczynek, którym to cechom u kobiet zazwyczaj towarzyszy skrajna próżność. Pogrążona w ekstazie istnienia, daje każdemu widzowi to, czego mu potrzeba: jej hojność nie zna granic. Większość aktorek pojawia się na ekranie tylko po to, by patrzeć na mężczyzn, ale Garbo patrzy na kwiaty, chmury i meble z tym samym pełnym uwielbienia współodczuwaniem co Ewa o poranku w dniu stworzenia i wypada przy tym o wiele lepiej niż pan Huxley w roli Adama. Sława, izolując ją od wielu doświadczeń, które dla nas są codziennością, raczej wzmogła, niż osłabiła jej zdolność do zadziwienia.

W Anglii dwa lata temu odwiedziła Opactwo Westminsterskie, wcześnie rano, kiedy nikogo tam jeszcze nie było, i w tym tak bardzo publicznym miejscu odnalazła źródło ogromnego intymnego zachwytu. Spacer po ruchliwej ulicy jest dla niej na poły mistyczną przygodą. Jak przybysz z Marsa zadaje nam pytania o życie codzienne, zarażając nas swoją pasją i wymuszając wzmożoną wrażliwość. Podczas rozmowy z nią człowiek czuje się jak oślepiony w Macie Hari Ramón Novarro, któremu powiedziała: „Oto twoje oczy”, dotykając przy tym własnych.

Dopóki jej nie poznałem, częściowo wierzyłem starym przekomicznym plotkom, które głosiły, że tylko podszywa się pod kobietę i zbyt długo jej się to udawało. Sugerowano, że za ciemnymi okularami i pod niesfornymi brązowymi włosami kryła się twarz dumnego skandynawskiego dyplomaty, którego męskie rysy były teraz tak widoczne, że nie było mowy o wystawieniu go na widok kamer. Ten bezpodstawny wymysł legł w gruzach od razu po jej wejściu do pokoju: kocim ruchem, trochę nieśmiało, jak zwierzę, na które nagle padło światło reflektora, wysunęła się do przodu, wyciągnęła rękę, mruknęła stłumionym sykliwym głosem grzecznościowe powitanie, a potem, rozsuwając usta w szerokim uśmiechu, rozwiała wszelkie wątpliwości. To była kobieta, na pewno. Moje zadowolenie z tego, że udało mi się ustalić jej płeć, to właśnie jeden z przejawów otaczającej ją tajemniczości.

(Fot. materiały prasowe)

„Czy jest pani wszystkim dla wszystkich mężczyzn?” – pyta ją ktoś w Dwulicowej kobiecie. Na co szczera odpowiedź (zapomniałem tej ze scenariusza) brzmiałaby: „Owszem, dla wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci”. Garbo, Hepburn i Dietrich to pewnie jedyne osobowości ekranu, wobec których można by na poważnie sformułować takie stwierdzenie. „Ma w sobie seks, ale nie ma konkretnej płci – napisałem kiedyś o Dietrich – jej męski pierwiastek przemawia do kobiet, a seksualność do mężczyzn”. Odnosi się to również do Hepburn. Ale Garbo deklasuje je obie. Ani Hepburn, ani Dietrich nie byłyby w stanie zagrać scen Garbo z synem w Annie Kareninie – jest w nich obu coś drapieżnego, co uniemożliwiłoby takie bezinteresowne matczyne uniesienia. Tylko Garbo jest w stanie odurzyć się niewinnością. Rówieśników zamienia w swoje dzieci i bierze ich pod skrzydła jak wielka pływająca łabędzica. Jej miłość jest zatem większa niż miłość tkwiąca w Hepburn czy Dietrich, która nie wykracza poza obiekt natychmiastowego pożądania. To Alistair Cooke zwrócił uwagę, że w swoich filmach Garbo zdaje się widzieć życie od drugiej strony, a ponieważ była świadoma losu czekającego wszystkich wokół, oferowała im osłonę w postaci swojego współczucia.

Przebiła się przez celofanowy kicz (jak to się starzeje!) stylu Lubitscha w Ninoczce, by wyrazić swoje współczucie dla ludzkiej kondycji. Słowa te były skierowane do Melvyna Douglasa, ale wszyscy wiedzieliśmy, kto tak naprawdę był ich adresatem, i delektowaliśmy się tą wiedzą: „…spadną na nas bomby, cała cywilizacja runie, lecz proszę, j e s z c z e n i e t e r a z […] d a j c i e n a m t ę c h w i l ę!”. Człowiek miał wrażenie, że występuje ona w obronie świata, a nawet, że odnosi zwycięstwo. W czasie tej dekady, kiedy mówiła do nas z ekranu, często wysyłała sygnały, że jest po stronie życia przeciwko ciemności: przesączały się one przez szereg banalnych, nijakich scenariuszy niczym zaszyfrowane wiadomości przemycane przez linię wroga. Czasami wypowiadając zdania, które brzmiały tak, jakby miały przyśpieszyć koniec literatury, przekazywała to swoje ogólnoludzkie miłosierdzie jedynie za pomocą drobnych komunikatów, jak na przykład na wpół prześmiewczy, na wpół rozpaczliwy ścisk w gardle, słyszalny w ciemnym jak wino głosie. Barbarzyństwo dialogów MGM owijała bandażem człowieczeństwa.

Pewnie napisano na jej temat zbyt wiele tomów i zbytnio się w nich rozczytywano, tak że teraz każde kolejne pochlebne słowo wzmaga jej przerażenie na myśl o ponownym stanięciu przed nami i sprostaniu własnej legendzie. Możliwe, że wyolbrzymialiśmy jej inteligencję od samego początku. Być może była absolutnie szczęśliwa w kameralnych, skromnych filmach, które Salka Viertel i S.N.Behrman (między innymi) zamienili w duże hity napisane specjalnie pod nią. Być może występy z Lewisem Stone’em i Reginaldem Owenem, dwójką dziarskich wujaszków, którzy często pojawiają się u jej boku w różnych perukach, były niezbędnym dla niej źródłem inspiracji. Pamiętajmy też, że Carl Brisson i John Gilbert zajmowali wysokie pozycje na jej liście męskich ideałów. I nie mamy żadnego dowodu na to, że kiedykolwiek przeczytała jakąkolwiek książkę. Nie licząc fizyczności, wiemy o Garbo niewiele więcej niż o Shakespearze.

Wygląda na jakieś 34 lata, ale jej data urodzenia jest przedmiotem sporów. Podręczniki wskazują najczęściej na 1905 albo 1906 rok, a jedna biografia niezbyt szlachetnie sugeruje rok 1903, co oczywiście może być ciosem zadanym przez rozgoryczonego zecera. Urodziła się w Sztokholmie i tak jak Anna Christie była córką ubogiego marynarza. Miała brata i siostrę, edukację przerwała w wieku lat czternastu, po czym wkręciła się do raczkującej szwedzkiej branży filmowej, gdzie odkrył ją Mauritz Stiller. Po ukończeniu Gdy zmysły grają w 1924 roku jej dalsze życie opisuje lista filmów – jedenaście niemych i czternaście dźwiękowych – oraz stos zdjęć z gazet, na których widać ją osłupiałą, w płaszczu przeciwdeszczowym, z poszarzałą twarzą i w dziwnych kapeluszach, na trapach statków lub przy wejściach do samolotów. Często wiemy, dokąd zmierza, ale nigdy – dlaczego. Czasami towarzyszy jej mężczyzna, na kształt kafkowskiego strażnika, którego zadaniem jest eskortować aktorkę na jej następne enigmatyczne rendez-vous. Skonsternowani zasięgamy porady astrologów, którzy twierdzą, że osoby urodzone między końcem sierpnia a końcem września są niemal skazane na perfekcjonizm. Ale co takiego, wzdychamy, mogłaby ona udoskonalić?

Zmieniła nazwisko z Gustafsson na Garbo, co po szwedzku oznacza leśnego duszka. Dawniej myślałem, że hiszpańskie słowo garbo jest dla niej obraźliwe, ponieważ kierowano je do matadorów, których styl wydawał mi się co najwyżej ładny i zgrabny. Znajomy hispanofil ostatnio mnie oświecił: „garbo – napisał – to wysublimowany zwierzęcy wdzięk, poruszanie się z pewną siebie, naturalną gracją, spokój przesiąknięty radością życia, wrodzony, pełen energii, kontrolowany. Zasadniczo żeński atrybut (nawet u torreadorów)”. W skrócie garbo to Garbo, tyle że bez melancholii, bez żadnych oznak śmiertelności. Słowo to opisuje zalążek, a duża litera wyposaża go w duszę. To różnica między Gdy zmysły grają a Anną Kareniną.

Ale znowu ulegam mitowi mroku. Na długo przed atakiem histerycznej wesołości, która wstrząsnęła jej ciałem, gdy Melvyn Douglas spadł z krzesła, Garbo się śmiała, i nawet jeśli był to tylko „w śmierci gardzieli śmiech dziki” *, dzięki niej śmialiśmy się i my. Nigdy nie była zupełnie poważna. Kiedy w Królowej Krystynie podawała się w tawernie za mężczyznę, uśmiechaliśmy się beztrosko, widząc jej zakłopotanie, gdy poproszono ją o dzielenie izby z hiszpańskim ambasadorem. Tajemniczy uśmiech z odsłoniętymi zębami, jak gdyby szykowały się na ugryzienie jabłka, był zawsze jej bronią, której najtrudniej było się oprzeć. Do tego dołączyła, ku przerażeniu akademików lubiących jasne podziały, hałaśliwa wesołość. Jej rezygnacja z aktorstwa jest aktem niewybaczalnym, choćby dlatego, że przez to już nigdy nie zobaczymy jej w Trzech siostrach w roli Maszy, jakby napisanej przez Czechowa specjalnie dla niej. Musimy się zadowalać gorszymi aktorkami, próbującymi oddać poszczególne emocje, radość czy jej brak. Najbardziej promienne uśmiechy Garbo zawsze kontrastowały z niepokojem, który wyrażały jej brwi przypominające czułki owada, a ułożeniem głowy mogła wyrazić nie tylko odmienny nastrój, ale i różny wiek. Z głową odchyloną do tyłu i z otwartymi ustami wyglądała jak dziecko radośnie wyczekujące słodyczy. Przechylając ją do przodu, z ustami wciąż rozchylonymi, stawała się rodzicem, który wyraża zdumienie najnowszym wyczynem swej pociechy.

(Fot. materiały prasowe)

Część siły jej oddziaływania wynikała z pewnością z egzotycznej wymowy – dla wielu milionów widzów był to prawdopodobnie pierwszy szwedzki akcent, jaki słyszeli w życiu. Anglosasi mają skłonność do przypisywania cech mesjanistycznych każdemu nieznajomemu mówiącemu ze słowiańskim, germańskim czy skandynawskim akcentem. Od razu nasuwają się na myśl Elisabeth Bergner i Ingrid Bergman, a historia londyńskiej sceny jest pełna zachwytów nad dawno zapomnianymi subretkami o takich nazwiskach jak Marta Kling, Svenda Stellmar czy Ljuba Van Strusi. Garbo niewątpliwie pomógł fakt, że z tego powodu często obsadzano ją w roli wygnańca: ile to razy, kiedy przybywa z misją rozbicia czyjegoś związku, przyjeżdża pociągiem z daleka! Gdy dym się rozwiewa, ukazuje nam wysłanniczkę losu pożądliwie oblizującą usta. Osoba znajdująca się z dala od swoich rodzinnych stron zawsze wzbudza ciekawość: kto ją zmusił do wyjazdu, co za siły wygnały ją z ojczystej ziemi? Garbo miała to szczęście, że sama wywoływała te pytania, a odpowiadał na nie jej talent. Impulsem, który stoi za jej podróżami, jest namiętność. Bergner mogła jechać po pekińczyki, dla Bergman celem mogła być rekreacyjna wycieczka. Natomiast Garbo mogła podróżować jedynie po to, by uciec od kochanka albo go znaleźć. Co jest, jak powiedziała w Ninoczce, „naturalnym impulsem wszystkich ludzi”.

Na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniła w trakcie kariery – pewna masywność jej wyglądu pod sam koniec przywodziła na myśl uduchowioną wersję Irene Dunne, ale to było wszystko. Nadal potrafiła (i często to robiła) giętko odchylać głowę pod kątem prostym do kręgosłupa, całowała tak samo spragniona jak zawsze, obejmując głowę mężczyzny obiema rękami, jak gdyby piła z jego ust. A jej urok nigdy nie stracił dwuznaczności. Uwodzicielski taniec w Macie Hari, który sprawia, że Lionel Barrymore sięga po alkohol, ukazuje dziwnie androginiczną sylwetkę, nogi z mocnymi kolanami, równie zwinne jak rozłożyste palce u rąk: nie ma tutaj nic z „Cielesnych Księstw anielskich cudów”*, o których pisze Robert Herrick. Na poziomie klatki piersiowej oko zauważa nachylenie ledwo odróżnialne od wklęsłości: sztuka, która ukrywa sztukę, nie mogła pójść dalej. Jeśli ten świecki taniec w świątyni jest uwodzicielski (a jest, tak samo jak scena na basenie w Dwulicowej kobiecie), wyjaśnienie tego leży w naszej świadomości, że oglądamy prawdziwą, niedoskonale ukształtowaną istotę ludzką, a nie sztucznie wykreowane przez rynek uosobienie ludzkich pragnień.

Rozwodzę się tak nad fizycznymi atrybutami Garbo, ponieważ uważam, że zmysłowa część aktorstwa jest często niedoceniana: zbyt wiele się pisze o tym, co aktorzy czują, a za mało o tym, jak wyglądają. Wygląd Garbo, zwłaszcza jej postura, zawsze tworzył cudowny dysonans z tym, co mówiła. Szerokie ramiona w kolorze kości słoniowej mogłyby należeć do oszczepnika. Chodziła pochylona, jakby bokiem, nawet gdy kroczyła zamaszyście, niczym bokser wagi średniej zbliżający się do przeciwnika: jak w tak atletycznym ciele mógł się kryć taki delikatny i pokorny duch? Królowa Krystyna, podobno jej ulubiona postać, przez kilka scen chodzi ubrana po męsku, a kiedy jej doradcy namawiają ją do małżeństwa, odpowiada: „Umrę w kawalerskim stanie!”. I pomyślcie o słowach: „Jestem Matą Hari, panią samej siebie!”. W zdania takie jak te Garbo potrafiła wlać zagadkowy humor, z czym pewnie nikt inny by sobie nie poradził. Pozbawiona kobiecych ozdobników, zastępowała je męską bezpośredniością. Jej Maria Walewska była odważna jak sam Napoleon i podobno nazywano ją „ciotką Karola Wielkiego”. To jej oderwanie od obu płci odpowiada w ostatecznym rozrachunku za enigmatyczną amoralność jej ról. U większości granych przez nią postaci jedynym widocznym imperatywem moralnym jest lojalność, raczej zwierzęca niż ludzka cnota – owo „naturalne poczucie honoru”, o którym, jak mówi Shaw, Biblia nigdzie nie wspomina.

„Wysublimowany zwierzęcy wdzięk”: wracam do określenia, którego użył mój korespondent. Jeśli to prawda (a moim zdaniem tak), że żadne z ubrań Garbo nie wygląda, jakby było dla niej przeznaczone, a już na pewno na nią nie pasuje, to dlatego, że jej przyrodzonym stanem jest brak ubrania. Kostiumy ją ograniczają, czy to etole, czy redingoty, czy też (jak w jednym przypadku) cekinowe rajtuzy w prążki. Garbo sugeruje nagość zarówno cielesną, jak i duchową. Głupotą jest narzekać, że tak w zasadzie przez całą karierę dała tylko jeden występ. Ma jedno ciało i w tym życiu więcej nie możemy się spodziewać.

Za to do jakich poświęceń zmuszali ją Seastrom, Cukor, Clarence Brown i inni jej mentorzy! Przefarbowała się dla nich na blondynkę, tańczyła chica-chocę, grała karykaturę Sarah Bernhardt, stała z poważną miną, kiedy Lewis Stone ostrzegał ją „przed nową bronią zwaną czołgiem”. Czy można domagać się większych wyrzeczeń? Kiedyś proponowano jej rolę Duse – możemy się domyślić, jakiej éducation sentimentale poddałaby D’Annunzio! Później rozważała niemą rolę w baletowej wersji Fedry Jeana Racine’a w choreografii Serge’a Lifara, ale ją w końcu odrzuciła. I w ostatniej chwili, kiedy wszystko było niemal dopięte na ostatni guzik, ominęła ją główna rola w Księżnej de Langeais Balzaca. Według najnowszej, najmniej wiarygodnej plotki miała zagrać w Wariatce z Chaillot z Chaplinem w roli Śmieciarza…

Wszystko więc wskazuje na to, że nigdy się nie dowiemy, czy była wielką aktorką, czy nie. Czy moim zdaniem scena śmierci w Damie kameliowej albo pożegnania z alkową z Królowej Krystyny spełniają wymogi wielkiego aktorstwa? Po namyśle stwierdzam, że nie. Wielka aktorka, jak twierdził George Henry Lewes, musi udowadniać swoją wielkość w arcydziełach swej dziedziny sztuki. I należy bezwzględnie zaliczyć na niekorzyść Garbo, że nigdy nie próbowała zagrać Heddy 429 Gabler, Maszy, Joanny D’Arc czy Medei. Musimy wyrazić uznanie dla wspaniałej kobiety, która odsłoniła się przed kamerą w sposób bardziej intymny niż ktokolwiek z jej współczesnych, ale uczciwość każe nam się wstrzymać z przyznaniem jej tego najwyższego wyróżnienia.

Polecamy książkę: „Garbo. Najbardziej tajemnicza gwiazda Hollywood”, Robert Gottlieb, wyd. Znak Literanova.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze