1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Samotna podróż dookoła świata. Majubaju Mai Sontag

Samotna podróż dookoła świata. Majubaju Mai Sontag

Zobacz galerię 13 Zdjęć
Majubaju to filozofia życia realizowana w podróżach.Stan świadomości, wrażliwej otwartości oraz ciekawości. Każdy rodzaj podróżowania jest dobry, ważne, żeby odpowiadał tobie, skrojony był na twoje potrzeby, przewidywał element ryzyka, ale dawał poczucie komfortu. O swoim podróżowaniu opowiada Maja Sontag, autorka książki „Majubaju, czyli żyrafy wychodzą z szafy"

Marzenia są po to, by je samemu spełniać. Miałam 28 lat, gdy to zrozumiałam. A że zawsze marzyłam z rozmachem, to teraz musiałam zmierzyć się z pomysłem, by objechać samej świat dookoła. Postanowiłam dać sobie 2 lata, przygotować się, oszczędzać, ile się da, i za wszystko jechać tam, gdzie pachnie przygodą.

Wulkan Pacaya w Gwatemali

A tam hen daleko, gdzie te tajfuny, wojny, egzotyczne choroby, smoki, pająki wielkości kotów, koty wielkości koni, a konie to w paski − jest po prostu inny cudowny świat, kosmos jakiś, cała galaktyka.Trzeba zapomnieć o wszystkim, czego się w życiu nauczyło i do czego się przyzwyczaiło, pozwolić sobie na totalny reset i ponowne fałdowanie mózgu. Bo widzisz, oczy przecierasz ze zdumienia i nie wierzysz.

Czasami lądujesz na Księżycu....

Wulkan Bromo na Jawie w Indonezji. Widok z wulkanu na świątynię Pura Luhur Poten

... czasami w zoo bez klatek...

Uchatka na molo pod ławką. Wyspy Galapagos w Ekwadorze

... a jeszcze kiedy indziej zostajesz wniebowzięty z parą lam.

Salar de Uyuni w Boliwii

Niespotykane egzotyczne widoki...

... to nie tylko rajska plaża i turkus morza, tarasy ryżowe tonące w porannej mgle czy miejscowi w ludowych strojach pozujący do zdjęć dla turystów, ale przede wszystkim takie znaleziska i lokalne smaczki jak budka telefoniczna w kształcie papugi...

... albo rolki papieru toaletowego zwisające u sufitu boliwijskiej restauracji...

... czy farbowane kurczaki w Hondurasie. Stajesz, patrzysz i pytasz: „dlaczego?". Dla takich niespodzianek i znaków zapytania jeżdżę po świecie.

Samotna podróż to bynajmniej nie samotne podróżowanie

Siłą rzeczy jesteś skazany na towarzystwo, bo albo spędzisz sześć godzin w pociągu, wpatrując się we własne paznokcie, albo dasz poczęstować się fistaszkami i odpowiesz na zaciekawione spojrzenia. A spotkać można i kosmitów, i bratnie dusze. Te przyjaźnie to najcenniejsze trofeum i swoista pamiątka na lata. Zeszyty całe spisałam, rozmawiając o muzyce z głuchoniemą Natalią z Sao Paulo, Inne na Sumatrze uczyła mnie nosić hidżab,….

 

 

...w kolumbijskim Mompos spotkałam samego prezydenta Kolumbii, Juana Manuela Santosa...

.... a w Rio de Janerio – świętego Mikołaja na urlopie.

Kobieta samotnie podróżująca to jeszcze inna bajka

Obdarzana jest wielkim kredytem zaufania, otaczana wyjątkową troską. Ludzie łapią się za głowę, ją za rękę i wyprowadzają z opresji, zapraszają do domu, sadzają na stołku, częstują, rozmawiają, pomagają, zapraszają. Tym to sposobem wylądowałam na weselu wiejskim niedaleko Bukit Lawang na Sumatrze jako osoba towarzysząca opiekuna orangutanów w pobliskim rezerwacie.

A na Bali, gdy już w końcu dotarłam do miejsca nielegalnych walk kogutów – lokalnej rozrywki z testosteronem, dostępnej tylko dla mężczyzn, posadzono mnie na krzesełku w pierwszym rzędzie dla VIP-ów i pozwolono przyglądać się całemu temu widowisku.

Smażone piranie w brazylijskiej Amazonii

Aż przychodzi taki dzień, że zaczynasz tęsknić za normalnością, za przewidywalnością jutra, za domem i stabilizacją, za tym wszystkim, od czego się uciekało, wyruszając w Polski. Dla takiego stanu, dla tej ponownej fascynacji szarą rzeczywistością chyba się taką podróż odbywa.

„Majubaju, czyli żyrafy wychodzą z szafy", Maja Sontag, Wydawnictwo Pascal 2014, s 480

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Inspiracje na lipiec - wyślij umysł na wakacje

Urlop służy do naładowania wewnętrznych baterii i korzystania z życia pełną piersią. (Fot. iStock)
Urlop służy do naładowania wewnętrznych baterii i korzystania z życia pełną piersią. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Sezon urlopowy od zawsze służył nam do naładowania wewnętrznych baterii i korzystania z życia pełną piersią. Przeszkodzić może w tym tylko wiecznie gadający i mnożący problemy umysł. Dlatego trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, by – zanim gdzieś wyjedziemy – najpierw jego wysłać na wakacje.

Ćwiczenie 1. Świadome podróżowanie

Martyna Wojciechowska, podróżniczka i dziennikarka, powiedziała, że podróże mają magiczną moc uzdrawiania duszy i pomagają zdystansować się do problemów dnia codziennego. Podpisuję się pod jej słowami. Podróże wprawdzie nie rozwiążą naszych problemów, ale dzięki tymczasowej zmianie miejsca zyskujemy świeże spojrzenie na swoje życiowe problemy. Wszystko, co dzieje się podczas wyjazdu, może być dla nas nauką, z której wyniesiemy cenne lekcje. Proponuję ci zatem bycie tego lata świadomym podróżnikiem. Jak to zrobić?

Jeśli coś lub ktoś szczególnie przykuwa twoją uwagę albo wywołuje emocje, zapytaj siebie: Dlaczego to mnie tak interesuje? Dlaczego porusza emocjonalnie? Czy przypomina mi się coś z przeszłości? Czego mogę się o sobie dowiedzieć dzięki tej obserwacji? A jeśli podczas podróży coś dzieje się nie po twojej myśli (np. pogoda nagle się zmienia, nie udaje ci się dostać do zaplanowanego miejsca), pobądź chwilę z tym, co czujesz w związku z tą sytuacją. Jeśli odczuwasz rozczarowanie i złość, nazwij te emocje. A potem zapytaj siebie, czy warto je pielęgnować i zatruwać sobie dalszy urlop. Z czego biorą się te emocje? Może w codziennym życiu też chcesz za bardzo kontrolować rzeczywistość i ludzi? Czasami zwyczajnie warto trochę odpuścić. Więcej o rozwijających podróżach przeczytasz na kolejnych stronach w Temacie Numeru.

Ćwiczenie 2. Efekt miesiąca miodowego

Urlop to świetna okazja, by zachwycić się życiem. Ale równie dobrze możesz zrobić to samo bez wyjeżdżania do dalekich krajów. Bruce Lipton, biolog molekularny, stworzył narzędzie do rozwoju osobistego, oparte na odkryciach współczesnej biologii i psychologii. Nadał mu dość romantyczną nazwę: „efekt miesiąca miodowego”. W skrócie chodzi o to, aby wzbudzić w sobie stan zakochania, który przydarzył nam się kiedyś w życiu. Jak to zrobić? Krok pierwszy: przypomnij sobie, jak się czułeś fizycznie i psychicznie, kiedy się w kimś zakochałeś. Zapewne miałeś dużo energii witalnej, odczuwałeś radość i miłość w sercu. Świat i życie wydały ci się o wiele piękniejsze niż zazwyczaj. Po pewnym czasie straciłeś jednak to doświadczenie. Działanie hormonów i neuroprzekaźników osłabło. Romantyzm się skończył, a zaczęło zwyczajne życie. Lipton uważa, że możemy powrócić do stanu zakochania nie tylko w związkach, ale ogólnie w życiu.  Wymaga to jednak świadomej i regularnej pracy: codziennego wprawiania się we wdzięczność i w zachwyt nad swoim życiem, nad tym, co dobrego się zdarzyło i co może się zdarzyć, fascynację pięknem przyrody. Innymi słowy zauważania pozytywnej strony życia. W stanie wdzięczności nasz układ immunologiczny wzmacnia się, mamy więcej energii do działania.

Dlatego: tuż po przebudzeniu pomyśl o kilku rzeczach, za które jesteś wdzięczny (poczuj w sobie wdzięczność). Tę samą praktykę powtórz przed snem. Poza tym słuchaj muzyki, która szybko budzi w tobie radość (tańcz też do niej), spotykaj się z osobami o optymistycznym nastawieniu do życia, słuchaj pozytywnych wykładów na YouTubie, czytaj inspirujące artykuły i książki.

Ćwiczenie 3. Kiedy mówisz do siebie…

Badania wykazały niedawno, że podczas minuty wypowiadamy w myślach około 1300 słów! Co ciekawe, niektórzy z nas mówią również do siebie na głos (np. w domu, kiedy nikt nie widzi, albo idąc ulicą). Pomyśl, jak potężny arsenał słów kreuje twój umysł! Jak mawiają na Dalekim Wschodzie: „nasz umysł jest tak aktywny jak małpa przeskakująca z gałęzi na gałąź”. Łatwo może wymknąć się nam spod kontroli, jeśli nie zastosujemy praktyki uważności – czyli uświadamiania sobie tego, że właśnie myślimy i o czym myślimy. Sęk w tym, że myśli wpływają na aktywność różnych ośrodków w mózgu, czy tego chcemy, czy nie. Mogą np. pobudzić układ limbiczny, związany z emocjonalnymi reakcjami, mogą szybko aktywować reakcję stresową lub wprowadzić nas w przygnębienie. Dlatego nawet kiedy jesteś na urlopie lub odpoczywasz na łonie natury, twój umysł może ci skutecznie przeszkodzić w odprężeniu. Wystarczy, że pozwolisz mu błądzić w ciemniejszych odmętach przeszłości albo zamartwiać się o przyszłość. Powiedz umysłowi: „wybieram bycie w chwili obecnej, chcę się cieszyć z tej właśnie chwili, bo tylko w niej płynie nurt mojej rzeki życia”.

Ćwiczenie 4. Cuda wydarzają się teraz

Karateka i aktor Bruce Lee powiedział: „Zrozumiałem, że życie najlepiej przeżyć, a nie tworzyć na jego temat koncepcje”. Często zamiast żyć i celebrować życie, myślimy o tym, jakie ono ma być. Zastanawiamy się, dlaczego nie jest takie, jak sobie wymarzyliśmy, szukamy odpowiedzi w filmach, książkach i filozofiach. Oczywiście warto myśleć o tym, jak chcemy żyć, nie zapominając jednak, że życie przydarza się nam właśnie teraz. Czasami zatopieni w rozmyślaniach, nie zauważamy drobnych cudów, które wydarzają się każdego dnia. Dlatego wybierz kilka najważniejszych jakości, których chcesz doświadczać w życiu – np. radość, kochanie i bycie kochanym, zdrowie, zachwyt i kreatywność – i poddaj się temu, jak i gdzie życie cię prowadzi, starając się zauważać w nim te właśnie jakości. Możesz codziennie wykonać takie oto ćwiczenie:

Usiądź prosto. Przeciągnij się i poczuj, jak rozciąga się twój kręgosłup. Przenieś uwagę na stopy. Poczuj, jak dotykają ziemi. Jakie to uczucie być ugruntowanym? Przenieś uwagę wyżej: do kostek, łydek, ud i pośladków. Następnie skieruj uwagę do podstawy kręgosłupa, zlokalizuj kość ogonową. Poczuj, jak opiera się o podłoże. To kolejne miejsce twojego ugruntowania. Teraz rozszerz uwagę na miednicę i podbrzusze. Zrób kilka oddechów brzusznych (wraz z wdechem brzuch zwiększa objętość, na wydechu zmniejsza). Przenieś uwagę do klatki piersiowej i zlokalizuj oddech. Poczuj ruch mięśni na wdechu i rozluźnienie na wydechu. Poczuj ramiona, ich przyjemną ciężkość. Uświadom sobie plecy i kręgosłup. A teraz powoli przenieś uwagę do szyi i głowy. Niech uwaga przeskanuje czoło, powieki i zatrzyma się na nozdrzach. Odczuwaj powietrze, które wpływa do nozdrzy na wdechu i wypływa na wydechu. Poczuj jedność ze swoim oddechem. To on jest bramą do bycia tu i teraz. Możesz powiedzieć do siebie w myślach: „Żyję tu i teraz. Dziękuje za moje życie”.

Ćwiczenie 5. Śmiech na zdrowie i dobre relacje

Im częściej się śmiejesz, tym jesteś bardziej lubiany przez otoczenie. Osoby, które się często uśmiechają, oceniamy jako bardziej sympatyczne i otwarte. Nie chodzi jednak o uśmiech sztuczny, ale szczery, autentyczny. Taki śmiech może poprawić samopoczucie nie tylko twojemu rozmówcy, ale tobie też. Kiedy uśmiechasz się, mózg wydziela więcej endorfin, twój układ immunologiczny wzmacnia się, a ciało otrzymuje zastrzyk energii. Warto praktykować jak najczęściej się da i śmiać się np. ze swoich myśli.

  1. Kultura

Dziennikarz Michał Nogaś o tym, co czyta i co poleca czytać w kryzysie

Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Jedni sięgają po nie dla przyjemności, inni dla wiedzy o świecie. Jeszcze inni – by uciec od zbyt przytłaczającej realności. Książki to nasi przyjaciele, nauczyciele, ale i lekarze. Zapytaliśmy dziennikarza Michała Nogasia, znanego jako „pana od książek”, o to, co w ostatnich tygodniach przeczytał tylko dla siebie, ale też jakie lektury mogą nam teraz przynieść ukojenie.

Czy człowiek, którego praca polega na czytaniu książek, ma czas na lekturę tylko dla przyjemności?
Czytam w zasadzie głównie dla przyjemności. I gdy jakiś temat naprawdę mnie wciągnie, staram się zainteresować nim czytelników oraz słuchaczy. Ostatnio było tak na przykład z książką Antonia Scuratiego „M. Syn stulecia”, wielką powieścią dokumentalną o Benicie Mussolinim. Wielką także objętościowo, w polskim wydaniu liczy 720 stron. Zdobyła najważniejszą włoską nagrodę Premio Strega, czytałem w zagranicznej prasie, że jest tytułem wartym uwagi, postanowiłem więc przeczytać i spróbować umówić się z autorem na wywiad. Opowieść Scuratiego, pełna detali, faktów mało znanych nawet wielu Włochom, robi wrażenie. Jest nie tylko niebywale ciekawym zapisem drogi Mussoliniego po władzę, ale także przestrogą przed powtarzaniem w Europie pewnych nad wyraz groźnych mechanizmów. Miałem już bilet do Mediolanu, ale plany zepsuła pandemia, której Lombardia – ze stolicą w Mediolanie – przez pewien czas była epicentrum. Ostatecznie udało nam się porozmawiać wirtualnie i wnioski, które można wyciągnąć z wypowiedzi Scuratiego, są więcej niż pesymistyczne – uruchomiliśmy procesy, które tragicznej historii sprzed wieku mogą pozwolić się powtórzyć. Wracając do pytania, pandemia, izolacja i nagła zmiana trybu życia sprawiły, że znalazłem nieco więcej czasu na czytanie córce przed snem, gdy sięgamy po kolejne bajki albo leksykony z pytaniami „dlaczego?”, „jak to się dzieje, że?” – oraz dla siebie.

Co to znaczy czytać dla siebie?
To, że musieliśmy zostać w domach, sprawiło, że mam odrobinę więcej wolnego czasu – choć liczba zajęć i obowiązków nie spadła. Biorę książkę, siadam i czytam bez pośpiechu. Bez pośpiechu, bo przecież zdarza się lektura w napięciu, niemal do ostatniego momentu przed wywiadem z autorem. Dzięki odrobinie luzu przeczytałem ostatnio książkę Piotra Bratkowskiego „Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli”, bardzo szczerą opowieść o polsko-żydowskich korzeniach autora, o jego rodzicach i ich życiu w PRL-u, o niełatwym rozliczeniu z przeszłością. Ale też o nim samym, o chorobach, uzależnieniach, wychowywaniu dzieci i trzech żonach. Lubię książki, które poszerzają mój punkt widzenia i wiedzę na jakiś temat. Czytam właśnie powieść Rebekki Makkai „Wierzyliśmy jak nikt”. To epicka opowieść – ma 620 stron – o epidemii HIV i AIDS w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 80., o środowisku chicagowskich gejów. Bardzo dobrze napisana. Za mną też nieśpieszna lektura „Nocnego promu do Tangeru” Kevina Barry’ego – dobra, mroczna, współczesna proza.

Jest klimat na czytanie?
Jest, i to bez krążącej w głowie myśli, co z tą książką powinienem zrobić. Mógłbym naturalnie nadrobić wszystkie zaległości filmowe, bo w ciągu roku – poza festiwalem Nowe Horyzonty – rzadko mam czas na kino; mógłbym obejrzeć wreszcie wszystkie polecane seriale, ale nie. Siadam w fotelu i czytam. Choć gdybym miał być całkowicie szczery, to czasem jednak porzucam książkę na rzecz innej miłości... Uwielbiam oglądać na YouTubie archiwalne filmy z zasobów stacji British Pathé. Mają tam przepastne zbiory – od lat 20. do końca XX wieku. Potrafię zniknąć w tym świecie na długie godziny. Ostatnio obejrzałem cały długi serial o dekolonizacji Afryki. Od zawsze mnie to fascynowało. W moim domu rodzinnym czytało się literaturę faktu, przede wszystkim Kapuścińskiego. Pamiętam historie przywożone przez niego w latach 60. I później, aż do czasu „Hebanu”, ale zobaczenie jego bohaterów na archiwalnych filmach jest dla mnie jednak czymś hipnotyzującym. Nagle widzę mieszkańców Ghany czy Kenii, którzy świętują pierwszy dzień niepodległości. Widzę tych polityków, z którymi Kapuściński rozmawiał, a którzy sięgnęli po władzę i często niedługo później padli ofiarą zamachu stanu. Wciąż robi to na mnie kolosalne wrażenie.

Mówisz, że miłość do non fiction wyniosłeś z domu. Kim są twoi rodzice?
Mama jest emerytowaną już w tej chwili bibliotekarką, a tata – inżynierem dróg i mostów z dziennikarską przeszłością, w dodatku uzależnionym od map. Odkąd pamiętam, najlepszym urodzinowym prezentem dla niego był właśnie zakup jakiejś mapy, dowolnej. Uwielbia się im przyglądać i z nimi podróżować. Przeszedł wszystkie pasma polskich gór, zdobył najwyższe szczyty. To on zaraził mnie ciekawością świata. W domu na półkach stały książki Ryszarda Kapuścińskiego i Melchiora Wańkowicza, którego uwielbiał. W sposób naturalny więc, przez osmozę, nasiąkałem literaturą faktu. Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba pierwsza lektura „Wojny futbolowej”. Niczego w zasadzie nie wiedziałem wtedy jeszcze o Ameryce Łacińskiej, poza tym, że istnieje, występuje w atlasach i na globusie, a tu Kapuściński pisze o konflikcie zbrojnym wywołanym przez mecz piłki nożnej! Dziś wiemy wszyscy, że w rzeczywistości wyglądało to nieco inaczej, ale sam pomysł i sposób opisania tej historii mnie oszołomił! To właśnie wtedy dowiedziałem się, że chcę czytać takie teksty, że dzięki reporterom dowiem się o świecie więcej niż z podręczników do historii i geografii.

Czy masz książki do których wracasz?
Rzadko wracam do dawnych lektur. Zajmuję się głównie czytaniem nowych tytułów i robieniem wywiadów z ich autorami, co jest czasochłonne i zmusza – w sposób przyjemny – do śledzenia rynku nowości. Teraz okruchy dodatkowego czasu przeznaczam na czytanie z córką lektur odpowiednich dla pięciolatki. Sięgam też po książki z – jak to mawia jeden z moich przyjaciół – „kupki wstydu”. Zastanawiam się, co się wydarzy, gdy nagle gwałtownie zmniejszy się liczba nowości książkowych. Bo przecież większość premier przeniesiono już na jesień... Jeśli wracam, to do tego, co wciąż, mimo upływu lat, mnie porusza. Myślę, że chciałbym wrócić do książek Julia Cortázara, Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcíi Márqueza. Nie zapomniałem, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie ponad 20 lat temu. Sięgałem w bibliotece po kolejne tomy literatury iberoamerykańskiej wydane przez Muzę, myślę zresztą, że w dużej mierze było to doświadczenie pokoleniowe. Chętnie bym też sprawdził, jak po dwudziestu latach oddziałuje na mnie „Biały kruk” Andrzeja Stasiuka. Wtedy, zaraz po premierze, ta książka była dla mnie niezwykle silnym przeżyciem, piękną i ważną opowieścią o przyjaźni, poświęceniu, odrębności i osobności każdego człowieka.

Wzrasta sprzedaż klasyki odnoszącej się do niepokojów, jakie dziś czujemy. Sięgamy po "Dżumę" czy "Miłość w czasie zarazy" - może nie zawsze adekwatnie do treści, ale na pewno kierując się tytułem. Czego oczekujemy od klasyki? Oparcia? Czy chcemy zrozumieć to, co się dzieje? 
Mnie akurat cieszy to, że ktoś wróci do książek Alberta Camusa, egzystencjalizmu nigdy za wiele. Myślę, że znaleźliśmy się nagle w momencie, w którym wielu z nas potrzebuje punktu zaczepienia, łatwych wizualnie znaków. Pewnie gdyby istniała książka pod tytułem „Cholera”, dziś także byłaby bestsellerem i chętnie by po nią sięgano. Gdy zaczęła się pandemia, wiele osób przypomniało sobie przecież o świetnej książce Jerzego Ambroziewicza „Zaraza” o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Zamknięte miasto, niepewność, lęk, ofiary. Dla niektórych pewnie pociągające także dziś, choć nie wiem, czy aby na pewno kojące nerwy. A może chodzi o to, by przekonać się, dowiedzieć, jak ludzie kiedyś zachowywali się w sytuacji podobnej do ataku COVID-19?

Czasy inne, ale mechanizmy zachowań takie same. 
Niezależnie od tego, jak daleko zaszliśmy, gdy chodzi o technologię, czujemy strach, lęk, potrzebę oswojenia śmierci. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy, że mamy do czynienia z realnym zagrożeniem, że wirus kogoś zaatakuje, a kogoś innego ominie. A jednak nasza wiara w nieśmiertelność została – i to w dość banalny sposób – naruszona. Wiele osób chciałoby uspokoić samych siebie, że to w sumie nic nowego, że takie sytuacje już się zdarzały. Ale to nie takie proste. Niedawno „Wyborcza” opublikowała króciutkie opowiadanie Edgara Kereta o człowieku, który poszedł do sklepu kupić oliwki. Gdy chciał za nie zapłacić, sprzedawczyni powiedziała mu, że trwa koniec świata i lepiej się przytulać niż płacić pieniędzmi. Wielu czytelników zareagowało na ten tekst bardzo emocjonalnie. Ktoś w komentarzu napisał, że jaki to niby koniec świata, skoro jesteśmy zaopiekowani? Że koniec świata przeżywali nasi dziadkowie gazowani w okopach I wojny światowej czy prześladowani podczas II wojny. Był Czarnobyl, zimna wojna, a dziś? Czy na pewno doświadczamy jakiegoś końca świata?

No tak, ale czy to znaczy, że nie mamy prawa się niepokoić i szukać ukojenia? 
Nikt nie wie, jak długo to potrwa, i dla wielu osób to, co się wydarza, może być końcem świata w małej, osobistej skali. Nie zdajemy sobie sprawy, jakiego rodzaju rysy w nas to wszystko zostawi. Co zrobi z małymi dziećmi, które nagle zostały odcięte od swoich kolegów z przedszkoli? Dla mojej córki koronawirus stał się niechcianym przyjacielem, codziennie musi się z nim „układać”. Gdy proponuję jej spacer, stanowczo odmawia. Nie chce iść, bo nie chce się nudzić, jest wirus i nie można niczego dotykać. Pewnie, że nie myśli w tym momencie o końcu świata, ale zauważa, że w jej życiu zaszła nagle dość znacząca zmiana. Ja zaś bardzo cierpię z powodu braku spotkań z ludźmi, tęsknię za realnym kontaktem z przyjaciółmi. A przecież są ludzie, którzy tracą pracę albo chorują na inne, poważniejsze choroby niż ta spowodowana wirusem. Nie można odbierać im prawa do odczuwania tego, że przeżywają własny koniec świata. To byłoby egoistyczne, naprawdę nieuprawnione.

Kiedy Wielka Brytania żyła Brexitem, wydawcy odnotowywali wzrost zainteresowania tzw. literaturą lżejszą, jak powieści o miłości. Ludzie chcą uciec od ponurej rzeczywistości, szukają oddechu?
Rozumiem potrzebę odprężenia czy wejścia w historie lekko napisane, bo to wielu zapewne daje potrzebny oddech od codzienności. Nie jestem osobą, która szuka w literaturze lekkości, choć rozumiem jej rozrywkową funkcję. Wystarczy spojrzeć na listę bestsellerów, by zrozumieć, po co naprawdę lubią sięgać Polacy. Czy należy mieć do nich o to pretensje? W żadnej mierze. Od zawsze patrzę na pisarzy – tych z najwyższej półki – jak na ludzi, którzy widzą, czują i wiedzą więcej. Jak gdyby byli kimś na kształt proroków. Potrafią wyjaśniać skomplikowane mechanizmy: ludzkiego zachowania, procesów historycznych. Przeprowadziłem w ciągu ostatnich kilkunastu lat naprawdę dziesiątki wywiadów z autorami z całego świata i po każdym z takich spotkań miałem wrażenie, że pisarze, dzięki swojej ogromnej wrażliwości, wiedzy i erudycji, potrafią przewidzieć to, co może się wydarzyć. Interesują się przyczynami ludzkich zachowań, próbują je zrozumieć, sięgają po źródła historyczne. A następnie wykorzystują to wszystko we własnych opowieściach, czyniąc je wiarygodnymi.

Czyli sięgamy po literaturę, by zmierzyć się z naszymi niepokojami, ale też lepiej siebie zrozumieć?
Mogę tu odpowiedzieć jedynie za siebie. Szukam w literaturze – poza zaskoczeniem, gdy książka zachwyci mnie stylem, opowieścią czy formą – potwierdzenia własnego spojrzenia na świat. W zasadzie znacznie częściej niż zaskoczenia. Bardzo mnie cieszy sytuacja, gdy czytając książkę pisarza, którego szanuję, orientuję się, że jego i moje myśli biegną tym samym lub zbliżonym torem. I to wcale nie muszą być wnioski kojące, przeciwnie – czasem budzą przerażenie. Ale fakt, że ktoś, kogo uważam za osobę mądrą i przenikliwą, podobnie widzi świat czy kierunek, w którym on zmierza, daje mi siłę. Nawet jeśli to bardzo pesymistyczna wizja.

Isabel Allende powiedziała mi w rozmowie, że ludzie lubią uciekać w kojące historie, boją się spojrzeć trzeźwo i zauważyć, że pewne rzeczy się wydarzają, bo np. historia się powtarza. 
Zgadzam się z tym. Gdy przyjrzę się na chwilę losom świata, powraca do mnie to, o czym mówili mi Olga Tokarczuk, Zadie Smith czy Jo Nesbø, który przepisywał Szekspira na swoją modłę: całą historię ludzkich zachowań mamy już dawno opisaną – w mitologii. Wystarczy tylko dokładnie przeczytać te opowieści, by zorientować się, że wszystkie wybitne powieści są przepisywaniem mitów i umieszczaniem ich w różnych historycznych realiach. To samo dotyczy naszych zachowań. Jesteśmy dwa, trzy tysiące lat dalej w historii rozwoju cywilizacji, ale nasze atawistyczne odruchy są dokładnie takie same. Dlatego nie można oczekiwać, że skoro idziemy tą samą ścieżką, finał uruchamianych na nowo procesów będzie inny. Jeśli wspomniany na początku naszej rozmowy Antonio Scurati mówi mi, że dostrzega już w Europie procesy łudząco podobne do tych, które wyniosły Mussoliniego do władzy, nie mam prawa nie wierzyć mu, że czekają nas trudne lata. I to wcale nie z powodu pandemii koronawirusa.

Pojęcie biblioterapii czy też książkoterapii wymyślono już stuelcie temu. Uważasz, że książki mają nie tylko kojącą, ale i leczniczą moc? Może książka w prezencie to najlepsze lekarstwo na obecną rzeczywistość? 
Nie ma lepszego lekarstwa na szaleństwo współczesnego świata od mądrego słowa. Najwyższy czas to sobie uświadomić.

Michał Nogaś, dziennikarz radiowy i prasowy, przez 16 lat związany z III Programem Polskiego Radia. Współtwórca Radiowego Domu Kultury. W „Gazecie Wyborczej" i „Magazynie Książki" publikuje wywiady z pisarzami, jest też gospodarzem Radia Książki. 

  1. Psychologia

Solo przez świat, czyli jak podróżować samotnie?

Wędrówka daje możliwość wyciszenia się, tworzy dodatkową płaszczyznę dla myśli, dzięki której można spojrzeć na własne życie z dystansu. (fot. iStock)
Wędrówka daje możliwość wyciszenia się, tworzy dodatkową płaszczyznę dla myśli, dzięki której można spojrzeć na własne życie z dystansu. (fot. iStock)
Na przekór stereotypom, wbrew ograniczeniom, pomimo słabości. Niezależnie od motywacji, mają jeden cel: udać się w jakieś niezwykłe miejsce i… dotrzeć w głąb siebie. Kobiety samotnie podróżujące – twardzielki czy buntowniczki?

Na pozór sprawa jest prosta: kupujesz bilet, pakujesz plecak i… ruszasz w podróż swojego życia. Sama! Nie musisz do nikogo dostosowywać planów, z nikim nie zrównujesz swojego tempa, jesteś w pełni niezależna. Bez presji, bez pośpiechu. Czy to ciekawy pomysł? Pewnie nie dla wszystkich. Co siedzi w głowach kobiet, które porywają się na tego typu wyprawę?

Na pewno chęć wyłamania się ze stereotypu kobiety – patronki domowego ogniska. Samotne podróżniczki chcą pokazać, że tak naprawdę nie są ani mniej odważne, ani mniej sprawne, ani mniej zaradne od mężczyzn. I że podróżowanie nie jest wyłącznie męską domeną.

– W świadomości społecznej jest bardziej niż dawniej rozpoznawalna taka figura jak kobieta podróżująca samotnie – zauważa Anna Horolets, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Co nie oznacza, że liczba takich wędrowniczek  zwiększyła się drastycznie. Po prostu ten temat jest teraz bardziej społecznie zauważalny. Coś się zmieniło na poziomie wartości i możliwości dokonywania tego rodzaju wyboru.

Na daleką Północ

Samotna, trzymiesięczna podróż na północną Syberię, gdzie zimą temperatura spada do -50 stopni C, a lato… nie przypomina w niczym sielskiego obrazka znad Wisły. Jedyna roślinność, jaka występuje w tej szerokości geograficznej, to mchy, porosty i karłowate gatunki drzew, a niektóre obszary pokryte są wieczną zmarzliną. Brzmi niezbyt zachęcająco? Nie w przypadku Magdaleny Skopek. W wieku 30 lat, tuż po obronie doktoratu z fizyki, postanowiła samotnie wybrać się na Półwysep Jamalski i zamieszkać z Nieńcami – koczowniczą ludnością trudniącą się hodowlą reniferów i rybołówstwem.

– Wyruszyłam sama, bo kierunek wyprawy wszystkich zniechęcił – mówi Magdalena Skopek. – Mnie podróż nie musi bawić. Nie jadę gdzieś po to, żeby było fajnie czy przyjemnie. Oprócz poznania świata zewnętrznego chcę znaleźć coś w sobie.

Pierwszą dużą wyprawę odbyła jeszcze na studiach, z kilkoma osobami koleją transsyberyjską przemierzyła Rosję, Mongolię i Chiny. To wtedy zakochała się w Bajkale. I w krajobrazie tundry, stepu, pustyni. Jak sama mówi, ta pierwsza podróż pozostawiła w niej trwały ślad. Zapragnęła pojechać na Jamał.

Po obronie zorganizowała imprezę pożegnalną dla najbliższych przyjaciół i swojego chłopaka, i z drżącym sercem wsiadła do samolotu. Dopiero wtedy zaczęło do niej docierać, na co się porwała. Strach był duży, ale zwyciężyła świadomość, że wycofać się w tym momencie, to jak stchórzyć przed swoim największym marzeniem. Przyznaje, że kierowała nią fascynacja światem i ludźmi oraz chęć „wyczyszczenia” głowy: – Dzisiaj, na myśl o tym, że mam przejść w pojedynkę Martwą Drogę, popukałabym się w czoło. A wtedy miałam taką potrzebę, byłam w amoku, wiedziałam, że muszę choć na chwilę znaleźć się jak najdalej od swojego życia, uciec od sztywnych ram.

– Tę podróż można interpretować jako niezwykłe gap year (ang. „rok przerwy”) – stwierdza Anna Horolets. – Kiedy młody człowiek po ukończeniu szkoły nie idzie ani do pracy, ani na studia, tylko wyjeżdża gdzieś daleko i przez rok trudni się różnymi zajęciami, a potem wraca odnowiony i wzbogacony. Jest też znana z korporacji praktyka career break (ang. „przerwa w karierze”). Pracownik otrzymuje bezpłatny urlop i wyjeżdża na pół roku albo na rok. Taka podróż jest swoistym obrzędem przejścia, często zdarza się w momencie, kiedy kończymy jakiś etap życia albo zaczynamy nowy. Tak jak to było u Magdy.

Badaczka podkreśla, że ta wyprawa jest także wyjątkowa pod innym względem. Samodzielnie zorganizowana, w odległe, niezwykłe miejsce; podróżniczka nie chce odhaczać kolejnych atrakcji turystycznych, tylko „pójść w głąb”, spotkać się z ludźmi, doświadczyć miejscowego życia. – To nastawienie i długi okres bliskiego obcowania z tubylcami sprawia, że wyprawa Magdy przypomina klasyczne wyprawy antropologów, takich jak Bronisław Malinowski, choć podróżniczka miała zapewne nieco inne cele – dodaje.

Za wewnętrznym głosem

Dla Doroty Głuskiej, 32-latki z Warszawy, z zawodu analityka biznesowego, wszystko zaczęło się od Wenezueli. Pojechała tam w towarzystwie przyjaciela podróżnika w lutym 2008 roku – na dziko, bez żadnych planów. Pokochała tamtejsze kolory, wszędobylski chaos, nieprzewidywalność. Zapragnęła wrócić do Ameryki Południowej i poznać pozostałe kraje. To właśnie w Wenezueli nastąpił punkt zwrotny w myśleniu Doroty o podróżowaniu. Jej towarzysz, mający na swoim koncie półroczną wyprawę w pojedynkę, upierał się, że wyjazdy w grupie są co najwyżej wakacjami, a na prawdziwe wyprawy człowiek wybiera się w samotności. Rok później, pewnego dnia  powiedziała sobie: „Jadę. Jadę i już!”. Nie pozostało nic innego, jak nakreślić trasę podróży, podszkolić hiszpański, wziąć pięciomiesięczny urlop w pracy i ruszyć za wewnętrznym głosem.
– To było moje marzenie, długa, samotna włóczęga, podczas której mogę odkryć kawałek świata, ale również jakąś nieznaną część siebie. Byłam niesamowicie zdeterminowana, nikt i nic nie mogło mnie odwieść od wyjazdu – opowiada Dorota.
– Na pewno chciałam też odpocząć, tak po prostu. Nie potrzebowałam towarzystwa, mój ówczesny chłopak został w Polsce. To była samotność z wyboru. Widocznie w tamtym momencie ja byłam dla siebie najważniejsza.

Sama, ale nie samotna

Jak twierdzą nasze bohaterki, przemieszczanie się w pojedynkę to najlepszy przepis na nawiązanie w podróży dużej ilości kontaktów.

– Kiedy wędrujesz solo, miejscowi ludzie sami do ciebie podchodzą i nawiązują rozmowę – zauważa Dorota Głuska. – Podczas mojej eskapady po Ameryce Południowej zawsze ktoś się do mnie przysiadał, zagadywał w autobusie, nawiązywała się taka malutka nić, pierwsza relacja, właśnie dlatego, że byłam sama. No i ja też, jeżeli chciałam się czegoś dowiedzieć, musiałam się odezwać.

Podobne spostrzeżenie ma Magdalena Skopek: – Ludzie podróżujący w grupie zamykają się w niej, tworzą własną wspólnotę, porozumiewają się w swoim języku. A kiedy człowiek jest sam, siłą rzeczy wchodzi w interakcje z tubylcami.

Według Anny Horolets podróżowanie w grupie wytwarza coś w rodzaju niewidzialnej ściany między podróżnikiem a światem – jesteśmy ze sobą, jest nam dobrze, nie potrzebujemy się otwierać na Innego, a Inny z kolei nie chce się do nas wtrącać. Kiedy tej blokady nie ma, momentalnie pojawia się wiele nowych sytuacji. Inni się do nas zwracają, bo chcą nam pomóc, nakarmić, zaprosić do siebie. A kiedy podróżnikami są kobiety, młode (a więc prawie dzieci) i do tego samotne – to w świadomości wielu kultur wymagają one pomocy. Dlatego niejednokrotnie samotni wędrowcy, a szczególnie kobiety, spotykają się z otwartością, wręcz z opiekuńczością tubylców.

(fot. iStock) (fot. iStock)

Wejść w głąb siebie

Według jednej z teorii antropologicznych Nelsona H. H. Graburna, podróż to docieranie do sfery sacrum. Współcześnie mamy do czynienia z kryzysem religijności i „supermarketem” różnych ofert duchowych, co sieje w ludzkich umysłach chaos.

– Podróże stają się sferą przeżycia duchowego, momentem, kiedy mamy możliwość oderwać się od codzienności, rutyny. Przemieszczanie się w przestrzeni jest jednocześnie przechodzeniem do innego porządku rzeczywistości – zauważa Anna Horolets. I dodaje, że wyprawa w nieznane jest wyjściem z bańki środowiskowej, z bezpiecznej sfery świata udomowionego.

Wędrówka daje możliwość wyciszenia się, tworzy dodatkową płaszczyznę dla myśli, dzięki której można spojrzeć na własne życie z dystansu. – Wpadamy w taki rytm: praca, dom, zakupy, kawa ze znajomymi – mówi Dorota Głuska – To wszystko jest szablonem, w obrębie którego się poruszamy.

Jak wspomina, właśnie podczas samotnej podróży zrodził się w jej głowie plan, żeby w przyszłości pojechać do Azji, zająć się jogą, na trochę zamknąć się w klasztorze i pomyśleć o tym, jak być lepszym człowiekiem. – Nie chodzi o to, żeby wrócić i zrobić rewolucję w swoim życiu, tylko żeby zobaczyć, które aspekty były fajne, które są konieczne, chociażby do realizacji innych planów czy marzeń, które mi dają satysfakcję, a które nie – dodaje. – To jest odkrywanie siebie w zupełnie innym otoczeniu, takie oderwanie daje też możliwość dojścia do ładu z różnymi wydarzeniami.

– Myślę, że jeśli chcemy zajrzeć w głąb siebie, to nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy – niezależnie od miejsca, odkryjemy to samo. Tyle że może tak na co dzień trudniej nam to zrobić, trudniej się oderwać – zauważa Magdalena Skopek.

Anna Horolets dodaje, że podróż dostarcza możliwości odkrywania lub po prostu przypomnienia sobie o własnej duchowości: – Trzeba mówić w innym języku niż na co dzień, uczyć się innych zwyczajów, wszystko jest postawione trochę na głowie. To jest taki antyświat, w pozytywnym znaczeniu. A podróż wymagająca wytężenia sił to także okazja, by człowiek doznał olśnienia. Wielu turystów, którzy decydują się na ekstremalne formy podróżowania, w tym kompletnym, fizycznym wymęczeniu siebie poszukuje nie tylko adrenaliny, ale właśnie takiego olśnienia.

Zdaniem Anny Horolets, na podobne wyprawy można też patrzeć jako na rodzaj protestu przeciwko przyspieszeniu, a wejście do sfery sacrum, do innego wymiaru, daje szansę nabrania dodatkowych miękkich umiejętności: inteligencji emocjonalnej, kapitału kulturowego, którego inni nie będą mieli. Poza tym fakt, że ludzie podczas takiej podróży mogą odkryć wewnętrzne pokłady spokoju czy dystansu do świata, sprawia, że po powrocie często łatwiej jest im odrzucać propozycje, które wciągają w „wyścig szczurów”. Potrafią dokonywać mądrzejszych wyborów.

Niezbędnik samotnej podróżniczki

  • Jak przygotować się mentalnie do wyprawy na własną rękę?
Przede wszystkim trzeba uwierzyć, że sobie poradzimy. Wiele kobiet myśli, że jeśli pojadą w pojedynkę, to zaraz ktoś je obrabuje czy zgwałci. To przesada. Zamiast układać czarne scenariusze, lepiej jest myśleć pozytywnie – że będziemy spotykać ludzi, którzy chętnie nam pomogą, będą uczynni i gościnni. Chociaż oczywiście uważać trzeba, kobieca intuicja jak najbardziej się przydaje. Wielu z nas się wydaje, że jesteśmy za młode czy za stare na taką wyprawę. Tymczasem wiek nie ma znaczenia – ja spotykam na szlaku zarówno dwudziestoletnie dziewczyny, jak i panie po siedemdziesiątce. Kiedyś na Tajwanie poznałam podróżniczkę, która miała około osiemdziesiątki i też samodzielnie jeździła z plecakiem i nocowała w hostelach. Dobrze jest też nastawić się na to, że nasz plan w trakcie podróży może ulec zmianie – bo na tym polega cały urok podróży, że jest to rodzaj nieprzewidywalnej przygody i trzeba często improwizować. Poza tym ważna jest otwartość w stosunku do ludzi, ale oczywiście z zachowaniem pewnej rezerwy.
  • Jakiego typu informacje dobrze jest zgromadzić przed wyjazdem?
Warto zebrać dane o rejonie, do którego jedziemy, bo na pewno szkoda by było przejechać koło jakiegoś fajnego miejsca i nie wiedzieć, że je właśnie mijamy. Druga ważna rzecz to informacje kulturowe, jak panujące zwyczaje, dobrze je znać, by nie popełnić jakiegoś faux pas, zwłaszcza w miejscach kultu religijnego. Ale ważne są też podstawowe zasady zachowania, bo w wielu krajach obowiązują inne niż u nas, ja np. byłam kiedyś na weselu w Kuwejcie, gdzie podano mi kawę, po którą sięgnęłam lewą ręką. Wywołało to lekki zgrzyt, bo w krajach islamskich i buddyjskich powinno się przyjmować poczęstunek prawą ręką. Trzeba też być ostrożnym w kwestii ubioru – więcej sympatii zaskarbimy sobie przy kontaktach z lokalnymi kobietami, jeżeli będziemy chodziły ubrane podobnie jak one. Ja np. zawsze mam w plecaku jakąś chustę, którą zakładam przy wejściu do niektórych świątyń, takich jak meczet czy cerkiew. Na pewno też trzeba uważać z gestami czy odruchami, które mogą być kojarzone z flirtowaniem, m.in. patrzenie się komuś w oczy – w krajach, w których dominuje kultura macho, będzie to odbierane jako zaproszenie do bliższego kontaktu.
  • Co ze sobą koniecznie zabrać, a czego nie ma sensu dźwigać?
Bierzmy jak najmniej rzeczy, bo liczy się każdy gram – bagaż będziemy nosić na własnych plecach, a w samolotach bardzo często obowiązują ograniczenia co do jego wagi. Jeżeli chodzi o kosmetyki, to dziś na całym świecie, nawet w najmniejszych wioskach afrykańskich, możemy kupić wszelkie niezbędne rzeczy. Ja stawiam na minimalizm – pakuję kosmetyki w małych opakowaniach.

Kolejna rzecz – ręcznik, często widzę, że ludzie zabierają ze sobą ręczniki frotté, tymczasem teraz można kupić takie z materiałów szybko schnących, które zajmują bardzo mało miejsca i są lekkie. Moim ulubionym gadżetem jest malutki jedwabny śpiwór, który po złożeniu mieści się do kubeczka. W ciepłych krajach służy mi za przykrycie, a w zimnych sprawdza się jako wkładka – nawet jeżeli przyjdzie mi spać w hotelu, gdzie dostanę kołdrę nie pierwszej świeżości, mogę zrobić sobie z niego pierwszą warstwę ochronną. Niezbędne okazują się też czasem koreczki do uszu – na wypadek płaczącego dziecka w samolocie czy miejscowego kierowcy, który włącza muzykę na cały regulator. Biorę też tabletki do odkażania wody tam, gdzie wiem, że są problemy z higieną i trzeba uważać.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.