1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Bezpieczeństwo dziecka w samochodzie

Bezpieczeństwo dziecka w samochodzie

Producenci, przygotowując samochód do produkcji, prowadzą bardzo intensywne badania jego bezpieczeństwa. Część analizowanych zachowań aut ma takie samo znaczenie dla dorosłych jak dla dzieci, ale nie wszystkie. To oczywiste jednak, że np. kurtyna boczna może pomóc dorosłemu, ale małemu dziecku nie, bo znajduje się po prostu poza jej zasięgiem. Dlatego właśnie rozbudowane na boki zagłówki w fotelikach dla dzieci zastępują w pewnym stopniu kurtyny. W pewnym stopniu, bo… ochrona głowy dziecka to temat o wiele bardziej skomplikowany.

Choćby dlatego, że głowa w stosunku do ciała małego dziecka jest znacznie cięższa niż u dorosłego (u niemowląt stanowi nawet połowę masy ciała), a mięśnie szyi nie są jeszcze wystarczająco rozbudowane, by ją utrzymać
w czasie ogromnych przeciążeń podczas wypadku. Zagłówki z wydatnymi „boczkami” to niezbędny element fotelika, a odpowiednie dostosowanie wysokości tego zagłówka jest kluczowym elementem bezpieczeństwa dziecka, dużo ważniejszym niż odpowiednie położenie zagłówków dla dorosłych. Górna krawędź zagłówka powinna sięgać powyżej czubka głowy dziecka, dolna powinna być na wysokości policzka. Fotelik niedopasowany do wymiarów dziecka nie pomoże, a w szczególnych przypadkach sam może spowodować poważny uraz.

Ciężka głowa dziecka w stosunku do tułowia to powód, dla którego noworodki, niemowlęta i mniejsze dzieci trzeba wozić tyłem do kierunku jazdy. Chodzi o to, że statystycznie najwięcej jest zderzeń czołowych i uderzeń przodem samochodu, a przy tym tego typu wypadki mają miejsce przy dużych prędkościach, więc nic dziwnego, że specjaliści najbardziej dbają o bezpieczeństwo w takiej właśnie sytuacji. Fotelik dla dzieci 0-9 kg trzeba więc ustawić albo na siedzeniu pasażera obok kierowcy, albo na tylnym siedzeniu, oparciem w kierunku przodu samochodu. W obu przypadkach musimy zająć się pewnymi technicznymi sprawami.

Poduszka powietrzna

Jeśli fotelik stanie na fotelu pasażera, trzeba koniecznie wyłączyć poduszkę gazową dla tego siedzenia. Są co prawda samochody, które wyposażono w automatyczne wyłączanie poduszki, jeśli na fotelu umieścimy fabryczny fotelik, ale są one rzadkością. W pozostałych autach albo użyjemy przewidzianego przez producenta wyłącznika (zawsze po włączeniu zapłonu trzeba się upewnić, że świeci się lampka kontrolna wyłączonej poduszki), albo istnieje możliwość wyłączenia poduszki w stacji obsługi. To bardzo ważne, bo wybuchająca poduszka gazowa, umieszczona tuż za oparciem fotelika, wręcz łamie jego zagłówek i może nawet spowodować śmierć dziecka. Poduszki boczne i kurtyny nie przeszkadzają – boczne chronią bok, rozwijając się obok dziecka, kurtyny otwierają się daleko od fotelika, chroniąc zresztą częściowo przed szkłem sypiącym się z szyb. By fotelik zmieścił się w tym miejscu (i żeby starczyło pasów bezpieczeństwa, jeśli nie jest to Isofix), powinniśmy odsunąć fotel pasażera do tyłu. Powiększy to też przestrzeń bezpieczeństwa w razie wypadku.

Umieszczenie dziecka w powyższy sposób ma ogromną zaletę: kierowca ma kontakt wzrokowy z małym pasażerem, więc maluch jest spokojniejszy, mniej się nudzi i łatwiej zasypia, można mu też podać coś do zjedzenia, zabawkę itp. Nie mamy takiej możliwości, gdy fotelik stanie na tylnej kanapie, szczególnie  w pozycji „oparciem do przodu”. Możemy jednak zachować bardzo ważny kontakt wzrokowy – w specjalistycznych sklepach dostępne są lusterka na przyssawkę, które można umieścić na tylnej szybie. Dziecko będzie widziało w lusterku kierowcę, a w lusterku wstecznym – jego oczy. Dobrze byłoby umieścić także dodatkowe lusterko dla kierowcy, przynajmniej w tych samochodach, w których producent nie rozpieszcza nas wielkością tego urządzenia. To niejedyny powód – jeśli chcemy dobrze widzieć, co robi nasze dziecko, lepiej założyć do tego celu dodatkowe lustro, a fabrycznego używać do tego, do czego je zaprojektowano, czyli obserwacji drogi.

Co mówią statystyki?

Miejsca w drugim rzędzie siedzeń są nieco bezpieczniejsze. Tak mówią statystyki, ale moim zdaniem możliwość bezpośredniego kontaktu z dzieckiem przeważa – podczas postoju w korku można, jeśli dziecko nie śpi, chwilę się z nim pobawić lub popracować nad zaśnięciem.

Większe dzieci (w wieku przedszkolnym i młodsi uczniowie) mogą już jeździć przodem do kierunku jazdy. Wykorzystujemy do tego celu foteliki 9-18 kg i tylne siedzenie, a dodatkowe lusterko dla rodzica kierowcy również się przyda (z wcześniej podanych powodów). Na rynku dostępne są również konstrukcje przeznaczone np. dla dzieci 0-18 kg, składające się z „dużego” fotelika i dopasowanej „wkładki”, będącej praktycznie… drugim fotelikiem bez zewnętrznej konstrukcji. Gdy dziecko wyrośnie z części przeznaczonej dla najmniejszych – po prostu przestajemy używać owej wkładki i sprawa załatwiona. Całość jest jednak wyraźnie cięższa, więc jeśli często przenosimy dziecko wraz z fotelem, zrezygnujmy z konstrukcji uniwersalnych.

Z uniwersalnością w wyższych przedziałach wagowych jest nieco lepiej – fotele dla większych dzieci nie muszą mieć aż tak mocnej konstrukcji, bo ich ciało trzymane jest już przez pasy bezpieczeństwa, a funkcją fotela, obok specjalnej ochrony głowy i szyi, jest po prostu zapewnienie odpowiedniego przebiegu taśmy. Jak wspomniałem wcześniej – budowa ciała dziecka, nawet 8 – 10-letniego, różni się od budowy dorosłego w istotnych punktach. Oprócz „zbyt ciężkiej” głowy, którą trzeba dodatkowo chronić, odciążając szyję, ważną różnicą jest brak odpowiednio wykształconych kości miednicy. Dorosły, jeśli ułoży biodrową część pasa bezpieczeństwa na górnej części ud, pod brzuchem, i mocno dociągnie ją do ciała, ma właściwie gwarancję, że nie zanurkuje pod pasem, opiera się on bowiem na wyrostkach kości biodrowych, nie powinien więc wsunąć się na brzuch. Owe wyrostki stopniowo wykształcają się po 10. roku życia. Po to są właśnie charakterystyczne „wąsy” przy siedzisku podkładek dla starszych dzieci lub fotelików opartych na pasach samochodu: pas układamy na udach dziecka, zaczepiając go pod owymi „wąsami”. W ten sposób nie ma możliwości zsunięcia się dziecka. Podobne „wąsy” można znaleźć w pobliżu zagłówka fotelików. Pas dzięki niemu utrzymuje się we właściwym miejscu, na ramieniu przy szyi.

Ważnym kryterium wyboru fotelika jest kompatybilność – dostosowanie kształtu i mocowań do wnętrza samochodu. Oczywiście mocowania Isofix, które pozwalają na zakotwiczenie w zatrzaskach mocowanych do elementów konstrukcyjnych nadwozia, są standardowe, więc wyposażony w nie fotelik teoretycznie zamontujemy w każdym samochodzie, ale na tym wygoda się kończy. Gabaryty fotelika i układ wnętrza auta czasem całkowicie się wykluczają, uniemożliwiając jego umieszczenie lub np. włożenie dziecka w zamontowaną już konstrukcję. Odrębną sprawą pozostają strefy bezpieczeństwa wokół, kąty, pod którymi ustawione jest siedzisko kanapy, itp. W fotelikach mocowanych pasami bezpieczeństwa auta dochodzi jeszcze problem odpowiedniej długości pasów. Warto więc brać pod uwagę rekomendację producenta samochodu. Tym bardziej że to właśnie w konstrukcjach rekomendowanych przez producenta odbywają się badania zderzeniowe EuroNCAP. Mamy więc od razu weryfikację obietnic producenta fotelików. Prawda, że nieco złudną – sami twórcy testów zderzeniowych podkreślają, że wyniki dotyczą konkretnych konstrukcji ustawionych dokładnie tak jak w badaniu. Ale to jednak jest jakaś wskazówka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

A po nocy przychodzi dzień. Roczny horoskop dla Raka

Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Raki mogą odetchnąć, bo ciężkie lata twardych tranzytów Saturna i Plutona są już za nimi. Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie.

Kiedy Saturn i Pluton były w znaku Koziorożca, tworzyły do znaku Raka opozycję, krzyżując plany, piętrząc problemy i nadwerężając odporność. Jeszcze tylko Raki urodzone między 17 a 21 lipca pozostają pod wpływem samego Plutona, który może stawiać je pod ścianą, by sięgnęły po wewnętrzną moc w zmaganiu się z rzeczywistością.

Raki z pierwszej dekady w lipcu skorzystają z dobrodziejstw Jowisza, który na ten czas zawita do Ryb, tworząc dla nich przyjazny trygon. Mogą zatem liczyć na wakacyjne lenistwo i dobrą zabawę. To też tranzyt korzystny dla spraw finansowych, sprzyjający prezentom od losu i wszelkim uciechom. Jowisz zamanifestuje się dla nich jako wspierająca siła, impuls do pozytywnego myślenia oraz skutecznego działania. Raki osiągną swoje cele niemal bez wysiłku, co sobie bardzo cenią.

Od stycznia do maja 2022 roku Jowisz na dobre zagości w Rybach i wszystkim Rakom pomoże w realizowaniu marzeń, sprawiając, że życie stanie się piękniejsze. To będzie miły i pomyślny tranzyt zwłaszcza dla tych, którzy przeszli ostatnio ciężkie chwile i trudności podcinające skrzydła. Pamiętajmy, że Jowisz Rakowi bardzo sprzyja, ponieważ w tym znaku jest w wyniesieniu – przynosi mu opiekę, pomyślność, wygodę. Z długofalowych wpływów trzeba wspomnieć jeszcze sekstyl Neptuna w znaku Ryb, który tworzy trygon do Raków z przełomu drugiej i trzeciej dekady. To harmonijny uspokajający tranzyt, który działa stabilizująco na emocje. Jest więc dla Raków szansa na wyciszenie, rozwój duchowy, a także artystyczne projekty. Kiedy wiosną przyszłego roku trygon Jowisza nałoży się na trygon Neptuna, Raki nie będą miały żadnych powodów do marudzenia, ponieważ życie będzie je rozpieszczać.

Analiza tranzytów Marsa na najbliższe miesiące pokazuje, że sierpień będzie miesiącem neutralnym, wręcz spokojnym. Trudniej będzie we wrześniu i październiku, ponieważ Mars utworzy do znaku Raka kwadraturę, przynosząc niepotrzebne szarpanie się i napięcia. Ostatnie miesiące roku, czyli listopad i grudzień, zapowiadają się za to rewelacyjnie, jeśli chodzi o skuteczność działań i poziom witalności. Rok 2022 dla Raków zacznie się wyśmienicie, a to za sprawą wspomnianego już Jowisza. Jedynie chwilowo w lutym i marcu Mars w Koziorożcu może przynieść krótkotrwałe przeciążenia i konflikty. W maju w sprzyjających dla nich Rybach znajdą się i Mars, i Jowisz, i Neptun, a ten zestaw trygonów może sprawić, że późną wiosną Raki będą rozpływały się w komforcie i szczęściu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl.

  1. Styl Życia

Archetyp Raka – w obronie świętego spokoju

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Zodiakalny Rak czerpie siłę z poczucia bezpieczeństwa i dopóki nie jest ono zagrożone, poddaje się życiu bez rozpychania się łokciami. Jednak w odpowiedzi na atak – ten nieborak z wierszyka dla dzieci robi użytek ze swoich szczypiec. Co go do tego skłania i czy w najbliższych miesiącach będzie zmuszony tak się zachować? Podpowiada Aleksandra Nowakowska wspierana przez astrologa Piotra Gibaszewskiego.

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z najwyższym poświęceniem. Kojarzy się z bezpiecznymi i ciepłymi wodami płodowymi. Rak symbolizuje też płodność, a z perspektywy kobiecej zapłodnienie oznacza przyjęcie, poddanie się. Osoby spod tego znaku doskonale potrafią zaopiekować się kimś, okazać empatię. Bezbłędnie rozpoznają emocje innych i same bez problemu wyrażają uczucia, jednak zdarza się, że nie potrafią sobie poradzić z ich nadmiarem. Rak uchodzi za dziecko zodiaku, dostrzeżemy w nim niedojrzałość, a nawet infantylizm, niechęć do tego, żeby dorosnąć. Tę rozkapryszoną, roszczeniową twarz poznamy, kiedy zawładnie nim strach przed tym, że nie przetrwa. Na coś więcej poza silnym instynktem samozachowawczym Rakowi brakuje sił i ambicji.

Rak należy do żywiołu wody, a włada nim Księżyc, który, choć pozornie bierny i uzależniony od światła Słońca, to jednak – jak wyjaśnia astrolog Piotr Gibaszewski – wpływa na cykle natury, przypływy i odpływy oceanów, nasze nastroje, a nawet zachowania. – Dzisiaj na Księżyc patrzymy romantycznie, ale nie zawsze tak było – przypomina ekspert. – Długo był uważany za złowróżbną planetę. Gnostycy sądzili, że na nim przebywają potępione dusze, zmarli, demony. Grozę budziły zwłaszcza zaćmienia Księżyca. To właśnie on odpowiada za zaburzenia emocjonalne, na które Rak jest podatny. Ten znak często ulega wahaniom nastroju i jest specjalistą w strzelaniu focha.

Niedzielny rosół

Siłę czerpie z korzeni. Przeszłość jest dla niego bazą, na której niestrudzenie, często z pomocą silniejszych, buduje swój dom. Z natury chwiejny, dąży do tego, żeby żyć na pewnym gruncie – w ten sposób się zabezpiecza.

Ten znak rządzi czwartym domem astrologicznym – domem rodziny, ziemi, nieruchomości. Znajduje się on na samym dole nieba, w najniższym punkcie, czyli immum coeli. Piotr Gibaszewski podkreśla, że to miejsce reprezentuje wszystko to, co było i co nas ukształtowało. Każdy ma je w swoim horoskopie i od przeszłości nie sposób się odciąć. – Trudno wyobrazić sobie psychoterapię bez analizy historii rodzinnych. Takie nurty, jak ustawienia hellingerowskie czy totalna biologia bazują na polu energetycznym przodków czy rodu, a Rak jest mistrzem świata w zagłębianiu się w nie – wyjaśnia.

Tak ważny w archetypie Raka dom obejmuje także ojczyznę, Matkę Ziemię. Osoby urodzone w tym okresie są patriotyczne, romantycznie rozkochane w polnych kwiatach, Mickiewiczu i Słowackim. Zbierają rodzinne pamiątki, czują swoje korzenie. Drzewo genealogiczne jest dla nich na tyle ważnym punktem odniesienia, że wcale nie mają ochoty wyjrzeć poza jego listowie. A to niesie ryzyko popadnięcia w iluzję, że kiedyś było lepiej…

Jak to możliwe, że pozornie słaby i neurotyczny Rak, w rzeczywistości plasuje się wysoko na liście znaków zodiaku ludzi żywotnych i długowiecznych? Odpowiedzi należy szukać w jego silnym poczuciu przynależności, przywiązaniu do miejsc i osób. Outsiderzy, ryzykanci i indywidualiści podążający własną ścieżką narażają się na stres; nadmiar kortyzolu wykańcza im nadnercza, więc żyją krócej. Dla Raka to niepotrzebna głupota, on woli wieść wygodne życie w domowym gnieździe, cieszyć się miękkim kocem i gorącą herbatą, podaną przez ukochaną osobę. Rodzinna atmosfera to jego środowisko naturalne, uwielbia, gdy na stół trafia rosół, a wokół gromadzą się krewni. W dodatku Rak lubi mieć pełny brzuch, szczególnie gustuje w smakach dzieciństwa. To dlatego, że ceni sobie ciągłość, powtarzalność i zwyczajne życie. Z tym wiąże się jego misja. – Wiele osób cierpi z tego powodu, że miało dysfunkcyjne rodziny. Ciężko coś osiągnąć, kiedy nosimy w sobie zranienia z przeszłości. Bezpieczna rodzina koi, spaja, daje siłę do życia. Opieka rodziców buduje więź. Cała ta hołubiona rodzinka Raka ma więc swój sens! – mówi Piotr Gibaszewski. I przypomina, że Stany Zjednoczone „urodziły się” 4 lipca, gdy ogłoszono Deklarację niepodległości, czyli właśnie pod wpływem tego znaku. Stąd m.in. taka popularność amerykańskich filmów familijnych, zwłaszcza na temat Bożego Narodzenia. Wszyscy potrzebujemy opowieści o tym, że nawet zwaśnione rodziny spotykają się w te święta i godzą.

Jak uszczypnie, będzie znak

Rak nie pragnie aplauzu i bycia na szczycie. Trudno mu przyjąć, że życie wymaga aktywności, często inicjatywy, a czasem śmiałej konfrontacji. Z lęku przed brutalnością życia, ze strachu przed brakiem szacunku dla jego uczuć, bo boi się, że ktoś je podepcze, woli bezpieczną norkę i życie w zgodzie z rodziną.

Astrolog przestrzega jednak, by nie ulegać pozorom, bo Rak to nie samo dobro ani tym bardziej tzw. ciepłe kluchy. Jak każdy znak kardynalny jest zasadniczy i bezwzględny w swoich przekonaniach. Kiedy broni swojego bezpieczeństwa, robi się zaborczy, podejrzliwy, nieufny, kontrolujący. Niczym aktor z opery mydlanej wpada w histerię bez wyraźnego powodu i urządza sceny. Najgorszym koszmarem dla Raka jest samotność i odcięcie się od przeszłości. Przestraszony, zaczyna się zamartwiać o bliskich, o siebie. Rozpamiętuje sprawy, które przestały już mieć jakiekolwiek znaczenie. Swoją żywą wyobraźnię wykorzystuje wtedy do tworzenia najczarniejszych scenariuszy, które podsycają jego niepokój. Domaga się wsparcia emocjonalnego, a jeśli go nie otrzyma, będzie dąsać się, płakać ze złości, szantażować bliskich emocjonalnie lub atakować złośliwościami. Całą tę sytuację może też przypłacić chorobą żołądka. Piotr Gibaszewski łączy to z niekontrolowalnym lękiem, który staje się destrukcyjny. Tylko poczucie bezpieczeństwa zamienia Raka z powrotem w miłego człowieka. – On przede wszystkim chce mieć święty spokój – podsumowuje ekspert.

Rak (22 czerwca – 22 lipca)

  • żywioł: woda
  • jakość: kardynalny
  • rodzaj: żeński
  • prajakość: zimny i wilgotny
  • pora roku: wiosna – czas zawiązywania się owoców
  • archetyp: matka, poeta
  • cień: kwoka, wieczne dziecko
  • pułapka: ucieczka w myślenie życzeniowe, strach przed dorośnięciem
  • ideał: romantyczny trubadur
  • dewiza: „Czuję”
  • korespondencje w organizmie: żołądek, piersi, gruczoły

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Markizy Fakro do okien pionowych – aby cieszyć się latem

Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Każdej zimy tęsknimy za latem i upalnymi dniami, ale kiedy takowe nadchodzą, często mamy ich dosyć. Powodem są palące promienie słoneczne, które wszystkim zamkniętym czy to w domach, czy też w biurach zaczynają mocno doskwierać. Kiedy przebywanie w pomieszczeniach z dużymi przeszkleniami staje się uciążliwe, trudno cieszyć się długo wyczekiwaną upalną, słoneczną pogodą. Wówczas warto pomyśleć o zamontowaniu zewnętrznych osłon, które skutecznie zatrzymają ciepło już przed oknem i nie dopuszczą do nadmiernego nagrzewania wnętrz.

Jakie osłony wybrać?

Popularne rolety materiałowe montowane od wewnątrz pomagają ograniczyć dopływ intensywnego światła w słoneczne dni, ale nie zapobiegną wzrostowi temperatury w pomieszczeniu, gdyż same będą się nagrzewać, emitując ciepło do środka. Stosując rolety zewnętrzne co prawda zatrzymamy ciepło na zewnątrz, ale jednocześnie zaciemnimy pomieszczenie, bo wraz z ciepłem zablokujemy również światło i nawet w dzień zapadnie półmrok. Markizy zewnętrzne Fakro do okien pionowych, skutecznie zatrzymają upał za oknem, a jednocześnie zapewnią mieszkańcom dopływ naturalnego światła.

Z przeprowadzonych przez firmę Fakro badań wynika, że markizy chronią przed przegrzaniem do ośmiu razy skuteczniej niż powszechnie stosowane rolety wewnętrzne. W praktyce daje to spadek temperatury w pomieszczeniu nawet o 10°C. Dzieje się tak dlatego, że markizy absorbują promienie słoneczne już przed szybą i emitują ciepło na zewnątrz, w ten sposób chroniąc wnętrze przed przegrzaniem.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Energooszczędność zimą czy latem?

Wybierając markizy, nie generujemy dodatkowych kosztów za energię elektryczną, jak się dzieje w przypadku energochłonnej klimatyzacji. Możemy zdecydowanie ograniczyć działanie klimatyzacji lub całkowicie z niej zrezygnować. Zresztą nie każdy dobrze znosi jej działanie. Markiza to produkt całoroczny – w lecie chroni nasze wnętrza przed nadmiernym nagrzewaniem, w czasie chłodnych dni zapobiega stratom ciepła, poprawiając współczynnik przenikania ciepła okna aż do 16 proc.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jak zbudowana jest markiza?

Markiza wykonana jest z wytrzymałej, odpornej na czynniki zewnętrzne tkaniny z włókien szklanych powlekanych PVC, której siatka rozprasza światło wpadające do środka. Dzięki temu jest ono równomiernie rozłożone, bez męczących oczy refleksów, które przeszkadzają przy oglądaniu telewizji czy w pracy na komputerze. Markiza chroni przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów w ciągu dnia, jednocześnie zapewniając dobrą widoczność otoczenia wokół domu. Do wyboru mamy kilkanaście rodzajów materiałów, w różnych kolorach i z różnym stopniem prześwitu. Profile markizy dostępne są w czterech kolorach: czarnym, białym, szarym i brązowym, a na życzenie klienta – w dowolnym kolorze z palety RAL.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

W jaki sposób się ją obsługuje?

Do wyboru mamy markizy obsługiwane ręcznie (VMZ, VMZ ZIP) oraz zasilane elektrycznie: sterowane za pomocą pilota lub przełącznika naściennego (VMZ Z-Wave) czy sterowane z aplikacji na smartfonie (VMZ WiFi). FAKRO oferuje też markizy zasilane energią słoneczną, wyposażone w inteligentny system automatycznej obsługi (VMZ Solar). Te ostatnie mają panel fotowoltaiczny, który w połączeniu ze specjalnym układem elektroniki reaguje na stopień nasłonecznienia: jeśli jest ono duże, markizy same się rozwiną, jeśli zaś jest pochmurno – samoczynnie się zwiną. Podczas chłodnych dni markiza działa odwrotnie: w dzień zwinięta pozwala pasywnie nagrzewać pomieszczenie, nocą rozwinięta chroni przed stratami ciepła.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jakie dodatkowe korzyści oferuje markiza?

Wszystkie markizy w wersji elektrycznej i VMZ ZIP (te, w których siatka porusza się na profilach) oprócz ochrony przed nagrzewaniem pełnią funkcję moskitiery, chroniąc przed owadami, które są tak samo uciążliwe, jak palące w lecie słońce. Markizy zapewniają komfort mieszkania zarówno w upalne letnie dni, jak i podczas chłodniejszej aury. Są doskonałym rozwiązaniem do domów jedno- i wielorodzinnych, biur, a także do obiektów użyteczności publicznej. Elektryczne markizy można zintegrować w systemie inteligentnego domu smartHome i cieszyć się zawsze odpowiednią temperaturą.

Więcej na www.fakro.pl.

  1. Styl Życia

Janusz L. Wiśniewski i Ewelina Wojdyło w podróży przedślubnej do Nowej Zelandii

Wyprawa Eweliny Wojdyło i Janusza L. Wiśniewskiego do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. – Wydawało mi się, że taka podroż w dzikość, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie – wspomina pisarz. (Fot. archiwum prywatne)
Wyprawa Eweliny Wojdyło i Janusza L. Wiśniewskiego do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. – Wydawało mi się, że taka podroż w dzikość, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie – wspomina pisarz. (Fot. archiwum prywatne)
Przysłowie mówi, że człowieka najlepiej poznaje się w drodze. Może zatem zamiast po ślubie lepiej byłoby wyjeżdżać przed złożeniem przysięgi „na dobre i na złe”. Tak jak Ewelina Wojdyło i Janusz L. Wiśniewski, których wyprawa do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. Co szczególnego im dała?

Państwa książka o wyprawie do Nowej Zelandii nosi podtytuł „Podróż przedślubna”. To nie pierwszy wspólny wyjazd, zatem skąd ten pomysł?
Janusz L. Wiśniewski:
Spodziewałem się tego pytania! Gdyby patrzeć na to ściśle geograficznie, to ważne podróże muszą odbywać się gdzieś daleko. Wyjeżdżaliśmy już na Galapagos, na Bahamy czy Wyspy Zielonego Przylądka, ale Nowa Zelandia znajduje się geograficznie najdalej od naszego Gdańska, więc wszystko się zgadza. A na poważnie to ten podtytuł nie został omówiony z Eweliną. Pierwotnie książka miała mieć tytuł „Australia i Nowa Zelandia”, ale skróciliśmy go do Nowej Zelandii, bo napisanie o tych dwóch krajach w jednej książce dałoby objętość pewnie „Wojny i pokoju”. A po cichu zaproponowałem, żeby dodać „Podróż przedślubna”, bo zamierzałem się oświadczyć. Ewelina nie zauważyła zmiany na okładce, ale na szczęście, po fakcie, tytuł jej się spodobał (śmiech).

Ewelina Wojdyło: To mi rzeczywiście umknęło, ale przynajmniej dla wszystkich stało się faktem, że Janusz smali cholewki i teraz to już widać (śmiech).

Więcej podróży przedślubnych nie będzie?
J.L.W.: Poprosiłem o rękę, więc nie. Ale tym podtytułem chciałem też zwrócić uwagę na pewien kontekst podróżowania – jest się wtedy z dala od znajomych, tylko z jedną osobą przez całą dobę, w zupełnie obcym miejscu. Bywałem wcześniej w Australii, za to Nowa Zelandia była dla nas obojga zupełnie nieznanym krajem. I wydawało mi się, że taka podroż w dzikość i nieoczekiwaność, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie.

Młyn wodny w Hobbitonie, czyli wiosce Hobbitów w Nowej Zelandii. (Fot. archiwum prywatne)Młyn wodny w Hobbitonie, czyli wiosce Hobbitów w Nowej Zelandii. (Fot. archiwum prywatne)

Dla mnie podróż to taki czas karnawału. Zostawiamy za sobą pracę, rachunki za prąd i rutynę, i jedziemy na wakacje, które są celebracją życia. Jak się państwo przygotowują do podróży?
E.W.: Podróże planujemy spontanicznie. Wiemy, w jakie miejsca chcemy polecieć, choć czasem po prostu Internet podpowiada kierunek, bo trafimy na promocję. Kupujemy bilety i na dzień przed wrzucamy do walizki, co popadnie, ku zdziwieniu rodziny. Chwilę przed podróżą sprawdzamy najpotrzebniejsze elementy – albo i nie – i czasem zdarza się, że zapomnimy o wizie, ale i z tym sobie radzimy.

J.L.W.: W fizyce takie zachowanie nazywa się rezonansem, a my świetnie rezonujemy w naszym podejściu do podróżowania. Znam pary, które muszą być przygotowane przed wyjazdem w stu procentach: wiedzą nawet, jakiej marki jest samochód, który wypożyczą, i jak wyglądają pokoje w hotelu, w którym spędzą jedną noc. My tak nie mamy, jesteśmy ciekawi świata i tego, co nam los podaruje. Poprzednie eskapady nauczyły nas, że spontaniczność jest pewnym napięciem, którego oczekujemy od bycia ze sobą w podróży. I myślę, że dla wielu ludzi przebywanie ze sobą non stop jest trudnym egzaminem. Znam takich, którzy pojechali razem na pierwszy trzytygodniowy urlop i skończyło się to rozwodem, bo odkryli, że nie mają sobie nic do powiedzenia albo że to, co mówi druga osoba, w ogóle ich nie interesuje.

E.W.: Jedno lubi opalać się przy basenie, a drugie zwiedzać, tak też bywa.

J.L.W.: A my rozmawiamy ze sobą cały czas. Każde z nas ogląda świat swoimi oczami i sobie go opowiada. Choć niby widzimy to samo, to przecież zauważamy zupełnie inne rzeczy. W tym sensie dobraliśmy się jak dwie połówki jabłka, otwarci na wszystkie przygody, złe i dobre, z nastawieniem na rozwiązywanie problemów, a nie szukaniem winnego. Jak w przypadku opisanej w książce historii z niezałatwioną wizą.

Wspomniał pan o tym, że można podróżować razem i widzieć rzeczy z innej perspektywy. Tak też skonstruowana jest wasza książka, każdy etap podróży opowiedziany jest z punktu widzenia jednej i drugiej strony.
E.W.: Uznaliśmy, że nie będziemy konsultować tego, co każde z nas pisze. Pisałam jako pierwsza, Janusz to czytał, a potem próbował napisać coś innego, żeby czytelnik nie czytał tego samego dwa razy. On ma też większy bagaż doświadczeń, więc jego fragmenty to także retrospekcje z podróży, które kiedyś odbył. Sama mam spory problem z mówieniem o sobie i dobrze czułam się z tym, że mogłam przedstawić świat widziany moimi oczami, a nie pisać o mnie samej w tym świecie.

J.L.W.: Ponieważ pisałem jako drugi, miałem trudniej, proszę to docenić (śmiech). Ale też proszę zwrócić uwagę, że chociaż w moich fragmentach sporo jest odwołań do przeszłości, to nie przestaje to być książka podróżnicza, bo te retrospekcje także dotyczą podróży, wyjazdów choćby do Londynu z Torunia stopem w głębokim PRL-u, co wtedy było wyczynem niemal heroicznym. Porównuję Nową Zelandię do innych miejsc, które widziałem, by umiejscowić ją w pewnym kontekście, położyć na mojej mapie.

Każde wyjście z domu może okazać się podróżą, daje inną perspektywę na związek i na świat, na siebie. Jak to było w przypadku Nowej Zelandii?
E.W.: Dla mnie każda podróż to nie tylko peregrynacja po świecie i oglądanie tego, co za oknem, ale też spojrzenie w głąb siebie, okazja do postawienia sobie pytań o to, co widzę za oknem, jak odbieram świat, na ile go chłonę, co afirmuję, a co odrzucam. I nie ma znaczenia, czy podróż jest daleka, czy bliska. W przypadku Nowej Zelandii to było pytanie o naszą relację. I to nawet nie chodzi o to, czy potrafimy wytrzymać bezkolizyjnie 24 godziny na dobę, a o to, że trudne sytuacje definiują związek, to, jak sobie para radzi z tymi trudnościami. My się na szczęście nie kłócimy, zwłaszcza że dla mnie podróż jest czasem przyjemności, celebracji i uważam, że to od nas zależy, czy sobie ją popsujemy, czy nie.

Teraz pandemia definiuje to, jak spędzamy czas. Z tej perspektywy Nowa Zelandia wydaje się rajem?
J.L.W.:
Jadąc tam, wiedzieliśmy, że znajdziemy się w niemal nieskażonej działalnością ludzką przyrodzie, że zobaczymy przestrzenie zupełnie inne niż w Europie, że to bardzo tolerancyjny kraj, gdzie prawa mniejszości seksualnych są oczywiste, gdzie nie ma nierówności ze względu na płeć, w dodatku premierką jest bardzo mądra kobieta. Zachwyciło nas, że choć to wciąż młode państwo, które buduje swoją tożsamość narodową, to potrafiło zachować się przyzwoicie wobec ludności rdzennej – maoryski jest obok angielskiego językiem urzędowym. Podoba mi się, że choć to kraj, którego społeczeństwo żyje w mocnej geograficznej izolacji, to Nowozelandczycy nie mają kompleksów, są dumnym narodem. Ale jest tam także wiele zaskoczeń. Jednym z nich było miasto Napier, w całości zbudowane w stylu art déco, przez co czuliśmy się jak w latach 30. XX wieku.

Na Wyspie Północnej rajem dla żeglarzy jest rozciągająca się na północno-wschodnim wybrzeżu Zatoka Wysp. (Fot. iStock)Na Wyspie Północnej rajem dla żeglarzy jest rozciągająca się na północno-wschodnim wybrzeżu Zatoka Wysp. (Fot. iStock)

Do czego najbardziej wracacie we wspomnieniach z podróży?
E.W.:
Ja tęsknię za spokojem Wyspy Południowej, którą miejscowi nazywają stałym lądem; podobało mi się, że jest tam bardzo sennie w sensie życiowym, nie ma pośpiechu, który charakteryzuje Europejczyków, a małe miasteczka otacza wszechogarniająca przyroda.

Wellington to bardzo kameralna stolica. Może to kwestia mentalności miejscowych, że nie muszą się spieszyć, a może przez swoją wyspiarskość mają spokojne podejście do życia, wynikające z ich filozofii. Lubię takie obcowanie z przyrodą zdecydowanie bardziej niż z ludźmi, mogłabym tam żyć. Ale Nowa Zelandia także nie jest w stanie uniknąć problemów cywilizacyjnych. Z jednej strony to kwestie związane z napływającymi imigrantami, a z drugiej – zmiany klimatyczne, które objawiają się suszami ogarniającymi cały kraj. Mimo to jest tam nadal zachwycająco.

J.L.W.: Przede wszystkim Nowa Zelandia jest pusta. Jeśli ktoś pragnie ciszy i pustki, to jest to idealne miejsce.

Na Wyspie Południowej mieszka połowa ludności Warszawy. Dostaliśmy piękną przyrodę do podziwiania, ale Nowozelandczycy są też narodem z ciekawą kulturą, dla którego wykształcenie jest istotnym szczeblem do awansu społecznego.

To musi być wyzwalające znaleźć się w miejscu, gdzie jest inna mentalność, która pozwala po prostu żyć i być w swoim tempie, cieszyć się z tego, kim się jest.
E.W.: Ta radość jest widoczna na każdym kroku. Do tej pory pamiętam festiwal latarni, na który akurat trafiliśmy w Wellington. To było niesamowite doznanie. Miasto położone jest w zatoce i wszystkie jego najważniejsze miejsca koncentrują się właśnie wokół zatoki. Spacerowaliśmy promenadą pełną straganów z egzotyczną kuchnią, już wtedy świat był w pandemii, ale jeszcze nie tam, jeszcze nikt nie nosił maseczek.

Lubię obserwować i fotografować ludzi i wtedy uderzyła mnie ta różnorodność koloru skóry, kształtu oczu, twarzy – nigdy wcześniej w jednym miejscu nie widziałam takiego przekroju ludzi.

To były dla mnie ostatnie momenty radości i wolności, o czym wtedy nie wiedzieliśmy. I za tym tęsknię. Dziś, gdy myślę o Nowej Zelandii, mam przed oczami tę scenę z promenady.

J.L.W.: Trzeba było zostać w Nowej Zelandii, przeżylibyśmy pandemię w zupełnie innym kraju. Dziesięć dni na Nową Zelandię, bo tylko tyle tam spędziliśmy, to zdecydowanie za krótko. Natomiast wszystko to, co znalazło się w książce, to przepis na dobrą podróż właśnie dla tych, którzy mają mało czasu. Ale to miejsce na zdecydowanie dłuższą podróż i mam nadzieję, że niedługo ją powtórzymy.

Polecamy książkę: 'Nowa Zelandia. Podróż przedślubna', wyd. Wielka LiteraPolecamy książkę: "Nowa Zelandia. Podróż przedślubna", wyd. Wielka Litera

Janusz L. Wiśniewski, naukowiec i pisarz; jest dr. informatyki i dr. hab. chemii. Autor wielu popularnych książek, które zostały przetłumaczone na kilkanaście języków.

Ewelina Wojdyło, polonistka, kreatorka kultury. Pracuje w V LO im. Stefana Żeromskiego w Gdańsku, twórczyni projektu trójmiejskiego „#Kultura200mOdMorza”.

  1. Styl Życia

Odpoczynek od pracy poprawia wydajność, kreatywność i zdrowie psychiczne

Fot. iStock
Fot. iStock
Elektroniczne gadżety, których na co dzień używamy, często stanowią coś w rodzaju smyczy między pracownikiem a pracodawcą. Konsekwencje tego zjawiska już wiele lat temu zainteresowały naukowców, szczególnie pod kątem umiejętności odpoczywania od pracy.

Bella DePaulo, psycholog społeczna z Uniwersytetu Kalifornijskiego, autorka wielu poradników i artykułów, na podstawie licznych badań, wyjaśnia kluczowe znaczenie odpoczynku od pracy.

Badania wskazują, że odpoczynek od pracy - rozumiany jako zaprzestanie myślenia o pracy, a także działań z nią związanych (poza jej godzinami) - jest tak naprawdę konieczny dla zdrowia psychicznego.

Niektóre z podstawowych wniosków to:

1. Ludzie, którzy wychodzą z pracy w pozytywnym nastroju, rzadziej cierpią na emocjonalne wyczerpanie i zaburzenia snu.
2. Gdy pracownicy mają możliwość wzięcia sobie dnia wolnego od pracy, wtedy, gdy tego potrzebują, nie budzą się rano zmęczeni i niezadowoleni.
3. Pracownicy, którzy w pracy przeżywają dużo stresu, ale po pracy potrafią przestać o niej myśleć, odczuwają znacznie mniejsze skutki trudnych warunków, w których pracują.
4. Pracownicy, którzy po godzinach pracy nie pracują, ani nie myślą o pracy, są kilkakrotnie bardziej wydajni od tych, którzy nie potrafią odpoczywać.
5. Pracownicy, którzy nie korzystają z urlopów, są znacznie mniej kreatywni w pracy i bardziej podatni na depresję niż ci, którzy wypoczywają przynajmniej 3 tygodnie w roku.

Co utrudnia efektywne odpoczywanie od pracy?

1. Przeciążenie ilością pracy.
2. Presja w pracy.
3. Trudne warunki psychiczne – krytykowanie, obwinianie, manipulowanie.
4. Głębokie psychiczne zaangażowanie w pracę.

Co ułatwia odpoczywanie od pracy?

1. Aktywne działania po pracy, na przykład sport albo wolontariat.
2. Spędzanie czasu po pracy na łonie natury.
3. Dobre, pełne zaangażowania relacje z bliskimi osobami.
4. Mniejsze psychiczne zaangażowanie w pracę.