1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kryzys małżeństwa i rodziny?

Kryzys małżeństwa i rodziny?

fot.123rf
fot.123rf
Najmniej bezpieczne inwestycje to dziś miłość i małżeństwo. Dlatego zaczynamy cykl poświęcony poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, jak zbudować trwały i udany związek. Czy miłość może trwać wiecznie? Jak kochać, by kochać szczęśliwie, i czemu to takie karkołomne przedsięwzięcie? Co ma z tym wspólnego syndrom „cyberautyzmu”? Jak uchronić przed nim nasze dzieci – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Ostatnio zarzucono mi jako dziennikarce propagującej psychoterapie, że to psycholodzy i kolorowe magazyny rozbijają rodziny, namawiają do rozwodów, każą stawiać na samorealizację. No to może wystarczy nie słuchać psychologów i nie czytać, żeby zagnieździć się na dobre w szczęśliwym i trwałym związku?

Widocznie konserwatystom i tradycjonalistom wygodniej jest myśleć, że to liberalna propaganda nakręca dekoniunkturę małżeństwa. To teza nieprawdziwa. Są istotne i złożone powody, dla których małżeństwa mają pod górkę. Pierwszym jest to, że rodzina przestaje być niezbędnym warunkiem do wystarczającego zadbania o wychowanie i edukację dzieci. Coraz większą odpowiedzialność za to bierze na siebie państwo. Można powiedzieć, że dzieci podlegają procesowi upaństwowienia. Nie wierzę, że państwo ma jakiś demiurgiczny, tajny plan produkcji dostosowanego do potrzeb rynku ludzkiego monotypu. Raczej odpowiada w ten sposób na ambicje i potrzeby obywateli. Skoro dorośli obojga płci chcą coraz więcej czasu poświęcać zarabianiu pieniędzy, realizowaniu swoich pasji i talentów, kupowaniu i konsumowaniu, to państwo – wykonując swoją służebną funkcję – powołuje coraz to nowe instytucje, które mają rodziców uwolnić od ciężaru opieki nad dziećmi. Skutkiem ubocznym jest kurczenie się czasu i zasobów energii, jakie dorośli chcą i mogą przeznaczać na pielęgnowanie rodzinnego gniazda i budowanie emocjonalnych więzi.

A więc ta wymuszana przez obywateli wychowawcza pomoc państwa sprzyja zanikowi instytucji małżeństwa?

Mówiąc krótko: kryzys instytucji małżeństwa i rodziny jest w ogromnej mierze uwarunkowany systemowo. Skoro przyjęliśmy, że PKB ma nieustannie rosnąć, to coraz więcej obywateli musi produkować, zarabiać i wydawać. Wiadomo, że dzieci w tym przeszkadzają, a w dodatku są nadzwyczaj mało opłacalną inwestycją. Szczególnie ostatnio, gdy okazało się, że ogromne pieniądze inwestowane w ich wychowanie i wykształcenie obciążone są 25-procentowym ryzykiem bankructwa. Bo oto nasze dorosłe, świetnie wykształcone dzieci nie znajdą pracy i pozostaną na garnuszku rodziców. To jeden z powodów coraz częstszych decyzji o nieposiadaniu dzieci. A skoro młodzi nie myślą o dzieciach, to po co im małżeństwo?

Ale co z tymi dziećmi, którymi opiekować się rodzicom pomaga państwo? Czy gdy dorosną, mają szanse na udany związek, na miłość, której nie zgasi pierwsza burza?

Nie mają lekko. Jeśli matce i ojcu brak czasu, by opiekować się dzieckiem przez co najmniej pierwsze pół roku jego życia, gdy go nie karmią, nie przytulają, nie kąpią, nie uczą świata, nie są blisko – gdy zastępują w tym ich inne osoby lub instytucje, to może się nie wytworzyć podstawowa więź emocjonalna między dzieckiem a rodzicami. Nawet jeśli rodzicom wystarczy instynktu, by – mimo braku kontaktu – kochać swoje dzieci, to dziecko i tak nie będzie czuło się dostatecznie kochane. Wtedy w jego psychice zagnieździ się trudno usuwalna wątpliwość co do możliwości bycia ważnym i wybranym przez kogokolwiek. Na dodatek brak silnej pozytywnej więzi między rodzicami a dziećmi – skutkujący brakiem umiejętności i potrzeby spędzania razem czasu – skazuje współczesne dzieci na budowanie zastępczej więzi z elektronicznymi maszynami. W rezultacie wychowujemy coraz więcej dzieci cierpiących na zaburzenie zdolności do kontaktowania się i współpracy z innymi ludźmi oraz do budowania trwałych relacji. Nazywam to syndromem cyberautyzmu. Moim zdaniem epidemia cyberautyzmu ma szerszy zakres niż coraz częściej diagnozowana u dzieci – przypuszczalnie powiązana z cyberautyzmem – łagodna forma autyzmu zwana zespołem Aspergera.

To prawdziwa ironia losu, że współcześni rodzice niedający klapsów, czytający o wychowaniu, mówiący o prawach dzieci itp. robią coś nie tak, i to bardzo… 

W każdym razie jeśli czegoś z tym wszystkim nie zrobimy, to za dwa pokolenia dzieci będą produkowane głównie w laboratoriach. To pozwoli państwu na całkowite ich upaństwowienie i precyzyjne kontrolowanie niesfornej dotąd demografii. Przy okazji – owo praktyczne rozwiązanie problemów demograficznych fantastycznie sprzyjać będzie singlowaniu i przelotnym związkom. Sprzyjać będzie także całkowitemu poświęceniu się pracy, zarabianiu i zakupom przez przyszłych cyberautystycznych dorosłych. PKB z pewnością wzrośnie, ale czy ludzie będą szczęśliwsi?

Wróćmy jednak do tu i teraz: skoro pomoc państwa w wychowywaniu dzieci to nie odciążenie rodziców, ale strzał w kolano, to jak żyć we dwoje, a potem z dziećmi, aby miłość nie minęła, a dzieci nie wyrosły na emocjonalne cyborgi?

Partnerzy, którzy nie muszą wspólnie pokonywać trudności, troszczyć się o dobro dzieci i o siebie nawzajem, nie budują silnej więzi. Ludzi łączy nie tylko miłość, ale kto wie, czy nie bardziej jeszcze wszystko, co razem przeżyli, a szczególnie doświadczenie wzajemnego wspierania się, solidarności i liczenia na siebie nawzajem w trudnych sytuacjach i okresach życia. To często decyduje o tym, czy przeżywamy bycie razem jako ograniczającą konieczność, czy jako wyzwalające i otwierające nowe możliwości partnerstwo. Ludzie od zawsze zakochują się w sobie, chcą być razem, chcą budować wspólne życie. To potrzeba tak silna, że nawet powszechny cyberautyzm jej nie zniszczy. Ale jeśli samotność, singielstwo i samodzielne rodzicielstwo staną się całkowicie wygodne i bezpieczne – bo państwo wejdzie w rolę zastępczego megapartnera i megadziadka zarazem – to trwałe związki będą należeć do rzadkości. Zbyt łatwo w obliczu błahego kryzysu lub trudności w relacji będzie można pomyśleć: „A po co mi ten kłopot! Po co ten drugi człowiek, z którym muszę w pocie czoła szukać porozumienia i kompromisu!?”, i bez ryzyka i namysłu przedwcześnie i niepotrzebnie się rozstać.

Zwykle o nietrwałość związków i o rozpad małżeństw oskarża się nie państwo, ale emancypujące się kobiety. Ostatnio nawet filozofia gender przez część duchownych została uznana za źródło wszelkich rodzinnych patologii. 

I znów konserwatystom i tradycjonalistom wygodnie jest tak myśleć. Ale prawda jest inna. Kobiety po raz pierwszy w zapisanej historii mają możliwość nie tylko godnego życia, ale nawet macierzyństwa bez udziału i pomocy mężczyzny. Już ich nie stygmatyzuje bycie samotną mamą czy singielką. A doświadczenie bycia zachwycającą i upragnioną – niestety mylone z miłością – oraz satysfakcję seksualną mogą sobie zapewnić bez ślubu, a nawet ryzyka dłuższego związku. Oczywiście, kobiety mogą to mieć tylko w nielicznych, wolnych od intensywnej pracy chwilach, ale mogą. I jeszcze jedno, nie mniej ważne: niestety, wszystko to sprzyja uaktywnianiu się w mężczyznach ich pierwotnego samczego egoizmu. Objawia się on narastającą tendencją do organizowania sobie życia na zasadzie wiecznych wakacji od rodzicielskich zobowiązań z jednoczesnym dążeniem do siania swego nasienia, gdzie się tylko da. Powoli wskaźnikiem sukcesu życiowego mężczyzny stawać się będzie sukces prokreacyjny mierzony liczbą spłodzonych dzieci, za które niekoniecznie bierze się odpowiedzialność. Z czasem zapewne wystarczy w tej sprawie pośrednictwo banku spermy i wyniki popularności swojego nasienia w rankingach portali społecznościowych. Słabi mężczyźni nie będą też mogli w przyszłości liczyć na wyrozumiałość i wsparcie autonomicznych silniejszych psychicznie i ekonomicznie kobiet. Staną się więc niebudzącymi szacunku wolnymi elektronami zajętymi różnymi formami zabawowej, sportowej, kibolskiej, konsumenckiej lub pseudopolitycznej rywalizacji.

To bardzo smutna wizja. Jakoś trudno połączyć w pary szczęśliwe i silne kobiety oraz mężczyzn na wiecznych wakacjach.

Sam mam nadzieję, że przesadzam, że ta wizja się nie urzeczywistni. Ale, niestety, nie mogę udawać, że nie widzę wielu poważnych przesłanek dla zaistnienia takiego scenariusza. Żeby coś zacząć zmieniać czy czemuś zapobiegać, trzeba najpierw zobaczyć, jak jest. Więc mówię, co widzę.

Jeśli jest tak, jak mówisz, to wiem już, dlaczego ponad dwie trzecie pozwów rozwodowych składają kobiety. Może więc należy zacząć przekonywać kobiety, żeby spróbowały dostrzec plusy związków z tymi nowymi mężczyznami na zasadzie: lepszy rydz niż nic. Tak czy inaczej, żeby nie rezygnowały tak łatwo z małżeństwa?

Jestem prawie pewny, że kobiety nie wnoszą pozwów rozwodowych tylko dlatego, że nagle doświadczyły kłopotliwej inwazji much w nosie. Zapewne wielu tych mężczyzn, którzy są genetycznie lub psychicznie niezdolni sprostać uzasadnionym oczekiwaniom swoich partnerek, przekonuje się obecnie, że nie może już liczyć na ich opiekuńczość, wyrozumiałość, cierpliwość lub bezradność. Z drugiej strony – tradycyjna formuła związków i tradycyjna konstrukcja mężczyzny coraz mniej podoba się współczesnym kobietom. Więc coraz śmielej korzystają ze swojej wzrastającej autonomii (i pomocy państwa), by poszerzać obszar wolności. Jeśli ich małżeństwo nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa, komfortu i szczęścia, nie wahają się długo, by ulżyć swojemu losowi. Jeśli weźmiemy wszystko, co powyżej, pod uwagę, zobaczymy wyraźnie, że współczesne małżeństwo czy związek może zaistnieć i trwać tylko dzięki bardzo silnej miłosnej więzi i w pełni partnerskiej konstrukcji. Mężczyźni winni pamiętać, że teraz to kobiety w coraz większym stopniu decydują o regułach i zasadach gry – oraz o jakości zawodników – na arenach matrymonialnych zmagań. Bo jak powiedzieliśmy, po raz pierwszy w historii mężczyźni przestają być im w życiu niezbędni. Współczesna kobieta może chcieć być w związku, ale już nie musi. Gdy więc partner ma do zaoferowania jedynie widok siebie pijącego piwo w trakcie obsesyjnego oglądania kolejnych przegrywanych przez reprezentację meczów plus z trudem wynegocjowany, marnej jakości seks – to szybko usłyszy od kobiety: „Sorry, Gregory, ale moją miłość utopiłeś w piwie, do niczego nie jesteś mi potrzebny, jesteś tylko ciężarem i kłopotem. Pakuj się więc i wracaj do mamy!”. To wszystko sprawia, że niepokój o przyszłość instytucji małżeństwa i trwałego związku staje się uzasadniony.

Skoro nawet seks z mężczyzną staje się marny, nie osładza kobiecie codziennych kłopotów, to faktycznie. Może więc zdrowiej jest iść do łóżka na pierwszej randce? Zawczasu sprawdzić potencjalnego partnera do związku z przyszłością? I jeśli okaże się marudzącym w łóżku kochankiem, nie brnąć w relację z nim?

Seks dla wielu jest czymś bardzo szczególnym (częściej dla mężczyzn), łączy ludzi. Więc lepiej tego nie lekceważyć. A kiedy chodzić do łóżka? Obecnie nie ma w tej sprawie reguły. Los decyduje o tym, jak zaczyna się związek. Można po raz pierwszy spotkać się z kimś w łóżku z przypadku, z nudów albo dla sportu i może się z tego narodzić fajny, trwały związek. Może to być także dziewicza noc poślubna. Choć antropolodzy twierdzą, że to ważne, by poczuć zapach, smak i wibrację partnera, partnerki w intymnej sytuacji, zanim zdecydujemy się na związek. Do niedawna było to prawie wyłącznym przywilejem mężczyzn. Emancypacja sprawiła, że kobiety też korzystają z możliwości feromonowego wyboru, który ponoć daje możliwość komplementarnego doboru DNA – co oznacza zmniejszenie prawdopodobieństwa wystąpienia wad genetycznych u ewentualnego potomstwa. No i jak tu pogodzić odkrycia współczesnej nauki z zasadą dziewiczej nocy poślubnej? Mimo tych sprzecznych zaleceń młode kobiety z reguły podejmują ryzyko intymnego kontaktu z ewentualnym kandydatem na stałego partnera. Widocznie zgodnie z zaleceniami antropologów uznają to za ważny element procedury rekrutacyjnej w konkursie na partnera. Dlatego zapewne coraz więcej mężczyzn już na początku dobrze zapowiadającej się łóżkowej randki słyszy druzgocące: śniadania nie będzie. Jedyna pociecha w tym, że feromonowy dobór rzadko gwarantuje dojrzałość i wiarygodność kandydata na partnera.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

[newsletterbox]

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Relacje jako antidotum na samotność

Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku. (Fot. iStock)
Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku. (Fot. iStock)
Jak to się dzieje, że w świecie, który podsuwa tyle narzędzi służących komunikacji, daje tyle możliwości spotkania nowych osób coraz więcej ludzi czuje się samotnie? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia?

Jak to się dzieje, że w świecie, który podsuwa tyle narzędzi służących komunikacji, daje tyle możliwości spotkania nowych osób coraz więcej ludzi czuje się samotnie? Co możemy zrobić, aby uchronić się przed pułapką długotrwałego osamotnienia?

Artykuł archiwalny

Samotność zwykła kojarzyć się z wiekiem podeszłym, jednak w ostatnich latach sytuacja zmieniła się fundamentalnie - problem samotności dotyka coraz większej liczby osób. Według danych przytoczonych przez Susan Pinker w znakomitej i szeroko komentowanej książce „Efekt wioski” 12-23% współczesnych Amerykanów nie ma z kim porozmawiać. W krajach takich jak Polska, Węgry, Słowacja czy Rosja aż 34% społeczeństwa deklaruje, że boryka się z samotnością. Może ona oczywiście być następstwem rozwodu, wyprowadzki dzieci z domu, ale nie omija również osób żyjących w związkach czy w rodzinie.

Samotność zabija. I to dosłownie. U ludzi, którzy przez dłuższy czas odczuwają bolesną samotność, podnosi się poziom kortyzolu – hormonu stresu, którego długotrwałe działanie wyniszcza organizm. To między innymi dlatego ludzie ci są bardziej podatni na choroby, częściej zapadają na depresję oraz mają duże trudności z rozwiązywaniem problemów. W trakcie wieloletniej praktyki terapeutycznej zaobserwowałem, że samotność towarzyszy niemal wszystkim problemom, z jakimi zgłaszają się pacjenci. Co więcej: często jest ich pierwotnym źródłem. Dokładnie odwrotnie sprawy wyglądają u ludzi, którzy otoczeni są gronem oddanych przyjaciół: osoby te żyją dłużej, są bardziej optymistycznie nastawione do życia, szybciej dochodzą do siebie nawet po bardzo ciężkich chorobach oraz znacznie lepiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów.

Dlaczego samotność jest aż tak destruktywna? Wyjaśnienie znajdujemy w przytoczonych w „Efekcie wioski” naukowych dociekaniach profesora Johna Cacioppo z University of Chicago. Skoro ludzkie mózgi ewoluowały w czasach, gdy przetrwanie mogła zapewnić jedynie społeczność, a izolacja wcześniej czy później prowadziła do śmierci poprzez głód lub atak drapieżnika, nie powinno nas dziwić, że pojawił się pewien system ostrzegawczy. Systemem tym jest dotkliwe uczucie samotności, które w swej istocie podobne jest do głodu, pragnienia czy bólu fizycznego. Jeśli z jakiegoś powodu jednostka odłączyła się od grupy, uczucie to spełniało rolę alarmu, który mówił: jeśli szybko nie znajdziesz swoich, zginiesz.

Pułapki współczesnego świata

Po pierwsze: zwodnicza łatwość. Pozorny kontakt. To, że w każdej chwili możemy otworzyć Internet i wejść na portal randkowy, Facebook, Skypa czy grupę tematyczną i poznać nową osobę, wcale nie znaczy, że nawiążemy z nią bliższą relację.

Po drugie: brak czasu. Nie jest tajemnicą, że współczesny świat wymusza na nas coraz szybsze tempo życia: awanse w pracy, podążanie wybraną ścieżką kariery czy nacisk na samodoskonalenie. Jeśli dodamy do tego rodzinę i osobiste problemy, to okazuje się, że w takiej rzeczywistości wyjścia ze znajomymi czy rozmowy z przyjaciółką traktowane są najczęściej jako strata czasu.

Po trzecie: brak świadomości. Czy zdajemy sobie sprawę, jak ważne są dla nas autentyczne więzi z innymi? Czy świadomie uczymy się, w jaki sposób możemy je budować i utrzymywać? Prawda jest taka, że jeśli nie mamy odpowiednich wzorców wyniesionych z domu lub z natury nie jesteśmy osobami zbyt towarzyskimi, często zbyt późno orientujemy się, że wpadliśmy w samotność.

Tylko głębokie i trwałe więzi mogą nas uzdrowić. Jednak ich nawiązanie i podtrzymanie kosztuje: wymaga czasu, energii, oddania, dzielenia wspólnych doświadczeń. Czy potrafimy inwestować w relacje? Przyjrzyjmy się pod tym kątem własnemu życiu.

Nauka nawiązywania relacji w pigułce

Czy nawiązywania szczerych i głębokich relacji można się nauczyć? Tak, podobnie jak każdej innej umiejętności. Relacje to inwestycja i – tak jak każda inwestycja - wymagają podjęcia decyzji, zaakceptowania ryzyka i wysiłku.
  • Zaryzykuj kontakt twarzą w twarz, zastąp nim kontakty wirtualne.
  • Wyjdź do świata, poznaj swoje najbliższe otoczenie, zaciekaw się nim. Choćby miały to być 5–minutowe pogawędki przy okazji wyjścia do sklepu czy koszenia trawy.
  • Zauważ, że wokół Ciebie mieszkają inni ludzie. Sprawdź, czy odwzajemnią Twoje spojrzenie, uśmiech. Poczuj, jak przyjemnie jest być zauważonym.
  • Inwestycja wymaga wysiłku – pamiętaj o urodzinach i ważnych dla bliskich Ci osób wydarzeniach. Świętuj z nimi, ciesz się ich radościami, płacz z nimi w smutku, złość się, kiedy jest to potrzebne.
  • Zaangażuj się we "wspólne chwile". Zaproś znajomych do siebie na mecz, na wspólne zabawy waszych dzieci, na twoje urodziny albo bez okazji.
  • Daj sobie szansę, żeby poczuć się dla innych kimś ważnym. Oczywiście jesteś ważny pomimo wszystkiego, stwórz jednak okazję, aby osoby z Twojego otoczenia mogły to wyrazić. To bardzo przyjemne i budujące.
  • Myśl o relacjach tak, jak myślisz o ćwiczeniach, rozwijaniu różnych umiejętności.
  • Zarezerwuj sobie miejsce w kalendarzu na spotkania z przyjaciółmi.
  • Dziel pasje z innymi.
  • Naucz się budować relacje, być blisko, ale po swojemu. Pamiętaj, nie ma żadnego wzorca bycia w bliskich związkach, nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak Ty.
  • Bierz i dawaj tyle, ile potrzebujesz i tylko tyle. Bliskość i relacje to najlepsza i najpewniejsza inwestycja, na jaką możesz się w życiu zdecydować. Zwrot gwarantowany.
Przy pracy nad artykułem opierałem się na książce Susan Pinker „Efekt Wioski”, której przeczytanie w całości gorąco polecam osobom zainteresowanym budowaniem głębokich, uzdrawiających więzi.

  1. Psychologia

Czy istnieje przepis na małżeństwo doskonałe?

Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. (Fot. iStock)
Dwa roboty pod jednym dachem. Albo romantycznie oddani sobie kochankowie. Czy to pary idealne? Nie. Ale psychoterapeuta Tomasz Srebnicki zapewnia, że szczęśliwy związek małżeński jest możliwy.

Każde z nich robi karierę, świetnie się razem bawią, dużo podróżują. Pragną siebie zawsze tak samo gorąco. On pamięta o jej urodzinach, ona gotuje jego ulubione potrawy. Nigdy się nie kłócą... Czy tak właśnie wygląda idealny związek?
To raczej związek dwóch robotów, które nie wchodzą ze sobą w żadne interakcje, po to, by temu modelowi sprostać. Małżeństwo doskonałe to takie, którego – wychowani w kulcie romantyzmu – nie uznalibyśmy wcale za małżeństwo, a raczej za partnerską umowę. Jest wspólnotą założoną na podstawie świadomej decyzji – bycia razem. Ale bez oczekiwań typu: „on nam na pewno zbuduje duży dom, bo mężczyzna powinien...” albo: „ona będzie gotować mi zupę i nosić erotyczną bieliznę na co dzień, bo kobieta powinna…”. To właśnie oczekiwania doprowadzają do frustracji i rozwodu.

No ale każdy ma jakieś oczekiwania, na przykład chce być kochany.
Posiadanie oczekiwań wobec partnera tak naprawdę jest próbą sprawowania nad nim kontroli, przejawem egoizmu. Mąż myśli: „jeśli mnie kocha, będzie mi robiła kolacje, kiedy zmęczony będę wracał z pracy”, żona myśli: „jeśli mnie kocha, będzie co sobota sprzątał ze mną dom”. Tymczasem ona wieczorem woli poczytać niż gotować, a on w sobotę chce poleżeć przed telewizorem. I oboje uważają, że mają do tego prawo. I kto w takiej sytuacji zrobi kolację i posprząta? Nikt, bo tych dwoje egoistów naskoczy na siebie i będzie się licytować: „ale ja tyle pracowałem”, „a ja tyle się namęczyłam!”. I do niczego nie dojdą.

Czy w związku idealnym nie ma konfliktów?
Konflikty, niezależnie od tego, czy przebiegają dynamicznie (kłótnie i trzaskanie drzwiami), czy biernie (ciche dni), powinny doprowadzić do rozwiązania problemu. Ale nie tak, że jedno mówi: „powinniśmy się pogodzić”. Po prostu nadchodzi taki moment, że oboje zaczynają do tego dążyć, np. mówiąc: „chcę o tym porozmawiać”, „chciałem cię przeprosić” albo po prostu przytulają się, o ile sytuacja nie wymaga działań. A jeśli wymaga, to oboje (dobrowolnie i świadomie) się na te działania zgadzają. Ona może chcieć mu przygotować kolację, a on może chcieć sprzątać z nią dom. A jeśli nie, decydują, co z tym zrobić.

A może sposobem jest wymiana: ona zrobi kolację, a w zamian za to on posprząta?
W małżeństwie doskonałym nie powinno być handlu wymiennego emocjami (np. „Skoro ty się spóźniłeś, to teraz ja wrócę w nocy! Martw się!”) czy potrzebami (np. „Jak ty mi kupisz samochód, to ja ci urodzę dziecko”). Bo tylko wtedy, kiedy nie ma „ekonomii”, pozwalamy sobie i partnerowi, by wszelkie relacje między nami były skutkiem wolnych wyborów. A to podstawa szczęścia we dwoje.

Błędem jest też mierzenie drugiej osoby własną miarką („tylko lenie leżą w sobotę przed telewizorem”). Bo to pociąga za sobą sugestię, że powinna dostosować się do naszych wyobrażeń (nie leżeć przed telewizorem, tylko sprzątać). I sprawia, że pojawia się napięcie (żona myśli: „czy mimo to on się jednak położy przed telewizorem?”, a mąż: „nie mogę spokojnie poleżeć, bo ona się wścieknie”).

Rozumiem, że zamiast na wyobrażenia czy oceny lepiej postawić na porozumienie i wyrozumiałość?
Najlepiej zacząć od tego, żeby decyzja o wejściu w związek była naprawdę świadoma. Dlatego taka mądra jest przysięga składana podczas ślubu kościelnego. Mówi właśnie o braku założeń, a podkreśla to, co jest naprawdę istotne: „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”, „będę z tobą w zdrowiu i chorobie…. Za to formuła wypowiadana w urzędzie stanu cywilnego zaczyna się od tego, co właśnie prowadzi do nieszczęścia: „świadomy praw i obowiązków…”. Innymi słowy: mogę żądać i oczekiwać! Tymczasem małżeństwo idealne trzeba chcieć budować, a nie musieć budować czy żądać budowania go od drugiej strony. Tylko jeśli nie będzie oczekiwań i żądań, nie pojawi się poczucie winy, złości, lęku…

A to wystarczy, żeby ludzie byli szczęśliwi?
Nie wystarczy, ale jest niezbędne. Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w związku. To nie tak, że tu wszystko mają dostać i wszystko dać. Bo jeśli żona uzależnia swój nastrój od tego, czy mężowi smakuje obiad – przeżywa masę napięć.

Ale czy to możliwe? Być szczęśliwą – niezależnie od tego, co się dzieje z mężem? To nieludzkie…
Współmałżonek ma oczywiście wpływ na to, jak się czujesz. Ale determinowanie swojej samorealizacji i szczęścia wyłącznie udanym małżeństwem pozbawia cię szansy na czerpanie radości z innych obszarów: pracy, pasji, życia wewnętrznego.

Hmm, a więc każdy sobie?
Nie, nie każdy sobie, ale większość problemów w parze wynika z tego, że małżonkom brakuje życia poza małżeństwem, brakuje innych kontekstów.

Jeśli małżeństwo jest całym moim życiem i widzę, że nagle moja żona jest smutna, to skąd mam czerpać energię, żeby ją pocieszyć? Przecież nie z niej. A jeśli twój mąż przychodzi z pracy wściekły? To skąd masz brać siły, by wytrzymać jego atak wściekłości? Jeśli kobieta przypisuje nadmierną wagę sobie jako żonie, a mniejszą sobie jako prawniczce, lekarce, przyjaciółce, hobbistce malowania na szkle… – to mniej czerpie satysfakcji ze swojej pracy, przyjaźni czy hobby. Nie można całej energii brać jedynie z partnera. Czyniąc tak, będziesz przejmować nie tylko jego pozytywne nastroje, ale też te złe: smutek, wściekłość… I będziecie czuć się razem nieszczęśliwi.

To wszystko, co robimy poza związkiem, służy związkowi?
Tak, bo jedynym celem małżeństwa jest rozwój dwóch indywidualności, tyle że w parze. Dlatego mówię, że małżeństwo idealne nie jest małżeństwem w romantycznym rozumieniu. Każde z małżonków rozwija się bez ograniczeń ze strony partnera. Nie ma tak, że partner pozwala ci jechać na wycieczkę do Paryża czy na szkolenie do Konstancina. Po prostu jedziesz tam, bo chcesz, albo nie jedziesz, bo wolisz zostać z nim. Decydujecie się być razem, ale rozwijacie się indywidualnie.

Czy to nie przypomina związku dwóch singli?
Nie, bo jeśli każde z małżonków ma dużo swoich kontekstów, może z któregoś z nich zrezygnować, by być razem. Ona nie ma już czasu na fitness, chór i na wizyty w klubie. Zależy jej najbardziej na chórze, więc resztę sobie odpuszcza, bo w wolnym czasie woli z mężem meblować dom i dbać o ogród. On za to przestaje grać w tenisa, bo też woli z nią zajmować się domem. Poza tym w małżeństwie doskonałym wiele kontekstów okazuje się wspólnych – i one zacieśniają więź. Ona na przykład lubi piec ciasta. On kocha podróże. Jak to pogodzić? Na przykład niech wędrują po świecie w poszukiwaniu miejsc sławnych z wyjątkowych wypieków.

Ale dziś wspólna część to zazwyczaj tylko kredyt!
Nie chodzi o to, że każde z nich ma żyć własnym życiem i ma ich łączyć tylko jakaś jedna wspólna rzecz, lecz o to, żeby każde dobrowolnie podejmowało codziennie decyzję o wspólnym życiu i z tego czerpało satysfakcję. Nic na siłę.

Mam takich pacjentów: jak on się uprze „jedziemy na łódki”, to cała rodzina jedzie. Czy chcą, czy nie. No i spędzają razem czas, ale napięcie, jakie temu towarzyszy, jest porażające. Dlatego oboje małżonkowie muszą znaleźć własne konteksty, dać sobie przyzwolenie na rozwój w obszarach, które nie są wspólne. Jeśli on chce jeździć na łódki, niech jedzie, ale ona wtedy może iść do muzeum. Jeśli sobie na to pozwolą – z czasem będą się czuli na tyle autonomiczni, żeby z tej autonomii móc świadomie i z radością zrezygnować. Na tym polega bycie w związku. Małżeństwo jest rezygnacją z niezależności, nie drogą do niej. A tak myśli wiele młodych osób, stających przed ołtarzem czy urzędnikiem stanu cywilnego: „Wyrwę się spod kurateli rodziców, wreszcie będę mogła robić to, co lubię: fotografować, nurkować. Przecież on mi tego nie zabroni!”. To przekonanie prowadzi do 60-procentowego wskaźnika rozwodów, bo jest oparte na chęci realizacji tylko własnych celów.

Co jeszcze charakteryzuje związek idealny?
Uważność, a nie służalczość. Jeżeli w sklepie stoję przed półką z ciastkami i hołduję modelowi służalczości, to kupię te ciastka, które lubi żona, by spełnić jej oczekiwania, bo: „będzie zła, jak jej ich nie kupię” albo: „czuję, że powinienem”. Towarzyszy mi napięcie. Jeśli hołduję modelowi uważności – kupię ciastka, które lubi żona, bo: „ona je lubi, a ja chcę jej sprawić przyjemność”. I nie muszę odczuwać wówczas wzruszenia, niebywałej radości, ale na pewno nie odczuwam napięcia. Co więcej, przychodząc do domu, nie oczekuję wdzięczności za to, że jej te ciastka kupiłem. Tymczasem w modelu służalczości tej wdzięczności chcę.

A to źle – oczekiwać wdzięczności?
Weźmy taki przykład, kobieta przez 15 lat pierze, gotuje sprząta i nagle, po tych 15 latach, mówi: „to ja piorę, prasuję, gotuję i nic z tego nie mam…?”. A przecież to był jej wybór. Dlaczego więc uważa, że ma prawo w zamian czegoś żądać?

To jak pokazać, że się czegoś potrzebuje?
Jeśli kobieta chce coś dostać, to o tym mówi, np.: „lubię dostawać kwiaty” i jeśli mężczyzna jest uważny na jej potrzeby, będzie jej te kwiaty kupował. Ale jeśli ona o kwiatach nie mówi, tylko jeszcze więcej sprząta, to partner jej tych kwiatów nigdy nie kupi, no bo jak ma się domyślić! A ona będzie na niego coraz bardziej zła... Okaże mu to, a że on nie wie, o co chodzi, szansa, że kupi jej cokolwiek z własnej woli, jest coraz mniejsza, bo też zaczyna być na nią zły. W końcu ona na nim te kwiaty wymusi, ale on będzie odczuwał napięcie, zarówno podczas ich kupowania, jak i w momencie wręczania. I tak żadnemu z nich nie dadzą one szczęścia. Odwrotnie. Ten bukiet ich od siebie oddali, bo jego podłożem emocjonalnym będzie napięcie: lęk, złość, a nie świadomy wybór. „Dzięki temu, co robię, nam obojgu ma być lepiej” – to motywacja małżonka idealnego.

  1. Psychologia

Krajobraz po bitwie. Jak wrócić do równowagi po odkryciu niewierności?

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Badaczka związków partnerskich Esther Perel twierdzi, że każda zdrada była kiedyś historią miłosną. Ujawnienie jej może być zatem smutnym zakończeniem księgi albo pierwszym rozdziałem drugiego tomu. Od czego to zależy?

Wiele terapii małżeńskich zaczyna się od indywidualnej wizyty jednego z partnerów i pytania: jak żyć po zdradzie? Czasami w drzwiach gabinetu staje zdradzający, innym razem zdradzony. Ten pierwszy boryka się z poczuciem winy, drugi – nie wie, czy i jak wybaczyć. Wydawać by się mogło, że ludzie, którzy kiedyś wybrali siebie na życie, dziś stoją po przeciwnych stronach barykady, ale tak naprawdę wiele ich łączy – przede wszystkim poczucie krzywdy. Jeśli tylko uda im się to zrozumieć, a jeszcze lepiej: przyjąć, przeżyć i zareagować – mają drugą szansę, a w zasadzie szansę na nowy związek. W książce „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” badaczka Esther Perel pisze, że w dzisiejszych czasach każdy z nas ma szansę na dwa, trzy małżeństwa, czasami z tym samym partnerem, bo związek po zdradzie to budowanie wszystkiego od nowa, na nowych zasadach.

Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku”

To takie proste!

Zdrada nigdy dotąd nie była tak prosta do przeprowadzenia, tak łatwa do odkrycia i tak bolesna do przeżycia jak dziś. Wielu badaczy małżeńskiej niewierności twierdzi, że to poważna trauma, odciskająca trwałe piętno na każdym z partnerów i na związku. Świadomość, że osoba, której wierzyłeś i zaufałeś najbardziej na świecie, fizycznie, emocjonalnie lub choćby wirtualnie, zbudowała intymność z kimś innym i przede wszystkim cię okłamała – to cios prosto w serce. Czujesz, jakbyś stracił grunt pod nogami.

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją kobiecość, atrakcyjność, seksualność; zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej męskości, dumy i godności. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o naszym małżeństwie jako związku na całe życie, na dobre i na złe. Czy po czymś takim można się podnieść i dlaczego to przytrafiło się właśnie nam? – to dwa pytania, które spędzają sen z powiek parom doświadczającym niewierności. Poranieni wierzą, że jeśli tylko uda im się znaleźć na nie odpowiedź, wszystko wróci do normy.

Terapeuci par od lat przekonują, że zdradę do związku zapraszają obydwoje partnerzy i nie chodzi o to, że obydwoje ponoszą winę, na przykład przez lata zaniedbując związek. Niewierność może być również rezultatem chwilowej utraty kontroli czy momentu zauroczenia, efektem chęci przeżycia przygody czy rozładowania napięcia (nie tylko seksualnego, ale wynikającego choćby ze stresu). Esther Perel twierdzi, że zdrada ma głębokie korzenie, ludzie w udanych związkach także się jej dopuszczają: „Szukając czyjegoś spojrzenia, nie zawsze odwracamy się od naszego partnera, ale od osoby, którą w tym związku się staliśmy. Nie chodzi o szukanie innej osoby tylko innej/innego siebie”. W czasach, w których wszyscy przyznajemy sobie prawo do szczęścia, panuje powszechne przyzwolenie na pozamałżeński romans i powszechny przymus, by rozstać się, jeśli partner tego szczęścia nam nie zapewnia, a już na pewno kiedy sam ma romans na koncie. „Wystaw mu walizki za drzwi, przecież sama doskonale sobie poradzisz” – słyszą zdradzane kobiety. To prawda, poradzą sobie, ale czy tego właśnie chcą?

Do gabinetów terapeutycznych zgłasza się coraz więcej par, które chcą się rozstać świadomie, jak najmniej boleśnie i „żeby dzieci nie cierpiały”. Doskonale, czemu nie, brawo za dobre chęci! Czasami zdrada rzeczywiście jest tą kropką nad „i”, ostatnim ciosem dobijającym od dawna martwy już związek. Bywa, że rany są tak wielkie, że tylko czas rozłąki ewentualnie będzie w stanie je uleczyć. Natomiast reanimacja związku to bardzo trudny proces, wymagający ogromnego zaangażowania obojga.

Czy moja miłość jest większa niż twoja zdrada?

Większość terapeutów małżeńskich przekonuje, że do uzdrowienia związku po zdradzie potrzebne są szczerość i świadomość z obu stron, z jednej – szczere i świadome przyznanie się do wyrządzenia krzywdy, z drugiej – szczera i świadoma miłość. Dobrze rokują pary, w których partnerzy są siebie ciekawi, chcą zrozumieć nie tylko to, co się stało, ale także swoje wzajemne potrzeby i ograniczenia. Zdrada zabija nie tyle relację, ile wyobrażenie o niej i o partnerze wyidealizowanym w romantycznej fazie zakochania. Zabranie energii ze związku i zainwestowanie jej choćby w przelotny romans jest niczym najczulszy test, pokazujący, jak rzeczy się mają naprawdę i co nie działa.
„Naprawa związku przypomina odbudowę domu po pożarze. Najpierw czekasz, aż rozwieje się dym i przestaną płynąć łzy. Potem szacujesz szkody, szukasz źródła pożaru i długo sprzątasz, aż wyczyścisz fundamenty. Dopiero wtedy możesz stawiać na nich nową konstrukcję, tym razem lepiej zaplanowaną”

Powrót do równowagi

Zdaniem Perel w powrocie do równowagi po zdradzie trzeba przejść przez trzy fazy: kryzys, tworzenie znaczenia i tworzenie wizji.

Tuż po ujawnieniu zdrady trudno powstrzymać wybuch gwałtownych emocji, trudno rozmawiać o faktach, trudno oddzielić to, co się zdarzyło, od tego, co mogło się zdarzyć. Lęk, złość, rozczarowanie, niedowierzanie, wzajemne oskarżenia i atmosfera nieufności – nie pozwalają na podjęcie jakiejkolwiek decyzji czy nawet usłyszenie argumentów drugiej strony. Musimy jednak skonfrontować się ze wszystkimi bolesnymi uczuciami, przeżyć do końca smutek i ból, na dodatek sami. Partner nam w tym nie pomoże, on przeżywa swoje piekło. Tu nie ma zwycięzców i przegranych. Zdarza się wcale nierzadko, że zdradzany też miał dosyć tego, co działo się w związku, też chciał więcej, tylko zabrakło mu odwagi, by wykonać jakiś ruch. Esther Perel nazywa ten etap tańcem gniewu i wybaczenia, wykonywanym do niekontrolowanego rytmu zaufania. Ma na myśli głównie gwałtowne zmiany emocjonalne w relacji partnerów, którzy próbują ratować związek, choć momentami zachowują się tak jakby chcieli go zniszczyć do końca: „Przytul mnie/Nie dotykaj mnie”, „Wynoś się/Nie możesz mnie teraz zostawić”, „Chcę rozwodu/Zabiję cię, jeśli odejdziesz do niej”. Zdradzany partner domaga się, by zdrajca po wielokroć odpowiadał na te same pytania – a kiedy ten błaga, by zostawić już przeszłość i skoncentrować się na tym, co dalej, zdradzany czuje, że jego cierpienie jest bagatelizowane.

Na tym etapie ruch jest po stronie zdradzającego: „Przede wszystkim powinien pilnować, by romans pozostał w świadomości po to, by partnerka nie musiała się katować przypominaniem” – podkreśla Perel. To on rozpoczyna rozmowę, wysyłając tym samym komunikat, że niczego nie ukrywa ani nie umniejsza, choć najchętniej chciałby już o wszystkim zapomnieć, wymazać gumką myszką to wszystko, co się wydarzyło. Absolutnie nie chodzi o zapewnienia, że ,,to był tylko seks”, ale na przykład uprzedzenie pytania partnerki i oświadczenie, że w restauracji, do której zaprasza ją na kolację, nigdy nie był z kochanką. To on swoimi słowami i czynami musi udowodnić, że warto dać jemu, a tym samym związkowi, drugą szansę. Autentyczne, prowadzące do skruchy poczucie winy na tym etapie jest bardzo ważnym czynnikiem naprawczym, bo, jak wyjaśnia Perel: „Szczere przeprosiny są wyrazem troski i zaangażowania w związek, wspólnego przeżywania cierpienia i świadczą o przywróceniu równowagi i partnerstwa”. Etap kryzysu kończy się (choć nierzadko zdarzają się nawroty), kiedy zdradzający jest w stanie szczerze powiedzieć: „To z tobą chcę być. Zawsze chciałem/chciałam tylko ciebie”, a osoba zdradzana szczerze wierzy, że partner naprawdę ją wybiera.

Bez tematów tabu

Drugi etap to szacowanie szkód, – szukanie źródła pożaru i sprzątanie, aż po fundamenty. I ciągle powracające pytanie: „Dlaczego on/ona to zrobił/zrobiła?”. Ten etap zdrowienia, przynajmniej na początku, również każde z partnerów musi przeżyć w pojedynkę, ewentualnie korzystając ze wsparcia przyjaciół czy terapeuty. Dla osoby zdradzanej ważne jest skupienie się na zlokalizowaniu ran – gdzie boli najbardziej? Co było największym ciosem? Uraza, nielojalność, porzucenie, nadużycie zaufania, kłamstwo, a może jeszcze coś innego? Osoba zdradzająca powinna zrobić emocjonalny rachunek sumienia: co o mnie samej/samym mówi akt niewierności? Co znalazłam/znalazłem w kochanku/kochance? Czego dowiedziałam/dowiedziałem się o siebie? I najważniejsze: czy mogę tego wszystkiego doświadczyć w swoim związku?

Zdarza się nierzadko, że romans budzi do życia; zdradzający partner jest w stanie zastąpić w związku to, co normalne i rutynowe – intensywnym i świeżym. Gdyby partnerzy potrafili wnieść do swojego związku choćby 10 proc. uwagi, radości i werwy, jakie przejawiają w romansie, ich związek na nowo by ożył. I nie chodzi jedynie o seks. Zdarza się, że kłótnie o zdradę przeradzają się w rozmowy tak szczere, jak nigdy dotąd, w końcu nie mamy już nic do stracenia. Może się okazać, że na przykład obydwoje od dawna pragnęli czegoś innego, tylko nie potrafili o tym rozmawiać. W rezultacie jedno uciekło w pracę, a drugie – w romans. Ta wzajemna szczerość często tworzy mocne podwaliny do odbudowywania zaufania. Ważne, by nie tworzyć tematów tabu, tylko otwarcie pytać, żeby rozwiać wątpliwości. Jeśli boisz się, że partner nadal utrzymuje kontakt z kochanką, zapytaj o to, zamiast snuć domysły. Jeśli chcesz sprawdzić jego telefon, poproś, by sam ci go pokazał, zamiast robić to w tajemnicy. Macie prawo mieć większe oczekiwania względem związku, mówcie o swoich potrzebach, dzielcie się pragnieniami. To niepowtarzalny moment, by stworzyć naprawdę solidne podstawy waszej relacji.

Każda zdrada tak naprawdę ma jakiś sens, który para zwykle prędzej czy później odkrywa. Najważniejsze jest jednak, by zdradzany partner porzucił rolę ofiary i spróbował spojrzeć na „zdrajcę” z miłością (moja miłość silniejsza niż twoja wina), a na siebie jak na osobę w pełni zasługującą na miłość. A zdradzający, by nie tkwił w nieskończoność w roli krzywdziciela, tylko wszedł w rolę ratownika związku.

Końcem tego etapu zdrowienia zwykle jest wybaczenie. To długi proces i – jak twierdzą terapeuci małżeńscy – konieczny, by związek trwał nadal. Przy czym najważniejsze jest zdefiniowanie wybaczenia na własny użytek. Zdaniem Esther Perel wybaczyć to dopuścić do siebie doświadczenie niewierności i nadać mu swoje znaczenie. Ujawnić swój ból, ale nie przeżywać go w nieskończoność. Nie rozpamiętywać bez końca tego, co się wydarzyło. Spróbować odbudować więź z partnerem. Ty i twój partner czy partnerka możecie stworzyć własną definicję. To jest również dobry czas na to, by wspólnie ustalić definicję wierności i lojalności, a także listę symptomów świadczących o tym, że za rogiem czai się kryzys, który może (ale nie musi) doprowadzić do kolejnej zdrady.

Trzy scenariusze

Ostatni etap to wizja. Niektórzy terapeuci twierdzą, że obserwując w czasie sesji partnerów po zdradzie – a raczej łączącą ich więź –  są w stanie przewidzieć, czy ten związek ma jeszcze szanse. Ale tak naprawdę wszystko zależy od decyzji partnerów, od tego, na co się umawiają i czy są w stanie stworzyć wspólną nową wizję związku.

Zdaniem autorki „Kocha, lubi, zdradza” możliwe są trzy scenariusze zachowania stron. Pierwszy to tzw. cierpiący – dla nich romans nie jest chwilowym kryzysem związku, ale staje się powodem do rozgoryczenia, pragnienia zemsty i użalania się nad sobą – nawet wiele lat po zdradzie pozostaje ona tematem numer jeden, a para nie rozwija się. Kolejny model to tzw. budowniczy, którzy decydują się zostać razem, ponieważ cenią życie, które wspólnie stworzyli, jednak nie udaje im się wznieść ponad niewierność i małżeństwo nie rozwija się, tylko wraca do poprzedniego stanu, a zdrada niczego ich nie uczy. Wreszcie tzw. odkrywcy, czyli partnerzy potrafiący nadać sens zdradzie, otwarcie mówiący o tym, czego brakuje im w związku i czego szukali poza nim.

To, który scenariusz wybierzecie, zależy wyłącznie od was. Niektóre historie miłosne kończą się na pierwszym tomie. Cóż, takie jest życie.

  1. Psychologia

Jak się rozstać? Skąd mieć pewność, że związek naprawdę warto zakończyć?

Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Jak się rozstać po długim związku? Jak zakończyć związek kiedy się kocha? – Decyzja o tym, by rozstać się z partnerem nigdy nie przychodzi łatwo. A gdy już ją podejmiemy, to i tak często mamy wątpliwości. Dlaczego tak jest? Po czym poznać, że przestałyśmy kochać, albo jak dostrzec, że on przestał kochać nas? Kiedy należy skończyć związek i jak można przygotować się do rozstania – mówi Paulina Kapiec-Kałużyńska, psycholożka, psychoterapeutka.

Uważasz, że kobieta, która rozstaje się z partnerem, potrzebuje wsparcia innych kobiet?
Myślę, że to pomaga. Prowadząc grupę wsparcia dla kobiet po rozstaniu, zobaczyłam, jakim trudem może być koniec związku. Można się z tym borykać latami, unikać budowania nowej relacji. Kiedy na warsztatach spotykają się kobiety, które mają podobne doświadczenie i przeżywają w związku z tym podobne emocje, czują ulgę, widząc, że nie są same.

Jak się rozstać po długim związku? Co takiego robicie podczas warsztatów, że pomagają one uporać się ze stratą?
Nie u każdej z tych kobiet możemy mówić o uporaniu się. Jedne, owszem, wychodzą zupełnie inne, gotowe do nowego życia. Ale są też takie, którym warsztaty tylko coś otwierają, dają początek długiej drodze, jaką muszą pokonać, żeby móc powiedzieć: „Poradziłam sobie”. A co takiego robimy na warsztatach? Wspólnie nazywamy i przerabiamy wszystkie emocje związane z rozstaniem. To już bardzo dużo, bo kiedy zadaję pytanie: „Jakie masz konkretne uczucia, kiedy myślisz o tym związku?”, to one po raz pierwszy głośno mówią o żalu, złości, smutku, strachu. Kiedy proszę, żeby zapytały siebie, z czym konkretnie nie potrafią się pogodzić, to stopniowo docierają do sedna i mówią, że na przykład chodzi najbardziej o poczucie odrzucenia, przegraną rywalizację z inną kobietą. Uczestniczki warsztatów sporo rozmawiają też między sobą o tym, jak się czują, co także pozwala pokonać wstyd. Czasem proszę, żeby wyobraziły sobie lustro, w którym widzą byłego partnera. Ich zadaniem jest roztrzaskanie tego lustra w wyobraźni na kawałki. Potem rozmawiamy o tym, czy to się udało. Nie zawsze to wychodzi, tak samo jak nie zawsze udaje się przejść symboliczną linię, która ma oznaczać gotowość na zmianę, na rozpoczęcie nowego życia. Intensywnie pracuję też z nimi nad zaakceptowaniem tu i teraz. Chodzi o to, by uświadomiły sobie, że tu i teraz one już nie są w tamtym związku, że to już przeszłość. To ważne, bo często one karmią się iluzjami: wszystko się uda naprawić, znów będziemy razem. Żyją takimi złudzeniami, nawet wiedząc o tym, że ich były partner już jest w innym związku.

Cierpi najbardziej osoba porzucana – taki jest stereotyp. Ale czy bólu nie przeżywa też ktoś, kto porzuca? Jak zakończyć związek kiedy się kocha?
Z mojego doświadczenia wynika, że ktoś, kto podjął decyzję o rozstaniu i jest tego pewny, raczej nie szuka pomocy. Oczywiście, są ludzie, którzy odchodzą, bo nie mają wyjścia. Ale wtedy trudno mówić o decyzji, to jest bardziej przymus. Bo co mi pozostaje, jeśli druga strona już nie odpowiada na to, czego ja potrzebuję, odsuwa się? Kto tutaj kogo porzuca, nawet jeśli to ja wypowiadam słowo „koniec”? Choć z drugiej strony – nawet taką sytuację możemy przeżyć z dumą – co ułatwia pogodzenie się ze stratą.

Jak się rozstać zatem? Wiele kobiet zostaje w związku, mimo że chce rozstania.
Tym, co sprawia, że kobieta nie odchodzi, często jest lęk. On ma, oczywiście, różne podłoże. Czasem zastanawiamy się, co będzie potem, i to budzi strach, bo wydaje się nam, że będzie gorzej. Sama zmiana życia też generuje strach – nie jesteśmy na to gotowe. Jest mnóstwo mechanizmów, które zatrzymują kogoś w relacji. Trzeba je powoli poznać, rozbroić jak bombę, dopiero wtedy można mówić o gotowości do rozstania. To, co powiedziałam o łatwości wychodzenia ze związku, dotyczy tych kobiet, które z zasady traktują go jako wartość dodaną. Relacja ma dawać szczęście, a nie generować piętrzących się problemów czy cierpień. To są kobiety, które potrafią postawić granicę.

Dużo jest takich kobiet?
Z pewnością nie, a to pewnie dlatego, że jest niewiele rodzin, które uczą takiego komfortowego funkcjonowania w relacji z mężczyzną. Jesteśmy raczej od dziecka przygotowywane do tego, że może być ciężko, a naszym zadaniem jest to znosić, naprawiać, łagodzić. Pewnie inaczej jest w rodzinach, w których kobiety potrafiły odchodzić, wiedziały jak się rozstać. Sama pochodzę z domu, gdzie jest duża tradycja rozwodów, te rozwody pojawiały się jeszcze w takich czasach, gdy nie rozwodził się prawie nikt. W związku z tym dla mnie rozstanie nie jest niczym strasznym, jest wyborem. Takie podejście ma swoje plusy, ale ma też minusy, bo łatwo wpaść w pułapkę pakowania walizek, rezygnowania z prób naprawienia związku w momencie, w którym inne kobiety jeszcze by walczyły.

Dla mnie związek ma być dobry, jeśli mnie niszczy, to ja go nie chcę.

Co to znaczy wiedzieć, że związek mnie niszczy?
A skąd w ogóle wiemy, że czujemy się źle? Jakie ciało daje nam sygnały? Najczęściej to ściśnięty żołądek, drżące ręce, przyspieszony puls, ogólny dyskomfort. Jeżeli kobieta wraca do domu i jest zestresowana, boi się, nie może jeść albo przeciwnie, kompulsywnie się objada, pojawiają się problemy ze snem, jeśli nie może się rozwijać, cieszyć, jest smutna – jest to znak, że ta relacja jest niszcząca. Mąż czy partner nie powinien być źródłem lęku czy frustracji. Jeśli, oczywiście, uznajemy, że właściwa jest definicja związku jako relacji napędzającej do życia, dodającej energii. Że razem możemy zrobić więcej niż samotnie, lepiej zarabiać, może więcej podróżować, mieć dzieci, pasje, seks. Gdy tego nie ma, warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Może to nie chodzi o partnera – albo nie tylko o niego? Może to ja przestałam kochać?

Ale czasem kobieta, szczególnie gdy ma z partnerem dzieci, zastanawia się: „Rzucę go, ale co będzie z domem, rodziną?”. Bo co to znaczy kochać? Włączają się jej mechanizmy, które racjonalizują to instynktowne: „Przestałam kochać”.
Słysząc to pytanie, automatycznie wyobraziłam sobie kobietę, która nie rozmawia z partnerem. Dla mnie zdrowa jest taka relacja, w której możemy być sobą, nie musimy udawać, tylko możemy szczerze mówić o tym, co czujemy. I jeśli kobieta zaczyna mieć wątpliwości, to siada ze swoim mężem i mówi: „Nie wiem, co się z nami dzieje, nie wiem, co czuję, zróbmy coś z tym”. Wtedy mogą podjąć ileś działań, których celem jest przyjrzenie się temu. Mogą rozmawiać, iść na terapię, wyjechać razem czy nawet zdecydować się na chwilę rozłąki. Ale to zawsze jest współpraca. Ona mówi, on reaguje. A jeżeli ona w samotności zastanawia się, co ma z tym zrobić, czy go kocha, czy nie kocha, to chyba nie najlepiej świadczy o ich porozumieniu. Potrzeba uchronienia związku przed rozpadem musi być po obu stronach.

A może taka kobieta nie mówi partnerowi o swoich wątpliwościach, bo boi się, że on powie: „O co ci chodzi, jesteś dziwna”. Albo sam zacznie pakować walizki?
I jak to świadczy o tym związku i jego wartości? Inna rzecz, że kobiety często nie chcą dostrzec tego, co mężczyźni im przekazują, nawet niewerbalnie. On się już wycofuje, a ona myśli, że jak będzie miła, to wszystko da się uratować. Godzi się na wszystko, byle tylko on z nią był. Często utrzymujemy więc pozory, że wszystko jest OK. Robimy to i dla siebie, i dla otoczenia. Łatwiej przepłakać noc, a rano z dumnie podniesionym czołem ruszyć do pracy i podtrzymywać iluzję dobrze funkcjonującej rodziny. U większości ludzi jest ta ogromna tęsknota za domem z ogródkiem, dwójką dzieci i kolacjami dla przyjaciół. Bo tak – w obiegowej opinii – wygląda i żyje człowiek, który ma udane życie.

Jednak są kobiety, które chcą silnych emocji, dla nich relacja z mężczyzną to ciągłe przejażdżki z nieba do piekła. Jak się rozstać w takiej sytuacji? Skąd one mają wiedzieć, że powinny podjąć decyzję o rozstaniu, skoro wciąż żyją w skrajnych emocjach?
Wróćmy na chwilę do tej pierwszej relacji w naszym życiu, czyli relacji z rodzicami. Jeśli tam było zbliżanie i oddalanie, odrzucenie, napięcie, huśtawka – to trudno, żeby ktoś wychowany w takiej atmosferze umiał potem żyć w spokojnym związku. Taka osoba rzeczywiście często mówi: „Nudzi mnie stabilizacja”. Za tym kryje się lęk przed bliskością. Niestabilny partner jest gwarancją, że nigdy nie będziemy z nim naprawdę. A co za tym idzie, nie zostaniemy odrzuceni. Paradoks polega na tym, że kobiety żyjące z niestabilnym mężczyzną są przecież wciąż odrzucane, ale z drugiej strony – mają złudzenie, że nie muszą bać się, że on je odkryje, pozna, zaakceptuje, a potem odtrąci. One też nie będą musiały pokochać go naprawdę – z jego wadami, słabościami. Taka więź jest dla nich odstraszająca. Takie kobiety zakochują się nie tylko w niestabilnych mężczyznach, ale też w takich, z którymi nie mogą się związać: księżach, uczniach, żonatych. I ich związek może ciągnąć się latami. Jak z tego wyjść? Obedrzeć relację z iluzji nieba. Ale to jest trudne. Bo takie kobiety potem – gdy tęsknią albo gdy on się odzywa – racjonalizują: „Było źle, ale przynajmniej od czasu do czasu miałam ten moment haju, więc i tak mam więcej niż kobiety żyjące w nudnych związkach”. Trzeba dokładnie zobaczyć ten mechanizm, skoncentrować się na sobie, zaobserwować, co nami kieruje, być może skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Ważne, żeby zastanowić się, na jakim związku nam zależy, jak chcemy żyć. I na ile partner, z którym jesteśmy, jest w stanie pomóc nam zrealizować ten cel.

Dlaczego tak wielu z nas bardzo boi się rozstań?
Bo generują dużo trudnych emocji. Wymagają nauczenia się nowych zachowań, uruchomienia siły, energii. Dużo trudniej się rozstać ludziom, którzy nie zostawili sobie w związku pewnej sfery niezależności. I nie chodzi tylko o pieniądze. To często dzieje się wtedy, gdy kobieta oczekuje, że mężczyzna będzie nie tylko partnerem, ale że się nią całkowicie zaopiekuje, wszystko za nią załatwi. To jest, oczywiście, wygodne. Ale to pułapka, bo przestajemy zaspokajać swoje potrzeby albo je tak bardzo tłumimy, że nie potrafimy ich rozpoznać. A kończy się to depresją, nerwicami.

Jak pokonać strach przed decyzją o rozstaniu?
Trzeba przyjrzeć się temu lękowi. Zadać sobie pytanie: „Czego konkretnie się boję?”. Załóżmy, że odpowiedź brzmi: „samotności”. Kiedy będę się czuła samotna? Wieczorami. To co mogę zrobić, żeby te wieczory sobie umilić? Warto też zrozumieć, dlaczego tak bardzo boimy się samotności. Czy to nasz lęk, czy na przykład przekazała go nam mama, babcia czy inna ważna osoba? Trzeba oddzielić to, co jest moje, od tego, co ktoś mi wpoił. Należy także zaakceptować trudne emocje. Decydując się na rozstanie, decyduję się na swego rodzaju kryzys, ale kryzysy są najbardziej rozwojowymi momentami w życiu, może więc warto podejść do tego z optymizmem.

Na co musimy być przygotowane?
Unikałabym wymieniania konkretnych rzeczy, bo wymyślimy sobie różnego rodzaju scenariusze, emocjonalnie będziemy już je przeżywać, czyli kryzys rozstania będziemy przeżywać dużo dłużej, niż on trwa, a potem może się okazać, że czujemy w ogóle inaczej, niż przewidywałyśmy. Możemy nie radzić sobie ze strachem, czy jeszcze kiedyś się zakochamy i założymy rodzinę, z obawą przed nową rzeczywistością, w której wszystko będziemy musiały robić same. Warto się zastanowić, czy lęk w ogóle nie jest dominującą emocją w naszym życiu. Możemy wchodzić w relacje, bo się boimy. Boimy się być same, a za tym „same” kryje się świadomość, że musimy być teraz odpowiedzialne za swoje życie, że nie ma „my”. Możemy też sobie nie radzić ze społecznym przymusem wychodzenia do ludzi. „Zbierz się, nie można tak siedzieć w czterech ścianach”. A w sumie dlaczego nie? Trzeba słuchać swojego organizmu. Owszem, jesteśmy istotami stadnymi, każda relacja, spotkanie może być budujące, ale samotność jest nam potrzebna do pracy nad sobą, do rozwoju, to nie jest gorszy sposób na życie. Nie mówię o izolacji czy ucieczce. Ważne, żeby po rozstaniu rozmawiać, dzielić się tym, nie stawiać się w roli ofiary: „Jestem gorsza, bo mi się nie powiodło”. Wiele kobiet ma takie myśli i ja bym się przyjrzała, co się za tym kryje. Lęk przed opinią, utratą określonego wizerunku, bo przecież mając partnera, jestem atrakcyjniejsza, bo koleżanki przychodzą z mężami, ja też chcę.

Niektóre kobiety uciekają w romanse albo szybko znajdują nowego partnera.
Ważne, żeby wykorzystać ten moment po rozstaniu dla siebie, żeby – co się często zdarza – kolejny związek nie był lekarstwem. Na przykład znajdujemy partnera kompletnie innego od poprzedniego i kompulsywnie zaspokajamy potrzeby, których nie zaspokoił tamten. Ale ile tak będziemy się karmić? Myślę, że w nowy związek powinnyśmy wchodzić, będąc już świadome tego, czego chcemy w relacji, co same możemy dać, a na to często potrzeba czasu. I dobrze, gdy go mamy, bo dzięki temu potem będziemy szczęśliwsze. I mądrzejsze. I nawet jeśli zauroczymy się kimś, będziemy bardziej racjonalnie na to patrzeć. A słowo „rozstanie” nie będzie już budzić tak strasznego niepokoju.

Paulina Kapiec-Kałużyńska: psycholożka, psychoterapeutka trenerka grupowa. Pracuje w nurcie terapii Gestalt. Założyła Atelier Terapeutyczne. Prowadzi terapię indywidualną i grupową. Prowadziła też warsztaty rozwojowe dla osób przeżywających kryzys rozstania w Warszawskim Centrum Psychologicznym.

Wywiad archiwalny

  1. Psychologia

Jak uwolnić się od wzorców rodzinnych?

Czasy się zmieniają. Wzorce rodzinne mogą nas wspierać, częściej jednak blokują nasze działania. Jak rozpoznać te negatywne? (fot. iStock)
Czasy się zmieniają. Wzorce rodzinne mogą nas wspierać, częściej jednak blokują nasze działania. Jak rozpoznać te negatywne? (fot. iStock)
Pierwszy krok to uświadomić sobie wzorzec, następny - wejść w proces rozwoju. Gdy postępujemy świadomie i poznajemy prawdę, przyciągamy do siebie osoby z innego poziomu. W końcu świadomie dojdziemy do momentu, gdzie nie ma już z kim przeżywać starych wzorców. Jak przejść ten proces? Wyjaśnia Małgorzata Przygońska, terapeutka i nauczycielka duchowa.

Jak przejść przez proces uwalniania się od wzorców? Jeśli teraz uświadomisz sobie na przykład swój wzorzec ucieczki od: rodziców, trudnych sytuacji, związków, miejsca pracy - spostrzeżesz, że zamiast rozwiązywać problemy, uciekałaś. Jeśli następnie prześledzisz życie swoich przodków, to zauważysz że powtarzasz jakiś ich wzorzec. Będziesz to robić, dopóki nie staniesz się świadoma tej powtórki. Kiedy już poznasz schemat zachowań, w którym żyłaś jakby bez twojej woli, odzyskasz wolny wybór. Od tego momentu jako wolna osoba możesz go powtarzać, albo nie. To już zależy od tego, na co ty się zdecydujesz. Świadoma intencja i decyzja zmienią sposób twojego postępowania. Jeśli poziom naszej świadomości wzrasta o pięć procent, jakość życia poprawia się o 80 procent. Uświadomienie sobie wzorców może być szokujące. Obserwuję to podczas warsztatów o związkach, które prowadzę. Nasza podświadomość broni się przed ujawnieniem tej prawdy wszelkimi sposobami. W konsekwencji tego tkwimy w tym stanie, składając winę na inne osoby i mówimy - to przez niego, przez nią, przez moją matkę, przez mojego dziadka, bo to oni tacy byli.

W poczuciu skrzywdzenia można trwać do końca życia. Tak. Dopóki nie weźmiemy odpowiedzialności za jakość swojego życia. Za to, że wszystko co się w nim wydarza, my stworzyliśmy swoimi myślami, uczuciami i działaniami. Wygodniej obwinić jest kogoś albo coś, nawet sytuację czy splot zdarzeń, niż poczuć własną odpowiedzialność za kreację rzeczywistości.

Jak wziąć na siebie odpowiedzialność? Zdawać sobie sprawę z konsekwencji, które rodzi każda decyzja. Trzeba jak jasnowidz, choć na chwilę wejrzeć dokąd ona mnie doprowadzi i jak będzie wyglądało moje życie za rok czy dwadzieścia lat, gdy ją podejmę. Jeśli na przykład dziewczyna pozna uroczego chłopaka, który właściwie spełnia jej wszystkie marzenia, ale załóżmy że ma kontakt z narkotykami, albo na każdym spotkaniu pije alkohol, to dla niej powinno zapalić się czerwone światło zagrożenia. Jej błąd może polegać na tym, że nie mając wiedzy na ten temat, pomyśli sobie że jak on ją pokocha, a ona jego, to on się zmieni. Nic bardziej błędnego. Mamy wpływ wyłącznie na siebie, a nie na drugą osobę. Popatrzcie na rodziny alkoholików i zobaczycie, że póki uzależniona osoba nie chce uwolnić się od tego wzorca, to namowy rodziny, prośby, groźby nic nie dają, bo to jest jej osobisty wybór, na który otoczenie nie ma wpływu. Co w takiej sytuacji mogę zrobić? Po pierwsze - uświadomić sobie, że skoro ten chłopak pojawił się w moim życiu, to ja mam wzorzec bycia współuzależnioną osobą. Widocznie w mojej bliskiej lub zupełnie dalekiej rodzinie byli ludzie uzależnieni od hazardu, seksu, alkoholu, choć wtedy mówiło się „dziadek trochę popijał”. I to wystarczy, żeby dziewczynę zainteresował chłopak z podobnym problemem, bo ten wzorzec w kolejnym pokoleniu domaga się uzdrowienia. Dziewczyna potrzebuje przeanalizować sobie historię swoich znajomości. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że miała już podobnego kolegę, chłopaka, który jej się podobał i że on też miał coś wspólnego z jakimś nałogiem. Jeśli nie uwolni tego wzorca, będzie do siebie przyciągać takich ludzi.

Niestety, zwykle lampki ostrzegawcze się nam nie zapalają. Po to rozmawiasz ze mną, żeby się nam zapalały. Na warsztaty przychodzą osoby, które chcą zyskać świadomość tego, co dzieje się w ich życiu. Wiedzą już, że sobie z czymś nie radzą. Są też i takie, które już zdecydowały się na zmianę i chcą się dowiedzieć od czego zacząć proces odnowy, szukają w sobie źródła odwagi. Często znajdują się w trudnym momencie, ale są już otwarte na nową jakość życia, na inne relacje w rodzinie.

Powiedziałyśmy o uświadomieniu sobie wzorców, wzięciu odpowiedzialności za własne życie i chęci zmiany. Co dalej? Trzeba dalej iść do przodu. Najpierw jednak należy obejrzeć się do tyłu - popatrzeć z miłością na swoich przodków i uzdrowić przeszłość. Oznacza to zaakceptowanie siebie takim, jakim się jest na chwilę obecną. Konieczne też jest wybaczenie sobie i innym, pogodzenie się z rzeczywistością, która nas otacza, a którą sami sobie wykreowaliśmy. To jest pierwszy, najważniejszy krok w procesie osobistej przemiany, ponieważ potrzebujemy akceptacji, która uwolni energię dla dokonania niezbędnych zmian w życiu. Dalej trzeba żyć świadomie, tworząc pozytywne energetyczne wzorce dla przyszłych pokoleń.

Jak zmienia się życie osób, które pozbywają się wzorców? Dostrzegają, że poprzez zmianę sposobu myślenia i wzrost świadomości siebie samych, mają realny, wymierny wpływ na swoje życie, a przez to zmienia się ich otoczenie. Ze spokojem wprowadzają konieczne zmiany już bez panicznego lęku i niepokoju. Gdy uwolnią lęki, stają się bardziej asertywni, współodczuwający, mniej krytyczni dla siebie i innych, bardziej pewni siebie, a zarazem łagodniejsi. Wyraźnie to widzę, kiedy zjawiają się na kolejnych zajęciach po miesiącu lub dwóch. Dzieje się tak, ponieważ podnieśli swoje wibracje na wyższy poziom. Dbają o dobre samopoczucie i nastrój każdego dnia, lepiej też postrzegają ich inni.

Małgorzata Przygońka jest twórcą metod: Świadomego Uwalniania Wzorców i Świadomego Kreowania Rzeczywistości. Prowadzi sesje indywidualne i Warsztaty Świadomego Rozwoju. Łączy umiejętności z zakresu różnych dziedzin m.in. Terapii Odwykowej, Neurolingwistycznego Programowania, Konstelacji Rodzinnych.