1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czego możemy nauczyć się od natury?

Czego możemy nauczyć się od natury?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Wsparcie, solidarność, empatia – rośliny i zwierzęta mogą nie znać tych pojęć, ale wiedzą, jak to się robi oraz, że ma to sens. Potrafią również myśleć przyszłościowo, rozwiązywać problemy, mają poczucie czasu i śnią. Czego jeszcze o nich nie wiemy? Czego możemy się od nich nauczyć?

Książki niemieckiego leśnika Petera Wohllebena, „Sekretne życie drzew” i „Duchowe życie zwierząt” to pełne naukowych faktów opowieści o uczuciach. Pokazujące, że człowiek nie jest w tej materii wyjątkowy, a czasem bywa i ułomny oraz, że warto nie tylko dbać o przyrodę, ale też brać z niej przykład.

Kwestia sympatii

Na przykład przyjaźń. Drzewa są w stanie okazywać sobie troskę, oferować pomoc i wsparcie – przekonuje Wohlleben. Kiedy któryś z ich towarzyszy słabnie, dożywiają go, pompując korzeniami roztwór cukrów. Zdarza się nawet, że w ten sposób utrzymują przy życiu prastare pniaki, które bez zasilania dawno by już zmurszały. Zaprzyjaźnione drzewa starają się też nie wytwarzać od strony sprzymierzeńca zbyt grubych konarów. Takie bliskie relacje da się jednak zaobserwować głównie w lasach naturalnych. Niektóre osobniki są tak mocno splecione pod ziemią, że nawet umierają razem.

Te zależności szczególnie widać wśród buków. W lasach bukowych, w które się nie ingeruje, drzewa wyraźnie dostrajają się do siebie. Osiągają tę samą produktywność, wyrównują swoje słabe i mocne strony. Wszystko poprzez korzenie. To tam zachodzi wymiana. Dawanie i branie. Drzewa w lasach gospodarczych raczej nie łączą się w sieci – sadzenie uszkadza ich system korzeniowy. Zwykle zostają samotnikami, ich życie jest dużo trudniejsze. W lasach przerzedzanych (często w dobrej wierze) drzewa gubią się, zaczynają działać chaotycznie. Tak już mają – są istotami społecznymi, dbają o całość, o ekosystem. Wiedzą, że nikt nie jest samowystarczalny, a różnorodność to gwarancja większej stabilizacji. Wiedzą, że lepiej trzymać się razem.

Lasy, podobnie jak mrowiska, to swoiste superorganizmy, rządzące się swoimi prawami. Każdy członek takiej społeczności jest cenny, zasługuje na szacunek i pomoc. Podobnie rzecz przedstawia się chociażby w stadzie słoni. Wsparcie, solidarność, empatia – rośliny i zwierzęta mogą nie znać tych pojęć. Ale wiedzą, jak to się robi. I że ma to sens. Peter Wohlleben idzie krok dalej, mówi o altruizmie zwierząt. Takie sikorki bogatki na przykład. Kiedy zbliża się wróg, pierwsza, która zauważy niebezpieczeństwo, wydaje okrzyk – ostrzega towarzyszki. W ten sposób ściąga na siebie uwagę napastnika, naraża się więc na szczególne niebezpieczeństwo. Południowoamerykańskie nietoperze, choć z trudem zdobywają pożywienie, dokarmiają wyssaną krwią inne, niekoniecznie spokrewnione, osobniki. Skąd ta wspaniałomyślność? Prawdopodobnie liczą na odwzajemnienie przysługi w trudnych chwilach – można więc uznać, że jest w tym odrobina egoizmu. Ale również, że są zorientowane przyszłościowo (podobnie jak wiewiórki, robiące zapasy na zimę) i mają pewną świadomość, wolność wyboru. A nawet charakter.

Ten ostatni da się zaobserwować również u drzew. I to on – zdaniem Wohllebena – decyduje o tym, że z dwóch sąsiadujących ze sobą roślin jedna decyduje się zrzucić liście, a druga przedłuża okres wegetacji. To drzewo, które się spieszy, jest bardziej bojaźliwe albo: rozsądniejsze. Drugie ryzykuje i zieleni się dłużej, by po brzegi napełnić swoje zbiorniki.

Mądre bestie

Kolejne odkrycie – rośliny się komunikują. Najczęściej za pomocą sygnałów chemicznych i drgań, zapachów, trzasków. Ale to nie wszystko, zdaniem Petera Wohllebena drzewa potrafią liczyć! Gdy nadchodzi wiosna, dopiero po upływie określonej liczby ciepłych dni uznają, że sytuacja jest bezpieczna i można wypuszczać nowe liście. Biorą też pod uwagę długość dnia, co oznacza, że dysponują czymś w rodzaju wzroku. Włoski neurobiolog roślinny, Stefano Mancuso, potwierdza: rośliny widzą. – Weźmy przypadek boquili, rosnącej w Chile i mającej niezwykłe umiejętności mimetyczne. Jej liście upodabniają się do drzewa, po którym się wspina, zmieniają morfologię, kolor, konsystencję. A żeby coś naśladować, trzeba to najpierw poznać. Włoch porównuje zakończenia korzeni z neuronami. Roślina może mieć takich neuronów miliony – wygląda na to, że korzeń stanowi coś w rodzaju jej umysłu. Wzrastając, eksplorując teren, te roślinne „nerwy” omijają przeszkody, co oznacza, że muszą je „dostrzegać”.

Zarówno rośliny, jak i zwierzęta uczą się na błędach, wyciągają wnioski. Mają więc coś w rodzaju pamięci. Podczas przeprowadzonego w Bochum szkolenia gołębi okazało się, że są one w stanie rozróżnić 725 obrazów z abstrakcyjnymi wzorami! Zmysły? U roślin odkryto ich kilkanaście (o ile za zmysły uznać można zdolność mierzenia wilgotności czy pola elektromagnetycznego). Drzewa mają zmysł smaku– potrafią rozpoznać ślinę nieproszonego gościa (i wydzielać specjalnie dobrane substancje zapachowe, żeby go odstraszyć). W przypadku zwierząt mówi się nawet o szóstym zmyśle. Nadajniki GPS, w jakie w 2011 roku badacz Martin Wikelski wyposażył stado kóz pod Etną, odnotowały, że w niektóre dni kozy biegały nerwowo i próbowały się ukryć. Kilka godzin później następował większy wybuch wulkanu. Zwierzęta potrafią też przewidzieć (krótkoterminowo) pogodę, a nawet własną śmierć. Wreszcie: mają samoświadomość. Skąd to wiemy? Z testu lustra. Swój obraz rozpoznają w nim małpy człekokształtne, delfiny, słonie, ptaki z rodziny krukowatych, ale też świnie.

Bogate życie wewnętrzne zwierząt

Wohlleben zwraca uwagę, że niektóre zwierzęta mają umiejętność uczenia się języka ludzi. Najbardziej spektakularny przykład to gorylica imieniem Koko, która po przejściu odpowiedniego szkolenia przyswoiła ponad tysiąc znaków i ponad dwa tysiące słów w języku angielskim. Inne małpy poddane szkoleniu dowiodły, że Koko nie jest wyjątkiem. Czy jednak nie byłoby prościej, gdybyśmy to my zaczęli uczyć się języka zwierząt? pyta przyrodnik. Może. Ale i bez tego widzimy, co przeżywają. Jesteśmy w stanie rozpoznać ich emocje. Bo mają znacznie bogatsze życie wewnętrzne, niż mogłoby się wydawać.

Strach – to oczywiste, działa na poziomie instynktu. Ale trudno nie zauważyć, że zwierzęta potrafią odczuwać radość, wdzięczność, zazdrość. Przeżywać żałobę. Nieobce są im też współczucie, wstyd, żal i skrucha. A nawet takie „pojęcie” jak poczucie sprawiedliwości. Spróbuj oszukać psa, złamać reguły gry, których go wcześniej nauczysz – możesz być pewna, że się oburzy, obrazi, odmówi współpracy.

Porządek rzeczy jest niepodważalny: ze wszystkimi swoimi zdolnościami i zasobami zarówno rośliny, jak i zwierzęta są nam podporządkowane. Służą nam. Co nie znaczy, że nie mogą nas czegoś nauczyć. A przynajmniej zasługują na szacunek z naszej strony. Na początek wystarczyłoby, gdybyśmy częściej okazywali im niektóre z wyżej wymienionych uczuć, na przykład wdzięczność i empatię, i nie przeszkadzali im żyć i być sobą.

Czego uczą nas zwierzęta?

Miłości - zwierzę nie jest zainteresowane, kim jesteś i co osiągnęłaś. Kocha cię i już. Jest wierne, wdzięczne, oddane. Nie chowa urazy, natychmiast wybacza.

Pozytywnego nastawienia
- zwierzęta odznaczają się dużymi zasobami energii i optymizmu. Nie popadają w przygnębienie z powodu brzydkiej pogody czy popełnionych błędów.

Autentyczności
- swobodnie wyrażają swoją osobowość, nie próbują być kimś innym, niż są. Działają instynktownie, nie przejmując się, czy dobrze wypadną.

Życia w teraźniejszości
- zwierzęta nie roztrząsają przeszłości i nie martwią się o przyszłość. Są skupione na tym, co robią w danej chwili.

Zabawy
- nie tracą z wiekiem chęci do zabawy, w ich świecie z tego się nie wyrasta. Lubią się bawić i nie wstydzą się tego.

Akceptacji
- zwierzęta nie przejmują się tym, jak wyglądają, akceptują swoje ciało, siebie i innych. Nie oceniają.

Relaksu
- rzadko przeżywają stres, a jeśli już go doświadczą, potrafią się szybko otrząsnąć. Chyba, że doznają okrucieństw ze strony człowieka...

Wolności
- zwierzęta wolne są od uwarunkowań, przekonań i etykietek. Nie przejmują się tym, co wypada i co ludzie powiedzą.

Współpracy
- weźmy mrówki i pszczoły: potrafią pracować z zapałem przez cały dzień dla dobra wspólnoty.

Wytrwałości
- kiedy zwierzę czegoś chce, zabiega o to, aż dopnie swego. Nie przejmuje się porażką i odmową. Wystarczy przyjrzeć się pająkowi, który odbudowuje pajęczynę po tym, jak została zniszczona.

Prostoty
- zwierzęta nie potrzebują wiele do szczęścia. Możemy nauczyć się od nich doceniać to, co mamy.

Miłości i szacunku wobec natury
- wszystkie zwierzęta są głęboko związane ze środowiskiem, w którym się rodzą. Człowiek to jedyny gatunek występujący przeciwko planecie, która oferuje mu gościnność.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Człowiek też zwierzę, czyli czego możemy nauczyć się od zwierząt w kwestii podejścia w pracy i relacji w zespole?

Ludzie, posiadając
Ludzie, posiadając "nowy mózg", czyli korę mózgową, mając możliwość planowania i przewidywania z podstawowymi prawami przyrody, czyli przetrwania i zachowania gatunku. (fot. iStock)
Wiele eksperymentów psychologicznych dotyczących zachowań lub więzi między ludźmi prowadzi się, obserwując zwierzęta. Co nas różni, a co zbliża? Czego możemy się nauczyć od zwierząt, zwłaszcza w kwestii podejścia do pracy i relacji w zespole - mówi dr Joanna Heidtman, psycholog, socjolog i trenerka biznesu.

Książka Pawła Fortuny i Łukasza Bożyckiego "Animals rationale. Jak zwierzęta mogą nas inspirować" opisuje strategie, które mogłyby posłużyć nam, ludziom, jako przykład - chociażby w organizacji pracy albo życiu rodzinnym.

W psychologii, socjologii, a także w psychologii społecznej od dawna zakłada się, że w wielu kwestiach ludzie i zwierzęta są do siebie podobni. Przełomowa była tu zwłaszcza praca Edwarda Wilsona, amerykańskiego biologa i zoologa, twórcy współczesnej socjobiologii, opisanej w książce "Naga małpa". Wilson zauważył, że mimo cywilizacji, kultury, mimo rozwinięcia mowy nadal jesteśmy częścią świata zwierząt. I na tej podstawie możemy lepiej zrozumieć niektóre nasze zachowania. Na przykład to, że jako gatunek jesteśmy stadni, a ewolucyjnie uczyliśmy się tworzyć hierarchię w grupie, rozumieć podział na "swoich" i "obcych". Kiedyś nasze przetrwanie zależało od tego, czy dobrze zdefiniujemy naszą grupę, i tę, która mogła nam zagrażać. Te tendencje pozostały w nas do dzisiaj.

Czy podobnie możemy wyjaśnić naszą powściągliwość wobec zmian? Chociażby na rynku pracy?

Możemy na nią spojrzeć z punktu widzenia tego, co otrzymaliśmy w genetycznym spadku. Ci nasi przodkowie, którzy zbyt szybko wyskakiwali z jaskini, by zobaczyć, co ciekawego dzieje się na zewnątrz, wykluczyli się z puli genów, pożarci na przykład przez tygrysa szablozębnego. Przetrwali ci, u których, owszem, pojawiała się ciekawość, ale którzy byli też ostrożni. Dziś więc często preferujemy bezpieczeństwo i pilnowania swojej strefy komfortu. Dlatego tak bronimy się przed zmianą pracy czy chociażby formy zatrudnienia. Z drugiej strony wciąż najsilniejsze są w nas lęki pierwotne. Dobrze to skomentował Philip Zimbardo, który powiedział, że łatwiej nabawić się lęku przed pająkami niż przed gniazdkami elektrycznymi, choć te ostatnie mogą być dziś częściej przyczyną utraty życia. Mimo całej cywilizacji, którą stworzył człowiek, ewolucja utrwaliła w nas zachowania związane z zagrożeniami naszych przodków. Wiele z nich jest tak zakodowanych w naszym gatunku, bo człowiek nie odszedł całkiem ze świata zwierząt, nadal tym zwierzęciem jest. I nie ma sensu tego wypierać.

Robert Bolesław Zajonc, amerykański psycholog społeczny polskiego pochodzenia, opisał jedno z zachowań identycznych u ludzi i karaluchów: otóż te budzące wstręt owady, gdy mają towarzystwo innych, biegają szybciej. Podobnie zachowują się ludzie. Gdy ktoś monitoruje nasze działania, jesteśmy szybsi, bardziej dokładni.

Przytoczony przez ciebie przykład to tez. efekt facylitacji społecznej. W badaniu chodziło o sprawdzenie, jak obecność innych wpływa na efektywność naszego działania. Facylitacja to ułatwienie, w tym przypadku oznacza, że działamy efektywniej w obecności innych, ale tylko jeśli robimy coś, co jest dla nas łatwe, bo mamy to dobrze opanowane. Natomiast przy czynnościach trudnych, nowych - obecność innych nam przeszkadza. Poziom stresu wzrasta i wykonanie tych zadań jest gorsze - przecież inaczej poprowadzisz prezentację, którą już prowadziłaś kilka razy i przed znanym ci audytorium, a tego luzu i swobody może ci zabraknąć, gdy prezentujesz coś pierwszy raz. Świadomość bycia obserwowanym i ocenianym przez innych podwyższa mobilizację i wpływa na naszą efektywność. To działanie automatyczne, na poziomie organizmu.

Jesteśmy też stadni, jak wiele innych gatunków. Jednak oprócz zachowań instynktownych człowiek kieruje się wolną wolą, rozumem.

Ludzie, posiadając "nowy mózg", czyli korę mózgową, podejmują niejednokrotnie decyzje, które są niezgodne z podstawowymi prawami przyrody, czyli przetrwania i zachowania gatunku. Przykładem są wybory indywidualne, które bywają tragiczne w skutkach dla całej grupy. Znana jest tzw. tragedia wspólnego pastwiska - sytuacja opisana przez biologa Garetta Hardina. Chodziło o wiejskie wspólnoty, które wypasały mleczne krowy na wspólnych pastwiskach - krów pasło się tyle, by trawa na pastwisku mogła odrastać, do czasu aż któryś z rolników, dla zwiększenia swojego zysku, wprowadził dodatkową krowę, co zrobili też następni. Ostatecznie szybko zniszczył całkowicie wspólne dobro, doprowadzając do klęski całego stada. To się dzieje globalnie, na naszych oczach, z całą naszą planetą, którą niszczymy niby "racjonalnym działaniem jednostkowym".

Wspólna jest światu zwierząt, w tym człowieka, także hierarchia - mocni przywódcy są w stanie pociągnąć za sobą całe stado. Inspirujący menadżerowie uskrzydlają zespoły.

Hierarchia jest nam potrzebna, bo porządkuje stado. Ale jak mówi zoolog Konrad Lorenz, człowiek, w odróżnieniu od innych zwierząt, ma podwójny kłopot, który polega na tym, że z jednej strony jesteśmy hierarchiczni, ale z drugiej terytorialni. U zwierząt jest trochę inaczej - są stada bardzo terytorialne, przemieszczają się, ale za to silne hierarchicznie. To, że my jesteśmy i terytorialni, i hierarchiczni może skutkować m.in. postawami nacjonalistycznymi, ksenofobią i agresją. Zwłaszcza, że hierarchia u ludzi oznacza dostęp do zasobów, a te, jak wiadomo, są ograniczone.

Nie starcza dla wszystkich w równym stopniu. Kto stoi wyżej, ten ma więcej.

Tak, mówimy nawet, że "przetrwają najsilniejsi albo najlepiej przystosowani". W świecie ludzi dostęp do zasobów reguluje także płeć - socjobiologowie wskazują, że mężczyźni mają więcej, bo są zdecydowanie bardziej hierarchiczni. Kobiety pilnują równości i relacji, a mężczyźni hierarchii, bo to z kolei wiąże się z przekazywaniem genów. Od dawien dawna ten, kto miał więcej władzy, miał więcej pożywienia, a więc, i kobiet, i potomstwa. Według ewolucjonistów dążenie do hierarchii zostało u człowieka wzmocnione i widać to nadal na przykład w organizacjach, polityce i innych grupach. Choć sama obserwuję, że we współczesnym zarządzaniu w firmach bardziej się sprawdza sieciowość, czyli styl poziomy, wielowątkowy, ze zmiennym przywództwem, a nie hierarchiczność, bo ta w biznesie przeszkadza w szybkim, sprawnym, innowacyjnym działaniu zespołów.

Skoro racjonalność wiedzie nas czasem na manowce, to może większy sens ma pójście w stronę natury? Jej prawom podlegamy przecież wszyscy.

Człowiek i cywilizacja, którą stworzył, jest czymś wyjątkowym i fascynującym. Lecz jest jednocześnie kłopotem - co ujawnia się w stanie naszego zdrowia czy w kondycji naszej planety. Zestresowani menadżerowie, którzy musza działać szybko i efektywnie, zapominają się regenerować aż do punktu korozji organizmu.

Wojciech Eichelberger zaleca, by w tej kwestii czerpać inspirację ze świata przyrody - stosować "zasadę kota"! Od tych zwierząt można się nauczyć efektywności wydatkowania i regenerowania energii. Koty śpią, obserwują, wylegują się, a potem szybko i skutecznie działają, polując. Nie marnują energii, tak jak ludzie, co w świecie menadżerskim nazywa się "bieganiem z niezaładowanymi taczkami". A są skuteczne. Warto przypomnieć sobie proste sprawy, w świecie zwierząt oczywiste - dbanie o organizm, o to, co jemy, o odpoczynek, o sen, o relacje - rodzinne i społeczne. W tym sensie, rzeczywiście, zwierzęta mogą być dla nas inspiracją. Zwierzęta i dzieci - bo w nich to wciąż jeszcze jest naturalne.

 

dr Joanna Heidtman - psycholog i socholog, doradca i coach, wykłada na SWPS i w ICAN Institute.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.