1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Przepis na udane dzieciństwo. Najpopularniejsze trendy wychowawcze

Przepis na udane dzieciństwo. Najpopularniejsze trendy wychowawcze

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Poradniki, blogi rodzicielskie i pomysły mniej lub bardziej sprawdzonych ekspertów mają za zadanie pomóc rodzicom w ich trudzie (choć czasem osiągają efekt przeciwny). Do tego grona dołączyły niedawno bestsellery chwalące metody wychowawcze poszczególnych krajów. Na ile warto się nimi zainspirować? I jak mają się one do polskich wzorców?

 

Moja znajoma ostatecznie dość szybko zrezygnowała z francuskich metod wychowawczych, stawiając na nurt rodzicielstwa bliskości. Nadal jednak dla wielu zmęczonych matek pociągająca jest myśl, żeby do polskiego modelu wychowania przeszczepić trochę zachodnich metod. Tym bardziej że książki chwalące chińskie, holenderskie czy fińskie podejście, wyskakują jak grzyby po deszczu.Kilka miesięcy temu moja znajoma, będąc jeszcze w ciąży, zaczytywała się wydanym w 2013 roku bestsellerem „W Paryżu dzieci nie grymaszą”. Uznała, że taki model wychowawczy chce przyjąć, a kilka przedstawionych w książce zasad zacznie wdrażać od samego początku. Jak tę, by nie biec na każdy płacz dziecka, tylko dać mu kilka minut, żeby sprawdzić, czy to coś poważnego, czy może obudziło się na chwilkę i zaraz samo zaśnie. Francuscy pediatrzy twierdzą, że dzięki temu dzieci szybciej zasypiają i uczą się przesypiać noce. Inna metoda znad Sekwany to nauka cierpliwości i odraczania przyjemności. „Owszem, kochanie, dostaniesz ciasto, ale najpierw trzeba je upiec, no i poczekać na porę podwieczorku”. W efekcie francuskie maluchy w restauracjach są spokojne, zamiast walić sztućcami w stół i krzyczeć: „Gdzie mój kotlet i frytki!?”. Nic dziwnego, że Amerykanka Pamela Druckerman, wychowująca w Paryżu swoją żywiołową córkę, postanowiła nauczyć ją i siebie trochę francuskiej ogłady. Niezapomniany dla mnie pozostanie opis wizyty w restauracji, z której autorka musi się szybko ewakuować wraz z zażenowanym mężem z powodu głośno wyrażającej swoje niezadowolenie córki. Wybiegając, tęsknie spogląda na grzecznie czekające na obiad francuskie berbecie.

Bezproblemowe życie Francuzów

Według zafascynowanej francuskim modelem wychowawczym Pameli Druckerman powściągliwość tamtejszych rodziców i ich dzieci jest bardzo pożądana wobec amerykańskiego bezstresowego wzorca, który z jednej strony stawia na niekaranie dzieci, a z drugiej – przeładowuje je nadmierną ilością zajęć, byle tylko się nie nudziły i szybko zaczęły osiągać sukcesy. Autorka zwraca uwagę na to, że rodzice zza oceanu pozwalają na wiele swoim dzieciom z poczucia winy, że bardzo szybko zostawiają je z nianiami, by wrócić do pracy. Amerykański system nie przewiduje płatnych urlopów macierzyńskich (o ojcowskich nie wspominając), a bezpłatne najczęściej kończą się po 12 tygodniach. Dlatego młodzi rodzice mają do wyboru – żyć z jednej pensji lub szukać pomocy do dziecka. We Francji przeciwnie – matki mogą być po prostu dłużej matkami, a państwo wspiera je, płacąc – jak u nas – za urlopy macierzyńskie i oferując bezpłatne żłobki już dla półrocznych niemowląt. Druckerman wyraźnie podkreśla różnice: amerykańskie rozpuszczone dzieciaki versus poukładane francuskie; wpędzane w poczucie winy zagonione matki kontra te spokojne, szczupłe i wyspane. Podczas gdy amerykański model, przynajmniej w szeroko rozumianej klasie średniej, zakłada, że rodzice nie dają dzieciom odpocząć po szkole, ale wożą je na tysiące lekcji i treningów od gry na pianinie po ceramikę, chiński i piłkę nożną, to model francuski przyjmuje, że dodatkowe zajęcia pojawiają się wtedy, gdy są konieczne albo wiążą się z pasją dzieci. Bo najważniejsze jest, by dzieci mogły się do woli bawić, ale też nudzić.

Holandia stawia na tradycję

Z kolei z holenderskiego punktu widzenia autorek „Najszczęśliwszych dzieci”, Amerykanki Rine Mae Acosta i Brytyjki Michele Hutchison, najważniejsza jest spontaniczna radość i chęć do zabawy. Dlatego też holenderskie dzieci od małego biegają całymi bandami po podwórkach, ulicach i chodnikach. Szybko uczą się jazdy na rowerze, którym potem poruszają się wszędzie – do przedszkola, parku, szkoły i do pracy. Oczywistością jest spędzanie czasu wolnego, weekendów, wakacji na łonie natury, często w ogródku na własnej działce. Po szkole czy przedszkolu mali Holendrzy nie biegną na zajęcia dodatkowe, tylko spędzają popołudnia na zabawie z rówieśnikami. Posiłki to rzecz święta, zwykle spożywane są wspólnie z rodzicami, którzy czas po pracy przeznaczają przede wszystkim dla rodziny, a nie dla znajomych. No i wszystkie najważniejsze i najmilsze rzeczy dzieją się w domu – od narodzin potomstwa, poprzez wspólne celebrowanie posiłków i życia rodzinnego, aż po odpoczynek. Holenderskie dzieci od małego dużo śpią i jedzą świeże i zdrowe rzeczy. Brzmi być może konserwatywnie, ale jako społeczeństwo Holendrzy są bardzo liberalni i nowocześni. W szkołach dzieci mają zajęcia z edukacji seksualnej, rodzice otwarcie rozmawiają z nimi o ich problemach, a każdy nastolatek dzierży w dłoni smartfon i korzysta z mediów społecznościowych.

Może to właśnie liberalne podejście plus bliskość i wsparcie rodziców, z którymi dzieciaki spędzają wiele czasu, sprawiły, że według raportu UNICEF ogłoszonego w  2013 roku najszczęśliwsze na świecie są holenderskie dzieci. Amerykańskie znalazły się na 26. pozycji. Z kolei Światowa Organizacja Zdrowia już w 2007 roku uznała Holandię za kraj, gdzie dzieciom żyje się najlepiej. Wielka Brytania i USA zajęły wtedy dwie ostatnie pozycje.

Jaka może być więc recepta na sukces? Na pewno przyjazne dziecku podejście od pierwszych dni życia. Holendrzy wierzą, że dzieci same potrafią znaleźć swój rytm spania i jedzenia, wystarczy im w tym towarzyszyć. Rodzice zawsze są blisko dzieci i spędzają z nimi dużo czasu. Także na świeżym powietrzu. No i holenderskim społeczeństwem nie rządzi duch rywalizacji, konkurencji, walki o bycie pierwszym. Dzieci są przypisywane do szkół, nie muszą walczyć o miejsce w najlepszym przedszkolu, podstawówce czy liceum, nie ma tu egzaminów, tylko testy kompetencji dla danego wieku. Holenderskiej edukacji przyświeca zasada „nie wychodź przed szereg, nie bądź taki do przodu”. Ważna jest współpraca, a nie współzawodnictwo, dobre samopoczucie, a nie kariera i kredyt na drogie auto.

Finowie wiedzą lepiej

Holenderskie podejście do życia podobne jest do fińskiego. Tak przynajmniej wynika z książki Timothy'ego D. Walkera, sfrustrowanego nowojorskiego nauczyciela, który w Finlandii mieszkał przez dwa lata i – jak każdy neofita – postanowił podzielić się swoim oświeceniem z wypalonymi zawodowo kolegami po fachu. Jego „Fińskie dzieci uczą się najlepiej” to w dużej mierze poradnik dla nauczycieli, pokazujący, że fińskie podejście do życia, nauki i pracy skutkuje najlepszymi wynikami szkolnymi w światowych rankingach. Niektóre uwagi i spostrzeżenia mogą bawić, jak odkrycie, że dzieciom trudno jest usiedzieć w ławce przez 45 minut. I że warto co jakiś czas zrobić krótką gimnastykę, pochodzić po sali, zmienić układ stolików, żeby uczniowie mogli się trochę ożywić. Że przerwy w szkole są po to, by dzieciaki odpoczęły od nauki i wybiegały się na dworze. W Stanach Zjednoczonych przerwy są dla nauczycieli i dzieci często spędzają je w sali lekcyjnej, a prosta prawda, że salę przed zajęciami dobrze jest wietrzyć, nie należy do oczywistych. Walker zauważa, że prace domowe nie pomagają w edukacji, a czas po szkole nie ma służyć zakuwaniu przez kolejne godziny, tylko zabawie na świeżym powietrzu. Po lekturze jego spostrzeżeń czytelnik ma wrażenie, że Stany Zjednoczone to ponure miejsce, gdzie dzieciństwo szybko się kończy, a podstawówka to początek mentalnego więzienia każdego Amerykanina, które zmienia tylko formy na szkołę średnią i college, a potem pracę w korporacji i jeśli wcześniej nie doprowadzi do zawału czy samobójstwa, to kończy się emeryturą, na której nie wiadomo co robić, bo do tej pory to praca i telewizja organizowały nam życie. Brzmi znajomo?

Smutek polskiego wychowania

No właśnie, jak na tle miłych i nieco lepiej od nas uposażonych społeczeństw plasuje się Polska? Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, autor kultowej już książki „Jak wychować szczęśliwe dzieci”, nie pozostawia złudzeń. Na moje pytanie o pozytywy polskich metod wychowawczych stwierdza, że jego stosunek jest jedynie krytyczny. – W wychowywaniu polskich dzieci obserwuję silny deficyt ojców, i to od wielu pokoleń. Mamy etos ojca nieobecnego, zaangażowanego w sprawy inne niż rodzinne, co skutkuje nadmierną obecnością matki i w efekcie wpływa na życie dzieci. Matki przeceniają synów, mają tendencje do ich rozpieszczania, za to córki traktują jak pomoce domowe. W rezultacie Polska to kraj kobiet, które czują się niekochane oraz maczystowskich mężczyzn – stwierdza. Zwraca też uwagę na to, że w polskim wychowaniu wciąż silnie podkreśla się różnice płci. – Wychowujemy coraz bardziej konserwatywnie, co utrwala szkodliwe dla obu płci stereotypy. A ponieważ ojców nie ma, matki są zapracowane, to dzieci cierpią na brak kontaktu z rodzicami, zwłaszcza tego kontaktu bliskiego, wysokiej jakości, przez co rodzi się w nich niskie poczucie własnej wartości, co potem młodzi ludzie rekompensują sobie narcyzmem skierowanym w stronę nadmiernej konsumpcji strojów, gadżetów, obecności w mediach społecznościowych – tłumaczy Wojciech Eichelberger.

Gdy pytam o słynną miłość okazywaną przez jedzenie, zżyma się. – Kiedy matki mają mało czasu i uwagi dla dzieci, jedzenie staje się jedynym dostępnym dla nich kanałem przekazu troski i miłości, ale też kanałem kontroli – wyjaśnia. – To u dzieci często kończy się zaburzeniami odżywiania, bo ta nadopiekuńczość polskich matek jest agresywna, pełna lęku, co skutkuje brakiem zaufania do własnych dzieci – dodaje. Psychoterapeuta nie zostawia też suchej nitki na systemie edukacji. – Polska szkoła uczy dzieci postaw konformistycznych, rywalizacyjnych, asekuranckich. Chodzi o to, by jakoś przebrnąć przez szkołę, nie ponosząc porażki. To powoduje intelektualną bierność. W dodatku nasze szkoły państwowe są zideologizowane politycznie i religijnie, mają tendencję do wychowania homogenicznego, niewyróżniającego się obywatela. Wychowanie seksualne nie jest dla dzieci i młodzieży, młodzieży pokazuje się, że nie jest godna zaufania – zauważa. – Polskie szkolnictwo jest karykaturalnym odzwierciedleniem tego, jak traktuje się dzieci w rodzinie i społeczeństwie – dodaje.

Co mamy w zamian? Część osób decyduje się na edukację domową. To pozwala wyłączyć dzieci z systemu, a jednocześnie spędzać z nimi więcej czasu. Nie ukrywam, że i mnie przeszło to przez głowę. Jest jeszcze inna alternatywa, choć dostępna głównie w dużych miastach, czyli kiełkujący u nas Ruch Szkół Demokratycznych, prowadzony przez idealistów, zarówno po stronie nauczycieli, jak i rodziców, którzy próbują wybrnąć z impasu, w jakim znalazło się polskie szkolnictwo. –  Cudownie, jeśli wyniknie z tego gruntowna reforma systemu i myślenia o młodych ludziach, bo teraz szkoła nie docenia ich chęci i kompetencji, pozostając instytucją przymusu, która równa w dół i uczy tylko odpowiadać na pytania testowe – kwituje Wojciech Eichelberger.

W impasie zdaje się być nie tylko polska szkoła, ale i podejście do dzieci. Rodzice, jeśli nie mogą skorzystać z tzw. instytucji babci, dość wcześnie oddają dzieci do żłobków czy przedszkoli. Badania pokazują, że maluchy coraz mniej czasu spędzają na dworze i świeżym powietrzu (raz że świeżego powietrza w Polsce jak na lekarstwo, dwa że rodzice wolą trzymać dzieci w domu, by mieć na nie oko). Skończyły się czasy swobodnego biegania po podwórku, zastąpiło je siedzenie z wzrokiem utkwionym w smartfonie i logowanie się na mediach społecznościowych. Rodziny w wersji klasy średniej spędzają często czas w samochodzie, wożąc – wzorcem amerykańskim – potomków na dodatkowe zajęcia, w ten sposób rekompensując im i sobie nieumiejętność spędzenia wspólnie wartościowo czasu.

We wspomnianej książce „Jak wychować szczęśliwe dzieci”, Wojciech Eichelberger mówi to słynne zdanie, że aby wychować szczęśliwe dzieci, trzeba samemu być szczęśliwym. Proste i trudne. Wzorce holenderskie i francuskie, a także fińskie pokazują, że można.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy twoje niepokoje i porażki to wina rodziców?

Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. (Fot. iStock)
Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. (Fot. iStock)
Dom rodzinny ma niewątpliwie duży wpływ na nasze dorosłe życie, ale przeszłość, nawet jeśli była bardzo trudna, nie powinna przesądzać o naszym losie.

Artykuł archiwalny. 

Łukasz nie może swojej żonie Ewie powiedzieć słowa krytyki, bo ona zaraz płacze. „Zawsze mówię Ewie, że wszystko, co robi, jest wspaniałe. Nie dlatego, że tak uważam, ale dlatego, że boję się jej płaczu. Kiedy raz czy drugi delikatnie zwróciłem jej uwagę, za każdym razem kończyło się spazmatycznym płaczem i pretensjami, że już jej nie kocham i jestem taki sam jak jej ojciec, który wiecznie ją bezlitośnie krytykował i wszystko miał za złe. Próbowałem tłumaczyć, że jeśli czasem nie smakuje mi ugotowany przez nią obiad albo drażni bałagan, jaki zostawia rano w łazience, to wcale nie oznacza, że jej nie kocham. Tłumaczę jej, że musimy rozmawiać również o tym, co nam się nie podoba. Niestety, dla Ewy to nie do pojęcia. Jej zdaniem, jeśli się kogoś kocha, to się go nie krytykuje, tylko chwali i akceptuje w całości, bez wyjątku”.

Jeżeli dzisiejsze nasze niepowodzenia tłumaczymy naszą traumatyczną przeszłością, to warto się zastanowić, czemu służy takie postawienie sprawy. Tak radzi Magda Linca, psychoterapeutka z INZPiRO (Instytut Zdrowia Psychicznego i Rozwoju Osobowości). Czy jeśli nieustannie roztrząsamy doznane w dzieciństwie krzywdy, to zaspokajamy potrzeby, które kiedyś były źródłem naszej frustracji, czy raczej utrwalamy nasze problemy?

– Nie chodzi o to, aby na siłę myśleć pozytywnie i udawać, że wszystko było dobrze. Ale w psychoterapii wraca się do przeszłości zawsze w jakimś celu – podkreśla terapeutka. – Nie po to, żeby ją nieustannie wałkować i tkwić w poczuciu krzywdy, ale po to, żeby uwolnić się od wpływu tego, co stało się w dzieciństwie.

Niespełnione dziecięce potrzeby

Przeszłości nie zmienimy, ale możemy decydować, w jaki sposób i czy w ogóle będzie ona determinować naszą teraźniejszość.

– Nawet jeżeli nie mieliśmy szczęścia w dzieciństwie i nasze niezaspokojone potrzeby wywoływały w nas silną frustrację, to jeszcze nie znaczy, że tak musi być już zawsze. Możemy nauczyć się dbać o nas samych lepiej, niż dbali nasi rodzice – tłumaczy Magda Linca.

Dlaczego w takim razie tak często robimy z siebie ofiary wychowawczych porażek naszych rodziców? – Bycie ofiarą ma niewątpliwie swoje dobre strony – tłumaczy psychoterapeuta Dariusz Tkaczyk z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Jeśli czujemy się skrzywdzeni, możemy zrzucić z siebie trochę odpowiedzialności na innych. To też dobry sposób na to, żeby inni się nami zajmowali. Zdaniem Magdy Lincy warto się jednak zastanowić, czy przyjmowanie roli ofiary rzeczywiście zaspokaja nasze potrzeby.

– Czy naprawdę satysfakcjonujące jest to, że ludzie robią dla nas różne rzeczy tylko dlatego, że zostaliśmy kiedyś skrzywdzeni? Może cenniejsze jest wzbudzanie zainteresowania, bycie traktowanym z czułością, otrzymywanie wsparcia dlatego, że ktoś nas kocha, a nie dlatego, że jesteśmy ofiarami.

Coraz częściej mówi się o wpływie dzieciństwa i domu rodzinnego na nasze życie. Świadomość przeszłości i jej roli jest bardzo pomocna w życiu, bo umożliwia nam zrozumienie naszych dzisiejszych zachowań i wyborów, niejednokrotnie irracjonalnych.

– Czasami niektóre osoby przywiązują się do odkrytej prawdy, że rodzice zrobili im krzywdę, i na tym poprzestają – zauważa Dariusz Tkaczyk. – Nie nazywałbym tego jednak świadomym manipulowaniem. Brak miłości, uwagi i troski ze strony rodziców jest tak obciążającym deficytem, że tęsknota za tymi wartościami potrafi paraliżować. Ale tylko wtedy, gdy nazwiemy swoje deficyty i odżałujemy je, przestaniemy nimi obarczać swoich bliskich.

Zdaniem psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego trudne dzieciństwo nie może być biletem ulgowym na życie, tylko doświadczeniem do przepracowania. Tymczasem niektórzy z nas ze swojego trudnego dzieciństwa i odniesionych w nim ran robią swoistego rodzaju sztandar. Swoje poczucie znaczenia budują na głębokim przekonaniu, że cierpią najbardziej na świecie, a skoro tak, to należy im się specjalne, zwalniające od zobowiązań traktowanie.

Ludzie głodni uczuć, nie dość akceptowani przez swoich rodziców w dzieciństwie, szukają rekompensaty niespełnionych potrzeb dziecięcych w dorosłych związkach.

– Nie ma niczego złego w istnieniu dziecięcych potrzeb – tłumaczy Andrzej Wiśniewski. – Każdy z nas je ma, ale ważne jest, w jaki sposób staramy się je zaspokoić: czy poprzez otwarte komunikowanie (dzięki czemu partner ma możliwość wyboru, czy chce mieć czasem zamiast żony córkę, czy zamiast męża syna), czy też manipulując bliskimi.

 

Tak mnie wychowali

„Mariusz jest dobrym mężem i ojcem – chwali męża Beata. – Jestem lekarzem, często mam dyżury w szpitalu. Wiem, że mogę spokojnie zostawić męża z synami. Wszystkiego dopilnuje i zadba o dzieci nie gorzej niż ja. Gdyby nie jedna rzecz, byłabym najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Mariusz kompletnie nie potrafi mówić o swoich uczuciach ani okazywać czułości. Kiedy się poznaliśmy, byłam nim zafascynowana, wtedy nawet podobała mi się jego oschłość. Uważałam, że to takie męskie. Poza tym ujął mnie swoją opiekuńczością. Akurat miałam końcowe egzaminy i Mariusz bardzo dużo mi pomagał. Przepisywał teksty, wypożyczał książki, dbał, żebym regularnie jadła. Myślałam wtedy, że to wszystko jest o wiele więcej warte niż przytulanie i czułe słówka. Z czasem coraz bardziej zaczęło mi brakować czułości ze strony Mariusza. Mam też do niego żal, że tak mało czułości okazuje naszym synom. Mówi, że nie będzie ich przytulał i całował, bo nie chce wychować ich na mięczaków. Zupełnie jakbym słyszała mojego teścia, też zawsze opanowanego, racjonalnego i chłodnego.

Ostatnio strasznie się pokłóciliśmy. Kiedy na spacerze nasz czteroletni syn przewrócił się i zaczął płakać, bo mocno się uderzył, Mariusz podniósł go, otrzepał mu spodenki i kazał się uspokoić, mówiąc, że mężczyzna nigdy nie powinien płakać. Wykrzyczałam mu wtedy, że chyba jest bezdusznym cyborgiem, skoro nie potrafi przytulić płaczącego dziecka. Obraził się i powiedział, że nie będzie robił tego, czego nie potrafi robić i co go krępuje”.

Zdaniem Magdy Lincy, jeżeli ktoś uważa, że dom dzieciństwa tak jednoznacznie wpływa na nasze życie, że nie mamy wpływu na własne zachowania w dorosłym życiu, trudno jest go przekonać, że może być inaczej.

Ale skoro jako dorośli sami decydujemy, o której wstajemy, co jemy na śniadanie i w co się ubieramy, to może warto też samemu zadecydować, czy chcemy nauczyć się nowych zachowań, jeśli nasze dziecko albo partner tego naprawdę potrzebują.

Dominika niedawno zerwała zaręczyny. Kiedy narzeczony powiadomił ją, że szykuje mu się świetny roczny kontrakt w Londynie, więc powinni plany matrymonialne przełożyć do jego powrotu, Dominika oddała mu pierścionek. „Nawet mnie nie zapytał, czy zgadzam się na przesunięcie daty ślubu”. Na próżno Adam tłumaczył Dominice, że bardzo ją kocha, że rok szybko zleci, będzie go odwiedzała, a kiedy wróci – wezmą ślub na spokojnie, bez pośpiechu i na dodatek dzięki pieniądzom, które w tym czasie zarobi, będą mogli wziąć o wiele mniejszy kredyt na mieszkanie. Dominika była nieprzejednana. „Jeśli okazałam się mniej ważna od jego kariery, to nie mamy o czym mówić. Dobrze, że okazało się to teraz, a nie po ślubie, jak to było w przypadku moich rodziców”. Rodzice Dominiki rozwiedli się, kiedy ona miała 15 lat. Wtedy z wielkim hukiem i skandalem wyszedł na jaw wieloletni romans ojca. Właściwie niewiele to zmieniło w życiu rodziny, bo ojciec i tak zawsze był tylko gościem w domu. Bardzo dużo podróżował służbowo, do tego często jeździł na polowania. Zdaniem Dominiki wszyscy mężczyźni to egoiści. Adam potwierdził jej przekonanie.

Czasami nieświadomie oczekujemy od swoich partnerów, że dadzą nam wszystko to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Przy tak wygórowanych oczekiwaniach wystarczy drobne uchybienie i rozczarowanie gotowe.

Poddajesz się czy idziesz dalej?

Psycholog analityczny Stephen Johnson powiedział, że co prawda nie możemy dostać wszystkiego, czego potrzebujemy, ale możemy otrzymać o wiele więcej, niż kiedykolwiek dostaliśmy. Tymczasem jeżeli posługujemy się w życiu kalkami typu, że mężczyźni są źli albo że kobiety wykorzystują mężczyzn, doprowadzamy do tego, że zaczynamy wyłapywać tylko to, co potwierdzi nasze wyniesione z domu przekonania.

– Zachowujemy się wówczas tak, jakbyśmy założyli czarne okulary. Może warto je czasami zdjąć albo choć dostrzec, że ma się je na nosie. Zdać sobie sprawę, że czarne okulary z dzieciństwa wypaczają nam obraz rzeczywistości – radzi Magda Linca.

Ukazanie się w Polsce książki Susan Forward pt. „Toksyczni rodzice” (Santorski & Co 2006) odbiło się szerokim echem. Jej lektura przyczyniła się do tego, że ludzie zaczęli szukać winnych za to, co niedobrego dzieje się z ich obecnym życiem.

– Gdyby książka „Toksyczni rodzice” została wprowadzana na rynek pod hasłem: „Ludzie mają prawo oskarżać swoich rodziców, jeśli doświadczyli od nich przemocy i że ta przemoc jest czymś złym, niczym nieusprawiedliwiona”, to wszystko byłoby w porządku – tłumaczy Andrzej Wiśniewski. – Natomiast książka została wypromowana pod hasłem: „Za twoje niepokoje, i porażki odpowiadają twoi rodzice. Gdyby nie oni, byłbyś szczęśliwym człowiekiem”. I w tym kontekście lektura „Toksycznych rodziców” zrobiła dużo złego, bo wysyłała na terapię rodziców, a nie ich dorosłe dzieci. Poza tym autorka Susan Forward stworzyła mit idealnych rodziców, a takich nie ma. Poza skrajnymi przypadkami większość rodziców ma zalety i kiedy już odchorujemy ich wychowawcze wpadki, dostrzeżemy również to, co zrobili dla nas dobrego.

Dojrzałość wymaga zobaczenia ludzi w pełni. Wówczas oprócz zła widzimy dobro, oprócz słabości – siłę. Zdaniem Dariusza Tkaczyka nawet jeśli we wspomnieniach naszego domu rodzinnego dominują te złe wydarzenia, warto zadać sobie pytanie: to było, a co chcesz zrobić teraz? Możesz się poddać sile przeszłości, ale to jest twój wybór, a nie konieczność. Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. Nawet jeśli miałeś najgorszych rodziców, to nadal ty decydujesz, jak dzisiaj i jutro będzie wyglądało twoje życie.

  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Psychologia

Gdy pojawia się zazdrość o nowe dziecko w rodzinie

Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Kiedy pojawia się w domu nowe dziecko, starsze często czuje się odstawione na boczny tor. To zupełnie naturalna reakcja. Niestety, rodzice zazwyczaj odbierają dzieciom prawo do frustracji i wymagają ciągłego zachwytu niemowlakiem. To błąd! Ale do naprawienia…

Spodziewasz się kolejnego maluszka? Nawet jeżeli sama nie byłaś nigdy zazdrosna o młodsze rodzeństwo i wydaje ci się, że dom pełen dzieci to wyznacznik szczęścia, wiedz, że twoje pozytywne nastawienie nie jest gwarantem tego, że nie nadejdą żadne trudności. Noworodek w domu to test dla całej rodziny. Pojawia się kolejny – wymagający troski i miłości − domownik. Co zrobić, aby starsze rodzeństwo zbudowało z nim fajną relację, a pojawienie się malucha nie zachwiało całą strukturą rodzinną? Przede wszystkim nie myśl życzeniowo i nie licz na to, że wszystko samo się ułoży. Wręcz przeciwnie, chuchaj na zimne – zamiast ugłaskiwać rzeczywistość, zmierz się z możliwymi zagrożeniami. Oto, co najgorszego może cię spotkać:

Agresja

Bądź gotowa na hasła typu: „Oddajcie go z powrotem do szpitala. Nie chcę go u mnie w domu!”. Przejawami bezsilności mogą też być: bicie dorosłych, rzucanie przedmiotami, chlapanie jedzeniem, odmawianie wszelkiej współpracy w czynnościach codziennych. To typowe zachowanie dla dziecka, które nie radzi sobie z emocjami.

Głośne zabawy

Starsze dziecko chce nadal mieć prawo do bycia pierwszym. Głośne zachowanie to klasyczny przykład zawłaszczania uwagi dorosłych i wymuszania ich zainteresowania. Nie denerwuj się. Pamiętaj, że noworodek ma inne wymagania dotyczące snu. Będzie spał nawet wtedy, gdy brat czy siostra zacznie mu śpiewać nad uchem lub stukać klockami. Wymagając ciszy w domu, dajesz starszemu dziecku broń do ręki: wie, że krzyk zogniskuje twoją uwagę.

Regres

Kilkulatek odmawia samodzielnego jedzenia, ubierania się, załatwiania do ubikacji lub na nocnik, chce być noszony na rękach, przestaje mówić i wymaga, żebyś rozumiała jego „gaworzenie”? Zachowuje się tak, jakby cofnął się w rozwoju? To proste – podgląda noworodka i, widząc twoje zaangażowanie, też chce taki być. My również podglądamy zachowania ludzi, którym zazdrościmy. To naturalny mechanizm psychiczny.

Choroby

Nadal nie doceniamy psychosomatyki dziecka. Niesłusznie. Pod wpływem silnego stresu (przeprowadzka, brak kolegów, nowe dziecko w rodzinie) maluch szuka rozwiązania i tu może przyjść mu z pomocą ciało. Choroby, a raczej ich niekończący się ciąg, mogą nie być przypadkiem, jeśli zbiegną się z twoją kolejną ciążą.

Co robić?

Nie uciekaj od problemu. Nie traktuj zachowania starszego dziecka jako ataku na ciebie. Spróbuj postawić się w jego sytuacji − niemowlę w domu nie jest dla niego niczym fascynującym. To raczej mało atrakcyjny, męczący, odbierający spokój ducha intruz. Dlatego zadbaj o to, by starszy brat czy siostra czuli się przygotowani na czekające całą rodzinę zmiany. Pokaż na rysunkach, zdjęciach i filmach, czego można się spodziewać po noworodku. A także:

Angażuj starsze rodzeństwo w opiekę

Nie bój się kontaktu dzieci. Aktywność rozładowuje napięcie. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, łatwiej nam to polubić, zrozumieć. Zachęcaj do wspólnych kąpieli czy bujania wózka.

Pozwól na regres

Jeśli o to poprosi, kup starszemu dziecku smoczek, butelkę i rób mleko w proszku. Nawet nie myśl o tym, że go rozpieszczasz. Ty jedynie zapobiegasz powstaniu głębokiej niechęci do młodszego rodzeństwa. Faza regresu bardzo szybko minie, zwłaszcza jeśli przyznasz dziecku do niej prawo.

Tul, całuj i pieść

Jesteś mamą noworodka, więc nie brakuje ci kontaktu fizycznego, ale twojemu starszemu dziecku – tak. Gdybyś miała zrobić dla niego tylko jedną rzecz, to przytul je, kołysz, głaszcz i całuj. Możesz to robić w całkowitym milczeniu. Twój komunikat jest dla dziecka klarowny.

Rób zdjęcia starszemu dziecku

Wyjmij fotografie z okresu noworodkowego, rób zdjęcia rodzeństwu razem i nigdy nie dopuść, żeby fotki noworodka zdominowały waszą przestrzeń rodzinną.

Kup lalkę

Nowe dziecko kosztuje, ale zapobieganie niechęci między rodzeństwem jest bezcenne. Warto więc zainwestować w nowe zabawki. Starsze dziecko wyposaż w lalkę o wyglądzie noworodka, a jak trzeba, to i w wózek, małą wanienkę i wszelkie akcesoria. Chłopcu pomożesz rozładować frustrację, jeśli pozwolisz równolegle z tatą kąpać, przewijać i usypiać „swojego” dzidziusia.

Czytaj mu książki

Historyjki o tym, jak w domu zjawia się okropne młodsze rodzeństwo, ale w końcu udaje się je polubić, będą ogromnym wsparciem dla starszego dziecka, które przestanie czuć się winne, że nie lubi maluszka.

Podkreślaj przywileje

Starsze dziecko widzi tylko jedną stronę swojej sytuacji: ktoś kradnie mu mamusię. Pokaż mu jego przywileje: „Możesz sam wybierać ubrania, sam jeść, sam się myć, możesz oglądać telewizję i masz swoich kolegów”. Warto pokazać dziecku, że jego sytuacja nie jest wcale tragiczna.

Znajdź czas tylko dla niego

Największą bolączką posiadania młodszego rodzeństwa jest fakt, że nie ma się już rodziców tylko dla siebie. Dlatego codziennie wygospodaruj czas na bycie tylko z jednym, starszym dzieckiem. Nawet jeśli będzie się to wiązać z zatrudnieniem niani, warto tak zrobić. Gdy chcesz być tylko ze mną, to znaczy, że mnie kochasz – każdy człowiek to rozumie. Gdy się czegoś spodziewamy i mamy plan, co zrobimy w razie problemów, nie wywołuje to stresu. Dlatego warto opracować strategię, jak się zachowasz, kiedy starsze dziecko zaprotestuje, że niszczysz mu życie.

Działaj zamiast mówić

Słowa to najłatwiejszy rodzaj komunikacji, ale nie w relacjach z dziećmi. W obszarze porozumiewania się z maluchami są wyjątkowo kiepską metodą. Dzieci, jeszcze niezmanierowane, doskonale widzą, że miłość to nie słowa, ale zachowanie. Dlatego najlepiej, żebyś nic nie mówiła, a skupiła się wyłącznie na swoim zachowaniu. „Kochamy cię. Zawsze będziesz dla nas najważniejszy. Za kilka lat zobaczysz, jak wspaniale mieć młodsze rodzeństwo” – takie słowa nie przekonają żadnego dziecka. Jeśli kogoś się kocha, to jest on dla nas całym światem i nie potrzebuje się innych, a „za kilka lat” nie istnieje nawet dla nastolatka. Liczy się tylko „tu i teraz”. Nie myśl więc, że wyjaśniliście sobie, jak się rzeczy mają. Dla dziecka liczą się wyłącznie zachowania dorosłych. Dlatego w tej sytuacji lepiej nic nie mówić, tylko w milczeniu na każdym kroku okazywać zrozumienie.

  1. Psychologia

Mężczyzn mogą uratować kobiety. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej.
Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. "Mężczyzn mogą uratować kobiety" - twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. (Fot. iStock)
Związki przyszłości? Ale z kim? Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. Co zrobić, żeby na świecie nie zostały tylko same one? I dlaczego mężczyzn mogą uratować kobiety – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Warren Farrell, amerykański publicysta, twierdzi, że wizerunek medialny mężczyzny się zmienił. Z odpowiedzialnego i poważnego przywódcy, mądrego ojca i dobrego męża mężczyzna zamienił się w okrutnika, złego szefa, bezwzględnego mordercę, pedofila, gwałciciela. Mężczyzna – samo zło! No i jak z kimś takim planować ślub?
Do niedawna patriarchat – tak jak każdy totalitarny system – mógł bez trudu ukrywać swoje słabości i zbrodnie, manipulując językiem, wartościami i umysłami. Ale teraz, gdy okazało się, że jego rządy doprowadziły do kryzysu cywilizacji, mężczyznom musi się oberwać. To też wyrównywanie rachunku krzywd. Potęguje się proces wyzwalania emocji, potrzeb i możliwości kobiet, które przez wieki nie mogły dojść do głosu. To nowa, bezkrwawa rewolucja. Ale jak każda rewolucja i ta nieuchronnie popada w nieznośną przesadę, arogancję i egzaltację.

Ale to nie tylko feministki są autorkami czarnego PR. Scenariusze powieści o złych mężczyznach piszą też mężczyźni.
Może kieruje nimi – nie do końca uświadamiana – potrzeba męskiej pokuty. Samooczyszczenia, którego chcą dokonać, uświadamiając zbiorowe i indywidualne winy, wydobywając z szafy męskiej zbiorowej podświadomości kościotrupa szowinizmu i arogancji. A poza tym taki temat jak upadek idola zawsze dobrze się sprzedawał. Więc teraz dobrze się sprzedaje upadek mężczyzny. Ludzie chcą to oglądać, bo antymęska nagonka opiera się na podobnym mechanizmie jak popularność tabloidów, które tworzą iluzję, że są głosem sumienia porządnych ludzi. Ten spektakl jest wspierany i podkręcany także przez mężczyzn, którzy uważają się za skrzywdzonych przez ojców, nauczycieli, szefów, premierów – a więc mających swoje powody, by także czuć się ofiarami patriarchatu. Oni patrzą na ten upadek i myślą: „no, nareszcie im się dostaje!”.

Znaczenie może mieć też to, że coraz więcej mężczyzn to synowie samotnych matek.
Ciągle jeszcze bardziej „samotne” niż „samodzielne” matki zazwyczaj, niestety, wychowują synów w duchu potępienia, lekceważenia, a nawet pogardy dla ich ojców. Nie zdają sobie sprawy, że dewaluowanie ojca niszczy poczucie wartości syna jako mężczyzny. W rezultacie ci chłopcy, szukając wzorca na bycie sobą, który zaakceptowałaby ich matka, nadmiernie czerpią z jej sposobu przeżywania i nazywania świata, z jej ocen, przekonań i emocji. Nie wyrastają więc na dzielnych mężczyzn, lecz na rozgoryczone, depresyjne i rozemocjonowane kobiety, tyle że przyobleczone w męskie ciała. Samotne matki wychowują też córki, którym również przekazują jednostronny, negatywny obraz mężczyzn: słabych, niedojrzałych, nielojalnych i leniwych. Tragikomiczny paradoks tej sytuacji polega na tym, że mężczyźni o takich psychologicznych parametrach to z reguły ci wychowani przez samotne matki. I tak powstaje błędne koło, które produkuje coraz więcej słabych, niedojrzałych mężczyzn i coraz więcej samodzielnych, rozgoryczonych, nieufnych i wyrachowanych kobiet.

Szczęśliwej pary taki mężczyzna i taka kobieta nie stworzą?
A jakim cudem kobieta obciążona negatywnym stereotypem mężczyzny i psychicznie wykastrowany przez swoją matkę, odcięty od ojca mężczyzna mogliby stworzyć szczęśliwy związek? Oboje nauczyli się przecież, że zaangażowanie emocjonalne w relacje z osobnikiem płci przeciwnej kończy się cierpieniem i upokorzeniem. Facet w takim związku jest z góry skazany na potwierdzanie negatywnego stereotypu mężczyzny zainstalowanego w umyśle partnerki, a kobieta – na przeżycie gorzkiej satysfakcji wynikającej z potwierdzenia jej najgorszych przewidywań.

Gdzie mamy szukać ratunku?
Aby dać szansę trwałym, partnerskim związkom, obie strony muszą zakwestionować jednostronny, negatywny stereotyp ojca. Odtworzyć w swoich sercach jego pozytywny aspekt i jednocześnie – co bardzo ważne – przestać idealizować matkę. Wtedy dopiero kobieta i mężczyzna będą mogli odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę – a nie w imię rodzinnej tradycji czy politycznej poprawności – od siebie nawzajem oczekują? Czarno jednak widzę przywrócenie szacunku dla postaci ojca i odidealizowanie matki w czasach feministycznej rewolucji. Tym bardziej że zawalczyć o nie, i to na przestrzeni dwóch pokoleń, musiałyby kobiety. No ale: pierwszy krok to znalezienie przez kobiety prawdziwej odpowiedzi na pytanie, czego potrzebują od mężczyzn. Gdy ją poznają, wtedy będą wiedziały, jak wychowywać synów i córki. Bo chyba nie chodzi o to, by wyrugować ze świata takie tradycyjne atrybuty męskości jak: odwaga, odpowiedzialność, lojalność, niezależność, umiejętność walki i zdolność do solidarnej gry w zespole?

No nie. Te cnoty znikają, bo coś nie wyszło. Mężczyźni mieli być męscy, ale też wrażliwi. A są niemęscy i narcystyczni.
Uogólniona krytyka i dewaluacja mężczyzn przez matki demoluje wewnętrznie synów. Nie pozwalają młodym mężczyznom identyfikować się z własną płcią. I co wtedy mają robić? Priorytetem ich życiowej strategii staje się unikanie niezależnych, wymagających, często gardzących mężczyznami kobiet – czyli kobiet podobnych do ich matek. Ale testosteron działa, więc ich wyparta, niedojrzała seksualność realizuje się w kontakcie z internetową pornografią, w autoerotyzmie, w skłonnościach do pedofilii, a także w eksperymentach homoseksualnych. Dzieje się tak, bo kobiety nie dają im nadziei na bycie kochanymi. Z tego samego powodu mężczyźni coraz częściej nie chcą dorastać i mieszkają z mamą aż do jej śmierci, czyli do 40., a nawet 50. roku swego życia. Albo wybierają strategię casanowy, który swoją potrzebę miłości i uznania próbuje na próżno zaspokoić wykradanym, wyłudzanym seksem. Jeśli więc nadal krytyka patriarchatu będzie się przeradzać w krytykę męskości, wylejemy dziecko z kąpielą.

Chyba już wylaliśmy: w książce „Żelazny Jan” Roberta Bly znalazłam przejmującą scenę. Terapeuta każe mężczyznom skupionym w kręgu podnieść symbolicznie miecze w górę. A oni nie mogą, bo dla nich demonstracja siły i męskości jest równoznaczna z agresją. Tymczasem mężczyźni nie chcą nikogo skrzywdzić.
Podniesienie miecza w górę to także symbol męskiej erekcji, męskiej wydolności i siły – nie tylko seksualnej. To także symbol zdolności do walki, obrony siebie i wszystkiego, co mężczyźnie drogie. Siła ta drzemie w każdym i decyduje o jego dorosłym poczuciu męskości. Staje się groźna tylko wtedy, gdy mężczyzna nie nauczył się nią mądrze zarządzać. Pozostając pod opieką nastawionej niechętnie do mężczyzn mamy, ma na taką naukę marne szanse. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu młodzi mężczyźni mieli okazję nauczyć się tego przez sport, a także dzięki wojsku. Dziś sporty walki albo wojsko to dla większości wykształconych mężczyzn skrajny obciach. Ale testosteron i agresja nie wyparują z męskich ciał tylko dlatego, że nie są trendy. I nic tu nie pomoże wegetarianizm ani unikanie lekcji WF-u, kolczyki w uszach, malowanie paznokci. Męska agresja zamiatana pod dywan może zamienić się w bombę zegarową groźną dla świata.

Ale mężczyźni sami nie chcą być sobą. To widać choćby w modzie. Jeszcze wiek temu emancypantki przebierały się w męskie stroje, dziś odwrotnie – mężczyźni noszą kolorowe rzeczy, używają kosmetyków.
Wyraźnie się feminizują. Mają też coraz więcej problemów z ciałem. Chorują na anoreksję, bulimię, stawy, kręgosłup, przedwczesny wytrysk, impotencję. Zaczynają golić nogi, depilować torsy, farbują włosy. Wygląda na to, że robią coraz więcej, by upodobnić się do kobiet, a dzięki temu zejść z linii ognia. Jeśli tak dalej pójdzie, to przypuszczam, że kobiety na zawsze pozostaną w dzielnie wywalczonych spodniach, a mężczyźni niebawem zaczną chodzić w spódnicach. Nie znam statystyk dotyczących transseksualizmu, ale w kontekście naszej rozmowy zaryzykowałbym hipotezę, że więcej mężczyzn chce zostać kobietami niż kobiet mężczyznami, bo dziś bycie mężczyzną nie jest ani trendy ani sexy.

A 20-latki skarżą się, że nie ma mężczyzn. W książce „Męskie pół świata” piszesz, że wkrótce będziemy miały do wyboru albo Piotrusia Pana albo skamielinę przeszłości, czyli tyrana.
No tak. Piotruś Pan to mężczyzna, który nie chce dorosnąć, bo niby kim miałby wtedy zostać: przeklętym samcem alfa i szowinistycznym wieprzem, a może uległym podnóżkiem swojej kobiety albo... Właśnie, wyboru prawie nie ma. Dlatego mężczyźni muszą się sami za siebie wziąć i stworzyć nowy wzorzec męskości, który nie będzie się opierał na demonstrowaniu przewagi nad kobietami. Z drugiej jednak strony kobiety muszą stworzyć taki wzorzec kobiecości, który nie będzie się opierał na pogardzie dla mężczyzn. W przeciwnym razie ofiary przeistoczą się w prześladowców. Marzenia o tym, żeby w pełni zanegować męskość i wejść w nowy matriarchat, to strata czasu. Doniesienia z czasów matriarchatu mówią, że rolę prześladowców odgrywały wówczas kobiety. Mężczyźni byli w pogardzie i by sprostać oczekiwaniom władczyń, zademonstrować negatywny stosunek do własnego podgatunku i chęć znalezienia się w kaście sprawującej władzę, dokonywali masowych, rytualnych kastracji. W warstwie symboliczno-psychicznej podobne zjawisko pojawia się obecnie wśród chłopców i młodych mężczyzn.

Za kryzys męskości ma też odpowiadać antykoncepcja. Powoduje ona, że kobiety wybierają niemęskich mężczyzn, to znaczy bez zewnętrznych oznak wysokiego testosteronu. Dlaczego? Pigułka blokuje jajeczkowanie na podobnej zasadzie jak ciąża. A więc kobiety po jej zażyciu czują się tak, jakby spodziewały się dziecka. Spada im libidio (tracą ochotę na seks) i szukają miłych opiekunów, a nie supersamców.
To całkiem prawdopodobne, że kobiety stosujące hormonalną antykoncepcję mogą mieć chemicznie podkręcony instynkt opiekuńczy. Więc przytulają różnych chłopaczków, a potem się dziwią, że ci przy pierwszej scysji czy problemie lecą do mamusi albo przeprowadzają się do następnej opiekunki. Co więc mają począć ci faceci? Nie mieszczą się w mainstreamie, więc na społecznych peryferiach tworzą patriarchalne enklawy: harleyowcy, kibice, a szczególnie nacjonaliści, którzy na sztandarach głoszą szczególną wartość swojej krwi i spermy.

Może popularność cyklu „Millennium” wynika z tego, że tam możemy odnaleźć to, czego tak szukamy – pozytywny wzór mężczyzny. Bohaterem jest nowoczesny wojownik, feminista, który walczy o prawdę i staje w obronie kobiet – a jego polem bitwy są media.
Trzeba tworzyć nowe wzorce – to pewne. Próbują tego mężczyźni skupieni w męskich kręgach rozwojowych, sięgając do pierwotnych indiańskich i szamańskich tradycji. To interesujący kierunek, bo oni poszukują w kulturach opartych na wzajemnym szacunku płci. Do roli wzorców męskości urastają także popularne postaci z kręgu literatury fantasy, takie jak Wiedźmin czy Harry Potter. Są to mężczyźni, którzy rozwinęli w sobie nadprzyrodzone moce, a także dzielność i odwagę. Dla nich kobiety nie są osią życia. Ci i inni męscy bohaterowie zamieszkujący wyobraźnię współczesnych mężczyzn wyrażają ich ogromną tęsknotę za szlachetną mocą, intencją i misją, za autonomią, wolnością i godnością. Jednym słowem – za współczesną wersją wspólnoty Rycerzy Okrągłego Stołu. To ważne i budzące nadzieję.

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być?
Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo.
Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca?
Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią?
Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca?
Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami.
Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa.
Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych.
Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię.
To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom?
To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją?
To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni.
Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami?
Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą.