1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kartkówka Katarzyny Miller - „Kwestionariusz Prousta”

Kartkówka Katarzyny Miller - „Kwestionariusz Prousta”

Katarzyna Miller - psychoterapeutka, psycholożka i felietonistka, od lat związana ze
Katarzyna Miller - psychoterapeutka, psycholożka i felietonistka, od lat związana ze "Zwierciadłem". (Fot. Zosia Promińska)
Na przełomie XIX i XX wieku po europejskich salonach krążył zestaw pytań z pozoru błahych, a jednak ukazujących głębię osobowości. Dwukrotnie odpowiadał na nie Marcel Proust, więc zyskał nazwę „Kwestionariusz Prousta”. Od tego czasu ewoluował i doczekał się mnóstwa wariantów. My wybraliśmy wersję, na którą odpowiadał m.in. Jeremi Przybora. Teraz zmierzy się z nią Katarzyna Miller. Chwilę potem może to zrobić też każda z Was.

Główna cecha mojego charakteru?
Różnorodność.

Cechy, których szukam u mężczyzny?
Samoświadomość, inteligencja, znajomość własnych emocji i taki męski zniewalający urok, można powiedzieć „łóżka wyskakujące z oczu”. I koniecznie poczucie humoru.

Cechy, których szukam u kobiety?
Inteligencja, znajomość siebie, lubienie siebie, lojalność, uroda – ogromnie lubię damską urodę, wdzięk i poczucie humoru.

Co cenię najbardziej u przyjaciół?
Poczucie bliskości, uważność na siebie, słuchanie siebie wzajemne, ciepło, serdeczność, stwarzanie atmosfery wyjątkowości naszej relacji.

Moja główna wada?
To, że czasem nie wiem o sobie ważnych rzeczy i siebie zaskakuję. Myślę sobie wtedy: „O matko, a tak lubiłaś myśleć, że ci to wychodzi”. To, że potrafię zjeżdżać z nastrojem. No i że mi się ostatnio za często nic nie chce, ale to dlatego, że przesadziłam z pracoholizmem.

Moje ulubione zajęcie?
Leżenie, czytanie, jedzenie, rozmawianie z fajnymi ludźmi, których kocham i z którymi się dobrze bawię, czyli jednym słowem: biesiadowanie. Ale też bycie w wodzie, w przyrodzie, masaż i generalnie czucie się cudownie.

Moje marzenie o szczęściu?
Dużo wody, dużo słońca, dużo czasu dla siebie i fajne towarzystwo.

Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk?
Nic, bo nie mam lęków obsesyjnych. Ale najbardziej boję się ludzkiej przemocy i niewrażliwości na innych. Oraz wojny.

Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem?
Stracić wzrok, nie móc czytać i patrzeć na świat, ale też stracić głos – czyli nie móc się porozumiewać.

Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem?
Meryl Streep.

Kiedy kłamię?
Kiedy trzeba. A kiedy trzeba? Jak nie chcę, żeby ktoś wiedział o czymś, o czym nie chcę, by wiedział. Kiedy opłaca się, żeby to nie zostało ujawnione i odkryte. Uważam, że trzeba umieć dobrze kłamać, bo to przydaje się w życiu.

Słowa, których nadużywam?
„Cudne”, „uwielbiam”, „rozkoszne”, „ubóstwiam”, „nie chce mi się”, „miau”.

Ulubieni bohaterowie literaccy?
Mama Muminka! Oraz Lisbeth Salander i Mikael Blomkvist z Millennium Stiega Larssona.

Ulubieni bohaterowie życia codziennego?
Magda Chorębała, moja wydawczyni. Mnóstwo pamięta, jest inteligentna, pomysłowa, dowcipna, bywa też pogodna, jest uczynna, energetyczna, wszechstronna. Dba o mnie i znosi nawet krytykę, niechętnie, ale znosi. A najlepsze jest to, że mamy razem taki fun, iż nagle wpadamy na pomysł, że będziemy układać epitafia, i robimy to przez trzy godziny, a potem urządzamy wieczór epitafiów dla krewnych i znajomych Królika. Czy to nie rozkoszne? Beata Majchrowska – moja przyjaciółka. Świetnie ogarnięta życiowo singielka. Nigdy nie narzeka. Zdolna, pracowita, fantastycznie umie się bawić, cieszy ją życie, świat, podróże. Lojalna wobec przyjaciół. Wspaniale potrafiła żyć ze swoją mamą i córką. Dziś niestety już tylko z córką. I tańczy flamenco! Joasia Olekszyk – młoda, śliczna i mądra naczelna „Sensu”. Naprawdę kumata. Pierwsza dziennikarka, w której opracowaniach naszych rozmów nic nie zmieniam.

Czego nie cierpię ponad wszystko?
Głupoty, zawiści, bezmyślności, złej woli, cieszenia się z cudzej krzywdy, intryganctwa, nikczemności… Kanalii nie lubię.

Dar natury, który chciałabym posiadać?
Bardzo piękny głos. Mój jest całkiem przyjemny, ale chciałabym mieć taki, że jakbym zaśpiewała, to rozniosłoby się po łąkach i po polach, ale też na całą filharmonię czy stadion. Przy czym chciałabym mieć niski głos. Taki trochę jak Barbra Streisand, trochę jak Edith Piaf, trochę jak Nina Simone i Bessie Smith, a trochę jak Whitney Houston.

Jak chciałabym umrzeć?
Spokojnie, wiedząc, że umieram. Pożegnać się ze wszystkimi, zostawić swoje sprawy w jako takim porządku, położyć się i łagodnie odejść, zadowolona, że się nażyłam.

Obecny stan mojego umysłu?
Pogubiony nieco, bo jakoś pogłupłam ostatnio. Jestem tak zajęta, że zapominam, co powiedzieć albo gdzie coś położyłam. W związku z tym trochę mam do siebie upierdliwy stosunek. Ale tak w ogóle to się cieszę, bo bardzo dużo pięknych rzeczy mi się składa i układa.

Błędy, które najłatwiej wybaczam?
Nie za bardzo lubię to słowo, choć go czasem używam. Błędy moim zdaniem nie istnieją. Istnieje po prostu życie. Co się rozleje, to się wytrze, a czasem samo wyschnie.

Moja dewiza?
„Życie bywa cudne, trudne i nijakie, i bardzo dobrze”.

To Twoje życie Katarzyna Miller; Joanna Olekszyk Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…

  1. Psychologia

Wpływ rodziców na związek. Rozmowa z Katarzyną Miller

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O tym, jak ważne jest, by zminimalizować wpływ rodziców na swój związek, ale też zdać sobie sprawę z tego, że dom nosimy zawsze w sobie – z psycholog Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk.

Niektórzy porównują związek do podróży. Jak często wybieramy się w nią na jednym wózku z rodzicami? Bardzo często, dlatego powinniśmy ich z tego wózka jak najszybciej wysadzić.

Z drugiej strony psychoanaliza mówi, że dzieciństwo ma wielki wpływ na to, jacy jesteśmy, więc wprawdzie wysadzić rodziców z wózka powinniśmy, ale czy i tak nie będą na nim siedzieć w archetypicznym wymiarze? Ja mam na myśli to, żeby podziękować rodzicom za to, co nam dali, i dalej pójść swoją drogą. Ale masz rację, z rodzicami jesteśmy związani na zawsze. Poza tym dzieci bardzo często chcą, by rodzice jak najdłużej na nich coś łożyli: pieniądze, opiekę, uwagę. To są dzieci nie do końca wypuszczone spod skrzydeł, przyzwyczajone do bezwolności, które na przykład chcą, żeby ich matki opiekowały się ich dziećmi. To, jaka ilość kobiet w Polsce jest na etatach babć, jest nie do uwierzenia. Na pewno jedną z przyczyn stanowi to, że nadal jesteśmy trochę za biedni, by pozwolić sobie na opiekunkę do dziecka. Z jednej strony dziadkowie dają wnukom wiele dobrego i są przeciwwagą dla rodziców, z drugiej robią im też wiele krzywdy, a to rozpieszczają, a to wkładają do głowy dziwne rzeczy... Ja na przykład miałam paskudną babcię, i to jedyną, jaką znałam. Dewotka, nic jej nie obchodziło, tylko zdanie księży. Rzymski katolicyzm bardzo się dokłada do naszych złych wspomnień z dzieciństwa, jest dosyć histeryczny i bardzo emocjonalny, no i często prowadzi do obłudy, typowo polskiej dulszczyzny.

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? Po prostu ich lubić, nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, czyli bardziej lubić niż nie lubić. Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre. Jeśli tylko znajdziesz coś fajnego w swojej mamie, tacie, teściu czy teściowej, to doceń to i powiedz na głos. Przecież spędzisz z nimi kawał życia – wspólnie tkacie dywan, po którym będziecie razem chodzić. Tkajcie go więc w ładnych kolorach, choć wiadomo, że w miarę używania trafi się też brzydka plama. Jeśli nic dobrego nie możesz powiedzieć o teściowej, to chociaż jej podziękuj: „Dziękuję ci za twojego syna”. Oczywiście wiele babek się zapiera, że nie będą mówiły innym czegoś miłego, bo oni im też nie mówią. Albo się zrażają: „Ja mu to już raz powiedziałam, ale on nie zareagował, więc przestałam”. Nie można przestawać, trzeba kontynuować. Jeśli cokolwiek chcesz osiągnąć, to musisz to robić wytrwale. Przecież jak się chcesz nauczyć jeździć, to trzeba się do tego na początku zmusić i regularnie powtarzać. Zmuszasz się, żeby się czegoś nauczyć, bo ci na tym zależy. A na relacjach ci nie zależy?

Do związku wnosimy też często naszego wewnętrznego rodzica... Boże, ile osób bierze udział w jednym związku! Moi rodzice, jego rodzice, nasi rodzice wewnętrzni, a do tego byli partnerzy. Seks łączy nas jak więzy krwi.

Jak często rodzic wewnętrzny okazuje się podobny do prawdziwego rodzica? Bardzo często. Mało tego, jeszcze częściej partner jest podobny do tego naszego wewnętrznego rodzica. Super, jeśli to jest ciepły rodzic, gorzej jeśli sekujący.

Sami wybieramy sobie takiego partnera? Oczywiście. Ludzie nieustannie mylą się w jednej sprawie: wydaje im się, że w życiu dokonują określonych wyborów, łącznie z wyborem partnera, by lepiej się poczuć. Otóż nie, my chcemy się czuć tak, jak czuliśmy się w domu – bo to już znamy, to jest bezpieczne. Owszem, jeżeli ktoś się napracuje, to może sobie ofiarować nowy start, z którym będzie dużo bardziej szczęśliwy, ale musi być dla siebie na tyle ważny, żeby mu się chciało i żeby nie zaprzestać tego wysiłku.

Czyli znów konsekwencja. Tak jest. Ja na przykład po latach zdałam sobie sprawę z tego, że facet, z którym jestem już bardzo długo, czyli mój Edek, często dowala mi tak jak moja mamusia. Kiedy to zrozumiałam i sobie ponazywałam, nagle zaczęłam zupełnie inaczej ustawiać to nasze wspólne życie. Przede wszystkim przestałam cierpieć – bo my zawsze cierpimy na własne życzenie. Skoro więc chcę z nim nadal być, to muszę zmienić coś w sobie, w moim podejściu. Zdać sobie sprawę z tego, że niby się z mamusią rozstałam, ale za to szybko podrzuciłam ją w jego skórę. Dalej ją sobie funduję, na własne życzenie. Jego zachowania interpretuję jako krzywdę, bo to samo robiła mi mama. Poza tym ja go prowokuję. Oczywiście on gra też w swoją grę. Ale jeśli ja się wycofam, to on też przestanie.

Czyli jest pewna prawda w twierdzeniu, że dobieramy sobie partnerów takich jak nasi rodzice? Pewnie, że jest. Ktoś powie: „Ale moja mama była gospodarna, a moja żona nie jest”. No ale gospodarność nie musi być tą najważniejszą rzeczą, może jest podobna w innych.

A czy wybieramy sobie partnerów podobnych do rodzica, z którym byliśmy bardziej związani, czy z którym się częściej kłóciliśmy? Kwestia, z kim byliśmy bardziej związani, jest dość skomplikowana. Wiesz, jaka jest psychoterapeutyczna prawda? Że jeśli najpierw przepracujesz rodzica, z którym twoim zdaniem było ci gorzej, to potem okazuje się, że z tym drugim też tak wesoło nie było. Kiedy rodzice się często kłócą, to nie dają się zaakceptować jako para. Jako dziecko musimy wybrać, czyją stronę bierzemy. Więc decydujemy i potem ładujemy pozytywy w tę jedną osobę, a drugą zaczynamy odsądzać od czci i wiary.

Chcemy udowodnić sobie, że dobrze wybraliśmy... A potem po latach okazuje się, że nie było wcale tak czarno-biało. To są czasem wstrząsające odkrycia. Moja przyjaciółka po kilkuletniej terapii zrozumiała, że jej biedna mama, uciemiężona żona alkoholika, tak naprawdę leżała na swoich dzieciach, żądała od nich współczucia i każde w pewien sposób skrzywdziła. Podczas gdy tata był ciepłą, fajną osobą, którą ona też stopniowo wykańczała, może i tak by pił, ale na pewno przez jej historię cierpiętnictwa nie miał szansy się przebić ze swoją.

Ja dokonałam dobrego wyboru w dzieciństwie, czyli przyznałam rację tacie, ale po latach, jak przepracowałam sobie konflikty rodziców, dostrzegłam w tym wszystkim też winę taty. Mama miała więc podstawy – jako kobieta – by go nie do końca uszanować.

Edka wybrałaś jednak kluczem mamy? Nie do końca, on ma też dużo z mojego taty. Ja dzięki ojcu mam bardzo dobre relacje z mężczyznami, bo stoję za sobą i nigdy się im nie daję. Potrafię być wredna, nie przeraża mnie, gdy ktoś tak o mnie mówi. Choć w sumie to nie jestem wredna, ja po prostu umiem o siebie zawalczyć. Natomiast w związku z Edkiem na początku zachowałam to cierpiętnictwo, które wyniosłam z domu, cierpiętnictwo mojej mamy. Ale już się go pozbyłam.

Chcemy wyjść z domu, lecz ciągle go w sobie nosimy. Tak, to odwieczny paradoks. Nie możemy się całkowicie odciąć od tego, co znamy z domu, bo to dół góry lodowej nas trzyma, nie góra – dół, czyli to wszystko, co w nas nieuświadomione, ukryte. Poza tym rodzice często nie chcą wypuścić nas na wolność i ciągniemy ich za sobą w postaci ogona. Dlatego gdy jesteś pierwszy raz w domu swojego chłopaka, patrz na jego rodziców. Jeśli tatuś jest kapeć, a mamusia po nim jeździ, to twój chłop prawdopodobnie będzie chciał, żebyś to ty była tą silną stroną w związku, która go niesie, a w dodatku ubóstwia. Jeśli tatuś jest macho i rozstawia rodzinę po kątach, zobacz, jak traktuje syna. Jeśli go gnoi, to jest to zniszczone dziecko, a jeśli syn jest do niego podobny i tatuś jest z niego dumny, gadają sobie o osiągnięciach, a mama lata dookoła stołu – to ty będziesz miała tak samo. Albo może być tak, że jego rodzice są ze sobą mocno związani, a on jest gdzieś z boku – wtedy dostałaś od losu małego, niedokochanego chłopczyka, który będzie się czepiał twojej spódnicy. Oczywiście przyszli teściowie mogą okazać się bardzo fajnymi i sympatycznymi ludźmi, ale i tak zobaczysz w nich coś, co ci się nie spodoba. Co nie znaczy, że masz każdego chłopaka z tego powodu odrzucać...

Wystarczy, że pomyślisz o swoich rodzicach... No właśnie, zastanów się, co on zobaczy, jak przyjdzie do ciebie. Z każdym facetem warto bardzo jasno porozmawiać o rodzicach – swoich i jego. Na pewno wasz związek ma być ważniejszy niż związek z rodzicami. Bardzo wiele dorosłych dzieci jest uwikłanych w różne zaszłości. Oczywiście jeśli chcesz szukać tylko takiego, który jest samodzielny, to możesz długo szukać. Masz takiego, jakiego masz, jeśli cię nie gnębi, nie poniża, nie nadużywa – to z jego psychologicznymi problemami można sobie poradzić. Ty też pewnie masz jakieś swoje.

Może byłoby nam łatwiej w związkach, gdybyśmy od razu sobie to mówili: „Słuchaj, nie będzie ci ze mną łatwo, mam skomplikowaną relację z mamą, ojciec był w moim życiu praktycznie nieobecny, do tego w mojej rodzinie kiepsko jest z komunikacją”. Kiedy miałam kilkanaście lat i zakolegowywałam się z chłopakami albo zaczynałam z jakimś chodzić, to my sobie o tym wszystkim mówiliśmy, i to bardzo szczerze. Nastolatki są bardzo uczciwe wobec siebie i takie wyznania bardzo ich do siebie zbliżają. Mają o czym porozmawiać, mogą sobie powspółczuć, wysłuchać się nawzajem, pośmiać się z tego i też to unieważnić, powiedzieć: „Daj sobie spokój z matką, mamy siebie”.

Bardzo czule wspominam chłopaka, z którym byłam od siódmej klasy – strasznie nas połączyło to, że mogliśmy sobie pourągać na nasze mamuśki. Wiedział, co ja z moją przechodzę, pocieszał mnie, rozumiał i stawał w mojej obronie. Był moim rycerzem, moją tarczą przed domowym chłodem. Oczywiście, że wolałabym mieć fajniejszą mamę, która by powiedziała: „Wpadnij kiedyś na herbatę” czy „Nie łaźcie tyle po ulicach, posiedźcie sobie w domu”, bo my ciągle chodziliśmy, a to do kina, a to do parku, bo w domu nie było nam wolno. Jak patrzę, jak moja sąsiadka przyjmuje kolegów swojego syna na korytarzu, to zawsze sobie myślę: „Boże, to jak oni tam przyjmą przyszłą synową?”.

Poza tym jeśli ona nie zna jego znajomych, to jakby nie znała jego... ...a on czuje się tak, jakby nie miał domu, nie uczy się, jak przyjmować gości, jak zapraszać ich do siebie, jak zapytać, co im potrzeba. No, jak się dostaniesz do takiego domu, dziewczyno...

…przyjmą cię w korytarzu. Albo sprawią, że tak się poczujesz.

Może wtedy zrozumiesz, jak on miał z nimi ciężko... ...i zaczniesz mu współczuć. Chciałam przestrzec kobiety przed dwiema rzeczami. Po pierwsze, żeby za bardzo nie żałowały swoich ukochanych, bo będą im matkowały, a do tego babki mają niesłychaną tendencję. Po drugie, aby za bardzo nie chciały, żeby to on im wyrównał to, czego nie dostały w dzieciństwie. I jeszcze jedno – żeby nie marzyły o tym, że teściowa będzie ich mamą. A marzą. To znaczy te, które mają niedobrą mamę. Jak mają naprawdę fajną, to myślą, że żadna inna nie będzie lepsza, więc wychodzą za mąż razem ze swoją mamusią. Natomiast jak mają niedobrą, to marzą, że teściowa im to wynagrodzi. Oczywiście zdarzają się fajne teściowe, ale i tak żadna nie będzie twoją matką. Jest taka zmyła w mówieniu do teściowej „mamo”...

No właśnie, zalecasz czy przestrzegasz przed tym? Obecnie jest tendencja do mówienia po imieniu i to jest dobra tendencja. Według mnie słowo „mama” można mówić tylko do jednej osoby w życiu. Oczywiście można komuś powiedzieć: „Chciałabym, żebyś była moją mamą”, ale to zawsze jest tylko zastępstwo, czyli inna kobieta się nami opiekuje w imieniu mamy.

Matki często mają idealną wizję partnerki dla swojego syna i czasem on z taką dziewczyną rzeczywiście się wiąże, tylko potem coś im nie wychodzi, on ma już nową, a mama nadal wzdycha do tamtej. I często nadal się z nią przyjaźni.

No ale czy ona rzeczywiście wybiera wtedy idealną dziewczynę dla syna, czy raczej dla siebie? Raczej dla siebie, czasem podobną do niej, czasem taką, jaką chciałaby być. To naturalne i ludzkie, a czasem nieświadome. Na pewno jak się zakolegowałaś ze swoją byłą teściową, to nadal się z nią koleguj. Przecież to nikomu nie szkodzi, a jest więcej sympatii w świecie. Dlatego tak lubię francuską literaturę i filmy, w których aż roi się od podobnych relacji, gdzie była żona mojego faceta jedzie z nami na wakacje i w dodatku wszyscy się lubimy. Ale to jest możliwe tylko przy wysokim stopniu świadomości i akceptacji tego, że wszyscy jesteśmy zarówno fajni, jak i ułomni.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.