1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Agnieszka Osiecka: "Nie mogę być ptakiem uwięzionym"

Agnieszka Osiecka: "Nie mogę być ptakiem uwięzionym"

Wakacyjny rejs jachtem „Wielkopolska” na trasie Świnoujscie – Rønne – Kopenhaga – Sassnitz (lipiec 1965). (Artur Starewicz/East News)
Wakacyjny rejs jachtem „Wielkopolska” na trasie Świnoujscie – Rønne – Kopenhaga – Sassnitz (lipiec 1965). (Artur Starewicz/East News)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Żyła jak chciała. Niezależna i wolna. Agnieszka Osiecka wyprzedzała swój czas o pokolenie, Przecierając szlaki obyczajowe innym kobietom. I Zapłaciła za to ogromną cenę. Beata Biały, która napisała bestsellerową książkę „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, specjalnie dla „Zwierciadła” przybliża postać autorki kultowych piosenek i poetki.

Wybrała się kiedyś z przyjaciółmi do restauracji. Towarzyszył jej znacznie młodszy mężczyzna, różnica wieku widoczna była gołym okiem. Wszyscy składali zamówienia. Kelnerka podeszła też do Agnieszki, a za chwilę do jej towarzysza. „Mama zamówiła…” – powiedziała głośno do młodzieńca. Nikt nie usłyszał, co Agnieszka zamówiła, bo słowo „mama” wszystko zagłuszyło. Wśród biesiadników zapanowała niezręczna cisza, nikt nie wiedział, jak ma zareagować. „Nie przejmujcie się. Mnie się to często zdarza, bo często bywam ze znacznie młodszymi ode mnie mężczyznami” – powiedziała Agnieszka. „I to, co było niezręczne, stało się zręczne. To, co krępowało, przestało krępować. To, co mogło wydać się dziwaczne – stało się normalne. Jednym zdaniem zmieniła sytuację, zburzyła zakorzenione w nas stereotypy na temat tego, co wypada, a co nie wypada. Wygrała. Żyła, jak chciała. Była wolna, jeśli chciała, albo niewolna, kiedy miała na to ochotę” – wspomina uczestnicząca w tamtym spotkaniu Ewa Zadrzyńska, dziennikarka, która przyjaźniła się z Osiecką.

Fot. Jan Borkowski Fot. Jan Borkowski

Pociąg do Tczewa czy Koluszek

Czuła, że jest inna. Zbyt niezależna i odważna jak na swoje czasy, nie liczyła się z konwenansami, z tym, „co ludzie powiedzą”. Robiła to, na co miała ochotę. Wyprzedzała epokę, bo kobiety z jej pokolenia zwykle wychodziły za mąż, rodziły dzieci i tkwiły w tych rodzinach do końca, nawet jeśli nie były szczęśliwe. Agnieszka nie. Wiedziała, że nie pasuje do obowiązującego modelu kobiety, ale nie potrafiła zrezygnować z wolności. Mogła zresztą sobie na nią pozwolić. Niezależność finansowa sprawiała, że nie musiała uwieszać się na ramieniu żadnego mężczyzny. Do życia nie potrzebowała zresztą zbyt wiele. Janusz Anderman, który przyjaźnił się z Agnieszką, mówi, że stosunek do pieniędzy poetka miała niezobowiązujący. „Był okres w jej życiu, kiedy bardzo dużo zarabiała na piosenkach, ale zupełnie jej to nie zajmowało. Potem, na początku lat 90., wszystko się zawaliło. Pojawiło się zapotrzebowanie na inne piosenki. Pamiętam, jak chciałem jej kiedyś zamówić taksówkę, ale okazało się, że nie ma pieniędzy i ostatnio jeździ tramwajami. Tyle że nie był to dla niej jakiś problem” – opowiada pisarz. Wspomina też, że Agnieszka lubiła rozdawać rzeczy, robić prezenty bez okazji, a czasem i bez sensu. Kiedyś dostał od niej tablicę rejestracyjną motocykla z Dakoty Północnej, ale też bardzo drogi obraz Katarzyny Ważyk. Osiecka miała gest, co potwierdzają wszyscy jej przyjaciele. Urszula Dudziak pamięta przyjazd Agnieszki do Ameryki, kiedy poetka stanęła w progu jej nowojorskiego mieszkania. „Tamtego dnia patrzyłam na nią jak na zjawisko – miała na sobie cudowny czarny długi do ziemi kożuch” – wspomina wokalistka jazzowa. „Boże, Agnieszko, jaki piękny kożuszek!” – nie potrafiła powstrzymać zachwytu. Na co ona: „No to masz”, i zdjęła z siebie to cudo. Na nic zdały się tłumaczenia, że to za drogi prezent, że pięknie w nim wygląda. Agnieszce podarunek sprawiał przyjemność, odmowa by ją unieszczęśliwiła. „Była hojna, ale z taktem” – przyznaje Ewa Zadrzyńska. Kiedyś w Nowym Jorku Osiecka zobaczyła, że przyjaciółka nie ma kieliszków do jajek na śniadanie. Następnym razem przyjechała z prezentem. Przywiozła przepiękny zestaw: dwa kieliszki na jajka w kształcie kur, które w środku miały zagłębienie na jajko, a do tego solniczkę i naczynie na pieprz. W Nowym Jorku Osiecka bywała zresztą bardzo często. „Jak nie wiedziała, co ze sobą zrobić, to wyjeżdżała i siedziała gdzieś parę miesięcy – w Ameryce, w Monachium albo w Paryżu. Była takim Jasiem Wędrowniczkiem, tłukła się po świecie” – wspomina przyjaciółka Barbara Wrzesińska. Inna przyjaciółka, Barbara Wiszniewska, prezes Fundacji Teatru Atelier im. Agnieszki Osieckiej, z którą Agnieszka spędziła ostatnie lata życia, mówi, że Osiecka lubiła podróże pociągiem. „Twierdziła, że ma taką naturę, że nie może dłużej usiedzieć w jednym miejscu. Wsiadała więc w pociąg i jechała na przykład do Tczewa czy Koluszek” – opowiada.

Budapeszt, czerwiec 1966. (Lucjan Fogiel/Forum) Budapeszt, czerwiec 1966. (Lucjan Fogiel/Forum)

Może się coś wydarzy

„Podobała mi się jej ochota na nowe początki” – powiedział Michał Kott, filozof, za którego Osiecka miała wyjść za mąż, choć w końcu do tego nie doszło. „Kochała życie w drodze, podniecającą perspektywę »może się coś wydarzy«” – opowiada Maryla Rodowicz, która z Osiecką przejechała pół Polski. Piosenkarce podobała się gotowość Agnieszki do ruszenia z nią w trasę koncertową. Poetka nie musiała nawet się pakować, mogła jechać tak, jak stała. Przez lata towarzyszył im Daniel Olbrychski, ówczesny partner Maryli. Często spędzali wspólne wakacje w Drohiczynie. Daniel podziwiał odwagę Agnieszki do życia i do przygód. „Pamiętam, jak pewnego razu wsiedliśmy z Agnieszką na jednego konia, na oklep, rozpędziłem się za bardzo i wjechaliśmy galopem do Bugu, aż do połowy rzeki. Agnieszka nie umiała jeździć konno, ale niczego się nie bała” – wspomina aktor. Często spędzała też wakacje tylko z Marylą, i zawsze były one pełne przygód. Kiedyś obie wylądowały na lotnisku w Sofii i taksówką jechały do kurortu. Pod hotelem, gdy taksówkarz już odjechał, uzmysłowiły sobie, że bagaże zostały w taksówce. „Przecież nie mamy nawet majtek!” – śmiała się Agnieszka, gotowa pójść do najbliższego pedetu kupić jakieś „straszne, socjalistyczne barchany”. Bo dla Agnieszki nie miało znaczenia, co założy. Zupełnie nie przywiązywała do tego wagi. Była wolna również od obowiązujących kanonów mody, pewnie ich nawet nie znała. Na ten temat krążyło zresztą wśród jej przyjaciół mnóstwo żartów. Do dziś wszyscy opowiadają anegdotę, jak Agnieszka przyjechała do Nowego Jorku, a tam przyjaciółka Elżbieta Czyżewska kazała zrzucić jej z siebie wszystkie ubrania i wrzuciła do kominka. Hanka Bakuła, malarka i przyjaciółka Osieckiej, wspomina kostium kąpielowy poetki – granatowy, rozciągnięty, który w ogóle nie przylegał do sylwetki. Kupiła jej więc nowy, piękny, cudownie opinający ciało. Agnieszka założyła, przyjrzała się w lustrze i powiedziała do przyjaciółki: „To nieprzyzwoite, Hanusiu”, ściągając cudo i zakładając stary kostium. Hanka Bakuła wspomina, że Agnieszka nie miała nawet perfum. Zresztą może nawet miała, ale na pewno ich nie używała. Podobnie jak pomadki czy lakieru do paznokci. Malarka pamięta torebki poetki, zawsze z łatek, w których nie było prawie nic z tego, co zwykle mieści damska torebka. U Agnieszki były to jedynie długopis, karteczki, chusteczka do nosa i szczoteczka do zębów. „Żadnej puderniczki ani szminki. Czasem wazelina, ale wciąż ją gubiła” – wspomina Bakuła. Nawet nieznający się zupełnie na modzie mężczyźni zauważali jej nonszalancję w stroju. Ale i tak Osiecka była dla nich fascynująca.

 

Mężczyźni za szkłem

A oni dla niej, choć zwykle na chwilę. W miłości nie kalkulowała, szła jak w dym, a potem zostawała z tego uczucia tylko garstka popiołu. „Kochali się w niej najwięksi tego kraju. Chociaż… „kochali” to może za dużo powiedziane– przeżywali z nią fascynujące epizody. To ona była wiecznie zakochana, zwykle nieszczęśliwie” – uważa Krystyna Janda. Jerzy Urban napisał o niej: „Osiecka mieszka z mamusią na Saskiej Kępie w Warszawie. W jej pokoju stoi stare biurko przykryte szklanym blatem. Przygnieciona szkłem leży kolekcja fotografii mężczyzn jej życia. Spoczywają jak przyszpilone owady, które już nie odfruną. Jeden zasłania drugiego, gdyż nie mieszczą się w tłoku, który zrobili. Są tam niemal wszyscy, którzy coś znaczyli przez ostatnie 40 lat, i trochę takich, którzy tylko tyle znaczą, że byli z Osiecką. Leży tam rozpłaszczony Frykowski, człowiek światowej sławy, gdyż żeńska banda Mansona zamordowała go w Kalifornii razem z żoną Polańskiego. Był nawet ślubnym mężem Osieckiej. Spoczywają Andrzej Jarecki, Andrzej Wajda, Daniel Passent i Marek Hłasko, inżynier Jesionka – kolejny mąż ślubny – i Rakowski. Łatwiej by wymieniać, kogo ona nie hoduje pod szkłem”.

Po Frykowskim Osiecka wyszła za mąż tylko za Wojciecha Jesionkę, ale małżeństwo trwało kilka miesięcy. Z ważnych mężczyzn był jeszcze Jerzy Giedroyc, który był gotowy zostawić dla niej rodzinę. I Jeremi Przybora, który rozstał się dla niej z żoną, matką Kota. Obu zostawiła. Z Przyborą mieszkała nawet jakiś czas w wynajętej kawalerce na Pradze, ale ich drogi szybko zaczęły się rozchodzić. On wolał ciszę domu, ona chciała fruwać po świecie. Wszyscy mieli nadzieję, że po licznych miłosnych przygodach w końcu ustatkuje się u boku poważnego Daniela Passenta, któremu urodziła córkę. Tymczasem Agnieszka zakochała się w młodym dziennikarzu i zostawiła dla niego rodzinę. „W przeciwieństwie do innych nie byłam w szoku, gdy nagle jednym ruchem rozwaliła wszystko” – wspomina Katarzyna Gaertner, kompozytorka, przyjaciółka Osieckiej. „Jak potępieniec kochałam przez 14 lat jednego Zbyszka. Byłam już dorosła, miałam za sobą dorobek, jakąś popularność, osobowość, która się ludziom podoba. Ja dla Zbyszka zrobiłabym wszystko. I wszystko bym zostawiła. Niestety, nie miałam szansy się poświęcić” – napisze potem Agnieszka o tej miłości. To Zbyszkowi zadedykuje tomik wierszy „Wada serca”. Potem, być może na otarcie łez, miał być ślub z młodszym o 18 lat Michałem Kottem, ale „młody student z rozbabranym doktoratem” przestraszył się różnicy wieku, odpowiedzialności, a przede wszystkim pozycji Osieckiej i odwołał uroczystość. Serdecznym przyjacielem, który towarzyszył Agnieszce przez ostatnie trzy lata jej życia, był André Ochodlo. Kiedy go poznała, wiedziała już, że ma raka. Mocno piła. André dał jej zrozumienie i czułość. Był z nią do samego końca.

To nie jest dla mnie rym

Nie potrafiła stworzyć domu. A może po prostu nie chciała. „Normalna rodzina to nie było życie dla Agnieszki. Urodziła się artystką, wolnym duchem […]. To nie była matka, która upierze dziecku skarpetki czy ugotuje obiad, wprowadzi granice i rytuały. Od tego był Daniel. Świat Agnieszki kręcił się wokół życia artystycznego” – wyjaśnia Barbara Wrzesińska. Również reżyserka Olga Lipińska, która przyjaźniła się z poetką jeszcze w czasach licealnych, mówi, że w Agnieszce nie było pragnienia posiadania domu. Dobrze jej było w pokoju, który w dzieciństwie urządził jej ojciec. „Nie mogę być ptakiem uwięzionym” – wytłumaczyła jej Agnieszka, a w „Tygrysim tangu” napisała: „Twój dom to klatka, klatka, a ja się duszę w nim. Kobieta, żona, matka – to nie jest dla mnie rym”. „Agnieszka nie była do tego stworzona – mówi Magda Czapińska, poetka, przyjaciółka Osieckiej. – Mnie się wydaje, że nigdzie nie potrafiła się zakorzenić. Ciągle była w podróży. Ciągle gdzieś wyjeżdżała, uciekała. To ją napędzało. Wciąż musiało się coś dziać wokół niej…”.

Magda Czapińska pamięta tłumaczenie Agnieszki, dlaczego nie udało się jej być przykładną żoną i czułą matką: „Może byłabym, gdybym umiała. Może gotowałabym tę pomidorową w tym domu, ale nie umiałam”. I choć wiedziała, że Agata jest nieszczęśliwa z tego powodu, nie mogła wytrzymać stabilizacji. „Bo mnie peszą poważne zamiary i długie życie zgięte w pół. Ach, łoże, łoże, stół… Może jestem jak but nie do pary, a może z górki pędzę w dół…” – napisała w wierszu „Serdeczny mój”. „Agnieszka ciągle wychodziła, uciekała i żyła, jak chciała, ciekawa ludzi, ich historii, ich uczuć, opowieści, anegdot, płaczu, nieszczęść i szczęść […] Przychodziła, wychodziła. Tak jak wychodziła ze swoich urodzin, tak wychodziła z ciepła, bo było za ciepłe, z małżeństwa, bo stabilizacja usypiała jej uczucia, z miłości, bo było zbyt słodko, z macierzyństwa, bo miała poczucie winy. Nie mogła wytrzymać i wychodziła. Miała jak kot swoje ścieżki” – uważa Krystyna Janda. Może zatrzymałaby się na zawsze przy Zbyszku, ale przyjaciele wcale nie są tego tacy pewni. Gdyby zapewnił jej stabilizację, stworzył razem z nią dom, pewnie w końcu i od niego by zwiała.

Pamiątki z Archiwum Agnieszki Osieckiej przekazanego Bibliotece Narodowej przez Agatę Passent, córkę poetki. (Fot. Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej) Pamiątki z Archiwum Agnieszki Osieckiej przekazanego Bibliotece Narodowej przez Agatę Passent, córkę poetki. (Fot. Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej)

Bo Osiecka gnała za czymś, czego złapać nie mogła. Mężczyzna, który był gotowy na życie aż po grób, przestawał ją interesować. I choć Agnieszkę martwiło, że zawsze zakochiwała się w niewłaściwych chłopakach, inni po prostu jej nie interesowali. „To ja zawsze uganiałam się za chłopcami. Od tego serce mi posiwiało, a głowa jeszcze bardziej” – powie po latach. „W życiu Agnieszki było wielu mężczyzn. Ciągle powtarzała, że jest petentką w miłości” – mówi Magda Czapińska. Hanka Bakuła dodaje: „Agnieszka, jak widziała młodego chłopca w okularach i swetrze, który zawijał rękawy, poszłaby za nim w ogień. To było jakieś skrzywienie. Mężczyzna, dla którego zdolna była stracić głowę, musiał być zagubiony. Wtedy ona umierała z miłości. Myślę, że miała takie samo szczęście do mężczyzn jak do ubrań. Zawsze kupowała nie te, co trzeba”.

„Nie znała innej relacji między kobietą a mężczyzną jak ta, kiedy to ona o niego zabiega” – dodaje Ewa Błaszczyk. Aktorka uważa, że to przez ojca, o którego miłość i uznanie wciąż musiała zabiegać i który porzucił jej matkę dla innej kobiety. Agnieszka poczuła się wtedy zdradzona przez ojca. Z tą raną żyła do końca, co odbiło się najprawdopodobniej na jej relacjach z mężczyznami. Manuela Gretkowska również jest zdania, że to przez ojca Agnieszka nie była zdolna do relacji. „Nie umiała kochać, umiała tylko cierpieć i pisać o miłości, bo nie zaznała miłości w dzieciństwie. Matka była zimna, nie dotykała jej, nie przytulała, nie pieściła. Nie potrafiła, bo sama żyła w głodzie miłości. Ojciec był narcystyczny, córka jak tresowany piesek miała spełniać jego ambicje. Została narcystycznie uwiedziona i wykorzystana przez własnego ojca. Nauczyła się uwodzić, ale nie umiała kochać. Miłość to jest relacja. A ona nigdy nie była w relacji ani z matką, ani z ojcem, a potem z żadnym mężczyzną” – twierdzi Gretkowska.

Własny pokoik

Choć nie udało jej się stworzyć domu i rodziny, potrzebowała bazy, bezpiecznego portu. Tym portem był dom matki. Całe życie mieszkała z matką, w ich rodzinnym mieszkaniu przy ul. Dąbrowieckiej 25 na Saskiej Kępie. Maryla Rodowicz wspomina, że „kiedy kończyły się jej związki, zawsze lądowała u mamusi. Wracała do swojego pokoiku, w którym były tapczan, biurko, kominek i mata słomiana na ścianie”. Hanna Bakuła uzasadnia to tym, że Agnieszka w tym domu mieszkała od trzeciego roku życia i była do niego przywiązana. Uważa też, że Osiecka do końca była małą dziewczynką, która potrzebowała opieki. „Przecież ona nie wiedziała nawet, jak się włącza żelazko. Tacy ludzie nie mogą sami mieszkać. Matka też miała namiastkę normalnego życia po tym, jak mąż zostawił ją dla rewiowej aktorki” – mówi malarka i śmieje się, wspominając, jak to Agnieszka nie miała nawet swoich kluczy do mieszkania: „Musiała wracać do domu przed 23, bo matka zamykała drzwi. Jedyne klucze, jakie miała, to były te do mojej pracowni w domu naprzeciwko, gdzie często nocowała. Nie radziła sobie z ogarnianiem normalnego życia”. Ewa Błaszczyk uważa, że poczucie bezpieczeństwa dawała jej obecność mamy w drugim pokoiku za ścianą.

Tu i teraz

Na pozór szczęściara – miała urodę, talent, sławę, pieniądze i wolność, o jakiej kobiety wtedy tylko marzyły. Ale w życiu wszystko ma swoją cenę. Agnieszka również ją zapłaciła. Wielka poetka, rozchwytywana przez artystów, kochana przez przyjaciół, łamiąca serca mężczyznom, tak naprawdę była bardzo samotna. Gdziekolwiek się pojawiła, przyciągała tłumy rozmówców, lubiła też bawić się do białego rana, wciąż gnać w nowe przygody. A jednak… „Wszyscy zawsze mieliśmy wrażenie, że jest królową życia, że wybiera mężczyzn, a teraz myślę, że była samotna i zziębnięta w środku” – mówi Magda Czapińska. Zofia Sylwin, redaktorka radiowej Trójki, wciąż nosi w pamięci smutny obrazek ostatniej trójkowej Wigilii z Agnieszką. Poetka przyszła uśmiechnięta, rozmawiała jak gdyby nigdy nic i nagle powiedziała do koleżanki: „Wiesz, Zosiu, jestem taka samotna”. „Ty? Agnieszko!” – nie mogła uwierzyć. A ona na to: „Nikt nie dzwoni, telefon milczy”. Czy żałowała, że żyła, tak jak żyła? „Uciekam od ludzi, zmieniam miejsca, ludzie ode mnie uciekają. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze młodą dziewczyną, mówiły mi przyjaciółki i ktoś z rodziny: »Musisz się ustatkować, przy porządnym chłopcu się zatrzymać, bo jak będziesz stara, to nie będzie ci miał kto podać herbaty«. To największe polskie zagrożenie: jak będziesz tak żył, to ci nie będzie miał kto podać herbaty na starość. No, ale jakoś nie żałuję” – powiedziała w filmie dokumentalnym Grażyny Pieczuro. „Żyła tak, jak chciała, i umarła tak, jak chciała” – powiedział po jej śmierci pisarz Janusz Głowacki, który niezwykle szanował Agnieszkę za to, że zawsze żyła na własnych warunkach.

Ilustracja Iwona Chmielewska Ilustracja Iwona Chmielewska

Janusz Anderman uważa, że gdyby nie ta wieczna pogoń za czymś nowym, nieuchwytnym, Agnieszka nie byłaby tą samą Osiecką. Ten niepokój w miłości i w życiu poetka przelewała na jedne z najpiękniejszych strof o miłości, jakie słyszał świat. „Może gdyby miała ustabilizowane życie, nie napisałaby tych wszystkich pięknych rzeczy?” – zastanawia się. Magda Czapińska również jest przekonana, że gdyby nie ta nieustanna pogoń za miłością w gruncie rzeczy nieszczęśliwą, nie powstałoby tyle pięknych listów i piosenek. Ale czy Osiecka była szczęśliwa? Ewa Błaszczyk ma w pamięci obrazek: Agnieszka siedzi na sopockiej plaży, jest późne lato, ona patrzy przed siebie, po raz pierwszy spokojna, zastygła w bezruchu. Aktorka tak to wspomina: „Nie mogłam się nadziwić, że ona tak sobie siedzi na leżaku na plaży. Bo zwykle rzadko siedziała, nie umiała chwytać czasu teraźniejszego. A wtedy widziałam, że jest tu i teraz i się z tego cieszy. Była na pewno szczęśliwa”.

Agnieszka Osiecka (9.10.1936–7.3.1997) poetka, pisarka, autorka spektakli teatralnych i telewizyjnych. Przede wszystkim jednak najsłynniejsza autorka ponad 2 tys. tekstów piosenek, które śpiewała cała Polska. Wiele z nich – jak „Okularnicy”, „Niech żyje bal” czy „Małgośka” – przeszło do klasyki polskiej piosenki. Jan Kott określił ją „poetką złamanego koloru”, bo jak nikt inny potrafiła poetyzować codzienność. Urodzona w Warszawie córka pianisty i kompozytora Wiktora Osieckiego oraz polonistki Marii Osieckiej całe życie mieszkała na Saskiej Kępie. Do dziś stoi tam jej pomnik – poetessy przy kawiarnianym stoliku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. "Na całych jeziorach - ty"

Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Krótki, przepełniony namiętnością i tęsknotą romans Jeremiego Przybory i Agnieszki Osieckiej przetrwał do dziś, za sprawą ich listów. Jak Starszy Pan B, znany z cylindra, butonierki i niebanalnego dowcipu, wyznawał miłość wschodzącej gwieździe polskiej piosenki?

Gdy się poznali on był u szczytu sławy jako współtwórca, wraz z Jerzym Wasowskim, Kabaretu Starszych Panów. Ona wielką popularność miała jeszcze przed sobą, choć już wtedy jej „Piosenkę o okularnikach” śpiewały tabuny młodych ludzi.

„Przypominam Ci, że to się zaczęło w nocy 1-go lutego – data nieważna, nawet lepiej w ogóle bez dat… Zupełnie przypadkowo, w przypadkowym towarzystwie znalazłem się w STS-ie, tańczyłem z paroma dziewczynami przypadkowymi, a potem z Tobą, i przypadkowość skończyła się, bo przecież byliśmy tamtej nocy umówieni od lat i ja to od razu zrozumiałem i dlatego powiedziałem sobie: Nareszcie!”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Jeremi Przybora miał wtedy 49 lat, dwójkę dzieci i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie.  Agnieszka Osiecka natomiast była 28-letnią rozwódką po wielu miłosnych przejściach, jej kariera dopiero nabierała tempa, a Starszego Pana B uwielbiała, podobnie zresztą jak większość polskiego społeczeństwa. Propozycje pierwszych spotkań, krótkie kartki i nieśmiałe telefony początkowo wychodziły z inicjatywy Jeremiego. To on zabiegał o tę znajomość, Agnieszka traktowała ją raczej z dystansem, zaczęła romansować „na lipę”. Szybko okazało się jednak, że jej taktyka nie działa –  już w marcu wysłała mu w liście piosenkę „O Romeo”. Jeremi nie musiał długo czekać, Osiecka odwzajemniła uczucie, mocniej w listach, słabiej w rzeczywistości.
„Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto, ale wybudowali je strasznie daleko od Ciebie, tak jakoś nieprzewidująco […]”
(tak Jeremi pisał do Agnieszki podczas pierwszej rozłąki, gdy wyjechał do Paryża w maju 1964 roku, fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Ona odpowiedziała mu: Coś ty zrobił Jeremi… Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności… Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu… To tylko Ty potrafisz - i również zdecydowała wyjechać. To był początek ciągłej rozłąki dwojga zakochanych poetów, której wynikiem jest najpiękniejsza w polskiej literaturze korespondencja miłosna. Jeremi potwornie tęsknił, a podróże Agnieszki zdawały się nie kończyć. Wyjeżdżała do Budapesztu, na Mazury, do Bułgarii, Londynu, Szwecji.
„[…] ale to jest skądinąd pretekst, żeby całować Cię znowu przez całą stronę, zaczynając od włosów na skroniach, a potem [dłuuugo] zabawić przy uszach, najpierw prawym, a potem lewym, z uwzględnieniem całej skomplikowanej rzeźby i detalu, a potem skupić się na oczach, takich wiecznych sadzawkach-wniebowstąpionkach. A potem powędrować ustami przez nosek bardzo kruchy, aż do ust i najpierw długo je przepraszać za zachłanność, z którą się spotkają, bardzo się z nimi zaprzyjaźnić i delikatnie scałować z nich całą nieufność, zarówno wargi górnej, jak i dolnej”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)

Nie afiszowali się swoich związkiem, raczej trzymali go w tajemnicy. Jeremi nie mówił o nim nawet najbliższym przyjaciołom, Agnieszka utrzymywała, że łączyła ich zawodowa fascynacja. Rosnącą namiętność między nimi szczelnie zamykali w kopertach z listami, do których Jeremi dołączał kwiaty, a Agnieszka zasuszone listki i prezenty z zagranicy dla jego dzieci. Gdy tylko odkładali słuchawkę telefonu siadali za biurkiem i pisali do siebie listy, pocztówki, depesze, a w nich setki wierszy i piosenek. Z miłości między nimi powstały między innymi: „Na całych jeziorach – ty”, „Mówiłam żartem”, „Miłość w Portofino”, „Moja dziewuszka nie ma serduszka”, „Podła”.

„Zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, niezależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię chodząc lub stojąc, inaczej – siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie…”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Gdy w końcu Agnieszka wróciła do Warszawy okazało się, że bardzo trudno im przeistoczyć głębokie uczucia z papieru w rzeczywistość. Nie poddawali się – Jeremi wyprowadził się od żony, postanowili więc zamieszkać razem. Pierwsza próba prawdziwego bycia razem uwypukliła różnice między nimi. On był typem samotnika, miał swoje rytuały, lubił porządek i święty spokój, ona kochała przebywać z ludźmi – w czasie gdy on jadł śniadanie, Agnieszka zdążyła już przemknąć przez Krakowskie Przedmieście, kogoś poznać, coś napisać. Zdawali sobie sprawę z tych różnic, Jeremi musiał wtedy znosić wahania nastrojów Agnieszki, ciągłe zmiany decyzji, napięcia, frustracje. Kolejna rozłąka pogłębiała kolejne problemy między nimi, choć uczucie jeszcze nie gasło.
„Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. Dookoła mnie trwa szczelne milczenie i jednostronne „atakowanie” tego milczenia jakoś mnie zbija z tropu”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
W marcu 1965 roku Osiecka wyjechała do Paryża i ta podróż była kresem ich związku. Jeremi zrozumiał wreszcie, że ze strony Agnieszki ich relacja była jedynie chwilowym zachwytem, fascynacją, złudzeniem. Najpierw nie mógł tego zrozumieć, nie potrafił wybaczyć sobie, że kochał tak bardzo kogoś, kto igrał z jego uczuciami. Później frustracja przerodziła się w złość. Podła! Na pasku kłamstw mnie wiodła – by nagle zepchnąć w otchłań – napisał w piosence dla Kabaretu Starszych Panów. Z kolei Agnieszka, w wywiadzie udzielonym Magdzie Umer, na pytanie o to, dla kogo napisała piosenkę „Na całych jeziorach ty” odpowiedziała: Zapomniałam.
„Dla ciebie jestem sobą i choć to tak mało jest, nie potrafię być przed tobą nikim więcej”
(fragment piosenki z Kabaretu Starszych Panów "Dla ciebie jestem sobą", sł. Jeremi Przybora, muz. Jerzy Wasowski)

  1. Kultura

Marek Hłasko - pisarz, buntownik i łamacz serc

Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem – w latach 50-tych najważniejszy głos młodego pokolenia, a przede wszystkim legenda polskiej literatury. Marek Hłasko obchodziłby dziś swoje 86 urodziny, przedstawiamy krótki rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem, a przede wszystkim legenda polskiej literatury i najważniejszy głos młodego pokolenia lat 50-tych. Marek Hłasko obchodziłby dziś 86. urodziny - przedstawiamy rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Marek Hłasko urodził się 14 stycznia 1934 roku. Okres dzieciństwa spędził w Warszawie u boku ukochanej matki Marii Hłasko. Czas okupacji, powstanie warszawskie, przemarsz Armii Czerwonej i traumatyczne przeżycia wojenne młodego pisarza sprawiły, że nazywał siebie samego „produktem czasu wojny”. W „Pięknych dwudziestoletnich”, swojej literackiej autobiografii, napisał: „Jest dla mnie oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy więzieniem” (fragment z "Pięknych dwudziestoletnich" Marka Hłaski, wyd. Agora).

Na przekór światu

Po wojnie rodzina Hłasków zamieszkała we Wrocławiu. W czasach szkolnych Marek na dobre rozpoczyna swój bunt, zostaje wyrzucony ze szkoły i w wieku szesnastu lat całkowicie się z nią rozstaje, zaczyna pracować jako kierowca ciężarówki. Te, mogłoby się wydawać, prymitywne zajęcie młodego pisarza staje się później inspiracją dla jego twórczości. Pisarsko debiutuje w 1951 roku opowiadaniem „Baza Sokołowska”. Zostaje korespondentem terenowym „Trybuny Ludu”, a w 1952 roku nawiązuje kontakt ze Związkiem Literatów Polskich, by rok później otrzymać trzymiesięczne stypendium twórcze dla wschodzących talentów.
„Nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno lub zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie"
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.

Bunt literacki

Po 1953 roku jego pisarska kariera nabiera zatrważającego tempa – publikuje „Sonatę marymoncką”, „Złotą jesień”, „Szkołę” i „Noc nad piękną rzeką”. Staje się znany w środowisku literackim, nie ma tygodnia bez artykułu prasowego o Marku Hłasce. W wieku 21 lat publikuje tom opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”, którego nakład pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy rozchodzi się błyskawicznie. Zachwyca niepowtarzalnym stylem, unikatową umiejętnością opisywania rzeczywistości, jego twórczość jest nowatorska, nikt wtedy nie pisał tak jak on, a przede wszystkim nikt z taką literacką bezczelnością nie przeciwstawiał się obowiązującym normom. Marka Hłaskę uznano za najważniejszy głos młodego pokolenia, stał się idolem młodzieży i symbolem buntu. Tysiące młodych ludzi powtarzało po nim słowa z opowiadania „Dom mojej matki” – „Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń” (fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora).

Rozkochiwał i uwodził

Słynął również z opinii nieprawdopodobnego kobieciarza, chociaż potrafił rozkochać w sobie nie tylko kobiety, ale też mężczyzn, którzy, omamieni jego urokiem, byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Nieoczywisty, przystojny, niebieskooki, z postawą „na chuligana” uwodził i tkwił ciągle w kilku romansach jednocześnie.
„Ja wiem, że ty wszystko wiesz. Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie w ogóle istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa. Dlatego, że jesteś mądra. Że wszystko rozumiesz, że wszystko wybaczasz, że wszystko potrafisz mądrze ustawić. Za mądrość płaci się cierpieniem. Biedne, nieszczęśliwe, mądre kobiety”
Fragment opowiadania Marka Hłaski „Pętla”, ze zbioru „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Żonaty był tylko raz, ze sławną, niemiecką aktorką Sonją Ziemann, jednak to jego związek z Agnieszką Osiecką, którą nazwał swoją „Panną Czaczkes”, przeszedł do legendy.

W jednym z listów pisał do niej: „Gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z Tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem – śmierć, to bym pojechał do Ciebie. To nie melodramat; to wyznanie tego, który na pewno – z całym idiotyzmem i kabotynizmem - najwięcej Cię kochał" (fragment z książki Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej „Listy Marka Hłaski”, wyd. Ypsylon).

Emigracja a depresja

„Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo” – napisze w swojej pierwszej powieści „Następny do raju”, nad którą później będzie pracował w roli scenarzysty. Po wydarzeniach z Października’56 ówczesne władze przestały tolerować jego nonkonformistyczne, literackie wybryki. By uniknąć konsekwencji w 1958 roku Marek wyjeżdża do Paryża, zupełnie nieświadomy tego, że czeka go podróż w jedną stronę, bez możliwości powrotu do ojczyzny.
„Lepiej się rozstać. W każdej sprawie ludzkiej istnieje krąg, którego nie powinno się przekraczać. Lepiej odejść i ocalić chociażby wspomnienia. Szacunek. Godność. To mimo wszystko nie są takie głupie sprawy, jak by się zdawało”
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.
Początkowo na emigracji pozwala sobie na wszystko – prowadzi jeszcze bardziej awanturniczy tryb życia, bawi się, trwoni pieniądze, prowokuje i aż nadto korzysta z życia. Później jednak, gdy kolejne starania o powrót do kraju kończą się niepowodzeniem (próbował wrócić do Polski z Paryża, Berlina Zachodniego, Tel Awiwu), jego życie coraz bardziej zaczyna przypominać nieustanną gonitwę, przeplataną depresją, alkoholem, więzieniem, kliniką psychiatryczną, chwilowymi pracami fizycznymi, małżeństwem, rozwodem i zaprzepaszczoną szansą na karierę w Hollywood.
„Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze”
Fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Umarł w wieku 35 lat w Wiesbaden (Niemcy), po prawie jedenastu latach na emigracji, prawdopodobnie wskutek połączenia środków nasennych z alkoholem. „Żył, pił i nieźle pisał” – napisały po jego śmierci niemieckie media.

  1. Kultura

Osiecka na niepogodę

Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka dziś obchodziłaby 83. urodziny. W hołdzie artystce przypominamy jej 10 najpiękniejszych myś

li.

Miłość

Często kocha się z przerwami. To znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, że można wytrzymać i w ogóle myśli się mocno o czym innym – tak poetka pisała w liście do Jeremiego Przybory. Fragment pochodzi ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze” (wyd. Agora, 2016).

Za miłością goniła całe życie. Otaczała się mężczyznami od najmłodszych lat – kochali się w niej inteligentni, kulturalni, wybitnie utalentowani mężczyźni, ale też chuligani. Przeżyła wiele intensywnych związków, przyjaźni, flirtów, romansów, małżeństw. Nie raz miała złamane serce. Skutkiem wszystkiego są najpiękniejsze teksty o miłości.

Tęsknota

Osiecka nieustannie czegoś poszukiwała, była w ciągłej podróży. Tęsknota była wpisana w jej życie. Uczucie to stało się źródłem inspiracji do lirycznej korespondencji z obiektami jej westchnień.

Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie. Na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, też potrafię tęsknić do Ciebie – przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Życiowa lekkość

Potrafiła podjąć dyskusję zarówno na ważne i wysublimowane tematy, jak i plotkować o rzeczach zupełnie przyziemnych. Nadawało to jej twórczości lekkiego charakteru i sprawiało, że wiersze i piosenki trafiały do każdego a jednocześnie niosły za sobą poważny przekaz. Osiecka swoimi tekstami z pełną świadomością uczyła traktowania rzeczy lżej niż one się przedstawiają. Nie bez przyczyny Maryla Rodowicz śpiewała jej słowami:

„nie daj mi Boże, broń Boże skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki życie trwa, póki życie trwa”

(fragment piosenki Maryli Rodowicz „Wielka Woda” ze słowami Agnieszki Osieckiej)
 

https://www.youtube.com/watch?v=xxohxQOO0kA

Złamane serce

Kochałam Pana po swojemu, kochałam Pana tak , jak umiem a Pan się na to zgodzić nie mógł, odszedł i zniknął w obcych tłumie… Teraz Pan wzrusza ramionami sam nad zielonym oceanem, a patetyczni zakochani szepcą nad Panem – swoje amen”

(fragment wiersza „Kochałam Pana” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
Rzeczywistość ją nudziła. Nie potrafiła stać w miejscu, nienawidziła się przyzwyczajać. Magda Umer mówiła, że „ona nie zaprzyjaźniała się, tylko uwodziła – nieustannie rozkochiwała w sobie ludzi, zwierzęta, rośliny i porzucała w pół kroku, w pół zdania, nagle, może nawet nieoczekiwanie dla niej samej”. Agnieszka miała skłonność do łamania serc, chociaż sama nieustannie doświadczała tego samego.

Samotność

Agnieszka wielokrotnie podkreślała, że ma w życiu jednego wroga – Agnieszkę Osiecką. Nawet jej najbliżsi przyjaciele przyznawali, że często nie rozumieli jej zachowania, albo rozumieli zupełnie na opak. Ciągle zmieniała nastrój, nie potrafiła nad tym zapanować, a swoje myśli umiała uporządkować tylko w jeden sposób – przelewając je na papier.

„Boję się, że Ty wcale tego moje kochania nie czujesz, bo nie przejawia się ono w żadnej formie dbania o Ciebie. Chciałabym jednak, żebyś pamiętał, że ja o siebie też przecież nie dbam. Jestem czasem dla Ciebie nieczuła, ale ja i dla siebie jestem nieczuła. Zwłaszcza w drobiazgach. Nie zrobię Ci śniadania, ale wiesz - ja i sobie nie zrobię śniadania”

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Szczęście

Osiecką inspirowało wszystko co znajdowało się wokół niej, ale szczególny rodzaj twórczego natchnienia czerpała z drugiego człowieka. Szczęśliwa czuła się wyłącznie w towarzystwie ludzi, których zachowania rozkładała na czynniki pierwsze i z uporem starała się zrozumieć. W „Rozmowach w tańcu” (wyd. Tenten, 1992) pisała, że szczęście to jest radość powtarzania. Jeśli ktoś stanął nad ranem w porcie, spojrzał w morze i zobaczył nagle jak niebo pęka i ze stalowej jamy wynurza się rdzawa kreska – jak w rozpalonym piecu – to znaczy… no właśnie, to nic nie znaczy. Bo ten, kto znalazł tam się jeden jedyny raz i się ucieszył raz szaleńczo, to nie jest jeszcze człowiek szczęśliwy. To jest człowiek, któremu się coś udało. (…) Ale człowiek, który chodzi na brzeg codziennie i za każdym razem jest olśniony, to jest człowiek szczęśliwy

Portem Osieckiej były noce spędzone na rozmowach z kolejnymi znajomymi, po których włóczyła się bez końca, nie mogąc znaleźć swojego miejsca na ziemi.

Pośpiech

Lubiła się włóczyć, chodzić na długie spacery, a przede wszystkim do niczego i nikogo się nie spieszyć. Wówczas rozmyślała jeszcze intensywniej, wspominała i szukała odpowiedzi na pytania, które wiatr przywiał jej do głowy.

Dawniej było łatwiej patrzeć niż teraz. Szedł sobie człowiek po ulicy, patrzył, rozglądał się, aż wypatrzył jakiś fakt. Więc zaraz o tym fakcie coś sobie pomyślał. (…) Ale teraz to nie jest takie proste. Zegarki pognały do przodu, fakty runęły przed siebie, myśli ruszyły z kopyta, wszystko się przemieszało, wszystko szumi jednocześnie albo są same fakty i nie ma żadnych myśli, albo myśli ciurkiem lecą jedna po drugiej jak autobusy i na to wygląda, że jest pożar w kurniku i wyścigi stylem dowolnym

(fragment opowiadania „Biała bluzka”, Wydawnictwo Literackie, 1998)
 

Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum) Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum)

Problemy

Jej wiersze z ostatnich lat przed śmiercią są dramatyczne i smutne, nie jest to ta Osiecka, do której nas przyzwyczaiła. W „Rozmowach w tańcu” otwarcie pisała o swoim alkoholizmie, a w „Białej bluzce” własne problemy przeobraziła w czystą poezję.

„Zobaczysz, jeszcze z tego wybrnę, nie będzie dziury w niebie, pamięć - jak szybę - wytrę... Niech no tylko przyjdę do siebie. Wystarczy jedna chwilka, wystarczy jeden gest, a przyjdę, przyjdę do siebie... Lecz gdzie to? Gdzie to jest?”

(fragment wiersza „Przyjdę do siebie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Śmierć

Starała oswoić się z umieraniem piosenkami i poezją, pomogło jej to odważnie patrzeć śmierci prosto w oczy. Odchodziła stopniowo, z dnia na dzień mocniej zaplątana w sidła choroby pomagała innym, nadal nie dbała o sprawy materialne i zastanawiała się co spotka ją tam, po drugiej stronie. Wierzyła, że Bóg – także poeta – będzie opiekował się nią bezpośrednio i da jej specjalne prawa.

„Ty przyjdź do mnie kiedyś nad ranem, ze śmiercią jak z panną pod rękę, i podaj mi czarny atrament na śmieszną ostatnią piosenkę. Staniemy tak sobie jak w lustrach ty – moje życie, i ja, i może to będzie szósta a może przejdzie sto dwa… „Niebrzydka z was dwojga jest para” – śmierć powie, ścierając z nas kurz. ja na to powiem: „Sen mara”… A życie: „już”

(fragment wiersza „Zesłowiczenie”z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Zakręty życia

Agnieszka Osiecka jest autorką tekstów, ponad dwóch tysięcy piosenek oraz nieskończonej liczby pięknych wersów. Bezbłędnie nazywała rzeczywistość, snuła nieustanne refleksje, podejmowała tematy zarówno przyziemne, jak i te najwyższych lotów, potrafiła nadać kolor nawet najbardziej błahym sprawom ludzkiej codzienności. Wielki talent, łatwość tworzenia i ciągły mętlik w głowie – to wszystko w jednej poetce, która cały czas żyła „na zakręcie”.

„A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo. Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Ode mnie widać niebo przekrzywione. Pan dzieli każdą zimę, każdy świt na pół. Pan kocha swoją żonę”

(fragment wiersza „Na zakręcie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
https://www.youtube.com/watch?v=vNP-Yz50NDE

 

  1. Kultura

Manuela Gretkowska: Myśl!

"Nie wyobrażam sobie umrzeć w kraju, w którym nie mam prawdziwej wolności", Manuela Gretkowska (Fot. Rafał Masłow)
Mówi, że nigdy nie czuła się w Polsce wygodnie. Od lat diagnozuje nasze „frustry” i ambicje. Jakiś czas temu napisała powieść o miłości niemożliwej – Agnieszki Osieckiej i Jerzego Giedroycia. I uważa, że czas wrócić do dorobku paryskiej „Kultury”

Pisząc „Poetkę i księcia”, mogłaś się przejrzeć w Osieckiej?
Jest mi bliska raczej przez moją powieść „Trans” o dziewczynie, która spotyka w Paryżu autorytet, wielkiego artystę, 30 lat starszego. Nie dostrzega, że jest mizoginem, potworem. Tyle że „Trans” to raczej „Tango w Paryżu”, podczas gdy historia Osieckiej i Giedroycia to przedwojenny walc. Czy mogę się w Osieckiej przejrzeć? Byłam emigrantką. Ona nie. Nie była pieskiem łaszącym się o to, kto ją przygarnie. Przyjechała opromieniona sławą. Gdyby chciała, mogłaby w „Kulturze” zostać. Więc to nie jest mój przypadek. Nie będę robiła z siebie cierpiętnicy, ale azyl polityczny nie jest niczym przyjemnym, nawet w Paryżu. To trudny start. Kleiłam buty, pilnowałam starców i dzieci. I dopiero we Francji napisałam książkę. Kiedy przychodziłam do „Kultury”, Giedroyc nawet o tej książce nie wiedział.

W Polsce o twojej powieści „My zdies’ emigranty” było głośno.
Bardzo się cieszyłam, że ją wydałam, ale nie była przepustką do sławy. Nie wiedziałam, że w Polsce odniosła sukces, i nic na niej nie zarobiłam.

Jak znalazłaś się w „Kulturze”?
Dzięki związkom ze środowiskiem „bruLionu”, które nawiązało kontakt z Giedroyciem. Byłam jedną z wielu osób, które przewinęły się przez ten dom w Maisons-Laffitte pod Paryżem, zarazem redakcję „Kultury”. Poza Giedroyciem mieszkali tam Zofia i Zygmunt Hertzowie czy choćby Józef Czapski, którego lektorką później zostałam. Wtedy już nie widział. Przychodziłam i czytałam mu jego własne książki. Nie pamiętał ich, momentami nie pamiętał nawet, że je napisał. Czasami zachwycał się stylem i gratulował autorowi. Tracił pamięć, ale wciąż miał to samo wyczucie smaku. Chciałabym na starość zachwycać się swoimi książkami. Kiedy pamięć wracała, komentował, dopowiadał coś, czego nie mógł napisać, np. z powodów obyczajowych.

Główną postacią „Kultury” był Giedroyc, kostyczny, zamknięty w sobie. Ty pokazujesz, jak tracił głowę dla młodej poetki.
Kiedy bywałam w „Kulturze” i pytałam o Giedroycia, słyszałam, że ma żonę w Londynie, co uważałam za bzdurę, bo nigdy nigdzie się nie ruszał. Poślubił Tatianę jeszcze w przedwojennej Polsce, będąc urzędnikiem. Rozstali się bez większych emocji. Miał temperament zakonny i stał się tytanem pracy. Wszystko poświęcił Polsce, więcej, niż musiał. Jego świat nagle wywróciła do góry nogami dziewczyna z Polski, stając na progu jego domu. Trzęsienie ziemi. Agnieszka Osiecka. To wydaje się niemożliwe, ale pasowali do siebie jak puzzle. Psychologowie powiedzieliby, że łączyła ich koluzja, czyli współuzależnienie.

Więcej ich dzieliło?
Osiecka była od Giedroycia młodsza o 30 lat. On doskonale wiedział, czego chce w życiu. Ona kompletnie nie wiedziała. Nie miała kontroli nad swoim życiem. Był Andrzej Jarecki, który nie chciał zostawić żony. Był Marek Hłasko, z którym się zaręczyła, ale wolał być z aktorką Sonją Ziemann, w dodatku był biseksem. Był stalinista uważający związek za imperialistyczny przeżytek. Mówiła, że zadaje się z takimi wysportowanymi übermenschami, bo tacy podobali się jej ojcu, który wychował ją na übermenkę: „Albo lejesz w mordę, albo jesteś lana”. A miała serce zalęknionej dziewczynki spragnionej miłości. To pęknięcie zalewała alkoholem. Kiedy w Paryżu Giedroyc zobaczył ją wśród ludzi STS-u, nie była tą Agnieszką, którą znał. Zobaczył kikimorę, bo dawała ułudę uczucia, a mogła wciągnąć w bagno.

Rozumiesz ją?
Staram się zrozumieć. Dlaczego jest z kilkoma facetami naraz? Dlaczego z takimi? Otarła się, nie bez powodu, o Arthura Koestlera, słynnego pisarza, który okazał się gwałcicielem studentek. Przypadek sprawił, że nie przyjechał do Paryża, choć byli umówieni. Była nim zauroczona jak ofiara swoim katem. Myślę, że na początku życia erotycznego miała nieciekawe doświadczenia. Mogła stać się oziębła. Jej „poligamia” nie brała się z erotyzmu, tylko z lęku, z domu, z którego wyszła. Rodzice nie okazywali sobie czułości. Ojciec żył na dwa domy, póki Agusia zrobi maturę. Pchał ją w edukację, żeby jak najszybciej wyprowadzić się do kochanki. Toksyczny był jej związek z matką, która nigdy jej nie przytuliła. Agnieszka się od niej nie odpępowiła do końca. Dorosła osoba odcina się od domu, ma własne życie.

Tobie było łatwo?      
Spieprzałam z domu, jak tylko pojawiła się możliwość, uciekałam, mając 16 lat, ale na serio wtedy, gdy wyjechałam na studia do Krakowa. Oczywiście, tęskniłam przez pierwsze pół roku, bo okazało się, że dom jest dla mnie ważny. Poza tym miałam nadmiar uczuć. Czułam się silna.

Co tak naprawdę łączyło Osiecką i Giedroycia?
Giedroyć, według mnie, miał niezdiagnozowaną depresję. Przed wojną chodził do psychoanalityka. Nie mógł spać. To brało się jeszcze z dzieciństwa. Rodzice wysłali go do szkoły w Moskwie, tam był świadkiem rewolucji lutowej 1917 roku. Miał 11 lat, kiedy samotnie przez kilka tygodni wracał do domu przez opętaną rewolucją Rosję. Dorosły by sobie w łeb strzelił po czymś takim. Agnieszka też miała depresję. On uciekał w pracoholizm, ona w alkoholizm. Głęboko siebie rozumieli. Była dla niego ratunkiem. Człowiekowi w ciężkiej depresji, który dostaje haj, „kawałek życia”, któremu rosną skrzydła.

I na tym haju pojechał do niej, do Londynu.
Poleciałby do niej na tych skrzydłach, nawet gdyby promu nie było. W „Kulturze” pracowano od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu. Wszyscy znali się jak łyse konie. Nie można było nikogo oszukać w jakiejkolwiek sprawie. Hertzowie zaanektowali Agnieszkę jak córkę. Musiał zorganizować wyjazd, pojechać po kryjomu, nie wiedząc, co z tego wyniknie. Dyplomacja, jaką uprawiał w życiu publicznym, teraz mu się przydała. To jak komedia omyłek w wodewilu miłosnym.

W Londynie ktoś mu ukradł portfel. Dla ciebie to symboliczne?
To psychoanalityczne. Stracił poczucie mocy, za granicą, przy Agnieszce, dziewczynie, która sama mogłaby mu tę moc odebrać, bo to jej zostawił decyzję o wspólnym życiu. „Powiedz tylko słowo, a będzie wola twoja”… Gdyby powiedziała słowo… Planował ucieczkę z nią do Włoch. O nic nie prosił, nie narzucał. Nie stłamsił jej, był taktowny, dał przestrzeń. To gest naprawdę dojrzałej miłości. Dlatego przyjaźnili się do końca życia, co jest bardzo trudne w namiętnych relacjach.

Jakie było środowisko „Kultury”?
Należeli do kategorii ludzi, których zmiotła wojna. Mieli wiedzę, poczucie obowiązku, przyzwoitości. Dawali poczucie tradycji, ciągłości. Ta praca, ta idea były treścią ich życia. A bywało, że nie wiedzieli, czy przetrwają kolejne miesiące… Utrzymywali kulturę polską. Bez nich by nie przetrwała. Dzięki Giedroyciowi mogliśmy czytać Bobkowskiego, Hłaskę, Gombrowicza. Jak wyglądałaby polska inteligencja bez jego dzienników? Szybko zapomnieliśmy o tym dorobku intelektualnym. Dlatego jest tak bezwstydnie. Bez obciachu.

Osieckiej były bliskie ich idee?
Ojciec Agnieszki wyrósł w podobnej hierarchii. Dbał o jej wykształcenie, maniery. Mieszkała w komunizmie, a jakby wyrosła w Galicji. Była trochę przedwojenna. To pociągało Giedroycia, było mu bliskie. Poza tym ojciec ją zostawił, a Giedroyc, psychoanalitycznie „postać ojca”, się w niej zakochał. Widziała w nim klasę, intelektualną głębię. To, czego nie mogli dać jej młodzi chłopcy. On mógł widzieć w niej trochę córkę, a trochę uwodzicielską młodą kobietę ze swojej sfery intelektualnej. Był nią zafascynowany, jej talentem, urodą.

Co było w Osieckiej, że wszyscy się w niej zakochiwali?
Zdjęcia są martwe. Nie widać na nich jej inteligencji, wdzięku. Czar Agnieszki podbijał jej klasyczną urodę, a była dziewczyną piękną, choć pełną kompleksów. Koniec lat 50. To mężczyźni mieli talent. Tworzące kobiety nie były im równe. Znałam mężczyzn bywających w jej mieszkaniu na Saskiej Kępie. Na biurku, pod szklanym blatem, miała zdjęcia kochanków. Mówili o niej z pogardą – „ta puszczalska od pioseneczek” albo „puszczalski motylek”. Tak ją postrzegali. Nie umieli jej docenić. A czy dzisiaj znasz takie piosenki jak „Okularnicy” – prawdziwe, gorzkie, intelektualnie wyrafinowane, o naszej rzeczywistości? Giedroyc diagnozujący Polskę widział w niej intelektualną partnerkę, chociaż poetkę. Kobietę swojego życia.

Jednak kolejne pokolenia zakochują się w Osieckiej.
Jeżeli teraz kobiety robią z Osieckiej wzór, to czegoś nie rozumiemy. Nasza polska Frida Kahlo, do której modlą się meksykańskie wieśniaczki, bo cierpiała na miłość i była nieszczęśliwa jak Matka Boska. Osiecka swoje prywatne życie zmarnowała sama. Alkoholizm to choroba. Nie można być spełnionym ani szczęśliwym, będąc tak ciężko chorym, odciętym od emocji, uczuć, zamrażając je w stosunku do bliskich. Ona była ofiarą. Ofiarą była jej córka Agata. W biografii Osieckiej nie ma zwycięzców. W buddyzmie istnieje pojęcie „ciała bólu”. Dotyczy skupiania się na swoich dręczących przeżyciach, a nie na głębszej, metafizycznej sferze prowadzącej do wyzwolenia. Czytając czyjąś biografię, oglądając film, utożsamiamy się. Widząc większą niż nasza tragedię, odnajdujemy własne ciało bólu. Rozumiem to, bo kobiety w Polsce nie mają łatwo. Patrzę na zachowanie mężczyzn, na ich alkoholizm, i widzę, jak są współuzależnione. Dlatego w Polsce mamy demokrację „odręczną”. Jedna kobieta policzkuje drugą za to, że krzyczy: „konstytucja”. Ta, która policzkuje, zajmuje się wychowaniem obywatelskim. To świat Januszów i Grażyn, pisanych: Ja-nóż, Gra-zarzyna, bo zarzyna siebie. Żyjemy w niekonsekwentnym świecie podwójnej moralności. Giedroyc rozumiał, co będzie po komunizmie. Przewidział Polskę współczesną. Powiedział, że do Polski, nawet wolnej, nie wróci, bo jeśli będzie wolna, to będzie endecka. Uważał to obciążenie za nieuleczalne. Jesteśmy „wspaniałym” narodem od 300 lat, bo wtedy zatrzymał się w rozwoju intelektualnym, metafizycznym i moralnym.

Widzisz tak pesymistycznie?
Widzę historię realnie. Kiedy inne kraje się modernizowały, zamieniały w monarchie absolutystyczne oświecone, my wymyśliliśmy Konstytucję 3 maja. Nasz pomysł byłby dobry w Ameryce otoczonej oceanem, a nie między zbrojnymi mocarstwami. Ale to przecież nie nasza wina, że nas rozkradli, podzielili między siebie. Zawsze winni są „oni”. W końcu odzyskaliśmy wolny kraj. Ale Piłsudski wiedział lepiej, jak ma wyglądać demokracja. Potem wybuchła druga wojna i znowu staliśmy się ofiarami. A potem zapanował komunizm. Kiedy po komunizmie po raz pierwszy staliśmy się społeczeństwem, pojawił się facet z resentymentem i rozmontował mechanizmy demokratyczne. Tylko że „oni” to już „my”. Nagle pojawiły się dwa społeczeństwa? Nie. Już po zabójstwie Narutowicza pisała Maria Dąbrowska: „Nasz naród jest podwójny, choć mówi jednym językiem”. Mówimy: Europa nas nie rozumie. Nie rozumie, bo to, co wkurza Europę, to symbole faszystowskie. To my nie rozumiemy, że Europa budowała się na antyfaszyzmie. Chcemy być w Europie, a nie respektujemy jej instytucji ani idei. Panuje u nas nihilizm połączony z pustką społeczną. My, bo my.

Wróciłaś w połowie lat 90. Polska się zmieniała, społeczeństwo dostało skrzydeł…
Ale pamiętaj, że lata 90. to też kolorowa tandeta, bieda, bandytyzm, przekręty i disco polo. Inteligenckość nie jest u nas w cenie. Żuławski mi powiedział: „Zaje... cię, bo jesteś inteligencka”. To nie był czas dla Osieckiej. Nikt nawet nie chciał wydać jej wierszy pod koniec jej życia, skarżyła mi się na to.

Zgoda, ale pamiętam też z lat 90. Manuelę Gretkowską. Pojawiła się z impetem, głośno. Pamiętam scenę z telewizyjnego „Pegaza” – ty w stroju krakowianki, z wiankiem we włosach, wyjmujesz sztuczną szczękę…
I mówię, że rzygam Polską i wyjeżdżam. Te zęby nie były sztuczne, tylko po kimś, więc naprawdę miałam odruch wymiotny. Byłam w Polsce krótko, dwa, może trzy lata, i wyjechałam do Szwecji. Nigdy nie czułam się w Polsce wygodnie. Nie jest łatwo iść pod prąd. Zresztą ciągle mam wrażenie, że debiutuję. Że to, co mówię, traktuje się jak odkrycie, jątrzenie.

Że widzą w tobie skandalistkę?
A jak nazwać kogoś, kto mówi coś, czego nie rozumiesz? Jeśli nie umiesz tego nazwać? Jeśli na terapii nie nazwiesz problemu, nie możesz go wyleczyć. Bo jak? Poradami kosmetycznymi, z których wynika, że komórki macierzyste mogą zastąpić komórki macierzyńskie? Próbowałam ten świat zmienić. W 2006 roku założyłam Partię Kobiet. Uważałam, że Polska idzie w złym kierunku, a kobiety stanowią siłę, która może to zahamować. Poczucie mojej klęski jest tym większe, że nie spodziewałam się, jak źle będzie. W komunizmie pisałam: strzelaj albo emigruj. Teraz mogłabym napisać: myśl albo emigruj. Ale kto ma myśleć? Garstka inteligencji? Konserwatywna młodzież, bo tak ją wychowaliśmy? Nie zgadzam się na to, co dzieje się w Polsce. Ale jak długo mogę walić głową w mur, być dziwadłem? Nie wyobrażam sobie umrzeć w kraju, w którym nie mam prawdziwej wolności. Ale mam paszport. Jeszcze. Nie jestem urodzonym męczennikiem. Gdybym nie miała resztek nadziei, już bym wyjechała.

Czym było dla ciebie pisanie książki o Osieckiej, Giedroyciu, środowisku paryskiej „Kultury”?
Wypowiedzią o tym, jak ważne są ciągłość, konsekwencja i wolność. Podsumowaniem tego, czym jest miłość.

A czym jest?
Zdrowiem. Szczęśliwa miłość – ta bez strachu, kontroli, bez braku pewności siebie, realizowania swoich problemów, zakłamania – jest największym objawem zdrowia. Wtedy się serca otwierają. To nie slogan. To buddyzm.

  1. Kultura

Przebudzenie - rozmowa z Katarzyną Grocholą

Ilustracja Patryk Hardziej
Ilustracja Patryk Hardziej
Katarzyna Grochola to jedna z najpoczytniejszych polskich pisarek. Jej książki sprzedały się w kilku milionach egzemplarzy. Powieść „Nigdy w życiu” zmieniła rynek, otwierając go na literaturę popularną. Wydawnictwo Literackie właśnie wydało jej brawurowy kryminał „Zranić marionetkę” o ofiarach, oprawcach i szukaniu sprawiedliwości. 

Jak pani było w takim mrocznym świecie? Surrealistycznie. Zaczęłam pisać tę książkę nad morzem, gdzie byłam z mężem. Przy stoliku kawiarnianym, w upał. Po powrocie do domu pisałam w kuchni, jakbym musiała być zamknięta w przytulnym, ciepłym miejscu. Wchodziłam do kuchni i stawałam się jedną z bohaterek. 

Wszystkie były skrzywdzone. Każdy zna poczucie krzywdy.

Wybrała pani temat molestowania seksualnego. Co dziesiąta osoba na świecie jest molestowana. Są wśród nas ofiary i oprawcy. Spotykamy ich, a nie reagujemy na przemoc domową, pedofilię, ponieważ nie umiemy sobie radzić z własnymi uczuciami. Nie wiemy, jak się zachować. Łatwiej powiedzieć: „Po co do niego szła?”. Jako dziennikarka napisałam kiedyś dwa reportaże, które się nigdy nie ukazały. Pierwszy o gwałcie. Jego wydźwięk był taki: jesteś ofiarą, siedź cicho. Bo nie dość, że moja bohaterka została zgwałcona, to jeszcze skrzywdzili ją adwokaci – mężczyźni. Potem napisałam reportaż o pedofilii. Dziewczynka, jak bohaterka mojej książki, kochała swojego ojca, a to on robił jej krzywdę. Kiedy go wsadzili, znienawidziła ją cała rodzina. Matka, bo wcześniej pracował i przynosił pensję. Babcia, bo wsadziła jej syna do więzienia. To było we mnie i kiedyś musiało wybuchnąć. Mimo że tyle złego dzieje się w mojej książce, to nie wszyscy są źli. 

Na świecie panuje zaćma? Tak piszę. Żeby ją zdjąć i zobaczyć prawdę, trzeba by się skomunikować z własnymi odczuciami, być wobec siebie szczerym… Tymczasem korzystamy z mechanizmów, które nas bronią. Prawda gnije i, jak w mojej książce, powoduje daleko idące konsekwencje, które dotykają też niewinnych.

Rozwiązaniem jest zemsta? To prawda, to książka o zemście, ale zemsta nie smakuje ani na zimno, ani na gorąco. W ogóle nie smakuje. Nie zadowala. Sprawiedliwość – tak. Kara – czasami tak. Odpowiedzialność – tak. Zadośćuczynienie – tak. Zemsta? Nie. 

Jest pani głosem ofiar? Zawsze jestem głosem ofiar. Jestem też głosem morderców. Ale ideowo jestem przede wszystkim głosem ofiar. Uważam, że człowiek ma w sobie wszystko. Jako katoliczka i rozwódka nie będę się powoływać na grzech pierworodny, ale myślę, że człowiek to niedoskonała pełnia. Jacy jesteśmy, zależy od tego, jaką część siebie karmimy. 

Staje pani po jasnej stronie? Tak, nawet ta książka opowiada się po jasnej stronie. Wczoraj na prywatnym spotkaniu jakaś osoba zapytała ks. Adama Bonieckiego: „Jeżeli ktoś wierzy, a nie chce chodzić do kościoła, jak go tam sprowadzić?”. Odpowiedział: „Nie sprowadzać”. Bo może nam się wydaje, że odchodzi, a może właśnie idzie w stronę domu? Zadałam sobie pytanie: „Może teraz jest taki moment przebudzenia?”.

Lubi pani ratować swoich bohaterów? Chcę ich wszystkich uratować. Uczę się nie oceniać. Bo nie wiemy, jakie jest życie innych. 20 lat temu, w ciężkim okresie mojego życia, pijany mężczyzna wpadł na mnie na ulicy i krzyknął: „Gdzie idziesz, k….?”. Pamiętam, jak zrozumiałam jego słowa. Że nie tędy droga. Ten facet był po prostu zesłanym tu aniołem, który mi powiedział: „Kasiu, co robisz, idziesz ciągle tą samą ścieżką, która kończy się przepaścią”.  

Może to był moment, kiedy pani sama już dojrzała, aby zobaczyć inną perspektywę? Tak mogło być. Na grupie terapeutycznej usłyszałam przypowieść: Facet, idąc do pracy, wpadł w ogromny dół. Zobaczył ludzi, którzy też tam wpadli i nie znaleźli wyjścia, więc próbowali się w tym dole zagospodarować. Kilka tygodni szukał wyjścia, w końcu się wydostał. Następnego dnia, idąc do pracy, wiedział, że musi dół ominąć. Ale przejeżdżała karetka, uskoczył i znowu wpadł do dziury. Tyle że wiedział już, gdzie wyjście. Później chodził ostrożnie, aż któregoś dnia zauważył, że zaraz do dołu wpadnie kobieta z dzieckiem w wózeczku. Rzucił się, żeby je ratować. Uratował dziecko, ale sam wpadł do dziury. Kiedy się wygrzebał, postanowił chodzić inną ulicą. I to jest trochę opowieść o mnie. 

Pani książki pomagają uwierzyć, że los się odmieni? Wiem, kurna, że jestem polskim Kopciuszkiem przemiany. Byłam w związku przemocowym, ale z niego wyszłam, sama wychowywałam córkę, która jest dzisiaj fantastyczną osobą, i jak powiedziała, nie zamieniłaby ani jednej chwili ze swojego życia. Bardzo ją kocham i uważam, że dojrzale wyrosła w tych niełatwych okolicznościach. Ale nie przesadzajmy, wielu ludzi się rozwodzi i dzieci najczęściej zostają z matką. Obok nas żyją ludzie, którzy potracili bliskich, których dotykały ciężkie choroby. Jako pierwsza, 20 lat temu, powiedziałam publicznie, że miałam raka. Nie po to, aby epatować, ale może coś zmienić. Jestem dowodem na to, że rak może być wyrokiem, ale nie musi. Więc rozumiem, że zostałam ikoną tych, którzy bywają na dnie i trudno się wygrzebują. Skoro Grocholi się udało, to może i mnie. 

O tamtym pijaku, który na panią nakrzyczał, powiedziała pani „anioł”. Lubi pani czytać znaki? Tu, gdzie rozmawiamy, było pole truskawek. Należało do sąsiadki z naprzeciwka. Kiedy w końcu poczułam, że muszę się wydostać z tego strasznego dołu, zasypać go czymś fajnym, miałam sen. Byłam w nim u swoich przyjaciół, tutaj po sąsiedzku, a tu zamiast pola truskawek było klepisko. I Zosia, ta przyjaciółka, mówi: „Kasia, tu możesz postawić domek”. Zaczęłyśmy zbijać klepisko i spod niego ukazały się piękne, fioletowe kwiaty. Pewnie dlatego martwe drzewa w ogrodzie maluję na fioletowo. 

Postawiła pani dom. Nie stać mnie było na mieszkanie w Warszawie. Postawiłam własnymi rękami domek wielkości garażu. Kosztował 30 tysięcy. Jestem osobą, która ma nadzieję. Choć parę razy ją traciłam. Pamiętam jeden z gorszych momentów – nie było prądu i było minus 22 stopnie, zamarzła woda, nie miałam pieniędzy na wykarmienie dwóch psów i dwóch kotów, ale szczęśliwie moja córka była na wakacjach zimowych, a mój mąż z kochanką na nartach. Myślałam, że to już jest koniec wszystkiego. I wtedy wypadło z półki kompendium, których miałam wiele, bo w „Poradniku Domowym” odpisywałam na listy czytelników. Było otwarte na stronie, na której przeczytałam: „Jeżeli nie jesteś w stanie zapisać dziesięciu dobrych rzeczy, które ci się dzisiaj zdarzyły, to znaczy, że nie żyjesz”. Sięgnęłam po kartkę papieru. Mam jedną fazę prądu, czyli w niektórych bocznych kontaktach jest światło, wprawdzie jest minus 22, ale nie ma mojej córki i nie marznie, nie jestem pod dworcem ani pod mostem. Koty wróciły do domu, więc nie zamarzną. Mam olej, kaszę, resztkę ryżu, makaronu, mogę coś ugotować. Mam telefon, z którego mogę zadzwonić. Oczywiście, stan psychiczny nie pozwalał mi do kogokolwiek dzwonić, bo co miałam powiedzieć. Że jestem u progu samobójstwa? Byłam w stanie wymienić dziesięć pozytywów. Nadzieja ma wielką moc. Nie jest ślepym ufaniem, pozwala zrozumieć, kim jestem. 

Jak wyszła pani z przemocowego związku? Każdy, kto był w przemocowym związku, wie, że to się odbywa pod stołem. Przy ludziach. Choć to znaki niewidoczne dla innych. Przez dwa lata w ogóle nie rozumiałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jak już się podjęło decyzję o małżeństwie, to trzeba w nim trwać, udawać. Odpisywałam mądrze na listy żon alkoholików, obstawiona książkami Anny Dodziuk i ulotkami z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, i nie widziałam związku ze swoją sytuacją. 

Więc co się stało? Dobra. Powiem. Spałam po trzy, cztery godziny, a ponieważ nie mogłam spać, jeździłam codziennie do kościoła na szóstą rano. Siedziałam tam, bo to było spokojne miejsce. I pewnego dnia usłyszałam: „Dzisiaj msza w intencji śp. Katarzyny, ale pamiętajmy, że człowiek nie całkiem umiera. Umiera tylko doczesna powłoka. Pomódlmy się, żeby obudziła się do jasności”. Potem w homilii ksiądz mówił, że kiedy jesteśmy z osobą złą, myślimy, że rosną nam skrzydła. Jako żona alkoholika uważałam, że po to jestem zesłana, żeby męża zbawić. Cudowne poczucie, że jest się Panem Bogiem! W kościele były trzy osoby, poza mną dwie staruszki. I ja to odniosłam do siebie. Pamiętam, że wsiadłam do samochodu i pomyślałam: „Kasiu, stuknij się w głowę, kobieto, czego ty chcesz?”.

Często czuła pani, że życie jest obok? Miałam poczucie, że to nie jest to życie, jakiego chcę, kompletnie inny świat. Dlatego tak dobrze rozumiem samobójców. Kiedy słyszę: „Jak on mógł to zrobić”, rozumiem, że mógł. 

Jedna z głównych bohaterek pani książki jest antropolożką, specjalistką od samobójców. Ona ma swoje przeguby, swoją przeszłość. Każdy ma. Liczba samobójstw w Polsce wzrosła w ostatnich latach, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Widzę, jak w wirtualnym świecie zapominamy, że drugi człowiek naprawdę czuje. Produkujemy hejt, walcząc o liczbę lajków. Trzeba mówić, jak wielka jest siła dobra. Zrozumiałam to po zabójstwie Pawła Adamowicza, widząc, jak po tej tragedii dobro się rozlewa. Nożem można i kroić, i można zabijać. To wtedy mogłam kończyć książkę, pisałam po 17 godzin dziennie.

Pani bohaterka trafiła na terapię. Była w niej złość. To dobry motor? Tak też się dzieje. Staramy siebie chronić, bo myślimy, że jesteśmy gorsi. Że terapeuta w nas pogrzebie i znajdzie potwora z przeszłości, tymczasem ten potwór chroni jakieś nasze piękno. Kiedy się ochrzciłam, mając 21 lat, powiedziałam księdzu, że się chrzczę ze strachu. Odpowiedział, że to też dobry powód. Pracowałam w szpitalu, widziałam wielu umierających. Niektórzy z nich wierzyli, inni nie. Różnica tego umierania wydała mi się wielka, choć strach był wspólny wszystkim. Pomyślałam, że chcę wierzyć. 

Pamięta pani pierwszą śmierć? Ten pan bardzo cierpiał, miał raka krocza z przerzutami do kości biodrowej, a to były czasy, kiedy nie podawało się wystarczającej dawki środków przeciwbólowych. Pracował w ministerstwie oświaty, mówił, abym się nie martwiła, jak nie dostanę się na medycynę, bo on to załatwi. Chorzy wiedzieli, że są trzy dziewczyny salowe, które zbierają punkty na medycynę. Dostawał środki przeciwbólowe trzy razy dziennie. Siedziałam na stołku koło łóżka i przekładałam mu nogę, bo tak bolała, że przeklinał albo mówił, żeby go zabić. Strasznie długo to trwało. O szóstej dostał następny zastrzyk, powiedział, że życie jest piękne, bardzo mi dziękuje i że córka do niego przyjdzie, więc musi wytrzymać. A potem umarł. Zrobił się taki mały, wiotki, zaczął mu wystawać nos. Tak jakby ktoś dużą strzykawką wyciągnął z niego te 21 gramów. 

Skąd pomysł z medycyną? Myślałam, że pisarz musi skończyć medycynę. Miałam takie wyobrażenie o pisarzach. Matka była osobą wysoce oczytaną, w domu nie było telewizora, tylko książki. Zabraniała nam czytać niektóre. Nie ma nic bardziej rozkosznego niż sięgać po „Dżumę” Camusa, która jest przez matkę zakazana. Zamienialiśmy z bratem okładki i czytaliśmy pod kołdrą. 

Zawsze pani pisała? Jak się jest pisarką, to się pisze. W pierwszej powieści, którą napisałam, mając 13 lat, w moim alter ego kochało się aż dwóch Winnetou. Potem pisałam opowiadania fantasy, odczytywałam na przerwach w kolejnych szkołach pomaturalnych. Moje koleżanki się śmiały, czego nie rozumiałam, bo to były przerażające historie.

Pisanie panią ratowało? Judyta uratowała mi życie. Tamta zima, brak ogrzewania, córka mieszkająca miesiąc u mojej siostry, bo w jej pokoju było sześć stopni… Nie miałam klucza do domu. Obudziłam się którejś nocy, a na moim łóżku siedział obcy facet. Chciał pożyczyć 200 zł, a nie miałam nawet 20. Pisałam „Nigdy w życiu!”, żeby pocieszyć siebie, bo z tego, co mi się przydarzało, mogłam wybierać te wesołe sytuacje. Było wokół mnie wielu życzliwych. Idąc do kolejki WKD, machali do mnie. Wracając z pracy, mówili: „Rano były dwa poziomy pustaków, a już są cztery”. Od sąsiadów dostałam drzwi, kibelek na imieniny. Przyjacielowi z Anglii wysłałam dwie swoje sztuki. Przypadkowo znała go Beata Stasińska [wydawczyni – przyp. red.]. Dwa lata później pokazał jej fragmenty mojego tekstu. Odnalazła mnie i zapytała, czy nie mam książki do wydania. Miałam. No, to naprawdę w cuda można uwierzyć. 

Natan, komisarz. W każdej powieści musi pani mieć przynajmniej jednego fajnego faceta? Muszę. Natan to też jest trochę anioł. Fajny jest, prawda?

Do związku się nie nadaje. No, może się będzie nadawał. Liczmy na to. 

Pani jest teraz szczęśliwa, prawda? Bywam szczęśliwa. 

Pani mąż powiedział mi: „Kiedy zatęskniłem za miastem i przeprowadziłem się ze wsi, poznałem Kasię”. Dla pani musiał wrócić na wieś… Ale może jest jednak coś ważniejszego niż metropolia. Jesteśmy bardzo dojrzałymi ludźmi i fajnie, że to się nam przydarzyło. 

Łatwo jest dojrzałym ludziom ze sobą zamieszkać? Mąż lubi wiedzieć, co się dzieje. Przychodzę ze śniadaniem i z telewizora wygląda jakaś gęba, której bym na śniadanie nie zaprosiła. To idę do kuchni. No, jakoś trzeba płacić. Mąż akceptuje, jaka jestem. Ma nieprawdopodobną cierpliwość do zmiany planów. Jego córka przysłała nam z Hamburga bilety kolejowe, bo mąż nie lubi latać. Walizki już stały w przedpokoju, mąż jeszcze grał sobie [muzyk – przyp. red.], bo miał dziesięć minut do wyjścia. Nagle zapytałam, czy jest elastyczny. „Bardzo” – odpowiedział. „Czy nie możemy w cholerę tych biletów wyrzucić i wsiąść w samochód?” Zapytał tylko: „To kiedy chcesz wyjechać?”.

pisarka, dziennikarka. Wydała kilkanaście powieści, m.in.: „Nigdy w życiu!” (As Empiku), „Serce na temblaku”, „Ja wam pokażę!”,

„Trzepot skrzydeł” (Nagroda Księgarzy), „Makatka”, „Houston, mamy problem”, „Przeznaczeni” i najnowszą „Zranić marionetkę”.