1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak wypocząć w mieszkaniu, które stało się również biurem i szkołą?

Jak wypocząć w mieszkaniu, które stało się również biurem i szkołą?

Im bardziej stresująca staje się codzienność, tym bardziej chcemy, by  nasze mieszkanie stało się enklawą spokoju. (Fot. Westwing)
Im bardziej stresująca staje się codzienność, tym bardziej chcemy, by nasze mieszkanie stało się enklawą spokoju. (Fot. Westwing)
Zobacz galerię 14 Zdjęć
Dom ma być naszą oazą. Dobrze urządzona przestrzeń da nam poczucie wytchnienia i spokoju. A celebrowanie zwykłych czynności i sprawianie sobie drobnych przyjemności sprawi, że poczujemy luksus przebywania w domu. Rozmowa z Martą Suchodolską - dyrektor kreatywną Westwing.pl.

Marta Suchodolska - dyrektor kreatywna Westwing.pl (Fot. Westwing) Marta Suchodolska - dyrektor kreatywna Westwing.pl (Fot. Westwing)

Już od wielu miesięcy pracujemy w trybie home office. A nasze dzieci uczą się zdalnie. Z dnia na dzień okazało się, że nasze domy muszą spełniać różne funkcje… Muszą być biurem, szkołą, miejscem wypoczynku, salą treningową, salą kinową. I wszystko musi się dziać w jednym czasie. Przez ostatnie lata wierzyliśmy w model domu otwartego. Otwieraliśmy przestrzeń i łączyliśmy pomieszczenia: kuchnię z jadalnią, jadalnię z salonem, sypialnię z łazienką. Standardem stała się 50-metrowa „kawalerka”. W takich mieszkaniach odnajdywaliśmy dobrą przestrzeń do życia. Rok 2020 zmienił nasze postrzeganie domu. Znaleźliśmy się w sytuacji, w której okazało się, że w naszych mieszkaniach musimy robić różne rzeczy - mieszkać, pracować, uczyć się, odpoczywać. Teraz potrzebujemy podziału przestrzeni.

Co można z tym zrobić? Można zrobić remont, ale to jest kosztowny i długotrwały proces. Można więc zastosować proste zabiegi stylistyczne, dzięki którym podzielimy przestrzeń na strefy. Na przykład postawić ażurowe przegrody - półki, parawany, czyli dokonać podziału w poziomie. Możemy też podzielić pokój w pionie - np. stawiając piętrowe łóżko z przestrzenią na biurko pod nim (ten pomysł wykorzystywaliśmy zazwyczaj w pokoju dziecka). Tego typu podziały są "nieformalne" i mają nadrzędny cel - stworzyć w naszych głowach wrażenie, że jesteśmy w innym miejscu. To jest bardzo ważne - bo daje nam podprogowo sygnał, że w tym samym miejscu możemy robić dwie zupełnie różne rzeczy - np. pracować i wypoczywać.

Nawet taka mała zmiana wymaga dodatkowych mebli. To nie jest łatwe. To prawda. Ale każda zmiana, wymaga nieco wysiłku. Ja bardzo lubię hasło „po prostu to zrób”. Nie zastanawiaj się, nie odkładaj, zmiana jest potrzebna teraz! Przearanżuj wnętrze, kup sofę, fotel czy biurko - jeśli ich nie masz. Podam przykład z własnego życia. Kiedy zaczął się lockdown pracowałam w małym pokoiku siedząc osiem godzin na sofie. Po dwóch miesiącach, na jednej z wideokonferencji, dotyczącej pracy w naszej firmie, ustaliliśmy, że prawdopodobnie do końca roku utrzymamy pracę zdalną. Zrobiło mi się słabo. Pomyślałam: ja tu nie wytrzymam do końca roku, boli mnie już cały kręgosłup. Następnego dnia pojechałam do biura, zabrałam swoje biurko i fotel, i poszukałam na nie miejsca w mieszkaniu. I od tej chwili pracuję wygodnie. Dlatego mówię z osobistym przekonaniem: „po prostu to zrób”.

A jeśli ktoś nie ma miejsca na biurko? Wtedy trzeba rozejrzeć się wokół i powiedzieć sobie - ta przestrzeń jest do pracy, a ta do wypoczynku. Trzeba to sobie ułożyć w głowie. Czasami wystarczą małe decyzje, np. postanowienie, że skoro na kanapie pracuję i wypoczywam, to pracuję po lewej stronie, a wypoczywam po prawej. Albo jeśli pracuje w sypialni - to zawsze aranżuję przestrzeń na noc (zaścielone łóżko) i na dzień (łóżko przykryte narzutą). Przestrzeń wokół powinna  porządkować i organizować mój czas.

Jak znaleźć w mieszkaniu  najlepszą przestrzeń do wypoczynku? Taką, w której ciało się zrelaksuje, a głowa zrestartuje? Najważniejszym elementem miejsca odpoczynku jest siedzisko - kanapa, fotel... Zatem pierwsze pytanie brzmi: czy mam taki mebel? Zapewne większość z nas odpowie: tak. A jeśli nie, to musimy kupić, nie ma innego wyjścia.

Jeśli mamy fotel albo sofę to możemy podnieść ich poziom wygody, np. kupić podnóżek. Po dodaniu go do fotela lub kanapy, stworzymy szezlong. Innym pomysłem jest dodanie miękkich poduszek, które pozwolą nam umościć sobie wygodny kącik.

Wszystko to mieści się w silnym trendzie zwanym „cocooning” albo „nesting”, czyli „wicia gniazda”. Polega ono na takim zaaranżowaniu przestrzeni wypoczynku, żeby było nam wygodnie, ciepło i przyjemnie. Stąd moda na poduszki, pledy, miękki dywan, albo przynajmniej futrzany dywanik. W tym trendzie jest też miejsce na wnętrzarskie zachcianki takie jak fotel bujany, albo kokon zwieszany z sufitu. Teraz takie niezrealizowane marzenia stają się uzasadnione – szukamy przecież najbardziej komfortowego miejsca dla siebie.

By nasze mieszkanie stało się miejscem, które otuli nas poczuciem spokoju i bezpieczeństwa musimy zadbać o właściwą atmosferę i wystrój. (Fot. Westwing) By nasze mieszkanie stało się miejscem, które otuli nas poczuciem spokoju i bezpieczeństwa musimy zadbać o właściwą atmosferę i wystrój. (Fot. Westwing)

Jakie trendy przygotowali dla nas projektanci na aktualny jesienno-zimowy sezon?Najsilniejszym dziś trendem - na świecie widocznym już przed pandemią - jest home sanctuary. Mówi on o tym, że nasz dom ma być naszą ostoją, miejscem, gdzie znajdujemy wytchnienie. Sprawia, że odchodzimy od bogatych dodatków i idziemy w stronę neutralnych stylizacji, naturalnych kolorów i materiałów - dywany z juty, szkło, kamień, wszystko, co wiąże się z naturą.

Trend ten ciekawie pokazuje, że wypoczynek nie musi odbywać się tylko w salonie.

Przenosi nas do… Prywatnego spa lub do kameralnej siłowni, zachęca do stworzenia strefy relaksu w domu. To odpowiedź na sytuację na świecie. Wszystko to, co robiliśmy dotychczas na zewnątrz, teraz chcemy robić w swoich domach, czyli ćwiczyć, robić sobie masaże, rytuały pielęgnacyjne.

Znajdź czas dla siebie! Kąpiel w wannie pełnej piany, przy świetle świec, w stylowo urządzonej łazience, to relaks dla ciała i umysłu. (Fot. Westwing) Znajdź czas dla siebie! Kąpiel w wannie pełnej piany, przy świetle świec, w stylowo urządzonej łazience, to relaks dla ciała i umysłu. (Fot. Westwing)

Styl tworzą dodatki. Jakie konkretnie gadżety poleciłabyś z trendu home sanctuary, którymi szybko i skutecznie możemy poprawić sobie nastrój? Dodatkiem, który pasuje do każdego pomieszczenia - salonu, łazienki, gabinetu - są świece zapachowe i dyfuzory. Te akcesoria zwykle cieszyły się największą popularnością jesienią i zimą, teraz ludzie używają ich przez cały rok. Bo chcą, by ich dom nie tylko pięknie wyglądał, ale też pachniał. Poza tym zapachem łatwo zmienić postrzeganie czasu i przestrzeni wokół, a to ułatwia wypoczywanie. Kiedy moszczę się w swoim siedzisku i zapalam świecę, to do moich zmysłów dociera informacja, że teraz jest czas na wypoczynek.

Mam też drugi ulubiony dodatek, który nazywam „covidowym efektem czerwonej szminki”. W amerykańskim kryzysie gospodarczym 2001, pomimo spadku sprzedaży nieomal wszystkich produktów luksusowych, sprzedaż szminek rosła - kobiety zastępowały drogi luksus, tańszym luksusem. Takim luksusowym produktem 2020 są bardzo dobre mydła i balsamy - cudownie pachnące, w pięknych butelkach. Sama tego doświadczyłam – na początku lockdown’u kupiłam sobie mydło w ślicznej butelce za 60 zł, co jest sporym wydatkiem jak na mydło. Ale uwierz mi za każdym razem, kiedy wyciskam kroplę tego gęstego pachnącego płynu na swoje dłonie, to czuję luksus, który mnie nie omija i jest to duża przyjemność. A przecież ręce myjemy teraz dziesięć razy częściej niż wcześniej.

Aż mi zapachniało… To bardzo dobrze. Bo kolejnym tematem, przy którym można w domu wypocząć jest „kawa i herbata”. Śniadanie w biegu to nasza codzienność sprzed pandemii. Teraz odzyskujemy czas na dojazd do pracy i możemy pomyśleć o kawie jako o rytuale. Herbata wypita z pięknej filiżanki naprawdę smakuje lepiej. Piękna łyżeczka, którą możemy zamieszać kawę też ma znaczenie. Dlaczego nie sięgnąć po szablon do robienia na cappuccino serduszka z cynamonu albo czekolady w proszku?

W Westwing przywiązujemy wagę do rytuałów związanych z jedzeniem i gotowaniem. Uważamy, że ładna łyżka wazowa, oryginalne sztućce, garnki, piękna zastawa - wszystko to wpływa na jakość naszego życia.

Może na co dzień o tym nie myślimy, ale jest różnica, czy spożywamy obiad przy pięknie nakrytym stole, czy jemy w pośpiechu z plastikowych pojemników dostarczonych z restauracji. Jestem pewna, że rytuał spożywania posiłku może przynieść spokój i odpoczynek. Musimy tylko chcieć zaaranżować stół pięknymi przedmiotami.

Kawę i herbatę warto pić ze smakiem i stylem - to rytuał, który dodaje nam energii i  błyskawicznie odpręża. (Fot. Westwing) Kawę i herbatę warto pić ze smakiem i stylem - to rytuał, który dodaje nam energii i  błyskawicznie odpręża. (Fot. Westwing)

Twórzmy rytuały z rzeczy, które dotychczas były zwyczajne. Tak. Celebrujmy proste czynności. I dbajmy o otoczenie tych rytuałów. Na przykład damska toaletka jest takim miejscem, przy którym każda kobieta może znaleźć relaks i przyjemność. Na toaletce możemy mieć ładne przedmioty - które ucieszą nas za każdym razem kiedy na nie spojrzymy. To może być piękny pojemniczek na waciki, krem stojący na oryginalnej tacce.

Popatrzmy na naszą łazienkę jak na spa - może warto wstawić tam kwiaty? Albo da się tam zawiesić obraz? Lustro może być elementem dekoracyjnym. To są takie drobne elementy, które mogą uprzyjemnić otoczenie. Przebywanie w przyjemnej przestrzeni daje poczucie wypoczynku i sprawia, że z radością spędzamy czas w domu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Najlepsze polskie wzornictwo – plebiscyt Must have 2021 rozstrzygnięty

W plebiscycie must have organizowanym przez Łódź Design Festival nagrodzono ponad 70 projektów. Jednym z nich jest projekt Aleksandry Kujawskiej - Zabawki, seria rzeźb wykonanych ręcznie, techniką hutniczą. Przyciski do myśli.(Fot. materiały Prasowe ŁDF)
W plebiscycie must have organizowanym przez Łódź Design Festival nagrodzono ponad 70 projektów. Jednym z nich jest projekt Aleksandry Kujawskiej - Zabawki, seria rzeźb wykonanych ręcznie, techniką hutniczą. Przyciski do myśli.(Fot. materiały Prasowe ŁDF)
Must have to plebiscyt w ramach Łódź Design Festival, wyróżniający najlepsze projekty polskich projektantów i producentów. Organizowany jest już po raz jedenasty. W tym roku spośród ponad 300 zgłoszeń nagrodzono 75 projektów. Zobaczcie te, które nam spodobały się najbardziej.

  1. Styl Życia

Inteligentne światło, które nada życiu barw

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Chociaż pogoda potrafi być wiosną kapryśna, nie ma wątpliwości, że budząca się do życia natura zachęca do działania. Skoro nie zawsze możemy liczyć na słoneczną aurę na zewnątrz, warto poszukać rozwiązania, które pomoże ją stworzyć w naszych domach. Kolory zamknięte w inteligentnej lampie Philips Hue Iris są na wyciągnięcie ręki – kiedy tylko potrzebujesz pomogą imitować światło słoneczne. Co więcej – oferują całą serię barw i odcieni.

Odkryj swoją przestrzeń na nowo

Szeroka paleta białego światła pozwoli uzyskać właściwy nastrój zarówno do pracy, zabawy jak i relaksu, niezależnie od pory dnia. Decydując się na inteligentne oświetlenie Philips Hue każdy dzień możesz rozpocząć przy chłodnych, rześkich barwach. Imitujące wschód słońca coraz jaśniejsze światło pomoże naładować baterie niczym poranna, mocna kawa i zapewni energię nawet w pochmurne dni. A po pracy? Jednym kliknięciem przemienisz swój salon z domowego biura w prawdziwą oazę relaksu – ulubiona książka, aromatyczna chai tea latte i dopełniająca doznania bursztynowa barwa światła brzmią magicznie, czyż nie? Natomiast przed snem łagodne dla oczu złote odcienie pomogą Ci odprężyć się przed ucieczką w krainę nocnych marzeń. Możesz też z łatwością sprawić by światło samo podążało drogą słońca w trakcie dnia i zmieniało barwę od chłodnego do ciepłego – imitując wędrówkę słońca po niebie.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Jednak dobranie oświetlenia do codziennych zadań to nie wszystkie możliwości stylowej lampy Iris i całego inteligentnego oświetlenia Philips Hue. 16 milionów kolorowego światła pozwoli na stworzenie nastroju niezależnie od okazji. Energetyczna czerwień dodająca sił do porannego treningu? Relaksujące pudrowo różowe tony idealne do medytacji? Czy mieniące się blaskiem świec miodowo-szafranowe barwy, rozgrzewające atmosferę podczas romantycznej kolacji? Wybór należy do Ciebie – w dekorowaniu domu światłem jedyną granicą jest już tylko wyobraźnia. Decydując się na więcej niż jedno źródło światła możesz stworzyć wyjątkowe aranżacje świetlne, zmieniając swój dom w prawdziwą, magiczną krainę.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione. Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione.

Piękna i inteligentna

Philips Hue to coś więcej niż oświetlenie, to część wystroju domu. Najnowsza lampa Philips Hue Iris o unikalnym designie delikatnie obmywa ściany kolorem, subtelnie podświetlając otoczenie. Miękkie światło wydobywające się z tyłu lampy nadaje jej jeszcze bardziej wyjątkowego wyglądu, a nowoczesny projekt sprawia, że zachwyca nawet, gdy jest wyłączona. Teraz ten kultowy model oferowany jest w czterech metalicznych odcieniach: miedzianym, różowym, srebrnym oraz złotym. Ekskluzywna odsłona lampy stanowi idealne uzupełnienie niemal wszystkich wnętrz, a bogactwo barw pozwoli na nowo zdefiniować nastrój każdego pomieszczenia nawet najbardziej wybrednemu amatorowi aranżacji wnętrz.

Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa. Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa.
  1. Styl Życia

Zaproś wiosnę do domu - 7 prostych inspiracji

(Fot. Zara Home)
(Fot. Zara Home)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Nie czekaj na zielone trawniki i wysokie temperatury - rozkoszuj się każdym dniem wiosny, odkrywaj ją powoli. Doceniaj każdy listek wychodzący z twardej gałązki, każdy kolorowy kwiatek i promień słońca. Zadbaj o swoje otoczenie. Wiosna to nowa energia i czas na zmiany.

  1. Styl Życia

Sztuka ludowa to każda historia opowiedziana przez dziadków

Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Magda Bojarowska w turbanie z ręcznie tkanego na krosnach pasiaka opoczyńskiego. (Fot. @polishfolkart)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Zachowanie pamięci o sztuce ludowej i odkrywanie jej na nowo to zadania, które od blisko 70 lat stawia przed sobą rodzinna galeria Domu Sztuki Ludowej. Rozmowa z etnografką Magdą Bojarowską.

Dom Sztuki Ludowej nie jest zwykłym sklepem, ale miejscem, w którym staracie się kultywować ludowe rzemiosło i przybliżać tradycyjnej wytwory sztuki regionalnej, o których często wiemy bardzo niewiele. Malarka Maja Berezowska uznała, że Dom Sztuki Ludowej jest najpiękniejszym sklepem na warszawskiej Starówce, a do grona stałych klientów należały znane aktorki Mira Zimińska, Kalina Jędrusik i Jadwiga Smosarska. W roku 1969 gościem był francuski bard Charles Aznavour. Jaka jest historia waszego rodzinnego sklepu? Dom Sztuki Ludowej istnieje od 68 lat i powstał w tym samym czasie, w którym zaczęła odradzać się warszawska Starówka. Nadal mieści się w tej samej kamienicy, którą odbudowano  i przekazano pod pokazowy sklep Cepelii. Z naszego balkonu Bierut 22 lipca 1953 roku otwierał zrekonstruowaną Starówkę. Cepelia w tamtym czasie bardzo prężnie się rozwijała, współpracowała ze świetnymi projektantami ludowymi, a jej spółdzielnie były rozsiane po całym kraju. Dom Sztuki Ludowej został zaprojektowany w taki sposób, aby w jego wnętrzach jak najlepiej prezentowały się wyroby ludowe, a także mogły odbywać się różnego rodzaju wystawy i wydarzenia. Do tej pory są u nas używane dębowe meble (od roku wpisane na listę zabytków ruchomych), ręcznie kute żyrandole i ekspozytory. Mój tata, ukończył etnografię,  po studiach pracował w Związku Cepelii, często zasiadał w jury różnych konkursów etnograficznych, a w 1978 roku został kierownikiem Domu Sztuki Ludowej. W czasie transformacji, gdy Cepelia zaczęła zamykać wiele swoich salonów, wielu kierownikom proponowano przejęcie sklepów, czyli odkupienie towaru i wyposażenia. Na taki krok zdecydował się mój tata, i od 1991 roku sklep jest w rękach naszej rodziny. Dom sztuki Ludowej nigdy nie stracił na jakości, a niestety cepeliowskie sklepy często nie były prowadzone już na tak wysokim poziomie jak wcześniej. Aż trudno uwierzyć, że w październiku zeszłego roku fundacja Cepelia sprzedała swój majątek, zamknęła lokale i po wielu latach przestała istnieć. To smutne, ponieważ miała bardzo wysoką renomę i była rozpoznawalna na całym świecie, a stała się, jak mawiają niektórzy, taką „marką utraconą”. Nie potrafiono wykorzystać jej ogromnego potencjału, a po transformacji sama Cepelia nie umiała dostosować się do nowych czasów.

Cepelia zrobiła mnóstwo dobrego dla ludowego rzemiosła, wspierała lokalnych twórców i starała się ocalić od zapomnienia regionalne wytwory. Z drugiej strony w latach 60. i 70. młodzi ludzie, jak na przykład moi rodzice, którzy przeprowadzali się ze wsi do miast, nie chcieli dekorować swoich mieszkań słomianymi pająkami, wycinankami czy kilimami, dla nich to nie było atrakcyjne, ponieważ  kojarzyło się z domami dziadków czy rodziców. A jak to wygląda dzisiaj z twojej perspektywy? Obserwujesz zmianę w podejściu to regionalnego rękodzieła? Wiele osób z młodego pokolenia zaczyna szukać ludowych „skarbów” w domach rodziców czy dziadków. To są ci sami ludzie, którzy jeszcze dziesięć lat wyrzuciliby te rzeczy na śmietnik i ja to rozumiem. Wyobrażam sobie, że był bunt na Włocławek, który był w każdym domu i potem powrót do tego Włocławka. Tak samo mogło być z naszymi rodzicami, a taki „bunt” przeciwko wyrobom ludowym nadal istnieje w wielu miejscach. Na przykład tkanina dwuosnowowa dzięki pani Izumi Fujita jest bardzo ceniona w Japonii i zaczyna być na nowo odkrywana przez stylistów, a na jarmarku np. w Białymstoku, gdzie panie sprzedają takie tkaniny, przychodzą ludzie i komentują na głos, że to niebywałe, że to jest takie drogie, bo u nich w domu to się po tym chodziło. Miejscowi często tego nie doceniają, ale pojawia się coraz więcej bardziej świadomych ludzi, którzy zaczynają widzieć potencjał w sztuce ludowej.

Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart) Pisanki z Włocławka na wydmuszkach jaj kurzych. (Fot. @polishfolkart)

Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart) Wazon z Bolesławca i wielkanocne palmy. (Fot. @polishfolkart)

Czy po zachłyśnięciu się zachodnimi trendami, a później skandynawskim minimalizmem zaczynamy ponownie doceniać sztukę regionalną, lokalną i ludową? Akurat skandynawski styl zrobił wiele dobrego. W jasnym i minimalistycznym wnętrzu taki kilim czy tkanina dwuosnowowa prezentują się bardzo nowocześnie. Skandynawowie w ogóle bardzo doceniają rękodzieło i uważam, że przepięknie włączają ludowe elementy do swojego codziennego życia. Nie wiem, czy ktoś jeszcze poza Skandynawami potrafi tak świetnie prezentować ludowe elementy strojów np. swetry i łączyć je z nowoczesną modą. Oni z tego na co dzień korzystają, te elementy folkowe są obecne w ich życiu i w ich wnętrzach, a jednocześnie są ikonami rozpoznawalnego, skandynawskiego stylu. To jest inspiracja, z której warto czerpać. Docenianie rękodzieła i tradycyjnych wyrobów jest w jednym z wiodących  trendów, tak samo jak związana z nim idea slow.

A kto dziś odwiedza Dom Sztuki Ludowej? Kim dziś są wasi klienci? To młodzi, którzy nie mają złych skojarzeń z „cepeliadą”? Jest sporo młodych osób, które zaczynają wprowadzać elementy sztuki ludowej do swoich domów i często trafiają do nas dzięki Instagramowi. Ale w obecnym czasie, kiedy epidemia uniemożliwiła przyjazd turystów do Polski, gdyby nie nasi stali klienci, to nie wiem, czy bylibyśmy w stanie się utrzymać. To są osoby, które kolekcjonują sztukę ludową i wracają do nas, bo  po prostu lubią nas i nasz sklep. My też bardzo często sprowadzamy wiele rzeczy specjalnie dla nich. Ostatnio pokazałam na Instagramie zdjęcie rzeźby, Matki Boskiej szafkowej wykonanej przez Bolesława Parasiona i ona w ogóle nie była wystawiona w sklepie. Jeden z naszych stałych klientów uwielbia tego twórcę i wiedzieliśmy, że będzie od razu tą rzeźbą zainteresowany, dlatego jak tylko ją otrzymaliśmy zadzwoniliśmy do niego. W normalnych realiach odwiedzają nas oczywiście turyści, a wielu z nich wraca do naszego sklepu np. po dwudziestu latach, co jest bardzo wzruszające.

Czego klienci szukają w waszym sklepie i co kupują najczęściej? Można wskazać jakieś konkretne wyroby, które cieszą się największą popularnością? Przede wszystkim prawdziwego rękodzieła ludowego, wysokiej jakości produktów tradycyjnie wykonanych. Niektórzy przychodzą po rzeczy które od lat kupują - te same kapcie wykonane ręcznie z sukna wełnianego, te same pasiaki, te same narzuty na łóżko - wiedzą, że u nas je znajdą. Preferencje, co zabawne, też często zależą od narodowości. Japończycy zawsze bardzo lubili serwetki kurpiowskie, które mają taki geometryczny haft, a także porcelanę opolską i ceramikę z Bolesławca. Francuzi chętnie kupowali malowane skrzynki krakowskie i drewniane koniki, Skandynawowie lubią kilimy. Największym powodzeniem cieszą się zawsze pisanki i wycinanki, które po prostu są bardzo atrakcyjne, a te drugie jeszcze można łatwo przewieźć. Nie brakuje również osób, które kolekcjonują rzeźby, czy malarstwo ludowe.

Kim są twórcy, których rękodzieło prezentujecie w Domu Sztuki Ludowej? Czym się kierujecie przy wyborze konkretnych wyrobów? Odwiedzacie regionalne targi? Jak to wygląda? Bywa, że jeździmy na jarmarki, ale szukamy też artystów w sieci. Mnóstwo osób się do nas zgłasza. Robimy dużą selekcję, ponieważ zależy nam nie tylko na utrzymanie najwyższego poziomu artystyczno-etnograficznego, ale oddzieleniu tzw. rzemiosła artystycznego od rzeczy ludowej bądź naiwnej. Nie wprowadzamy do naszej oferty np. kryształów czy witraży, które choć są przepiękne, nie będą pasować do spójnego charakteru naszego sklepu. Chcemy sprzedawać rzeczy, które stoją na najwyższym poziomie oraz ludowe, które powstają w oparciu o tradycyjne metody. Baza naszych artystów to nasz najcenniejszy kapitał. Zdarza się, że współpracujemy z kolejnymi pokoleniami, tata potrafił 40 lat temu kupować rzeźby od ojca, a teraz wstawia do nas swoje prace jego syn. To chyba dobrze świadczy o naszych relacjach z twórcami.

A gdybyś miała wskazać swoich ulubionych twórców? Cenię rzeźby Romana Śledzia, wybitnego artysty, którego dzieła nie są może łatwe w odbiorze, ale niezwykle piękne i poruszające. Bardzo lubię twórczość nieżyjącego już niestety Antoniego Barana. Uwielbiam tkaninę dwuosnowową i sposób, w jaki przedstawia historie, postacie i zwierzęta. Bardzo lubię grafiki ludowe, ale także rzeczy wyplatane z wikliny i rogożyny, czy szyte ze słomy – są bardzo współczesne i obecnie też doceniane przez projektantów. Lubię rzeczy wyszywane – przede wszystkim hafty makowskie, czyli subtelne haftowane białą nicią na białym lnie ornamenty, ale także delikatnie haftowane tiulowe bieżniki i serwety żywieckie, które przypominają stare suknie i welony ślubne.

Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart) Rzeżba ludowa Matka Boska Zielna wykonana przez twórczynię ludową Agnieszkę Trzcinkę. (Fot. @polishfolkart)

Kilimy potrafią kosztować kilka tysięcy złotych, tiulowe ręcznie haftowane chusty kilkaset złotych. Jak ludzie reagują na ceny? Nie wszyscy sobie mogą na niektóre rzeczy pozwolić, mnie też nie stać na wiele z nich i to jest całkowicie normalne. Jednak to nie znaczy, że te rzeczy są drogie - one są warte swojej ceny. Warto pamiętać, że ich wykonanie wymaga często ogromnego nakładu pracy, na przykład tkanina dwuosnowowa, o której wspominałam, bardzo często robiona jest od początku do końca ręcznie. Niektóre panie samodzielnie przędą i farbują wełnę, a samo tkanie dywanu na krosnach jest niebywale pracochłonną i trudną techniką, dlatego takie rzeczy nie mogą kosztować mało. Jeśli ktoś komentuje na głos cenę np. łowickiej ażurowej wycinanki, która powstaje w tradycyjny sposób, a u nas kosztuje od 15 do 40 zł i uważa, że jest za droga, to wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że wielu osobom trzeba uświadomić w jaki sposób powstają te rzeczy. W czasach PRL-u Cepelia przyzwyczaiła ludzi do bardzo niskich cen ludowych produktów, które wynikały z tego, że sami twórcy bardzo nisko wyceniali swoje wyroby, ponieważ nie traktowali ich w kategoriach sztuki. Zresztą do tej pory niektórzy twórcy uważają, że tak być powinno i mają taki sam cennik dla indywidualnych klientów i sklepów. Twórcy nie wliczają w cenę produktów swoich umiejętności ćwiczonych latami, doświadczenia i czasu pracy. Proszę mi wierzyć, że gdybyśmy przeliczyli na godziny pracę wielu artystów, to okazałoby się, że pracują za mniej niż 4 zł za godzinę. Zanim skomentujemy ceny ludowych wyrobów, zastanówmy się ile czasu i pracy sami musielibyśmy poświęcić na ich wykonanie i jaką zapłatę chcielibyśmy otrzymać.

Jesteś absolwentką etnografii, to u was tradycja rodzinna, ponieważ oprócz twojego taty także brat jest z wykształcenia etnografem. Mój tata ukończył etnografię na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy te studia wyglądały trochę inaczej, na roku było zaledwie jedenaście osób,  studenci wyjeżdżali na obozy etnograficzne, a część zajęć była często wspólna ze studentami z archeologii i antropologii fizycznej. Było w tym znacznie więcej czystej etnografii. Kiedy ja studiowałem, to zajęcia skupiały się na bardziej współczesnych tematach – na antropologii kulturowej, antropologii codzienności, problemach etnicznych itd., a takiej etnografii, takich smaczków Kolbergowskich, o których staram się pisać na Instagramie, było niewiele. Wróciłam do tych ciekawostek po latach, nie tylko dla własnej przyjemności, ale właśnie dla takich smaczków, które są urocze i nadal obecne w naszej kulturze. Często nam się wydaje, że są to jakieś stare, zamierzchłe zabobony, ale wystarczy przejść się po parku, żeby zobaczyć, ile jest czerwonych wstążeczek na wózkach.

„Chciałabym, żeby ludzie zaczęli odkopywać domowe historie, babcine opowieści i wspomnienia z dzieciństwa” – napisałaś w jednym z postów na Instagramie. W waszej rodzinie rozmawiało się o takich właśnie etnograficznych „smaczkach”? Na pierwszym roku studiów miałam zadanie, żeby przeprowadzić wywiad z dziadkami. Do wyboru było kilka tematów, jeden dotyczył pożywienia i tego, jak wyglądały w ich dzieciństwie posiłki. Pamiętam, że poszłam wtedy do babci i dziadka z dyktafonem, jeszcze takim kasetowym, i zaczęłam ich o to pytać. I okazało się, że to są takie rzeczy, o których przy żadnej innej okazji mogłabym nie usłyszeć. Dziadkowie opowiadali o tym, co się u nich jadało przy okazji świąt, ale o takich codziennych posiłkach raczej się nie rozmawiało. Moja babcia, kiedy była mała żyła skromnie, mieszkała niedaleko Powązek, opowiedziała mi np. o tym, jak ludzie sprzedawali śledzie z koszyka zawieszonego na plecach, chodząc od domu do domu i to były takie rzeczy, których dziś już się nie uświadczy. I to jest właśnie taka etnografia, do której zachęcam i którą możemy robić na co dzień. Żeby pytać dziadków czy rodziców właśnie o takie mikrohistorie. Ja później zaczęłam bardzo zwracać uwagę na takie opowieści. Pamiętajmy, że przecież to, co działo się w naszym dzieciństwie, dla naszych dzieci, też już jest zupełnie innym światem - nasze gry w pikuty, zabawy na trzepaku, sekrety pod szkiełkiem.

Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart) Ceramika z Bolesławca. (Fot. @polishfolkart)

Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart) Szopka krakowska. (Fot. @polishfolkart)

Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart) Kapce góralskie wykonane ręcznie z wełnianego sukna i skóry. (Fot. @polishfolkart)

Na Instagramie starasz się pokazywać sztukę ludową w bardziej nowoczesny i atrakcyjny sposób, ale również przekazywać sporą dawkę wiedzy o dawnych rytuałach, ludowych obrzędach i tradycjach. Temu służył również cykl krótkich filmów, które nazwałaś Etnolekcjami. Czy od początku miałaś takie założenie, że chcesz nie tylko prezentować produkty, które macie w sklepie, ale też edukować ludzi? Najbardziej lubię obserwować profile, które dają mi jakąś wiedzę. Gdy pokazuje produkty ze sklepu, staram się opowiadać o ich symbolice, o twórcach, o technice, regionie, z którego pochodzą -  całym tym etnograficznym kontekście. Do Etnolekcji mam nadzieję jeszcze wracać, bo mam wrażenie, że brakuje wciąż takich opracowań. Po jednej z takich lekcji poświęconej demonom ludowym dostałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy pisali, że im też babcia opowiadała o zmorze, u kogoś siedział domowik, a znajomego w dzieciństwie straszono topielcem. Temu właśnie mają służyć te moje pogadanki - aby ludzie zaczęli drążyć, pytać i dociekać. Wcześniej, zanim założyłam konto na Instagramie, zdarzało mi się prowadzić zajęcia etnograficzne w szkołach, pracowałam też jako animatorka na różnych wyjazdach dla dzieci, prowadziłam warsztaty. Zawsze lubiłam dzielić się tą etnograficzną wiedzą. Sprawia mi frajdę wyszukiwanie zabawnych historii i ciekawostek, dzięki nim staram się zainteresować ludzi tradycyjną kulturą i etnografią.

Dawna sztuka ludowa tworzyła artystyczny pejzaż wsi. Związana była ze starymi wierzeniami, które na przestrzeni wieków splotły się nierozerwalnie z chrześcijańskimi naukami. Sztuka ludowa osadzona w tradycji konkretnego regionu jest nie tylko efektem zbiorowych doświadczeń, ale także nośnikiem niezwykłych umiejętności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Od 68 lat w Domu Sztuki Ludowej, galerii mieszczącej się przy Rynku Starego Miasta w Warszawie, można podziwiać i kupować wyroby rękodzielnicze – rzeźbę i malarstwo ludowe, krakowskie szopki, tkaniny i regionalne stroje, wyroby z wikliny i skóry, drewniane skrzynki i regionalne lalki, regionalne zabawki, wycinanki, pisanki, słomiane pająki, ceramikę z Bolesławca, porcelanę z Opola i fajans z Włocławka, drzeworyty i linoryty oraz przedmioty inspirowane sztuką ludową.

  1. Styl Życia

Tatuuj, dziewczyno! Gdy tatuażysta jest kobietą

Kamila Abramczyk podkreśla, że oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają funkcję terapeutyczną. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Kamila Abramczyk podkreśla, że oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają funkcję terapeutyczną. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Pierwsze prace kilkuletnia Magdalena ukrywała pod tapczanem. Kamila na dobre chwyciła za pędzle po kilku życiowych zakrętach. Daria, zamiast na kolejny trening, poszła do szkoły plastycznej. Chociaż ich artystyczne życiorysy miały różny początek, dziś robią to samo – tworzą podskórne dzieła sztuki. A ich „tworzywem” są ciała innych kobiet.

Jeszcze kilka dekad temu zarówno tatuowanie, jak i zdobienie rysunkami swojego ciała było domeną mężczyzn, w tym głównie rzemieślników i robotników. Z początkiem XXI wieku w branży tatuatorskiej do głosu zaczęli dochodzić artyści. Płótna i pędzle, kartki i ołówki czy tablety graficzne porzucili na rzecz skóry i maszynki z igłą, a w studiach tatuażu coraz częściej pojawiają się tatuatorki. Kompozycje zyskały na estetyce i, wzbogacone o kolor, stały się bardziej przystępne dla coraz liczniejszej grupy nowych klientów – kobiet. Mateusz Łagowski, założyciel platformy do rezerwacji sesji tatuażu online INKsearch.co, podaje, że w 2020 roku w Polsce aż 700 na 1000 umawianych za pośrednictwem serwisu sesji było rezerwowanych i wykonywanych przez kobiety. Stanowiły one 68 proc. z 500 tysięcy użytkowników strony. Szczególną popularnością cieszą się rysunki przedstawiające motywy flory i fauny. Tworzą je między innymi artystki, takie jak: Magdalena Bujak, Kamila Abramczyk czy Daria Bidzińska.

Rytuał wzmacniania

Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic, była jedną z pierwszych tatuatorek w Polsce tworzących barwne wzory botaniczne. Dziś co roku dekoruje swoimi pracami ciała około 600 osób – niemal wyłącznie kobiet. Pierwszy raz własną skórę, za zgodą mamy, ozdobiła tatuażem w wieku 14 lat. Po sześciu latach i ukończeniu liceum sztuk plastycznych sama zaczęła tatuować – amatorsko, w warunkach domowych i wyłącznie znajomych.

– Zawsze wiedziałam, że standardowe kartki są niewystarczające dla mojej sztuki. W wieku kilku lat marzyłam, aby malować po ścianach, ale ukrywałam swoje dzieła w niedostępnych dla dorosłych miejscach, w tym na tkaninie obiciowej pod tapczanem. Jako nastolatka złapałam bakcyla malowania na wielkich formatach. Tworzenie na tak nietypowym materiale, jakim jest ludzka skóra, było więc dla mnie niesamowicie pociągające – wyjaśnia.

Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Magdalena Bujak, członkini babskiego kolektywu artystycznego Babie Lato Tattoo z Katowic. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Po ponad roku porzuciła jednak amatorskie tatuowanie, bo ze względu na brak nauczyciela nie widziała postępów. Na szczęście siedem lat temu została ponownie odkryta dla tej branży. – Pomagałam przy konwentach tatuażu jako projektantka graficzna. Tam poznałam Tomka Majchrzyka, właściciela studia Rock’n’Ink z Krakowa, który widząc moje prace, zapytał, czy nie chciałabym zająć się na poważnie tą dziedziną sztuki – wspomina.

'Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi Magdalena Bujak. (Fot. Radosław Kaźmierczak) "Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi Magdalena Bujak. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Popularność zapewniły jej nietypowe, mocno malarskie i kolorowe wzory wyglądające, jakby były stworzone pędzlem, a nie igłą.

– Wtedy w Polsce niewiele osób tatuowało w ten sposób. Otworzyło to kobietom w różnym wieku oczy i umysły, pokazując, że tatuaże mogą być delikatną i barwną ozdobą ciała. Wiele moich klientek, w tym prawniczki, lekarki czy ekonomistki, przyznaje, że nigdy nie myślały o zrobieniu sobie tatuażu do czasu, gdy zobaczyły moje projekty – mówi. Jej styl mocno ewoluował, ale nadal jest bardzo kobiecy. Od maźnięć pędzla i dużych formatów, przez malarskie, ale niewielkie wzory botaniczne, doszła do dużych kompozycji roślinnych, wzorowanych na rycinach z zielników.

Tatuaże Tatuaże

Początki Magda wspomina jako życie w rozjazdach. – Przez półtora roku dzieliłam czas między Katowice, gdzie w tygodniu mieszkałam i pracowałam w korporacji, a Kraków, w którym w weekendy uczyłam się tatuować – wyjaśnia. W 2015 roku, gdy już nabrała doświadczenia, otworzyła w Katowicach studio Ink Miners Tattoo. – Zaczynałam z Martyną Popiel, Bianką Szlachtą i Michaliną Rutkowską. Razem stworzyłyśmy pierwsze stricte kobiece miejsce w tej branży – opowiada. W 2020 roku postanowiła, że potrzebuje radykalnych zmian. Ink Miners przestało istnieć. Wspólnie z Martyną Popiel i Kasią Oskarbską powołały do życia kolektyw Babie Lato Tattoo. – Czas wiosennego lockdownu wykorzystałyśmy na własnoręczne wyremontowanie nowego studia. Zmieniłyśmy też sposób prowadzenia firmy. Teraz wszystkie jesteśmy szefowymi i po równo dzielimy się i odpowiedzialnością, i profitami – opowiada. Zapytana o coraz bardziej zauważalną obecność kobiet w świecie tatuażu, mówi z zapałem: – W branży jest obecnie mniej więcej po równo kobiet i mężczyzn, a do tego odbiór naszej pracy zmienił się na plus, co bardzo mnie cieszy. W tylu innych zawodach kobiety są niedoceniane, dlatego niech chociaż w tej dziedzinie będzie równościowo i feministycznie.

W ciągu pięciu tysięcy lat historii tatuaży przypisywano im różne funkcje: religijne, symboliczne, medyczne, dekoracyjne. Co tatuaże dają dziś jej klientkom? – Siłę! I to niezależnie od tego, czy przychodzi do mnie 18-latka, czy kobieta po sześćdziesiątce. Trzeba zmierzyć się z bólem, ale przejście tego rytuału wzmacnia. Większość kobiet, które mnie odwiedzają, chce coś zmienić w swoim życiu – wykonanie tatuażu jest dla nich momentem przełomowym. Co ciekawe, większość z nich robi u mnie swoją pierwszą dziarę. Jestem z tego dumna, bo w mojej pracy poruszają mnie najbardziej ludzie i ich historie – zapewnia.

A w sercu ciągle punk

Patrząc dziś na Kamilę Abramczyk, właścicielkę studia tatuażu Abrakadabra Ink w Bielsku-Białej, trudno uwierzyć, jak krętą drogą dochodziła do celu. Zanim opanowała sztukę zdobienia ludzkiej skóry, skończyła technikum hotelarskie, a nie wymarzoną szkołę plastyczną, przez dziesięć lat zmagała się z nałogami, przeżyła wypadek samochodowy, po którym przeszła skutecznie odwyk i terapię, a także została mamą. – W starym mieszkaniu znalazłam farby i pędzle z czasów szkoły średniej. Postanowiłam namalować obraz i tak mnie to wciągnęło, że powstało ich aż… 30. Jednocześnie zajęłam się fotografią – opowiada. – Z pieniędzy za pierwsze sprzedane prace kupiłam amatorski sprzęt do tatuowania i po kilkunastu dziarach wykonanych w domowych warunkach odezwał się do mnie Kuba Malarz, menedżer ze studia Git Tattoo z Bielska-Białej. Widział moje prace w Internecie i chciał, abym dołączyła do ich zespołu. Myślałam, że to żart – śmieje się Kamila. Z dostępem do profesjonalnego sprzętu i wspierającymi nauczycielami przy boku szybko nabrała wprawy. – Zaczynałam od metody dotwork [wzory tworzone z użyciem kropek, a nie kresek – przyp. red.] i mrocznych wzorów, ale z czasem przekonałam się, że bardziej przemawiają do mnie elementy kolorowej akwareli w połączeniu z ciemnymi konturami – wyjaśnia.

– Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli- mówi Kamila. (Fot. Radosław Kaźmierczak) – Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli- mówi Kamila. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

W 2017 roku otworzyła własne ministudio. – Po odejściu z Git Tattoo stanęłam przed dylematem – szukać pracy u innych tatuatorów czy otworzyć własny biznes? Ze względów sentymentalnych nie chciałam „zdradzać” starego studia na rzecz innego działającego w mieście, dlatego gdy zobaczyłam na osiedlu lokal do wynajęcia po salonie fryzjerskim, wymyśliłam Abrakadabra Ink. Z czasem klientów zaczęło przybywać, zespół się powiększył i trzeba było się przenieść – wspomina. Dziś Kamila, z pomocą siostry, prowadzi studio w klimatycznym mieszkaniu na poddaszu zabytkowej kamienicy tuż przy bielskiej Starówce. Klientki zapisują się na kilka miesięcy przed terminem sesji i przyjeżdżają z całej Polski. – Od dłuższego czasu zajmuję się niemal wyłącznie delikatnymi wzorami roślinnymi tworzonymi w stylu akwareli. Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach. Cały czas się rozwijam, obserwuję, jak pracują inni tatuatorzy, ulepszam swoją technikę i styl – tłumaczy.

Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach - mówi Kamila. (Fot. Instagram artystki) Lubię, gdy w moich kompozycjach jest odrobina magii – gałązka czy kolor, które nie występują naturalnie w roślinach - mówi Kamila. (Fot. Instagram artystki)

Oprócz roli dekoracyjnej tatuaże mają, jak podkreśla Kamila, również funkcję terapeutyczną – zwłaszcza w przypadku zakrywania nimi blizn po operacjach, przemocy czy oparzeniach. Dają poczucie kontroli nad własnym ciałem i jego „odzyskania” poprzez świadome modyfikacje. – Jedna dziewczyna jako dwulatka uległa poparzeniu. Rozległe i twarde blizny pokrywały jej ramię i połowę pleców, dlatego chciała zakryć je pięknym wzorem botanicznym. Inna po operacji rekonstrukcji piersi miała długą bliznę na klatce piersiowej. Stresowałam się przed tymi sesjami, ponieważ nie wiedziałam, czy uda mi się wbić tusz pod skórę na bliznach. Ale udało się. Było dużo wzruszeń i łez szczęścia – opowiada.

Od 2017 roku Kamila prowadzi własne ministudio tatuażu. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Od 2017 roku Kamila prowadzi własne ministudio tatuażu. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Tatuaże mogą być też sentymentalną pamiątką po kimś bliskim. – Zdarza się, że przychodzą do mnie matka i córka, siostry czy koleżanki i tatuują sobie identyczny wzór jako pamiątkę po ważnej dla nich relacji – mówi Kamila. Kto najczęściej wybiera jej wzory? – Odkąd jestem w branży, są to niemal wyłącznie kobiety. Wytatuowałam może z dziesięciu mężczyzn – mówi ze śmiechem. Jakich wzorów nigdy nie wykona? – Kiedyś chodziłam w glanach i z irokezem na głowie, teraz mam łagodniejszy wygląd i jestem mamą dwójki dzieci, ale światopoglądowo zostałam punkiem. Nie tatuuję więc, mimo zapytań, motywów czy haseł faszystowskich, a także religijnych – wyjaśnia.

Z Klimtem na ramieniu

Realistyczne portrety olejne Darii Bidzińskiej, podejmujące problematykę wyobcowania i wykluczenia, zdobyły wyróżnienia między innymi podczas Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” 2019, Grand Prix Fundacji im. Franciszki Eibisch, a także konkursu Studencki Obraz Roku w 2018 roku.

Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy - twierdzi Daria.(Fot. Radosław Kaźmierczak) Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy - twierdzi Daria.(Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Do tatuażu pchnęła mnie ciekawość nowego narzędzia i podłoża. Wbrew pozorom igłami i tuszem można stworzyć wiele śladów i tekstur, dzięki czemu łatwo przekłada się realistyczny obraz na skórę – wyjaśnia.

Dziś to malowaniem zajmuje się po godzinach... Pierwsze tatuaże, podobnie jak w przypadku niemal wszystkich w branży, wykonała osobom ze swojego otoczenia w warunkach domowych.

– Razem z koleżanką z ASP ćwiczyłyśmy na własnych ciałach, ale pierwszy tatuaż zrobiłam samej sobie. Potem zaczęłam tatuować znajomych, a krąg zainteresowanych się powiększał. Półtora roku temu zaczęłam pracę w studio Zmierzloki Tattoo w Katowicach – mówi. Przez ten krótki czas zdążyła poprawić technikę i wykształcić niepodrabialny styl.

(Fot. Instagram artystki) (Fot. Instagram artystki)

– Dążę do realizmu. Są to najczęściej kobiece portrety uzupełnione o motywy florystyczne. Często odwołuję się do sztuki klasycznej, zwłaszcza rzeźby starożytnej, ale też do secesji. Inspirują mnie prace Botticellego, Rossettiego, Muchy i Klimta – wylicza. Wśród osób, które rezerwują u niej sesje, także przeważają kobiety. – One przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – tłumaczy.

Jej zdaniem to dowód na to, że powszechny odbiór tatuaży przeszedł ogromną metamorfozę. – Wpływ na popularyzację tatuaży mogą mieć także zmieniająca się moda, szersza tolerancja w miejscu pracy, ale też ogromny wybór i różnorodność stylów, jakie oferują tatuatorzy – dodaje.

Kobiety przeważnie przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – wyjaśnia Daria. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Kobiety przeważnie przypisują tatuażom funkcję zdobniczą. Przychodzą do mnie, ponieważ robię bardzo estetyczne wzory – wyjaśnia Daria. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Fakt, że jest obecnie coraz więcej tatuatorek w branży, wiąże z nieograniczonym dostępem do edukacji dla kobiet. – To widać także w innych kreatywnych zawodach czy na uczelniach artystycznych. Edukacja daje możliwość rozwoju wewnętrznej autonomii i samoświadomości. Nic dziwnego, że coraz więcej kobiet stawia na samorealizację przed założeniem rodziny – mówi z przekonaniem. Właśnie w ten sposób, w kobiecych, niewielkich, prywatnych studiach, tworzy się dziś historia tatuażu. Ale także ta osobista, zapisywana na skórze.