1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Vincent Viktor Severski: "Czas wyjawić parę rzeczy"

Vincent Viktor Severski: "Czas wyjawić parę rzeczy"

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Czy będąc szpiegiem, można być wiernym ideałom i nie ranić najbliższych? I jak po kilkudziesięciu latach pracy w wywiadzie zostać jednym z najbardziej rozchwytywanych autorów książek sensacyjnych w Polsce? Odpowiada Vincent Viktor Severski.

Żona zwraca się do pana Vincent, Viktor czy Włodek, a może jeszcze inaczej, bo przecież miał pan tyle tożsamości?
Żona mówi do mnie po imieniu, czyli Włodek. Czasami używa też zdrobniałej formy. Moi przyjaciele z młodości, z krakowskiego liceum, z którymi wciąż jestem silnie związany, zwracają się do mnie Bodzio, a właściwie głównie koleżanki. Tak wołała na mnie mama. Wzięło się to stąd, że jak byłem mały, przedstawiałem się wszystkim: „Ja jestem Bodzio”. Może nie umiałem wymówić „Włodzio” [śmiech].

A kiedy idzie pan do banku albo do urzędu skarbowego, to jaką przybiera pan tożsamość?
Już od dawna mam jedną, czyli prawdziwą – Włodzimierz Sokołowski. Ale przez 30 lat pracy w zawodzie szpiega funkcjonowałem pod różnymi przybranymi tożsamościami. Wszystkie dokumenty w pracy podpisywałem nazwiskiem Siewierski, nawet rękę miałem wyćwiczoną do tego podpisu, składałem go odruchowo.

I nigdy się panu te tożsamości nie pomyliły?
Raz nawet musiałem się sporo nakombinować, żeby odkręcić pomyłkę. Poszedłem rejestrować swojego syna do urzędu stanu cywilnego. Podałem urzędniczce dowód osobisty, imię syna i z wypisanym aktem urodzenia wróciłem do żony. „To nie jest nasze dziecko – powiedziała, patrząc na akt. – Ojcem jest jakiś Włodzimierz Siewierski! Kto to w ogóle jest?”. Okazało się, że dałem „lewy” dowód osobisty.

A na jakie imię zareaguje pan, kiedy ktoś zawoła do pana na ulicy?
Agenci mają wpojone, żeby w ogóle nie reagować, ponieważ w ten sposób można kogoś zdekonspirować. Dlatego nie zatrzymujemy się „na zawołanie”.

Nawet jeśli zawoła kobieta?
O tym nie pomyślałem. Ale kobiety rzadko wołają za kimś na ulicy, mnie się w każdym razie nie zdarzyło.

Zwróciłam uwagę na to, w jaki sposób pan mówi. Ten niski, „radiowy” głos to także rezultat szkolenia w Kiejkutach?
Powód jest prozaiczny – siedem lat temu miałem raka krtani, lekarze dawali mi mniej więcej pół roku życia, ale żyję, tylko głos się obniżył. Na automatycznej sekretarce w moim telefonie mam jeszcze głos sprzed choroby. Czasem ludzie, którzy dzwonią, gdy zgłasza się automat, myślą, że to pomyłka.

Jest pan typem człowieka, który jak słyszy: „Zostało panu pół roku”, rozsypuje się, na zimno porządkuje wszystkie doczesne sprawy? A może staje do walki?
Był sierpień 2014 roku, pojechałem do Instytutu Medycyny Lotniczej, w którym już wcześniej miałem kilka zabiegów. Po dwóch tygodniach od pobrania materiału na histopatologię zadzwonił do mnie – wieczorem – lekarz i powiedział, żebym przyjechał rano. Wiedziałem, że jest źle. Rozmowa była krótka: nowotwór płaskonabłonkowy, agresywny. Popatrzyłem na ten zapisany po łacinie wyrok, po czym wsiadłem na rower i pojechałem prosto do instytutu onkologii na Ursynowie. Kiedy wszedłem do nieklimatyzowanego szpitala, zobaczyłem setki umęczonych ludzi, poczułem zapach śmierci i pomyślałem: „Ja już z tego nie wyjdę”. Dwa i pół tygodnia później byłem po operacji.

Co panu pomogło z tego wyjść?
To nie był pierwszy wyrok śmierci, jaki usłyszałem w życiu. Ale tym razem podszedłem pogodnie: „Na pewno się uda”. I zakazałem rodzinie, która mieszka w Szwecji, do mnie przyjeżdżać. Pamiętałem, jak bardzo osłabiał mnie widok ich cierpienia, kiedy poprzednim razem przez pół roku walczyłem w szpitalu o życie. Wolałem być sam. Zresztą od dziecka byłem trochę osobny i sam radziłem sobie z problemami.

Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)

Zastanawiam się, w jakiej rodzinie wychował się przyszły szpieg.
Urodziłem się w Warszawie. Tata był chemikiem wojskowym. Mieszkaliśmy w maleńkim mieszkanku, miało ze 40 metrów, w jednym pokoju ja ze starszą o cztery lata siostrą przyrodnią Niną, w drugim – rodzice. Mama zajmowała się domem i dziećmi. I choć ojciec był w stopniu pułkownika, w domu się nie przelewało. Mama dorabiała szyciem. Do dziś pamiętam cichutki stukot maszyny do szycia wieczorem, kiedy położyła nas spać. I piękne panie, które w dzień przychodziły do przymiarki. Ojca nie pamiętam z tamtych lat – pracował w instytucie chemicznym w Rembertowie, wychodził, zanim wstałem, wracał, gdy już spałem. Pracował nawet w domu, pisał rozprawę doktorską. Kiedyś obudziłem się w nocy, a on siedział przy biurku w naszym pokoju i coś pisał w stłumionym świetle lampki. Wychowałem się w domu wypełnionym książkami. Dużo było oryginalnej literatury rosyjskiej, bo ojciec, który mówił biegle w kilku językach, ze studiów w Instytucie Łomonosowa przywiózł kufry przepięknie oprawionych książek. Z domu wyniosłem obsesyjny kult nauki, niemal terror. Oceny w szkole to była jedyna rzecz, która ojca interesowała. A ja byłem leniwy. Z polskiego co roku zdawałem poprawkę. Jak się moja polonistka dowiedziała, że Bodzio napisał pierwszą książkę, mało co z krzesła nie spadła [śmiech].

Ojciec był surowy?
Nieraz mnie zlał smyczą. Ale sam też był bity, miał trudne dzieciństwo. Z tego terroru zostało mi coś ważnego – tolerancja do nauki, ale i zamiłowanie. A także przekonanie, że jeśli coś chce się zdobyć, trzeba ciężko pracować.

Mama?
Była od przytulania. I pysznie gotowała. Kochałem jej placki ziemniaczane ze śmietaną i niedzielny rosół, którego zapach roznosił się po całym domu. Cierpliwie też ćwiczyła ze mną dyktanda, choć skończyła tylko podstawówkę. Wcześnie zachorowała na demencję i nasz wspólny świat szybko zaczął się kurczyć.

Mama zawsze obecna, ojciec zwykle nie.
Pracował nawet w wakacje, na które jeździliśmy. Ojcowski obowiązek nadrabiał w niedzielę rano – braliśmy psa i szliśmy na spacer. Nie lubiłem tych spacerów, bo ojciec siadał na ławce i czytał gazetę, a ja bawiłem się z psem. Niedzielne wyprawy osładzały tylko lody, bo zawsze wstępowaliśmy do „Palermo”, słynnej lodziarni przy Mokotowskiej. Potem mieliśmy jeszcze mniejszy kontakt, szybko wyprowadziłem się z domu. Zresztą już w liceum pracowałem. Wyjeżdżałem do Niemiec na budowę w czasie wakacji. A wcześniej byłem listonoszem w Krakowie, na Starym Mieście, nosiłem pocztę do samego Karola Wojtyły. Ponieważ to były listy polecone, musiałem doręczyć do rąk własnych. Pamiętam jego gabinet na Franciszkańskiej. Wchodziłem w krótkich spodenkach, bo był upał, ale Karol Wojtyła nigdy nie zwrócił mi uwagi. Za to dawał mi pięć złotych za przyniesiony list.

Skąd pan się wziął w Krakowie?
Ojciec został komendantem wojskowej szkoły chemicznej. Wcześniej mieszkaliśmy we Wrocławiu, taki los wojskowego. Może dlatego chciał, żebym został lekarzem albo weterynarzem. Podczas moich egzaminów na studia na wiele dni pojechał na poligon, a kiedy wrócił, zapytał: „Dostałeś się?”. „Dostałem”. „Nareszcie ktoś w rodzinie będzie miał porządny zawód”. Musiałem go mocno rozczarować, kiedy wyznałem, że będę studiował prawo. Dla niego prawnik to nie był zawód.

Co powiedział na to, że chce pan zostać agentem wywiadu?
Był przeciwny. Uważał, że wystarczy, że on był wojskowym. Zawsze chciał być lekarzem. Mama dla odmiany akceptowała wszystko, cokolwiek robiłem. A ja miałem chłopięce marzenie, że będę śledczym w milicji i będę łapał seryjnych zabójców. Nawet pracę magisterską u profesora Zbigniewa Czeczota napisałem na temat „Kryminalistyczna problematyka alibi”. Problem w tym że, jak się okazało, alibi w Polsce to głównie: „Myśmy tak wypili, że nic nie pamiętamy”. Rozczarowałem się. Nie wiedziałem, co robić. Byłem już po ślubie, waletowałem u żony w akademiku, bo Ula studiowała rok niżej i szukaliśmy pomysłu na życie. To był rok 1981, czasy Solidarności, pierwszy powiew wolności. Któregoś razu przyszywany wujek, który był lekarzem w szpitalu MSW na Wołoskiej, powiedział: „Załatwię ci dobrą robotę, będziesz pracował w MSW. Dostaniesz mieszkanie”. Mieliśmy książeczki mieszkaniowe z nadzieją, że za 15 lat doczekamy się własnego kąta. Nawet się nie zastanawiałem. Poszedłem na rozmowę. Wzięli mnie do wywiadu.

Dostał pan to mieszkanie?
Nigdy. Ale dostaliśmy służbową kawalerkę. To było zresztą dziwne, że przyjęli mnie do komunistycznego jeszcze wywiadu, bo wystąpiłem z SZSP. Nie przeszkadzało im nawet to, że miałem ślub kościelny i że w teście na pytanie: „Podaj postacie, które są dla ciebie bliskie ideowo”, napisałem: Che Guevara i Mao Tse-tung, latynoamerykański rewolucjonista i chiński dyktator [śmiech]. Na teście psychologicznym też wypadłem średnio. Mimo to przyjęli mnie, a szkołę szpiegów w Kiejkutach skończyłem jako prymus. Ale prawdziwa szkoła przyszła w akcjach. W wywiadzie doszedłem do najwyższego stanowiska, bo dyrektora biura. Potem, w 1989 roku, przeszedłem pozytywnie weryfikację, zaocznie, bo od roku mieszkałem w Szwecji. Upadek komuny w ogóle mnie nie zabolał. Przeciwnie, poczułem, że jest to też dla mnie szansa. Założyłem z kolegą małą firmę turystyczną, kupiliśmy dwa stare busiki i mieliśmy plany robienia biznesu. Aż pewnego dnia w 1991 roku ówczesny szef UOP Andrzej Milczanowski złożył mi propozycję, żebym włączył się w budowę nowego polskiego wywiadu.

Wywiad jest jak narkotyk?
Adrenalina tak uzależnia, że potem zwyczajne życie wydaje się mało ekscytujące. Żonie przyznałem się dużo później, bo rodziny źle znoszą pracę w wywiadzie.

Domyślam się, jak trudno być żoną szpiega.
Nasze związki wystawiane są na ciężką próbę. Musi być zaufanie, bezgraniczne. Żona nie może o nic zapytać. Ale nie to jest najgorsze, najgorsze jest to, że nie możemy nic powiedzieć. „Wyjeżdżam na miesiąc” – mówię, a na drugi dzień żona włącza telewizor, widzi relację z wojny na przykład w Iraku i wie, że pewnie tam jestem. Nie wie tylko, czy wrócę.

Nigdy nie powiedziała: „Mam tego dość!”?
Było kilka takich sytuacji. Na szczęście wytrwała. Jesteśmy małżeństwem ponad 40 lat, ale wiele się rozpada. Wie pani, w pracy agenta gorszy od czasu, kiedy długo nie ma go w domu, jest czas, kiedy w tym domu się zasiedzi. Bo wtedy czuje się jak narkoman na głodzie, codzienność go denerwuje.

A z prowadzeniem równoległych żyć jak sobie pan radził? Albo z moralnymi rozterkami, że kłamiesz, manipulujesz, kradniesz informacje, a w domu musisz być do bólu szczery?
Klaus Fuchs, niemiecki fizyk atomowy i najcenniejszy sowiecki szpieg, który opracował w Stanach broń atomową i tajemnicę przekazał Rosjanom, powiedział: „Bycie agentem to stan kontrolowanej schizofrenii”. Mówiąc krótko – żyjesz w rozdwojeniu i oba światy musisz mieć pod kontrolą, one nie mogą się przenikać.

Pana syn wiedział, co pan robi? Co mówił kolegom, gdy chwalili się: mój tata jest dyrektorem, mój ma firmę, mój jest lekarzem?
To zależy, kim wówczas byłem. Bo przez 30 lat miałem kilkanaście tożsamości. Byłem dyplomatą, dziennikarzem, podróżnikiem, attaché prasowym, bezrobotnym, a nawet prezesem firmy, której o mały włos nie doprowadziłem do bankructwa. Gdy Julle miał 17 lat, powiedziałem: „Synu, czas, żeby ci wyjawić parę rzeczy…”. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział: „Ojciec, ja od początku wiedziałem, że z tobą jest coś nie tak. Ale wiesz, dumny jestem z ciebie”. I to jest najważniejsze odznaczenie, jakie w życiu dostałem.

O czym pana syn mógłby powiedzieć, gdyby miał dokończyć zdanie: „Tata nauczył mnie…”?
Kardynalnych zasad, którymi należy kierować się w życiu – odpowiedzialności, lojalności. Choć prawda jest taka, że to, jaki syn jest, w dużej mierze zawdzięcza mojej żonie. Mnie czasem nie było miesiącami. Później, kiedy wracałem do domu, nadrabiałem. Nigdy go nie uderzyłem. Lubiliśmy jeździć na lotnisko, żeby obserwować startujące i lądujące samoloty, albo budowaliśmy samoloty i zdalnie sterowane helikoptery. Dziś jest wybitnym specjalistą lotnictwa.

Pan zmieniał tożsamość, zawód, dom, kraj, tymczasem żona od 40 lat ta sama, przyjaciele jeszcze z liceum…
Agent musi mieć bazę, musi mieć dokąd wrócić po pracy, żeby nie zwariować, psychiczny drugi świat, namiastkę normalności. Oficerowie pionu operacyjno-rozpoznawczego żyją pod wpływem wysokiej dawki czystej adrenaliny i z ludźmi dzieją się różne rzeczy. Przez lata przyzwyczajasz się do tego, nawet już jej nie czujesz, ale pewnego dnia organizm wystawia ci rachunek. Ja za ten stres zapłaciłem rakiem krtani.

Pamięta pan pierwszy dzień po zakończeniu służby?
Obudziłem się rano, ubrałem i… chciałem iść do pracy. Zapomniałem, że jestem na emeryturze. A potem usiadłem i zacząłem pisać książkę. Zawsze chciałem być pisarzem, a na raportach wyrobiłem sobie pióro. To komfortowa sytuacja, szczególnie odkąd obniżono nam emerytury. Dostaję 1700 złotych, mimo że całą emeryturę wysłużyłem w wolnej Polsce i mam poczucie, że robiłem coś ważnego dla kraju.

Szpiegiem jest się do końca życia? Zostają nawyki? Odruchowo patrzy pan często w lusterko wsteczne, obserwuje ludzi?
Takie nawyki są silne, trzeba wielu lat, żeby je uśpić. Do dziś sprawdzam, czy jakiś samochód mnie nie śledzi, ustawiam się w określonym miejscu, żeby mieć kontrolę nad najbliższym otoczeniem, długo sprawdzałem, czy ktoś nocą nie przeglądał moich rzeczy… I wciąż czytam numery rejestracyjne jadących za mną samochodów. To obsesja. Siła nawyku.

O pana najnowszej książce „Nabór” napisano: „Bardzo precyzyjnie planowane akcje. Szczegóły dopracowane do absurdu”. Zastanawiam się, czy cechy, które ma dobry szpieg, przekładają się na życie?
Szpiegostwo jest mało przydatne poza szpiegostwem. Precyzyjne planowanie akcji nie przekłada się na precyzję w życiu. Nie przeszkadza mi brudna szklanka pozostawiona na noc w zlewie. Precyzyjny jestem tylko w pisaniu i w kuchni. Uwielbiam gotować, dla mnie to proces intelektualny. W moich książkach „Zamęt” i „Odwet” jest postać Romana Leskiego, który gotuje jajka. Opisuję ceremonię gotowania.

I jaki jest przepis na jajko à la szpieg?
Dzień wcześniej wyjmuję jajko z lodówki, żeby nabrało temperatury pokojowej, potem wkładam do zimnej, osolonej wody i czekam chwilę, aż się temperatury wody i jajka wyrównają, a potem gotuję 4 minuty.

A jak pan to jajko ugotuje, to co pan potem robi? Pisze książki?
Zawsze piszę rano, wtedy mam świeży umysł. Wstaję wcześnie, po piątej. Siadam przy biurku albo kładę się na sofie. „Christine” napisałem rysikiem na iPadzie w pozycji leżącej.

Bohaterowie pana książek są samotni. Rzeczywiście szpieg jest skazany na samotność?
Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi. W gruncie rzeczy to oni są najważniejsi.

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. Jest autorem dwóch bestsellerowych serii szpiegowskich „Niewierni” oraz „Nielegalni”. Napisał także biografię polskiej agentki brytyjskiej tajnej służby Krystyny Skarbek – „Christine”. Na podstawie dwóch pierwszych tomów „Nielegalnych” powstał serial Canal+. „Nabór” to ostatnia część tej tetralogii, która ukazuje się nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki miesiąca [maj]

Czytanie książek na łonie natury to wyjątkowo przyjemna forma relaksu. (Fot. iStock)
Czytanie książek na łonie natury to wyjątkowo przyjemna forma relaksu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Jak co miesiąc wybraliśmy kilka książek spośród wielu nowości wydawniczych, które polecamy waszej uwadze. Dobrej lektury.

(Nie) tylko moja historia

Mocna rzecz. Bardzo osobista  książka o towarzyszu wielu polskich rodzin: alkoholu.

Aleksandra nie nazywa Mireczka ojcem, a on sam się do ojcostwa nieszczególnie poczuwał. Pił, stracił prawa rodzicielskie, alimentów nie płacił. O Mireczku przypominają córce sterta dokumentów z sądów, judasze w drzwiach, przez które odruchowo wygląda też po jego śmierci, i wspomnienia, raczej przykre, z jakimiś iskierkami nadziei. Nikt nie marzy o takim dzieciństwie. „Ja, dziecko, pragnę rodzica idealnego. Żadnych rzygów, wstydliwego darcia mordy nocą […] obitych nosów, złamanych żeber, swoich, czyichś”, pisze Zbroja. W dorosłości stawia czoła temu, co było, bo to jej osobista opowieść, której nie da się, stety, niestety, skasować. Ta intymna książka – debiut prozatorski Zbroi: dziennikarki, redaktorki, autorki reportaży – nie daje odpowiedzi, kim był jej ojciec i dlaczego pił, bo to zawsze trudno ustalić. Ale może przynieść ulgę, a przede wszystkim jest historią wielu trzydziestoparoletnich dzieci. Wreszcie opowiedzianą.

Aleksandra Zbroja „Mireczek”, Agora, s. 264. Aleksandra Zbroja „Mireczek”, Agora, s. 264.

 

Samotni czy niezależni?

Jak z samotnością radzą sobie mieszkańcy Północy, dla których dystans między ludźmi to chleb powszedni? A może to stereotyp? Katarzyna Tubylewicz, reporterka i tłumaczka, pyta o to swoich szwedzkich rozmówców: ludzi kultury, mediów, nawet tutejszą terapeutkę. Okazuje się, że Szwedzi nie są takimi indywidualistami, jak ich malują, a samotność ma niejedno oblicze. Sztuki niezgadzania się ze sobą mogliby się uczyć od nas, a my od nich spędzania czasu sam na sam z naturą i swoimi myślami. I wszyscy by zyskali.

Katarzyna Tubylewicz „Samotny jak Szwed?”, Wielka Litera, s. 272. Katarzyna Tubylewicz „Samotny jak Szwed?”, Wielka Litera, s. 272.

Wydarzyło się naprawdę

Dzięki Jennifer Croft świat czyta po angielsku między innymi książki Olgi Tokarczuk, a teraz ta wybitna tłumaczka objawia też swój talent pisarski. Z dużą wrażliwością opowiada o chorobie młodszej siostry, ich symbiotycznej relacji, która z czasem zmienia się i dojrzewa. A także o swoich głębokich rozterkach. Autorka przyznaje, że w powieści nie ma ani jednego zmyślenia, to zbiór historii przypominających polaroidy. Zdjęcia też tu są, więc ma się wrażenie, że ogląda się album. Całość robi niezwykłe wrażenie.

Jennifer Croft „Odeszło, zostało”, Wydawnictwo Literackie, s. 292. Jennifer Croft „Odeszło, zostało”, Wydawnictwo Literackie, s. 292.

Z drugiej strony

Coraz więcej przyszłych ojców towarzyszy partnerkom przy porodzie, ale i tak większość poradników kierowana jest do przyszłych mam. Stąd ta książka, przewodnik autorstwa taty trójki dzieci, który jak życzliwy kolega tłumaczy, co się dzieje przez te kluczowe dziewięć miesięcy. Począwszy od… poczęcia. Bywa dowcipnie (nie zmuszaj partnerki do jedzenia zdrowej żywności!), ale i nie brak trudnych wątków, jak poronienie. Słowem, cała proza i poezja ciąży oczami partnera, który chce być obecny na każdym jej etapie.

Mark Woods „Ciąża dla facetów”, Marginesy, s. 336. Mark Woods „Ciąża dla facetów”, Marginesy, s. 336.

  1. Psychologia

Nadszarpnięta więź z ojcem - jaki może mieć wpływ na córkę?

Uszkodzona więź z ojcem może w dorosłym życiu wzbudzić potrzebę dotknięcia ran z przeszłości – uświadomienia ich i zrozumienia. (Fot. iStock)
Uszkodzona więź z ojcem może w dorosłym życiu wzbudzić potrzebę dotknięcia ran z przeszłości – uświadomienia ich i zrozumienia. (Fot. iStock)
Zuzanna albo żyła na przekór ojcu, albo próbowała go naśladować. W ten sposób wyparła się siebie. Kryzys psychiczny skłonił ją do podjęcia terapii. Jej przypadek komentuje psychoterapeuta Jarosław Józefowicz. 

Zapadł już zmrok, na pewno. Pamięta las i stromą, ośnieżoną górkę. Miała kilka lat i zjeżdżała na sankach. Ojciec siedział za nią i śmiał się głośno. Przestawała oddychać, bo myślała, że się rozbiją, kiedy mijali drzewa. „Chyba się nie boisz” – pytał beztrosko, szykując się do następnego zjazdu. Zuzanna bała się, i to bardzo. Podobnie jak na karuzeli łańcuchowej, kiedy jej krzesełko szybowało wysoko w niebo, a on okręcał ją i podrzucał. Pamięta, że okulary ojca roztrzaskały się o ziemię i jego dobry humor prysł, a ona miała mdłości…

Kadry filmu pod tytułem „Dzieciństwo” przesuwały się w jej wyobraźni. „To dlatego za każdym razem, kiedy widzę wesołe miasteczko, robi mi się niedobrze” – myślała. „Już wiem, dlaczego nigdy nie zjechałam z synkiem z górki na sankach”.

Życie Zuzanny właśnie się zatrzymało. Przestała pracować, gotować, sprzątać, śmiać się, mówić, prawie nie jadła. Martwy punkt, kiedy brak siły, by zrobić jakikolwiek krok. Nie miała zresztą pojęcia, w którą stronę miałaby iść. Żadne działanie nie było możliwe, zresztą było jej wszystko jedno. Wszechogarniająca bezsilność nie pozwoliła jej opuszczać pokoju i kontaktować się z ludźmi. Przestała nawet czytać książki, co było do niej zupełnie niepodobne. Kryzys psychiczny przyszedł, kiedy nie miała pracy, pieniędzy, była po trzydziestce i po rozwodzie.

Komentarz psychoterapeuty: Czy na kryzys można patrzeć z nadzieją? Zazwyczaj tego rodzaju przeżycia i uczucia są kojarzone negatywnie, jako coś destrukcyjnego i co za tym idzie, budzącego niepokój, lęk. Jednak postrzegane ze zrozumieniem mogą stać się etapem na drodze głębokiej przemiany psychicznej, umożliwiającej rozwój człowieka. Źródłem kryzysu Zuzanny była „uszkodzona” więź z ojcem. Kiedy doświadczamy bólu, siłą rzeczy kierujemy się do wewnątrz. U Zuzanny pojawiła się potrzeba dotknięcia rany z przeszłości – uświadomienia jej i zrozumienia.

Bała się go i tęskniła

Ojciec Zuzanny był dość znanym artystą. Malował, rzeźbił, projektował meble, miał wystawy w Brukseli, Tokio, Berlinie. Podziwiała go. Z daleka. Z bliska ją przerażał. Lęk skrywała pod maską krnąbrności. Nie miała jednak wiele okazji do buntowania się, bo ojciec zwykle był pochłonięty pracą i swoimi sprawami, często wyjeżdżał. Gdy dłużej przebywał w domu, ogarniało go rozdrażnienie, miewał wybuchy złości. Zuzanna pamięta szybującą ponad trawnikiem szarlotkę, którą wyrzucił przez balkon, zdarzyło się też, że rozbił o ścianę talerz z zupą pomidorową. Kiedyś wpadł do niej do pokoju i zrzucił wszystko z biurka i półek. Nie zrozumiała dlaczego, może nie posprzątała. Wyjątkowo nerwowo było podczas świąt, ubieranie choinki zawsze kończyło się awanturą. Zresztą i tak atmosfera w domu zazwyczaj stawała się napięta, gdy ojciec wracał z pracowni. Każdego dnia bała się tego momentu.

Bywał zainteresowany jedynaczką, mówił że żaden facet nie jest jej wart, bo jest atrakcyjna i inteligentna, ma taką delikatną, niewinną urodę. I że na pewno ze wszystkim sobie w życiu poradzi. Obejmował ją ramieniem podczas wernisaży, mówił „Zuzanko”, przedstawiał z dumą: „To moja piękna córka”. Wtedy czuła się jak lalka. Czasem siadał w swoim czarnym, skórzanym fotelu i brał ją na kolana, głaskał po policzku. Chciała dłużej z nim porozmawiać, ale szybko tracił uwagę, nie miał czasu.

Matka też jej nie słuchała. Była zajęta zabiegami, by mąż wrócił do niej od kolejnej kochanki, by był w zasięgu jej wzroku, pod kontrolą. By pozwolił pocałować się w policzek i by poszli potem do restauracji.

Teraz to wszystko wróciło. Poczuła się jak w klatce. Zaczęła się bać, potwornie bać. Ale nie wiedziała czego. Drżała, płacząc. A potem przyszła złość. Ogromna. Na niego. Zaczęła pisać list, potem mówić, krzyczeć coraz głośniej, w końcu wrzeszczeć na ojca. Wyrzucała mu: „Dziecko to odpowiedzialność, dziecko jest delikatne jak szkło, jak mogłeś tak mnie straszyć, jak mogłeś odtrącać, zawstydzać, traktować przedmiotowo?! Wcale nie chcę cię ciągle rozumieć, usprawiedliwiać. Co z tego że miałeś urok i pieniądze?! To przez ciebie! To przez ciebie nie udało mi się życie!”. Potem długo płakała, a list spaliła.

Złudne poczucie bezpieczeństwa

Nauka przychodziła jej bez problemów. Po ojcu odziedziczyła błyskotliwość i talent do rysunku. Sztuka pociągała ją i odpychała jednocześnie. Tak jak on. Wybrała grafikę na Akademii Sztuk Pięknych, potem trafiła do agencji reklamowej, pierwszej, drugiej, trzeciej… Często zmieniała firmy, choć w każdej po pewnym czasie proponowano jej awans. Jednak odmawiała. Jeśli już zgłębiła jakiś temat, poznała ludzi – bezpowrotnie traciła nimi zainteresowanie. Wyrzucała sobie, że jest mało ambitna i nie potrafi się zaangażować. Męczyły ją struktury, nudziły relacje. Tłumaczyła sobie, że przecież ma rodzinę i ona, nie kariera, jest najważniejsza. Obiecała sobie, że stworzy spokojny dom. Krzysztof był ciepłym mężczyzną, dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Cudowny ojciec, bardzo skoncentrowany na dziecku. Pracował w wydawnictwie książkowym, był kibicem skoków narciarskich i tradycjonalistą. Zuzannie było z nim dobrze. Czerpała nawet przyjemność z wydawania przyjęć rodzinnych, zaskakując gości niecodziennymi potrawami. Uwielbiała przygotowania do świąt. Czasem tylko wybuchała niekontrolowaną złością bez istotnego powodu. Potem wstydziła się tego. Wychodziła na balkon i głęboko oddychała. „Duszę się” – przychodziła myśl, otrząsała się jednak z niej z nieokreślonym lękiem. Na wszystko znajdowała czas: dziecko, praca, spotkania z przyjaciółmi. „Tak świetnie sobie ze wszystkim radzisz” – chwalił mąż. Dlatego poczuła niemiłe zdziwienie, gdy po kilku latach małżeństwa uświadomiła sobie, że nie widzi w nim już mężczyzny. Że jej nie pociąga, nie czeka na niego. „Nie ma tu ciebie” – mówił jej w łóżku, jesteś jak manekin, lalka. I tak się czuła. Znowu.

Tacy podobni

Śmiertelna choroba ojca przebiegła szybko. Umarł, gdy mógł jeszcze tworzyć, podróżować, grać w piłkę z wnukiem, wyremontować dom nad morzem. „No i znowu mnie zostawiłeś” – powiedziała do niego w myślach. Zaczęła rozpamiętywać przeszłość, chciała ocalić dobre chwile. Jak tamten pobyt w Rzymie. Siedzieli w ciepłe noce w trattoriach, zaśmiewając się przy spaghetti i dobrym winie, a od rana włóczyli się po wąskich uliczkach, zwiedzali starożytne ruiny i fontanny. Z żadnym mężczyzną nie tańczyło jej się tak radośnie, z żadnym nie dyskutowało tak twórczo o sztuce… Dlaczego więc po jego śmierci poczuła coś na kształt ulgi?

To uczucie pojawiło się również, gdy podjęła decyzję o rozwodzie. Nie było łatwo pożegnać swoje wyobrażenia o idealnej rodzinie, wysłuchiwać oskarżeń męża, że jest egoistką i oszustką, i że pożałuje kiedyś tej decyzji. Zuzanną kierowała jednak nieodgadniona, większa od niej siła, która pchała ją, jak się jej zdawało, ku wolności. Nie musiała już udawać, żyć na przekór ojcu i sobie. Odkrywała, jak bardzo jest do niego podobna. Tak jak on pije kilka kaw dziennie, je niewiele mięsa, jest mało uprzejma dla nieznajomych, lubi koty, tęskni za intensywnością doznań, niezależnością. Kolejna praca w agencji reklamowej przyniosła jej jedynie znaną już frustrację, więc zwolniła się i postanowiła wrócić do rysowania. Ale jakoś jej nie szło. Z romansowaniem – przeciwnie.

Bez zobowiązań

Odnowiła znajomości ze studiów. Tak, z artystami zawsze potrafiła znaleźć wspólny język. Podobali jej się mroczni faceci z fantazją i niebezpiecznym błyskiem w oku. Takich przyciągała, ale z żadnym z nich nie zdecydowała się na związek. Zaczęła sobie uświadamiać, że w ogóle relacje nie są jej specjalnością. Unikała wprawdzie konfliktów, ale i zbytniej bliskości. Niczym nie ryzykowała, w każdej chwili mogła odejść, co też robiła, z dręczącym poczuciem winy. Do tej pory. Teraz postanowiła nie wiązać się na dłużej, a jedynie bawić się i cieszyć niezobowiązującym seksem. „Należy mi się” – myślała, wreszcie czuła, że żyje.

Michał. Z nim było jak na szalonej kolejce górskiej. Kłótnie, jakie między nimi wybuchały, ekscytowały ją bardziej niż okresy spokoju. Gdy wariacko prowadził samochód, była niemal pewna, że się rozbiją, a kiedy rzucał ją na łóżko, czuła się jak na karuzeli.

Któregoś wieczoru, gdy pili wino na kanapie, powiedział: „chodź do mnie” i klepnął się w kolano, pokazując, gdzie ma usiąść. „Ładna jesteś, masz w sobie coś z dziecka”, mówił rozpinając jej dżinsy. Zabolało, bo potraktował jak przedmiot. Nie potrafiła jednak przeciwstawić się jego sile. Przegrała, jak zawsze.

A potem pojawiła się ta niemoc. Nie umiała już płakać. Nawet ze złości na ojca. Chciała odciąć się od tego, co było, zacząć od nowa, może iść do innej agencji reklamowej. Nie była jednak w stanie podjąć żadnego działania. Dawna Zuzanna, sprytna i radząca sobie w życiu zawodowym, wydawała się nierzeczywistą postacią ze snu. Umarła. Nowa Zuzanna była jak szmaciana pacynka, bez żadnego wpływu na swoje życie. I nie miała pojęcia, co dalej.

Komentarz psychoterapeuty: Na początku przemiany na ogół musi nastąpić rozpad dotychczasowych dysfunkcyjnych struktur psychicznych i emocjonalnych, które zrodziły się w przeszłości, w relacjach pełnych niespełnienia, nacechowanych brakiem. To punkt, w którym człowiek mierzy się ze swoimi mechanizmami obronnymi, światem wyobrażeń i iluzji, życiem w jednostronnym, okrojonym wymiarze. Następuje rozpoznanie i uświadomienie sobie deficytów. W przypadku Zuzanny były to: niedostępność emocjonalna, funkcjonowanie od zadania do zadania, nieadekwatne poczucie odrzucenia, brak granic osobistych, niemożność określenia własnych uczuć i potrzeb oraz nadmierna podatność na wpływy zewnętrzne. Na tym etapie kryzysu przeżywane konflikty wewnętrzne są silne, a doznania trudne. Frustracja, gniew, lęk i zagubienie potrafią całkowicie wypełnić świat, nie pozostawiając miejsca na normalne funkcjonowanie. 

Ukojenie przyszło samo

Zaniepokojona sytuacją przyjaciółka zaprowadziła ją do psychoterapeutki. Zuzanna usłyszała: „Bez uświadomienia sobie uczuć z przeszłości, bez ich uwolnienia, nie pójdzie pani dalej. Nie zdawała sobie pani sprawy z  niemocy, lęku, samotności i smutku, które przeżyła jako dziecko. Ze strony ojca zabrakło uczuć, wzajemności. Nie zauważył pani wrażliwości, nie uszanował, nie dał poczucia bezpieczeństwa. Dobrze, że odważyła się pani na wyrażenie złości do niego. Dawny ból domaga się ujawnienia, przeżycia, wyrównania rachunków. Trudna relacja z ojcem spowodowała, że jakaś część pani została zamrożona, odłączona. To okalecza, osłabia, uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Żyła pani tym brakiem, odcięta od siebie, od uczuć. W takim stanie obojętne jest, co się robi i z kim żyje. Gdy to miejsce zostanie uzdrowione, pojawi się przestrzeń na autentyczne uczucia. Pani dotychczasowa odwaga i pasje nie pochodziły z wnętrza. Czas przestać być raz przekorną a raz grzeczną córką, czas odkryć swoją autentyczną moc. I pójść wreszcie własną drogą”.

Terapia pozwoliła Zuzannie powoli odzyskać siebie. Dzięki niej przeszła proces uświadomienia schematów rodzinnych, które nią rządziły. Zdała sobie sprawę z wypartych trudnych emocji i uwalniała je poprzez płacz i złość. Gdy przestała zmuszać się do jakiejś aktywności, chęć do działania powróciła sama. Razem z radością i dostępem do uczuć. Zaczęła się lubić, cieszyć sobą. Czekała na to, co się w niej obudzi.

Symboliczne pojednanie z ojcem było naturalną konsekwencją tego procesu. Po raz pierwszy ujrzała w nim delikatnego mężczyznę, rozdartego konfliktem wewnętrznym, nieumiejącego pokazać, jak bardzo ją kocha. Znowu płakała, ale już inaczej. Łzy wybaczenia przyniosły długo oczekiwane ukojenie, uwolnienie od nieznośnego napięcia. Pojawiła się wdzięczność za to, że był inspirujący, poczuła, że mają podobną wrażliwość. Potrzebowała ponownie zbliżyć się do ojca, żeby rozwinąć jego korzystny obraz w sobie. Do tej pory bowiem przekreślała wszystkie jego pozytywne cechy, podobnie jak negatywne. Zaprzeczając jego nieodpowiedzialności, zamknęła sobie dostęp do własnej kreatywności i spontaniczności. Teraz, kiedy pojawiła się w niej zgoda i akceptacja tego, jaki był naprawdę, poczuła prawdziwą ulgę i wolność. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nabrała zapału do pracy, odkryła w sobie ochotę na… pisanie. W jej życiu pojawił się też nowy mężczyzna i pewność, że tym razem będzie inaczej.

Komentarz psychoterapeuty: Z perspektywy kryzysu przyszłość wydaje się beznadziejna. Jednak pod wpływem zachodzących procesów psychicznych człowiek ma szansę na prawdziwą odnowę. Warunkiem jest świadoma i ukierunkowana praca ze swoim wnętrzem. Efektem – osobowość bardziej pełna, w mniejszym lub większym stopniu wolna od demonów przeszłości, ograniczeń, blokad, uwarunkowań. Zuzanna wykorzystała tę szansę. Odzyskała autonomiczność i integralność. Dlatego odtąd będzie mogła głębiej i bardziej autentycznie przeżywać świat we wszystkich jego wymiarach – w relacjach, bliskich związkach, życiu zawodowym, sferze pasji i zainteresowań.     

  1. Kultura

Co czytać w najbliższych miesiącach? Polecamy najciekawsze pozycje

Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 7 Zdjęć

Co będziemy czytać w nadchodzących miesiącach? Oto propozycje, które warto poznać.

"Dziewczyna, kobieta, inna" B. Evaristo

"Siostrom, sistas, sistahs, siostrzeństwu, kobietom, womxn, wimmin, womyn, braterstwu, braciom, bredrin, bruvs, naszym mężczyznom i facetom, a także wszystkim osobom LGBTQI w wielkiej ludzkiej rodzinie" - taką dedykacją zaczyna swoją oszłałamiającą opowieść o dwunastu różnych kobietach B. Evaristo, za którą została nagrodzona m.in. Nagrodą Bookera w 2019 r. Od niedawna możemy przeczytać ją także po polsku w tłumaczeniu Agi Zano, która wykonała mistrzowską robotę w przełożeniu tego żywego języka (unikającego znaków interpunkcyjnych jak ognia). "Dziewczyna, kobieta, inna" to historie dwunastu kobiet i ich życiowej podróży, w której pojawia się wiele wątków - miłość, zdrada, niezrozumienie, poszukiwanie własnej tożsamości i wyobcowanie. Wszystkie łączy to, że są czarnoskóre, o czym kobiety mówią często nie wprost, nie dosłownie, czasem dając jedynie przykład rasistowskiej odzywki czy zachowania, z którymi musiały borykać się przez całe życie. To wyjątkowa pozycja dla wszystkich fanek dobrej i mądrej lektury - nie tylko tych, które interesuje feminizm, zwłaszcza że Evaristo maluje jego różne oblicza, nie zawsze skłaniające się ku tezie, że "feminizm to suma doświadczeń wszystkich kobiet". To pozycja obowiązkowa.

'Dziewczyna, kobieta, inna' Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie "Dziewczyna, kobieta, inna" Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie

 

"Proszę bardzo" A. Rottenberg

Autobiografia znanej polskiej historyczki sztuki, krytyczki i publicystki, a także wieloletniej dyrektorki Galerii Sztuki "Zachęta". W wydanej ponownie opowieści o swoim życiu Rottenberg szczerze i bez tajemnic mówi m.in. o wątku zaginionego syna, dziejach rodziny, szukaniu korzeni i własnej drogi. Jest tu też mowa o depresji, samotności i wielu innych ciężkich momentach w życiu, a także łączących autorkę więziach z najbliższymi - ojcem, matką, synem. Historię Rottenberg czyta się z ogromnym zaciekawieniem, nie tylko dlatego, że opowiadając historię własnej rodziny, autorka niejako tworzy historyczny obraz XX w., ale także ze względu na to, że stworzył ją osoba całe życie obcująca ze sztuką, kulturą, której wpływ czuć tu na każdej stronie. Urozmaicona ilustracjami i anegdotami opowieść o odkrywaniu siebie, otwieraniu nie do końca zabliźnionych ran, przepracowywaniu własnej traumy to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć.

'Proszę bardzo' Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy "Proszę bardzo" Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy

"Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet

Świetnie opisana przez dziennikarkę Monę Chollet historia polowań na czarownice, która wbrew pozorom miała ogromny wpływ na mizoginiczne poglądy o kobietach funkcjonujące dalej we współczesnym świecie. Użycie przez nią figury czarownicy stara się uświadomić nam, jak - wbrew pozorom - wiele i niewiele zmieniło się od czasów, gdy za bycie kobietą - zwłaszcza taką, którą swoją postawą jakkolwiek wykraczała poza przyjęte schematy i granice - można było zostać spalonym żywcem. Chollet bezbłędnie nakreśla też, jak sposób, w jaki wychowywane są wciąż młode dziewczęta nie sprzyja ich rozwojowi, wierze w ich możliwości, własne siły, bycie niezależnymi i posiadającymi własne zdanie. Inny aspekt, który analizuje dziennikarka to stereotyp kobiety bezdzietnej, która w społeczeństwie wciąż często postrzegana jest jako osoba, która utraciła coś na zawsze, traktowana jako "niespełniona", nieszczęśliwa. Pasjonujący esej, w którym autorka pokazuje, jak wielowieczna dyskryminacja kobiet i ich wykluczenie wpłynęły na dalszy rozwój zachodniego świata.

'Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet' M. Chollet, Wydawnictwo Karakter "Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet, Wydawnictwo Karakter

"Świat bez kobiet" A. Graff

Kolejne wydanie "Świata bez kobiet" autorstwa Agnieszki Graff - znanej polskiej kulturoznawczyni, tłumaczki i publicystki, w którym ukazuje najnowszą historię Polski z perspektywy feministycznej. Choć wydawać by się mogło, że współczesny feminizm nie ma już tak "mocnych" haseł i stał się zjawiskiem masowym, który nie budzi kontrowersji, Graff wskazuje nam, jak bardzo wciąż narażony jest na kontrdziałania i nienawiść. Autorka śledzi to, jak bardzo współczesna kobieta jest wciąż nieobecna w życiu publicznym i dalej chce się decydować za nią w każdym aspekcie. Przejawia się to w każdej dziedzinie - od polityki, przez kulturę, religię, zwyczaje.

'Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym' Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy

"Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" H. Kelaher

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta. Przyjaźń to jedno z najważniejszych uczuć w życiu każdego człowieka - mówi się, że ludzie pozbawieni przyjaciół są samotni i sfrustrowani. Ale jak pozyskać przyjaciół prawdziwych? Takich, którzy będą oddani, lojalni i godni zaufania? I przede wszystkim - jak zrobić to w późniejszym czasie, kiedy wiele osób ma już swoje towarzystwa i niechętnie nawiązuje nowe, zwłaszcza silne relacje. Poradnik w ciekawy i przystępny sposób pomaga dowiedzieć się, jak rozmawiać, by wyjść poza "small talk", jak zbudować i pielęgnować krąg własnych znajomych oraz jak rozróżniać zdrowe i toksyczne relacje.

'Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia' Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło "Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło

"Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" M. Wójcik

Michał Wójcik w książce "Zemsta..." poruszył mało znane, bądź rzadko wspominane fakty dotyczące żydowskiego oporu stawianego w obozach koncentracyjnych. Autor rozprawia się tu z mitem ofiar jako osób, które nie stawiały oporu i nie sprzeciwiały wobec dramatycznego losu. We wszystkich obozach - Auschwitz-Birkenau, Treblince, czy Sobiborze istniała konspiracja, która doprowadzała do zbrojnych wystąpień i buntów. "Dzięki heroicznej postawie więźniów, walczących z minimalną ilością broni, często na noże i gołe pięści, dwa z nich uwieńczone zostały spektakularnym sukcesem. Również za sprawą kobiet - żydowskich bohaterek". O tym trzeba wiedzieć i trzeba pamiętać.

'Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady' Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie "Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie

  1. Kultura

O kobiecej duszy i poszukiwaniu nowego sensu – nowa książka Grażyny Jagielskiej

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kameralna, do bólu prawdziwa, pełna ironii i subtelnego humoru opowieść o poszukiwaniu wolności i sensu, która rozbiera na czynniki pierwsze kobiecą duszę. „Wszystkie moje domy” Grażyny Jagielskiej to świetnie napisana historia o budowaniu życia na nowo.

„Odchodząc z domu, zabrał, ile zdołał: świadectwo maturalne, płyty ojca i cały sok pomarańczowy z lodówki. Gitara już teraz obijała mu się̨ o nogi. Pomyślałam: od- prowadzam wzrokiem tego, który zwraca mi wolność́” — rozpoczyna swoją powieść Grażyna Jagielska. Koniec przychodzi często niepostrzeżenie i w mgnieniu oka kruszy fundamenty, na których oparliśmy naszą rzeczywistość. Tak też się dzieje w życiu głównej bohaterki „Wszystkich moich domów”, której dwójka synów opuszcza gniazdo rodzinne, a mąż przechodzi na emeryturę. W obliczu nadchodzących zmian ona sama postanawia sprzedać dom i pozbyć się większości starych przedmiotów. Zostawia dla siebie maszynę do pisania i mocne postanowienie, że znajdzie własny pokój, w którym będzie mogła wreszcie robić to, o czym zawsze marzyła: pisać.

Kolejne przeprowadzki i próby odnalezienia spokojnej przystani dla niej i dla męża spełzają na niczym, a pragnienie zalepienia pustki po starym życiu duchowością i kontaktem z naturą kończą się sromotną porażką. Jednakże ta podróż przez wszystkie nowe przestrzenie i domy staje się też formą terapii: możliwością skonfrontowania się z tym, co wyparte, przyjrzenia się sobie i relacji z mężem (opartej na tradycyjnym podziale ról, w której to ona poświęciła kiedyś wszystko dla swojej rodziny). Kiedy drzwi do przeszłości zostają zamknięte z hukiem, otwierają się nowe, które po wielu latach ciemności, oświetlają w końcu niewypowiedziane wcześniej pretensje, żale i tęsknoty. Lekarstwem staje się zakotwiczenie w codzienności, a także udomowienie nowej rzeczywistości za pomocą ciepła, czułości i poczucia humoru.

Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera) Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera)

Grażyna Jagielska, świetna pisarka, tłumaczka i autorka doskonale przyjętych przez krytyków i czytelników bestsellerów, w swojej nowej powieści eksploruje mikrokosmos kobiecych emocji, tęsknot i wspomnień. „Wszystkie moje domy” to z pozoru spokojna i pozbawiona fajerwerków powieść, która w subtelnościach i niedopowiedzeniach skrywa kobiecy wszechświat: gęsty, wielowarstwowy, pełen ciemności i blasku, co zbliża ją do niektórych książek włoskiej pisarki Eleny Ferrante. To opowieść o stracie, która jest wyzwoleniem i o domu, który każdy z nas nosi w sobie. „Wszystkie moje domy” jest pozycją obowiązkową dla każdej kobiety, zostawiającej za sobą trudną przeszłość i otwierającej się na nowe.

 

  1. Kultura

Śladami Winnych – spotkanie z Ałbeną Grabowską w Brwinowie

Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana 
dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Najpierw ona podarowała im dom oraz burzliwe losy. Teraz wspólnie dają nowe życie miastu, w którym zaczęła się ta historia. Po Brwinowie ze „Stulecia Winnych” oraz tym współczesnym oprowadza nas pisarka Ałbena Grabowska.

Urokliwe miasteczko położone 25 kilometrów od Warszawy, dawne letnisko, dziś liczące ponad 10 tysięcy mieszkańców. Miasto powieściowej rodziny Winnych, do którego ściągają dziś fani, by zobaczyć choćby słynne Glinki, kościół Świętego Floriana, ale też ulicę Mickiewicza, przy której miał stać dom Winnych. A może też spotkać samą Ałbenę Grabowską, na co zresztą są duże szanse, bo jej egzotyczna uroda nie pomaga ukryć się w tłumie.

Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)

Zapraszamy do ogrodów

Kiedy zastanawiała się, gdzie umieścić akcję trylogii, do której pisania właśnie zasiadała przy kuchennym stole, Brwinów był wyborem oczywistym. – Miasto ze wspaniałą historią, z cudownymi miejscami i mieszkańcami. Tu działy się rzeczy niezwykłe, kluczowe dla historii Polski – opowiada. – Poza tym ważne jest dla mnie, by identyfikować się z miejscem, w którym mieszkam. I z jego społecznością. Robię zakupy po sąsiedzku, staram się wspierać lokalnych producentów oraz mieszkańców w potrzebie. My w ogóle wszyscy lubimy sobie pomagać. Ta sąsiedzka otwartość ma swoje odbicie w corocznej imprezie Festiwal Otwarte Ogrody, podczas której w Brwinowie, Podkowie Leśnej i Milanówku w kolejne weekendy czerwca mieszkańcy otwierają swoje prywatne ogrody dla zwiedzających. Pokazują, czym się zajmują, a że mieszka tu wielu malarzy, muzyków, pisarzy czy innej maści artystów, w takim ogrodzie często można posłuchać kameralnego koncertu czy krótkiego wykładu o konserwacji obrazów. Dziś Podkowa, Milanówek i Brwinów tworzą Podwarszawskie Trójmiasto Ogrodów. – To piękna kontynuacja idei Stanisława Lilpopa, przemysłowca, właściciela ziemskiego i wielkiego wizjonera. Miał marzenie, by z Podkowy Leśnej stworzyć miasto ogród – opowiada pisarka. – Uważał, że w otoczeniu przyrody można się świetnie rozwijać intelektualnie i tworzyć silne lokalne więzi. Powiedział profesorskim rodzinom z Warszawy: „Przyjedźcie do Podkowy, ja wam daję ziemię na bardzo korzystnych warunkach, nie bierzcie służby, tu jest Brwinów-Letnisko, tu są ludzie, oni powinni dla was pracować. Trzeba integrować tę społeczność”.

Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)

Stanisław Lilpop jest pochowany na cmentarzu w Brwinowie, a jego willa „Aida” jest wprawdzie w prywatnych rękach, ale kustosz tego miejsca udostępnia je zwiedzającym. To w „Aidzie” były kręcone zdjęcia do serialowego wesela Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, choć prawdziwe odbyło się w hotelu Bristol. – Ale ślub był w Brwinowie, ten prawdziwy i ten opisany przeze mnie – podkreśla Ałbena. W serialu wystąpiło też Stawisko, położone w pobliskiej Podkowie Leśnej, miejsce zamieszkania Iwaszkiewiczów, a w czasie wojny przytulisko dla literatów, poetów, ale też ludzi biednych, wykluczonych, głodnych. – Oni tu naprawdę dzielili się wszystkim, co mieli. Uratowali niejedno życie – mówi. Dziś w Stawisku mieści się muzeum Jarosława Iwaszkiewicza. – Pani kustosz przyznała mi niedawno, że obecnie zainteresowanie tym miejscem jest kilkukrotnie większe. I wszyscy pytają o serial, o książki. Cieszę się, że przywołałam tego cudownego pisarza. Mnie miłość do niego zaszczepił dziadek. Dał mi opowiadania, zaprowadził na jego grób.

Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)

Ludzie i miejsca

– Oczywiście planujemy wycieczki śladami Winnych. I niewykluczone, że czasem będę sama je oprowadzała, w szczególnych momentach, jak Noc Muzeów, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, a może i rocznica bitwy pod Brwinowem – zapewnia pisarka.

Co dwa lata w Brwinowie 12 września ma miejsce rekonstrukcja tego ważnego dla brwinowian wydarzenia, obecnego też na kartach „Stulecia Winnych”. – Kiedy byłam tu pierwszy raz, zachwyciły mnie jego rozmach, liczba osób zaangażowanych w rekonstrukcję, w tym wojsko. Gdy zobaczy się ludzi, którzy stoją kilka metrów od siebie i otwierają ogień, a do tego ostrzał z samolotu – to zmienia się nastawienie do samej wojny. Już się nie wydaje, że to jest taka przygoda albo gra komputerowa.

Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Co będzie na trasie oprowadzania? – Oczywiście ulica Mickiewicza, kościół Świętego Floriana, który wygląda inaczej niż w serialu, ale stoi w tym samym miejscu. Stawisko, „Aida” – wylicza. – Zaprowadziłabym też ludzi na Glinki. Na jednym z jeziorek jest wakepark, skąd można wypożyczyć sprzęt do surfowania. No i do cukierni „Jarzyna”. Kawiarnia jest utrzymana w stylu art déco, można przycupnąć też w ogródku, zjeść cudowne ciasto albo pączka – naprawdę lepszych w życiu nie jadłam. Latem sprzedawane są pyszne lody. Moje ulubione smaki to słony karmel i śliwka z czekoladą.

Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Ale Brwinów to coś więcej niż miejsca. – Z tym miastem byli związani wspaniali ludzie, nie tylko Stanisław Lilpop czy Jarosław Iwaszkiewicz. Na przykład Helena Bartkiewiczówna, ciotka literata Zygmunta Bartkiewicza. Była pierwszą kobietą, która otworzyła w Warszawie salon fotograficzny, w sumie pierwszą kobietą w Polsce. W roku 1865! To naprawdę coś!

Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

W pobliżu mieszkał profesor Kazimierz Michałowski, wybitny egiptolog, ale też rodzina Regulskich, pokazana zresztą w serialu. Ona, Halina, była feministką, on, Janusz, naukowcem. Był jeszcze Stefan Kiedrzyński, dziś zapomniany literat, ale przed wojną jego książki miały więcej ekranizacji niż Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. – I uchodził za o wiele lepszego pisarza. Dołęga mu ogromnie zazdrościł. Dziś wszyscy znają Dołęgę, natomiast większość książek Kiedrzyńskiego spłonęła podczas wojny. Zachowały się nieliczne ekranizacje, choćby „Kłamstwo Krystyny”. Pamiętam, że jak byłam mała, leciało co święta w telewizji.

Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Dobre duchy

Współczesny Brwinów nadal ma coś z klimatu letniska. – Latem powietrze wręcz stoi i panuje tu taka cisza, że czuję się jak na wakacjach. Zwłaszcza że dom mam drewniany – mówi pisarka. – Żyjemy sobie w takiej enklawie, w mieście ogrodzie, ale z dobrym transportem do cywilizacji. Nie narzekamy. Zresztą u nas są centra handlowe i targ, piekarnie i banki. Mamy blisko autostradę, pociąg, który w 30 minut dowozi nas do centrum Warszawy, a w Podkowie Leśnej – kolejkę WKD, do której mam niezwykły sentyment: 40 minut i jesteś w stolicy, a do tego po drodze podziwiasz piękne krajobrazy. Mamy też, już trzecią kadencję, wspaniałego gospodarza Brwinowa. Dzięki niemu miasto rozkwita. Teraz czekamy na wiosnę, bo zrewitalizowano miejski park. Kiedyś to było miejsce, o którym starzy brwinowianie mówili tylko, jeśli chcieli przestrzec dzieci: „Obejdź naokoło, nie idź przez park”. No to teraz park mamy piękny, są tam staw, plac zabaw, stojące szachy, a niedługo wyrośnie i zakwitnie też ogród botaniczny.

Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Na terenie parku stoi pałac Wierusz-Kowalskich, również uwieczniony w „Stuleciu...”. Park i pałac kiedyś należały do SGGW i prowadzono tam zajęcia. Niedawno miastu udało się pozyskać te tereny i rozpocząć remont. Ma być w nim ośrodek kultury. – Choć nie miałam żadnego udziału w odzyskaniu i rewitalizacji, to czuję się tak, jakby to też moja opowieść sprawiła, że park i pałac na powrót są nasze, brwinowskie. Tak jakbym pisząc o Wieruszach, w jakiś sposób przywołała dobre duchy – twierdzi Ałbena Grabowska.

Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.

Podziękowania dla Urzędu Gminy Brwinów za udostępnienie zdjęć związanych z Brwinowem.