1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Pięknie, że aż strach. Podróż po Polsce szlakiem kryminałów

Wrocław (Fot. Aleksander Głowacki)
Kryminały pobudzają wyobraźnię tak bardzo, że w ofercie biur podróży – także tych polskich – pojawiają się wycieczki śladami ich bohaterów. Nie ma jednak lepszych przewodników od samych autorów.

Relacja: Kraków–Wrocław
Marek Krajewski, autor między innymi cyklu kryminałów o komisarzu Eberhardzie Mocku, prowadzącym śledztwa w przedwojennym Wrocławiu.

Jak Krajewski, to na pewno Wrocław albo Lwów, ale nie tym razem. W mojej ostatniej powieści „Demonomachia” tłem wydarzeń jest Kraków. Bardzo lubię to miasto, ale do fabuły nie trafiło ono ze względów sentymentalnych, lecz drogą eliminacji. Chciałem napisać powieść grozy o demonicznym, dybukowym opętaniu. Wiara w dybuki jest zaczerpnięta z folkloru żydowskiego, szukałem więc miejsca, w którym na przełomie XIX i XX wieku Żydzi mieszkaliby obok Polaków i równocześnie nie przeważaliby liczebnie nad Polakami. Ten warunek spełniały choćby Warszawa, Łódź, Wilno i Lublin. Wszystkie one w tamtych czasach leżały jednak w zaborze carskim, w „bliższym mi” zaborze austriackim pozostały tylko dwie opcje: Lwów, o którym już pisałem i nie chciałem więcej, oraz Kraków, który na początku wydawał się idealny. Natrafiłem jednak na pewien problem, bo ludność żydowska mieszkała tam głównie w dzielnicy Kazimierz, w której z kolei żyło bardzo mało Polaków. Rozwiązaniem okazało się podkrakowskie Podgórze, w którym na przełomie wieków nie było żadnego getta, Żydzi i Polacy mieszkali obok siebie, byli sąsiadami.

Marek Krajewski (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Dziś Podgórze jest częścią Krakowa. Choć często bywam w tym mieście, nie wiedziałem, że tuż za Wisłą znajduje się przepiękna dzielnica, pełna uroczych kamieniczek, monumentalnych willi. Urzekły mnie charakterystyczne cechy budownictwa galicyjskiego, czyli galeryjki, które biegną od strony podwórek wzdłuż ścian budynku. Wchodzi się z nich bezpośrednio do poszczególnych mieszkań.
W jednej z imponujących podgórskich willi mieszka moja bohaterka Rachela. Przy ulicy Zamoyskiego (dawniej Mickiewicza) stoi natomiast kamienica, w której znajdowała się stancja Stefana Zborskiego, głównego bohatera „Demonomachii”. Tworząc topografię miasta w powieści, korzystałem z różnego typu opracowań, między innymi księgi adresowej Krakowa. Dzięki temu opisane przeze mnie salony fryzjerskie, zakłady fotograficzne czy sklepy kolonialne znajdują się dokładnie tam, gdzie istniały w rzeczywistości na przełomie wieków. Ale Podgórze to nie tylko budynki. Dzielnica ta jest także pięknie położona. Zachwycają stary cmentarz Podgórski, wzgórze Lasoty i znajdujący się na jego szczycie kościółek Świętego Benedykta, nieco mroczny park Bednarskiego, rozciągający się tuż obok obecnego IV Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie. Kiedyś w tym miejscu stało gimnazjum klasyczne, które opisuję w swojej książce.

Gdybym kiedyś musiał dokonać dramatycznego wyboru, opuścić mój rodzinny Wrocław i wybrać inne miasto do życia, na pewno pomyślałbym o Krakowie, a zwłaszcza o Podgórzu. Na razie jednak w mojej kolejnej powieści, „Czas zdrajców”, która ukaże się wkrótce, wracam znów do Wrocławia okresu międzywojennego. Ten historyczny zawsze bardziej mnie fascynował, ponieważ niemiecka przeszłość miasta długo była tematem tabu. Chciałem wejść w świat, do którego bronił dostępu szlaban cenzury, szukałem w nim jednak miejsc mi bliskich, dlatego Eberhard Mock, który mieszka w kamienicy stojącej przy dzisiejszym placu Pereca, porusza się po mojej krainie dzieciństwa, czyli po ulicach Szczęśliwej, Jemiołowej.

W latach mojej młodości najwięcej grozy wzbudzała dzielnica zwana wówczas Trójkątem Bermudzkim, a dziś Przedmieściem Oławskim. Nawet patrole milicyjne były tam dwa razy liczniejsze niż gdziekolwiek indziej. Ta część miasta rozpalała moją wyobraźnię. Tym bardziej że w czasach studenckich pracowałem tam na budowie jako stróż. Choć, szczerze mówiąc, bardziej pilnowałem tam własnej osoby niż powstającej nieruchomości. Teraz dzielnica ta nie budzi grozy. Nie jest tu bardziej niebezpiecznie niż gdziekolwiek indziej.

Miasto nieustannie się zmienia. Jednym z moich ulubionych zakątków była część pomiędzy ulicą Świętego Antoniego a ulicą Ruską, pełna kamienic z tak zwanymi tylnymi dziedzińcami, które łączą się ze sobą, tworząc niezwykłe labirynty. Teraz powstało tam zagłębie młodzieżowych klubów nocnych i czar prysł. Kawałek dalej jest jednak Dzielnica Wzajemnego Szacunku, w której znajdują się trzy świątynie różnych wyznań: przepiękna neoklasycystyczna synagoga Pod Białym Bocianem, ładny barokowy kościół Świętego Antoniego Padewskiego i cerkiew prawosławna Wszystkich Świętych. Można je znaleźć w każdym przewodniku, ale dla mnie ciekawsze są tamtejsze podwórka, szczególnie to małe obok synagogi. Zawsze zachwyca mnie piękne podwórze zamykające stary budynek na tyłach Narodowego Forum Muzyki, wciśnięte między kościół ewangelicki a plac Wolności. Jest co prawda ogrodzone, ale przez pręty widać krzewy i drzewa, niezwykłe wykusze i charakterystyczne elementy budownictwa, jak mury szachulcowe. To miejsce, które przenosi w czasie.

Pokrzydowo: wieś spokojna?
Katarzyna Puzyńska, autorka serii kryminałów o fikcyjnej wsi Lipowo, położonej niedaleko Brodnicy.

Pokrzydowo (Fot. Kamila Aftewicz)

Nazwa powstała jako zlepek nazw dwóch miejscowości – Pokrzydowa i Lipowca. Pierwowzorem zaś jest Pokrzydowo znajdujące się na skraju Brodnickiego Parku Krajobrazowego. Nazwę zmieniłam, bo bałam się, jak okoliczni mieszkańcy przyjmą to, że w pobliżu ich domów umieściłam tyle trupów i złych uczynków, a nasza okolica jest przecież tak naprawdę bardzo spokojna.

Pokrzydowo to kraina mojego dzieciństwa. Mieszkali tu moi dziadkowie. Dawniej w centrum wsi była piękna aleja lipowa, niestety, już jej nie ma, ale jej wspomnienie utwierdza mnie w przekonaniu, że powieściowa nazwa jest jak najbardziej na miejscu. Nasza gmina jest jedną z najbardziej zalesionych w całym województwie kujawsko-pomorskim. Przyroda jest wszechobecna. Kocham tutejsze lasy i jeziora, no i fantastycznych ludzi. Z reguły na miejsce akcji wybieram lokalizacje, które dobrze znam, czasem wiąże się z nimi jakaś prywatna historia. Ale do powieści trafią też miejsca, które zainspirują mnie swoim wyglądem. Czasem ktoś opowiada mi o jakimś ciekawym terenie i jadę tam, by zrobić rekonesans, poczuć to miejsce. Nasze rejony są idealne do zbierania opowieści, bo z większością jezior czy miejscowości wiążą się lokalne legendy. „Czarne narcyzy”, czyli ósma część sagi o Lipowie, opowiada na przykład historię Diabelca. Wiąże się z tym miejscem legenda o nawiedzonej przez diabła żonie drwala. Historię tę opowiedział mi mój kolega policjant. Z reguły zmieniam nazwę miejscowości, ale Diabelec zostawiłam bez zmian. Już sama nazwa przyprawia o ciarki! Inna legenda wiąże się z jeziorem Strażym. Kiedyś nazywało się Straszyn. Pod tym mianem pojawia się w mojej powieści Chąśba. Legenda głosi, że straszy tu duch niewiernego kochanka, choć w mojej książce historia była akurat zupełnie inna.

Katarzyna Pużyńska (Fot. Agata Mądrachowska)

Wszystkie te miejsca widuję tak naprawdę na co dzień. Często pokazuję je w filmach, które publikuję w social mediach, żeby czytelnicy też mogli je zobaczyć. Co roku w „Lipowie” organizowane są też zloty moich czytelników, podczas których zawsze odbywają się gry terenowe i trzeba rozwikłać jakąś kryminalną zagadkę, 16 i 17 lipca odbędzie się już szósty. Na pierwszym zorganizowane były punkty z wiernymi inscenizacjami morderstw z moich książek. Niektóre z tych miejsc znajdowały się przy szosie, kierowcy zwalniali więc wyraźnie przestraszeni. Pewnie część z nich do tej pory myśli, że widziała trupa i grupę dziwnych ludzi, którzy robili sobie z nim zdjęcie. Z tych spotkań zrodziło się wiele cudownych przyjaźni. Jeżeli jednak ktoś nie może przyjechać na zlot, to też nic straconego, bo gmina Zbiczno ustawiła w miejscach, które pojawiają się w moich książkach, tablice z fragmentami powieści. Można więc udać się o dowolnej porze na indywidualną wycieczkę albo wejść w ten świat online, bo mapki i tablice można zobaczyć na mojej stronie internetowej www.katarzynapuzynska.pl lub na https://zbiczno.pl/lipowo/

Lublin: pod brukiem jest plaża
Marcin Wroński, autor między innymi kryminałów retro o komisarzu Zydze Maciejewskim.

Lublin (Fot. Aleksander Głowacki)

Mój związek z Lublinem długo przypominał relację wielbłąda z pustynią. Nie jest ona najlepszym miejscem do życia, ale wielbłąd wie, że gdzie indziej byłoby mu jeszcze gorzej. To trudna miłość. Jako nastolatek myślałem, że urodziłem się i mieszkam tu za karę. Z drugiej jednak strony moja statyczna natura nie pozwoliła mi nigdy stąd uciec. Ponad 20 lat spędziłem w Lublinie szaroburym i niefajnym. Jedynym miejscem, które dobrze wspominam, był plac Litewski. Dzisiaj piękny i nowoczesny, wówczas pełen krzaków, w których po lekcjach piliśmy piwo i paliliśmy papierosy. Znajdował się tam także kultowy dla wielu pokoleń lublinian punkt spotkań – Baobab, który w rzeczywistości był rozłożystą topolą do złudzenia przypominającą drzewo z ekranizacji „W pustyni i w puszczy”. Dziś nie ma po nim śladu. Nikt wówczas nie przejmował się też historyczną częścią Lublina. Stare Miasto, które dziś jest turystyczną wizytówką, miejscem spacerowym, tętniącym życiem, w czasach mojej młodości było rewirem zakazanym. Przejście tamtędy po zmroku uznawano za próbę męskości.

Moje postrzeganie miasta zmieniło się pierwszy raz na studiach, po wykładach monograficznych profesora Władysława Panasa, które miały dotyczyć twórczości Brunona Schulza, ale bardzo szybko zmieniły się w historię lubelskich Żydów. Wtedy odkryłem, że kiedyś to miasto wyglądało i funkcjonowało zupełnie inaczej, że – tak jak w tym haśle z buntów studenckich ’68 roku – pod brukiem jest plaża. Kolejnym impulsem była praca zadana na zajęciach z teatrologii. Miałem prześledzić jeden z historycznych sezonów teatralnych w latach 20. i 30. Przeglądałem w bibliotece roczniki lubelskich gazet i znów zobaczyłem moje miasto w niespodziewanej dla mnie odsłonie. Lublin trzy razy mniejszy niż mój, też niekoniecznie bogaty i olśniewająco piękny, ale żywy, dwukulturowy, niezmiernie ciekawy od strony kroniki kryminalnej, która tak mnie pochłonęła, że poświęciłem jej zdecydowanie więcej czasu niż repertuarowi teatralnemu. To wtedy przeniosłem się na dobre w lata 30., zafascynowałem się historią Lublina, zacząłem kupować reprinty planów.
Turystów często zaskakują ulice, które nagle skręcają pod dziwnym kątem, choć wydaje się, że wcale nie musiałyby tego robić. Ich układ jest jednak śladem przeszłości, wspomnieniem choćby nieistniejących już fortyfikacji miejskich, które kiedyś wymuszały określony układ dróg. Nikt ich nie wyprostował, bo Lublin nie został zrównany z ziemią jak Warszawa. Dlatego w samym rozkładzie miasta niewiele się zmieniło. Z dwoma wyjątkami. Pierwszym jest dzielnica żydowska, która poza ulicą Lubartowską nie istnieje, została kompletnie zniszczona przez nazistów, a komuniści dokończyli dzieła, zmieniając całą tę historyczną część Lublina w plac Zebrań Ludowych, który obecnie nazywa się placem Zamkowym. Tworzy on wyrwę w strukturze miasta. Drugim takim miejscem jest Majdanek, narośl na topografii. Gdzie były pola, sady, wyrósł złowieszczy obóz koncentracyjny. Ten fragment historii coraz bardziej mnie interesuje.

Marcin Wroński (Fot. Marcin Łobaczewski)

Zbierając materiały do swoich powieści, odwiedzałem miejsca, w których pewnie z rozsądku nigdy bym się nie pojawił, jak Stare Bronowice, niewielką część miasta, która do dziś niepokoi złymi spojrzeniami przechodniów, czy Kośminek, dzielnicę robotniczą położoną w starej przemysłowej części Lublina, która w czasach komisarza Maciejewskiego, bohatera większości moich kryminałów, miała swoisty lumpenproletariacki sznyt. Z lektury przedwojennych gazet wynikało, że jeśli Kośminek, to rozprawy nożowe, a na Starym Mieście afery z prostytutkami. Obie te dzielnice zatraciły już swój mroczny charakter. Na Kośminku organizowane są rowerowe masy krytyczne śladami Maciejewskiego i wszyscy wychodzą z nich cało. Miałem to szczęście, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pisałem cykl o komisarzu, Lublin zaczął się na moich oczach zmieniać i coraz bardziej przypominać ten z lat 30. Szarość zniknęła. Miasto stało się doskonałym miejscem do życia, choć ciągle ma w sobie coś bałaganiarskiego.
Lubię lubelskie śródmieście, szczególnie spacery po wąskich bocznych uliczkach, gdzie można zaglądać w podwórka i różne zakamarki.

Znajomym, którzy przyjeżdżają tu po raz pierwszy, pokazuję położony na rogu ulic Staszica i Zielonej budynek dawnego komisariatu policji, gdzie pracował Maciejewski. Najlepiej odpoczywam jednak w towarzystwie przyrody. Mam to szczęście, że mieszkam blisko ogrodu Saskiego, który jest jednym z najładniejszych lubelskich parków, a z okien mieszkania widzę równie przyjemny park Akademicki. W nich bywam najczęściej, chociaż położony znacznie dalej odnowiony park Ludowy też jest imponujący.
Trójmiasto: trochę piękna, trochę bestii

Małgorzata Oliwia Sobczak, autorka serii kryminalnej „Kolory zła”.

Sopot (Fot. Aleksander Głowacki)

Każde miasto ma swoje tajemnice. Ja staram się poznać sekrety Trójmiasta, zarówno te prawdziwe, jak i wyimaginowane, które pielęgnuję w swojej głowie i przelewam na papier. Trójmiasto to szerokie plaże o drobnym, jasnym piasku, jedyny w swoim rodzaju klif, to niebieskie morze, gofry, lody, wakacyjne śmiechy. Ale znajdziemy tu też ciemne uliczki, liczne kluby będące świadkami nocnego upadłego życia, wzburzone fale połykające nieroztropnych pływaków, grupy mafijne, nierozwiązane sprawy morderstw, nigdy niewyjaśnione zaginięcia, a nawet lokalnego seryjnego mordercę skazanego na karę śmierci.

Małgorzata Sobczak (Fot. Wojtek Biały)



Nie pamiętam, kiedy zrozumiałam, że w świecie, który mnie otacza, nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Może gdy nieopodal mojego rodzinnego domu zastrzelono szefa trójmiejskiej mafii Nikosia? A może było to wcześniej? Gdy jako dziewięciolatka obejrzałam telewizyjny serial „Miasteczko Twin Peaks”, w którym ani oczyszczająca rzeka, ani rwący wodospad, ani gęste lasy nie zdołały zapobiec zbrodni? Myślę, że to właśnie wtedy ukonstytuowało się we mnie umiłowanie do stawiania piękna przestrzeni w opozycji do okropności ludzkich czynów. W pierwszym tomie serii „Kolory zła”, „Czerwieni”, mamy sopocką plażę i ciało zamordowanej kobiety w jednym czerwonym kozaczku na nodze. W „Czerni” – malownicze krajobrazy i kaszubską ziemię, spod której wychodzą upiory przeszłości. W „Bieli” – ascetyczną modernistyczną architekturę Gdyni, a w „Szeleście” – przepełniony ciszą las Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Ale nie dajcie się zwieść, bo po chwili tę przestrzeń przenika krzyk.
Gdy piszę daną scenę, nie kombinuję, gdzie powinna się ona rozegrać. Elementy przestrzeni same wskakują na miejsce niczym fragmenty dobrze znanej układanki. Moja wyobraźnia często kieruje mnie tam, gdzie w pewnym okresie życia pozostawiłam część siebie: nawiedzona willa Bergera z filmu „Medium” Koprowicza, wzgórze w środku lasu nieopodal Stadionu Leśnego przy Wybickiego, kładka w ciągu ulicy Obrońców Westerplatte, rozświetlona niczym statek kosmiczny Rafineria Gdańska, kawiarnia „Delicje”, Hotel „Gdynia”, Bulwar Nadmorski, SPATiF…


Zielona Góra: czarownice, wino i śmierć
Przemysław Piotrowski – zdobył popularność cyklem thrillerów o komisarzu Igorze Brudnym.

Przez niemal dziewięć lat jeździłem po świecie i szukałem swojego miejsca, po czym wróciłem do punktu wyjścia, czyli Zielonej Góry. Lubię ją po prostu. Znam tu każdy zakamarek, każdą mroczniejszą uliczkę, choć zdarza się, że podczas pisania odkrywam to miasto na nowo. W mojej trylogii dominują jednak stricte turystyczne atrakcje Zielonej Góry, jak: bachusiki, żużel, tematy okołowiniarskie, Palmiarnia i stojący obok niej pomnik chłopca z koniem. Może to mało oryginalne, ale lubię spacery po zielonogórskim Starym Rynku i deptaku. Ze znajdującej się na wzgórzu Palmiarni roztacza się przepiękny widok na całe miasto, które w promieniu 50 kilometrów otoczone jest jeziorami i urokliwymi miejscowościami, jak Przełazy czy Niesulice. Wiosną i latem spędzam tam większość wolnego czasu. Uwielbiam też okoliczne lasy, czemu dałem upust w „Sforze”.

Słyszałem, że pojawił się pomysł, by stworzyć mapkę śladami komisarza Brudnego. Ma być udostępniana w centrum Zielonej Góry, by turyści mogli się wybrać na wycieczkę po miejscach zbrodni. Każdy będzie mógł zobaczyć hotel, w którym zatrzymał się Igor Brudny, odwiedzić pizzerię „Koloseum”, w której jadał, zobaczyć bachusiki, przy których znajdowano szczątki ofiar. Każda ulica, po której chodzi, jest realna.

Przemysław Piotrowski (Fot. Albert Zawada)

Chciałem, by czytelnicy z innych części Polski zobaczyli Zieloną Górę w jak najlepszym świetle – o ile można tak powiedzieć w kontekście kryminału. Sporo osób pytało mnie, czy ta forma, zamiast przyciągnąć, nie odstraszy potencjalnych turystów, ale moim zdaniem miejsca owiane grozą są najbardziej intrygujące. W rzeczywistości jednak nie ma się czego bać, Zielona Góra jest jednym z najbezpieczniejszych miast w kraju. Żadna z opisanych przeze mnie zbrodni nigdy się tu nie wydarzyła, choć jedno z ciał umiejscowiłem w powieści zaledwie 200 metrów od mojego rodzinnego domu. Znajomi z osiedla mówili mi później: „Jezus Maria, przez ciebie już nigdy nie będę tamtędy chodził nocą”.

Zdecydowanie bardziej sensacyjna jest przeszłość tego miasta, szczególnie historie, które działy się tutaj w średnio­wieczu. Wystarczy zajrzeć do jednego z największych skarbów Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, czyli do „Extract protocolli”, wyciągu z protokołów z przesłuchań kobiet oskarżonych o czary. 357 lat temu ostatni raz spalono tu czarownicę. Ten temat mnie coraz bardziej intryguje, rozmawiałem już nawet z ekspertką od wiedźm. Na ten rok mam co prawda inne plany wydawnicze, ale w przyszłym na pewno zajmę się tym wątkiem. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze