1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Warto mieć plan B. O poczuciu bezpieczeństwa na rynku pracy rozmawiamy z psycholożką i trenerką biznesu Iwoną Firmanty

Czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że mamy w małym palcu umiejętności, które dla innych są cenne, np. praca w Excelu doprowadza niektórych do białej gorączki, a komuś innemu nie będzie sprawiała żadnej trudności. (Fot. iStock)
Czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że mamy w małym palcu umiejętności, które dla innych są cenne, np. praca w Excelu doprowadza niektórych do białej gorączki, a komuś innemu nie będzie sprawiała żadnej trudności. (Fot. iStock)
Iwona Firmanty, psycholożka i trenerka biznesu apeluje, by postrzegać pracę jak relację biznesową, w której dla pracodawcy liczy się przede wszystkim ekonomia. Taka postawa skłania z jednej strony do dbania o swoją wartość na rynku, a zatem i ciągłego zwiększania swoich kompetencji, z drugiej – chroni przed „zaharowywaniem się” w imię iluzji, że to da nam gwarancję niezwolnienia. Jak wypracować w sobie takie podejście?

Dzisiejszy rynek pracy nie pozwala na to, by spać spokojnie. Wciąż słyszymy o redukcjach, zwolnieniach, kryzysie gospodarczym, który – siłą rzeczy – musi się na nas odbić. Wielu boi się, co może usłyszeć za moment od swojego przełożonego. Co zrobić, aby ten lęk minimalizować? Jak skonstruować swój plan B?
Często popełniamy błąd – harujemy ponad siły, możliwości, przekonani, że tylko to nas ochroni. Myślimy, że nie ma dla nas żadnej alternatywy, więc pracy, którą mamy, musimy bronić za wszelką cenę – czasem nawet za cenę zdrowia, fizycznego i psychicznego. Właśnie dziś miałam sesję coachingową z osobą pracującą w branży, która ma się bardzo dobrze, w koncernie farmaceutycznym. To osoba, która od wielu lat właśnie tak działała: pracowała po godzinach, w weekendy, dawała z siebie 200 proc. i mimo to usłyszała od przełożonego, że ten jest gotowy ponieść ryzyko biznesowe, jeżeli ona złoży wypowiedzenie… A ona ostatnie trzy lata życia poświęciła firmie, licząc na to, że wypracuje sobie gwarancję nietykalności.

Zawsze powtarzam, że miejsce pracy to nie jest nasza rodzina, rządzi nim czysta ekonomia, a czasem także niejasne, nieczyste gry polityczne. I o tym należy zawsze pamiętać, i w odniesieniu do tej wiedzy budować swoje podejście do pracy.

Czyli jakie ono powinno być?
Chodzi o to, by mieć świadomość, że jest się partnerem biznesowym. Sprzedajemy swój czas, swoje kompetencje. Jesteśmy odpowiedzialni za to, by weryfikować, jakie są nasze mocne strony, i jakie obszary powinniśmy rozwijać – czyli za swoją ścieżkę kariery. I w końcu za opracowanie planu B – a nawet planu C.

Wielu z nas sądzi, że nie ma dla nich żadnej alternatywy.
Alternatywa jest zawsze, a myślenie, że jest się niejako skazanym na obecną pracę, że jest ona wszystkim i jednym, co mamy, czyni nas kruchymi, bardzo nas osłabia – właśnie wtedy tak panicznie boimy się jej utraty. Ten lęk też warto zawczasu oswoić.

Jak to zrobić?
Uświadomić sobie, że potencjalne zwolnienie z pracy to nie jest koniec świata. Nie atakuje nas tygrys szablozębny, tylko doszło do sytuacji, w której nasz aktualny klient – podkreślam „klient”, a nie członek rodziny – podejmuje decyzję, że nasze kompetencje są mu w tym momencie niepotrzebne. Aż tyle i tylko tyle!

Wróćmy teraz do konstruowania planu B i C, które minimalizują lęk. Jak się za to zabrać?
Porównałabym to do jazdy samochodem. Trzeba być uważnym na to, dokąd jedziemy i po co jedziemy akurat tam. Trzeba przynajmniej raz w miesiącu zrobić sobie coś w rodzaju „przeglądu” – gdzie jestem, co robię, czy mój aktualny pracodawca wie na pewno, jakie są moje kompetencje, czy wie, czego potrzebuję, czy postrzega mnie jako tzw. high potential, czyli osobę, którą szkoda stracić. Dziś mówi się nawet o dążeniu do tego, by ludzie byli uzależnieni od naszych kompetencji, żeby trudno im było się nas pozbyć. Chodzi o umiejętność budowania swojego PR-u w taki sposób, aby przełożeni czuli, że jesteśmy niezbędni w organizacji.

To wszystko jest bardzo ważne, daje nam siłę. Ale nadal nie wolno zapomnieć, że można zostać zwolnionym, choćby z powodów wcześniej wspomnianych, niejasnych gier politycznych. Dlatego jednocześnie warto szukać potencjalnych, dodatkowych albo alternatywnych – jeśli będzie taka konieczność – źródeł dochodu. Czyli weryfikować, czy nasze aktualne kompetencje mogą być atrakcyjne dla innego pracodawcy – klienta.

Obserwuję, że młodsze pokolenie nie ma z tym żadnego problemu, prezentując następujące podejście: „Jeśli nie klient A, to na pewno znajdzie się klient B”. Natomiast starsze pokolenie – wychowywane w przeświadczeniu, że świadectwo z czerwonym paskiem daje sygnał innym, że jesteśmy do czegoś przydatni – nie weryfikuje swoich kompetencji czy np. nie doskonali swojego angielskiego. Ale i na to jest remedium. To właśnie wspomniana autorefleksja, autoocena własnych możliwości, ale też regularne przeglądanie rynku pracy, czy na przykład zerknięcie jak wygląda nasz profil na Linkedin, by ułatwić potencjalnym nowym pracodawcom zapukanie do nas.

Kluczem do tego, by nie czuć, że po zwolnieniu z pracy zawali się nasz świat i zostaniemy bez możliwości spłacania kredytu, jest pilnowanie tego, by przez ewentualnego przyszłego pracodawcę być postrzeganym jako osoba, która coś ułatwi, coś usprawni.

Bardzo duże znaczenie w kontekście tego, o czym Pani mówi, ma – jak rozumiem – nasze poczucie własnej wartości, ale chyba także to, czy nie zamykamy się z naszym lękiem w czterech ścianach, tylko wychodzimy do ludzi.
W badaniach dotyczących odporności psychicznej widać jaskrawo, jak niesamowicie ważny jest czynnik wiary w siebie. Ale arcycenna jest także asertywność, czyli umiejętność mówienia o swoich potrzebach, najpierw samemu sobie!

Szalenie istotny jest również wspomniany przez Panią kontakt z innymi, budowanie sieci ludzi wokół siebie, a także inspirowanie się historiami osób, które kiedyś straciły pracę i zaczęły robić w życiu coś zupełnie innego; to źródło ogromnej siły. To jak kupienie ubezpieczenia, które – w razie czego – uruchamia się i daje realne wsparcie. Z kontaktów z ludźmi rodzą się także zupełnie nowe pomysły na siebie, na swoją alternatywną ścieżkę.

No właśnie, bo często zupełnie nie bierzemy pod uwagę tego, że możemy robić w życiu coś kompletnie innego niż dotąd, że to jest realne.
I tu mam doskonałą historię, która obrazuje to, o czym Pani powiedziała. Prowadziłam kiedyś szkolenie dla kadry menedżerskiej jednego z banków. W trakcie dwudniowego szkolenia pojawiła się plotka, że w firmie będą cięcia, bo szykuje się zmiana na wysokim szczeblu organizacji. Ta informacja bardzo zaniepokoiła pewną dojrzałą kobietę, która pracowała na wysokim stanowisku menedżerskim; chodziły słuchy, że zostanie zdegradowana. Była bardzo zdenerwowana, ale dzięki atmosferze, którą udało nam się zbudować dzień wcześniej, otworzyła się i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co może się wydarzyć, jakie są scenariusze.

Jaki był efekt? Okazało się, że ta Pani miała zwyczaj rozładowywania stresu po ciężkim dniu pieczeniem ciasta, a że stres skutkował także zaciśniętym żołądkiem, nigdy go nie jadła, tylko następnego dnia zabierała do banku i częstowała współpracowników, a oni ze smakiem zjadali do ostatniego okruszka. W jej głowie zaświtała więc myśl, że jeśli straci pracę, mogłaby sprzedawać ciasta. Ale za moment pojawiła się kolejna: no ale co powiedzą ludzie, poważna pani naczelnik, która piecze ciasta, przecież nie wypada! I nagle wszyscy chórem powiedzieli, że jej ciasta są genialne i że każdy z nich z chęcią zamówiłby u niej takie ciasto na rodzinne uroczystości, święta zamiast kupować mniej smaczne gdzie indziej. Finalnie ta pani nie straciła pracy do tej pory, ale od tamtego czasu po pracy piecze ciasta i je sprzedaje, co przynosi jej całkiem spore pieniądze i wielki uśmiech na twarzy, bo bardzo to lubi. Poczuła ogromną ulgę, bo wie, że jeśli przyjdzie dzień, w którym rzeczywiście straci pracę, albo kiedy przejdzie na emeryturę – ma pomysł na dalsze życie. Dowiedziała się także, a było to dla niej bardzo ważne, że ludzie liczą się z nią nie tylko wtedy, kiedy jest ważną panią menedżer, że w innym wydaniu – pani, która piecze ciasto, też coś znaczy, a może znaczy nawet więcej… Bo jej otoczenie widzi ją w fartuchu, umazaną kremem i… szeroko uśmiechniętą.

Ta opowieść pokazuje bardzo jaskrawo, że zawsze jest realny plan B i może być on skrajnie inny od naszego dotychczasowego zajęcia. Na wszystko jest metoda, na każdą sytuację jest alternatywa, tylko nie zawsze mamy tego świadomość.

Rozumiem, że każdy z nas, by zminimalizować lęk przed utratą pracy, może – a nawet powinien – przyjrzeć się wnikliwie temu, co umie, potrafi, z zupełnie innej dziedziny niż ta, którą aktualnie się zajmuje.
Zdecydowanie tak. Bardzo często mocno zawężamy patrzenie na siebie i swoje zawodowe życie. Czytam teraz bardzo ciekawą książkę, to biografia Alberta Einsteina. Otóż Einstein skończył uczelnię z bardzo miernymi wynikami. Mógł podjąć pracę u swojego ojca, miał też szansę pracować jako sprzedawca ubezpieczeń. Obie opcje sensowne, intratne. Jednak na żadną z nich się nie zdecydował: u ojca nie chciał pracować, sprzedawanie ubezpieczeń wydawało mu się ekstremalnie nudne. Była jeszcze trzecia opcja – praca w urzędzie patentowym, gdzie miał dosłownie przekładać papiery, wspomniane wnioski patentowe. Opcja obiektywnie najgorsza, bardzo słabo płatna, nikt nie chciał podjąć się tej pracy. Einstein się na nią zdecydował. Jak to się skończyło – wszyscy wiemy. Gdyby trafił do ojca czy do ubezpieczeń, jego historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Poszedł za głosem serca, a nie rozumu. Takie wyjście też jest sensowne, tylko wymaga odwagi.

Poza tym czasem zupełnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, że mamy w małym palcu umiejętności, które dla innych są cenne, bo wykonywanie pewnych czynności doprowadza ich do tzw. białej gorączki. Na przykład zwyczajny Excel – dla niektórych praca w tym progamie jest nie do wytrzymania, a mnie np. nie sprawia ona żadnej trudności. Szukam zatem miejsca, gdzie mogę „zamieścić ogłoszenie”, że świadczę takie usługi. Nie zawsze trzeba to zmonetyzować, czasem dobrym pomysłem jest też barter: ja ogarniam dla ciebie Excel, ty robisz dla mnie coś innego.

Jakiś czas temu, za sprawą książki Nassima Taleba o ekonomii behawioralnej popularność zyskało pojęcie antykruchości, także w kontekście życia zawodowego. Być antykruchym, czyli jakim?
Czyli mieć poczucie, że ma się kontrolę nad swoim, w tym przypadku zawodowym, życiem. A żeby ją mieć, trzeba uzbroić się w to, o czym powiedziałyśmy: wiarę w siebie, odwagę, pojęcie o swoich słabych i mocnych stronach, a także o tym, czego chcemy. Trzeba także być gotowym na zmianę, mieć wciąż oczy i uszy szeroko otwarte, dać się inspirować innym ludziom, czerpać z ich doświadczeń. Bez tego wszystkiego będziemy jak chomik w kołowrotku, oddamy swój zawodowy los w ręce innych ludzi. Antykruchość wymaga zatem wzięcia odpowiedzialności za siebie.

Iwona Firmanty, psycholożka, socjolożka, trenerka biznesu oraz rozwoju osobistego. Właścicielka firmy szkoleniowej Human Skills oraz projektu Sukces Kobiety Biznesu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze