1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Szopy, norki, ostronosy, mundżaki – odwiedziliśmy azyle dla dzikich zwierząt

Kiedyś Grzegorz Dziwak znał wszystkich szopich mieszkańców azylu. Teraz jest ich już za dużo. (Fot. Łukasz Giza)
Kiedyś Grzegorz Dziwak znał wszystkich szopich mieszkańców azylu. Teraz jest ich już za dużo. (Fot. Łukasz Giza)
Mało śpią, dużo pracują. W nieprzewidywalnych godzinach. O planowaniu wolnych wieczorów, wyjściach w weekendy czy wyjazdach na wakacje mogą zapomnieć. I nie zamieniliby tego życia na żadne inne. Trzy historie, różni ludzie. Wspólny mianownik: zwierzęta. Im poświęcają czas, energię, wiedzę, emocje. Choć słowo „poświęcają” nie jest tu właściwe.

Nazwa podwrocławskiego azylu mówi prawie wszystko. Szopowisko to przede wszystkim dom dla szopów. Kiedy rozmawiałam z założycielem azylu, lekarzem weterynarii Grzegorzem Dziwakiem, było ich 111, ale podejrzewam, że ta liczba mogła się od tej pory zwiększyć. Jednak poza szopami są też inni rezydenci. Norki amerykańskie, ostronosy, mundżaki, alpaki, węże, nawet kangury – ponad 300 zwierząt.
A te dla Grzegorza Dziwaka zawsze były ważne. Do domu w Libiążu w okolicach Krakowa znosił ptaszki, myszy, jaszczurki. Potem zaczął się interesować zwierzętami egzotycznymi. Pojawiały się papużki, szynszyle, fretki, gady, pająki. Z decyzją o wyborze zawodu nie było problemu. – Nigdy nie miałem fazy, że zostanę astronautą. Wiedziałem, że pójdę na weterynarię – mówi.

Alfa, Beta, Gamma

Podczas studiów we Wrocławiu cały czas miał obok siebie mnóstwo zwierząt. Wynajmował nawet dwa pokoje – jeden dla siebie, drugi dla nich. Po studiach zaczął pracować na Uniwersytecie Przyrodniczym. – Zaczęła do mnie przychodzić wrocławska ekostraż, ratowaliśmy razem różne zwierzaki, jeże, gołębie, kuny, zające – opowiada. – Pewnego dnia przywieźli dwa małe szopy, które ktoś znalazł przy drodze w pobliżu granicy niemieckiej przy przejechanej matce. Te sierotki to już wtedy był gatunek inwazyjny, ale prawo trochę inaczej wyglądało, znacznie łatwiej było mieć szopa w domu. Z pomocą ekostraży wybudowałem pierwszą wolierę w swoim ogrodzie, wnioskowałem do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o zgodę na szopy. Odchowałem je i oczywiście się zakochałem, bo trudno się w nich nie zakochać.

Później pojawiła się Sylwia Dobek z okolicy Zielonej Góry (dziś prowadzi Fundację „Dzikie zwierzęta w potrzebie”) – w Lubuskiem, w Zachodniopomorskiem jest dużo szopów, Grzegorz śmieje się, że Sylwia to jego szopia dilerka. Podrzucała kolejne zwierzaki. Ale kilka lat temu skala była znacznie mniejsza, jak pojawiały się trzy szopy w roku, to było dużo. – W 2016 trafiły do mnie pierwsze dwa, w następnym roku nic, za rok trzy: Alfa, Beta i Gamma, później znowu kilka. Do 2021 miałem 10 szopów.

(Fot. Łukasz Giza) (Fot. Łukasz Giza)

Ale znowelizowano ustawę o gatunkach inwazyjnych – teraz mogą one przebywać wyłącznie w azylach. Te, które były wcześniej zwierzętami domowymi, można było, po załatwieniu formalności, zostawić. – Oczywiście mogłem wnioskować o dożywotnie przetrzymywanie moich szopów w domu, ale wtedy nie mógłbym przyjąć żadnych więcej zwierząt, a te, które by do mnie trafiały, musiałbym usypiać – tłumaczy Grzegorz. – Nie wyobrażałem sobie tego i dalej sobie nie wyobrażam. To co? Trzeba stworzyć azyl. Najpierw powstała fundacja, żeby jako osobowość prawna mogła wnioskować o utworzenie azylu. Wiedziałem, że jakoś to trzeba będzie utrzymywać, a sam nie dałbym rady. I szopy zaczęły napływać, jak tylko powstała ustawa. Śmieję się, że chyba usłyszały, jak się zmieniło prawo, i masowo zaczęły się rodzić.

Ustawa kontra rzeczywistość

Całe to towarzystwo trzeba ogarnąć. Grzegorz dzień zaczyna o piątej rano. Karmienie zwierząt (nie tylko azylowych, także domowych psów i kotów), do pracy (klinika, pełen etat) na ósmą, po szesnastej powrót, sprzątanie, karmienie – i tak w kółko.
– Wiadomo, ze zwierzętami trzeba też pobyć, żeby zobaczyć, czy nic się złego nie dzieje, czy się nie kłócą, nie biją, nie chorują. Ale też dlatego, że to fajne – mówi Grzegorz.

W Szopowisku nie działa całkiem sam. – Są wolontariusze, głównie ze środowiska weterynaryjnego. Często stażyści. Ludzie zaufani. Praca ze zwierzętami wymaga doświadczenia. Pomagają, jak mogą, ale wiadomo, że większość codziennej pracy wykonuję sam. Na co nie narzekam, ja po prostu lubię czas spędzany ze zwierzętami. W końcu o to zawsze mi chodziło. Wiadomo, że na filmikach wszystko wygląda ładnie i słodko, i tak właśnie ma być, nie chcę pokazywać chorujących, cierpiących zwierząt, wjeżdżać na sumienia, chcę pokazać, jak fajnie zwierzętom pomagać. Ale jednak codzienność nie jest tak kolorowa.
Czasem trzeba się też od niej oderwać. Wyjść do ludzi albo samemu do lasu, żeby potem dało się normalnie funkcjonować. – Ale bywa, że się do tego zmuszam. I do tego, żeby, jak już to zrobię, nie myśleć, co się dzieje ze zwierzakami. Trudno mi też odłączyć się od takich myśli na wakacjach. Wyjeżdżam rzadko, choć w tym roku się udało dzięki Kubie, koledze, z którym pracuję. Miałem cały tydzień wolnego – ale, szczerze, głową byłem w Szopowisku.

To, że Grzegorz jest weterynarzem, wiele rzeczy ułatwia. Także finansowo jest lżej. – Sam kastruję, operuję, chyba że coś jest poza moim zasięgiem, jak zabiegi ortopedyczne, wtedy pomaga kolega i jakoś sobie radzimy – tłumaczy.
Kłopotem jednak jest to, że do azylu trafiają przede wszystkim zwierzęta gatunków inwazyjnych. Są kastrowane, ale i tak nie można ich wypuścić na wolność, zostają więc w Szopowisku. Wypuszczane są tylko wiewiórki, zające i jeże – o ile są zdolne do samodzielnego życia. A azyl nie jest z gumy. – To moja bolączka. Na razie sobie radzimy. Będziemy się przejmować, jak przestaniemy. – Grzegorz nie traci optymizmu.

Tymczasem szopów w Polsce jest coraz więcej. Ustawa mówi, że w naszym ekosystemie to szkodniki, ale realnych rozwiązań nikt nie proponuje. Teoretycznie każdy przypadek należy zgłaszać do miasta czy gminy i tam powiny być podejmowane działania w celu uśmiercenia albo oddania do azylu. W praktyce ludzie zgłaszają i z reguły odbijają się od ściany. Urzędnicy oznajmiają, że się tym nie zajmują i tyle. – Trudny temat – mówi Grzegorz Dziwak. – Szkodnik, gatunek obcy, nie powinno go być. Zgoda, nie powinno, ale jest. I co teraz? Mamy postawić w lasach tabliczki: zakaz wstępu dla szopów? Myśliwi nie chcą do nich strzelać, bo, mówiąc brutalnie, nic z tego nie mają. Ludzie, którzy widzą szopa u siebie na posesji, często tego nie zgłaszają, bo nie chcą śmierci zwierzęcia. Azyle są przepełnione, urzędy nie sprzyjają powstawaniu kolejnych, wnioski miesiącami czekają, nie ma dofinansowań, o wszystko trzeba prosić. My pomagamy, ile możemy, ale już teraz wiem, że będziemy przyjmować tylko takie zwierzęta, które naprawdę tego potrzebują, powypadkowe czy osierocone. Jak ktoś mi mówi, że widział gdzieś dorosłego szopa, to co mam zrobić? Przecież nie przyjadę i go nie złapię, bo jego już tam pięć razy nie będzie. A poza tym przyjdzie następny. Dużo lepszym rozwiązaniem byłyby kastracje zwierząt dzikich, tak jak kastrujemy dziko żyjące koty. Które zresztą też są gatunkiem inwazyjnym, polują na ptaki, gryzonie, gady. Łapie się je, kastruje, wypuszcza i populacja jest kontrolowana. Może i z szopami by się to udało. Bo tak to ustawa swoje, a rzeczywistość swoje.

Zamiast telewizora

Część zwierzyńca mieszka w domu. Psy (osiem sztuk), koty, węże, żółwie, jaszczurki, pająki, lotopałanki. No i szopie maluszki, dopóki muszą być na butelkach. Także zwierzaki po operacjach, po kastracjach, chore – Grzegorzowi łatwiej je obserwować i podawać im leki. – Teraz szopów jest tyle, że już wszystkich nie rozpoznaję. Starszą gwardię oczywiście tak, gorzej z maluchami. Zwłaszcza jak przychodzi ich sporo naraz – ja karmię część, część zabierają do siebie wolontariusze i na przykład jednego dnia przyjeżdża 20 maluchów. Wpuszczamy je do woliery i nie mam jak nauczyć się, który jest który.

Ale one Grzegorza rozpoznają. Na filmikach na Facebooku widać, jak szopy, dosłownie, chodzą po nim, włażą na głowę, wkładają łapki do uszu czy ust. – Przywiązują się do swojego człowieka, rozpoznają go, lubią z nim być. Zawsze pakują się na kolana, szukają kontaktu. Także same ze sobą – choć w naturze to samotniki. Ale w azylu są cały czas na kupie, rzadko trafia się szop indywidualista. Czasem ludzie mówią: „Jakie biedne, w takiej ciasnocie, zagęszczeniu…”. Ale woliery są duże, one siedzą razem, bo tak chcą.
Czy Grzegorz jest zadowolony z wyboru, jakiego dokonał? – Często jest ciężko i ponarzekam sobie pod nosem, ale nigdy bym tego na nic nie zamienił. Zawsze chciałem tak żyć. Co niby miałbym robić? Siedzieć i patrzeć w telewizor? Nawet go nie mam, bo nie lubię oglądać polityki i nieszczęść. Wolę iść do woliery i posiedzieć z szopami.

Nieustanny ostry dyżur Leśne Przytulisko

– Ciągle myślę o tym, że może kiedyś uda nam się choć na chwilkę gdzieś wyjechać, odpocząć – mówi Lena Grusiecka, która razem z mężem prowadzi Stowarzyszenie „Leśne Przytulisko”, Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt. – Ale z drugiej strony tutaj też odpoczywam. Zwierzaki są moim życiem. Fajnie by było, żeby dało się czasem oderwać od rutyny dnia codziennego, odstresować i doładować akumulatory, tyle że na razie to niemożliwe, więc się nad tym specjalnie nie zastanawiam.
Zresztą nie tylko o wakacje chodzi. Ta praca to nieustanny ostry dyżur. – Weekendy są zwykle najbardziej pracowite, bo wtedy ludzie wychodzą z domów. Jeżdżą, chodzą na spacery i zderzają się z przyrodą i ze zwierzakami. Każdy ośrodek ma wtedy najwięcej roboty – opowiada Lena.

Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl; Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl;

Pokrzywdzone przez los, czyli ludzi

Lena i Mateusz z wykształcenia są archeologami. Na początku prowadzili ośrodek i pracowali – żeby utrzymać zwierzaki. Było ciężko. Potem Lena przerzuciła się na pracę w domu, rysowała zabytki archeologiczne. W nocy, bo cały dzień była przy zwierzakach. Ale musiała rysowanie rzucić, nie dawała rady. W nocy, kiedy złapie chwilę dla siebie, wypełnia papiery. Mateusz pracuje w Lublinie, bo z czegoś trzeba żyć.
Leśne Przytulisko ma już sześć lat. Zaczęło się wcale nie od dzikich zwierząt, ale od towarzyszących. Od koni. – Konie to zawsze była moja pasja – mówi Lena. – Zaraziła mnie nią siostra. Zaczęliśmy pomagać koniom pokrzywdzonym przez los, czyli przez ludzi. Często wykupionym z transportu do rzeźni. I szukaliśmy miejsca, spokojnego kawałka ziemi, żeby mogły dochodzić do zdrowia w dobrych warunkach. Mieliśmy te konie długo, ponad 15 lat. I w międzyczasie ludzie zaczęli nam podrzucać też inne zwierzęta, małe wiewiórki, jeże. Budziliśmy się i widzieliśmy, że na parapecie stoi jakieś pudełko. Już wiedzieliśmy, że to jakieś małe zwierzory do wykarmienia. Pomyśleliśmy: OK, zróbmy to. Chcielibyśmy pomagać wszystkim zwierzętom, a przede wszystkim tym, które są stereotypowo wykluczone, dzikom, zwierzakom drapieżnym, jak lisy, kuny. Otworzyliśmy ośrodek. Zwykle jest w nim ponad 200 mieszkańców.
Dzień zaczyna się wcześnie. A często wcale się nie zaczyna, bo poprzedni się nie kończy. Tak dzieje się, kiedy są maluchy, które trzeba karmić nawet co pół godziny. – Wtedy człowiek zasypia na krześle, ale tylko na chwilę, bo jak się kończy karmić ostatniego oseska, to już trzeba zaczynać następnego – mówi Lena. – Ale jeśli nie ma takich sytuacji, nie ma kroplówek do podawania, nie trzeba nad zwierzakiem czuwać, to wstajemy o szóstej. Ostatnie karmienie zwykle jest koło dwudziestej, trwa do północy, potem sprzątanie. Staramy się koło pierwszej czy drugiej położyć, o szóstej wstajemy. Przyzwyczaiłam się. Mąż twierdzi, że jestem mutantem, mówi, że normalny człowiek nie byłby w stanie tego wytrzymać. Ale nie tylko ja tak mam, z koleżankami z innych ośrodków często rozmawiam właśnie w nocy, one też karmią albo czuwają nad kroplówką i tak przez Messengera czy jakiś inny komunikator gadamy sobie, kiedy cały świat śpi. Ten rytm się zmienia, w zimie jest troszeczkę łatwiej, bo jest mniej zwierzaków, nie ma osesków, więc wtedy trochę odpoczywamy i odsypiamy.

Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl; Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl;



Życie towarzyskie w praktyce też jest zredukowane do Messengera czy WhatsAppa. A rozmowy dotyczą zwierząt. – W większości osoby prowadzące ośrodki nie mają dzieci, bo nie mają na nie czasu, więc zwierzaki to tak naprawdę całe nasze życie – śmieje się Lena. – Pomóż mi, bo wiem, że miałaś taki problem, albo daj mi namiar na kogoś, kto miał. W telefonach niemal wyłącznie zdjęcia zwierząt, zero obrazków z wakacji. Wszystko się kręci wokół jednego.
Archeolodzy wiedzę o zwierzętach musieli zdobywać sami. W praktyce. I wiele rzeczy robią sami, choć na początku działali pod czujnym okiem zaprzyjaźnionych weterynarzy. Którzy cały czas są gotowi interweniować na każdą prośbę o pomoc. Także w środku nocy. Ale Lena chce więcej, dlatego zaczyna właśnie studia technika weterynarii. – Co prawda nie wiem jeszcze, jak znajdę na to czas, ale będę musiała. Pewnie nocami.

Straty i radości

Niestety, nie wszystkie historie kończą się dobrze. Jak się to przeżywa? – Zawsze boli mnie, kiedy ktoś twierdzi, że my to już pewnie jesteśmy przyzwyczajeni do śmierci. Nie, do tego nie da się przyzwyczaić. Mam wrażenie, że im dłużej ze śmiercią obcujemy, tym jesteśmy mięksi. Często trudno potem zasnąć, bo analizujemy, czy zrobiliśmy wszystko dobrze, a może trzeba było inaczej… Największym problemem jest bezsilność, kiedy wysiłki nic nie dają i zwierzak nam umiera.
Ale jest i radość, kiedy podopiecznego można wypuścić na wolność. – Zawsze staramy się wybrać najlepsze miejsce – opowiada Lena. – Często jeździmy wiele kilometrów, żeby było bezpieczne, żeby było jak najwięcej pożywienia, żeby zwierzak miał jak najlepszy start w wolne życie. Chociaż mamy sporo podopiecznych, którzy na wolności sobie nie poradzą, muszą zostać z nami. Kilka kun, które są trwale kalekie, lisów. Lisy kupione z ferm hodowlanych to zwierzęta, które przeżyły horror. Mamy sporo ptaków trwale kalekich, chociaż tu zawsze jest dylemat, bo ptaki, zwłaszcza drapieżne, nie czują się dobrze w niewoli, jeśli do niej trafiają jako dorosłe osobniki. Ciężko dokonać wyboru, żeby mieć spokojne sumienie i serducho. Bo ptak bez skrzydła nie wie, że nie jest w stanie sfrunąć z wysokiej gałęzi na ziemię, spada, doznaje urazów i tak naprawdę wielokrotnie to i tak kończy się eutanazją. Trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem i nie stosować uporczywych terapii, nie pozwalać zwierzętom mocno kalekim żyć, bo to nie jest życie.
Kiedy Lena pisze o tym w mediach społecznościowych, wylewa się na nią hejt. – To jest tak zwany bambizm. Nie lubię tego słowa, ale ono świetnie pokazuje, że świat dzikich zwierząt postrzegamy kreskówkowo, tylko jako piękny i dobry. No i ludzie traktują zwierzęta jak samych siebie. Dla nas najważniejsze jest życie. Nie mamy nogi, ale żyjemy. Ale dziki zwierzak bez nogi to już inna sprawa. Proszę mi uwierzyć, trudno to wytłumaczyć. Pisaliśmy o łosiu, który trafił do nas z połamaną miednicą. Nie dało się przekonać ludzi, że uporczywa terapia nie przyniosłaby niczego dobrego. Dostałam milion wiadomości: dlaczego nie można łosia wprowadzić w śpiączkę farmakologiczną tak jak człowieka, żeby przez siedem czy sześć tygodni się nie ruszał? Dlaczego nie możemy zrobić dla niego wózka, żeby na nim chodził jak piesek z bezwładnymi łapkami? To boli. Ale trzeba robić swoje. Ratować i tłumaczyć.

Bóbr na kolanach, dzik pod pachą

Co jest największą bolączką? – To, że ludzie coraz mniej szanują inne życie – uważa Lena. – Oddalamy się od natury, zatracamy do niej szacunek. Ignorancja wobec przyrody jest ogromna i absolutnie nikt nie liczy się z konsekwencjami, które kiedyś przyjdą. Ważne jest nasze szczęście, nasz święty spokój, dziki zwierzak jest fajny, ale jak jest daleko, jak ładnie pachnie i pięknie wygląda. Jeśli wchodzi nam na podwórko, to miłość się kończy i jest zastępowana przez strach. A strach wynika z braku wiedzy. Mówię tu o moich ukochanych dzikach. Ciężko mi patrzeć na to, jak są krzywdzone. Uważane są za szkodniki albo schabowy na talerzu. Jest stereotyp, że dzik jest brzydki, brzydko pachnie, ryje, szkodzi. A to są niezwykle inteligentne zwierzaki. Jeśli się u nas wychowują, zachowują niesamowitą czystość. Chodzą jak koty do kuwety, imion uczą się błyskawicznie, dosłownie 15 minut i doskonale wiedzą, kto jest kim. Mam nadzieję, że kiedyś nasz ośrodek będzie łamał stereotypy i pokazywał ludziom, jak cudowne są to zwierzaki i jaką krzywdę im robimy, takie stereotypy powielając.

Lena przy całym zapracowaniu nie żałuje wyboru takiego życia. – Tylko mam nadzieję, że kiedyś system pomocy dzikim zwierzętom się zmieni – dodaje. – A raczej że powstanie, bo na razie systemu brak. Że wreszcie zmusimy władzę, żeby tymi dzikimi zwierzętami zajęło się państwo, bo przecież wszystkie zwierzęta dzikie należą do skarbu państwa. Ale jeśli coś złego się im dzieje, to skarb państwa, gminy i instytucje – wszyscy, którzy powinni brać za nie odpowiedzialność, mają je gdzieś. Na razie finansujemy się sami, co rok dostajemy od Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska wsparcie w postaci rekompensaty za rehabilitację i wyżywienie, ale to kropla w morzu. Utrzymujemy się dzięki prywatnym osobom, dzięki Facebookowi, dzięki organizowaniu zbiórek. A oprócz opieki i wyżywienia jest jeszcze infrastruktura, czyli wstawianie nowych wolier, robienie nowych wybiegów – bo zwierzaki są strasznymi psujami. Patrzymy przez kilka dni, jak pięknie wygląda woliera, a za chwilę już jest pogryziona, zniszczona – śmieje się Lena.
Pytam, czy nie ma czasem ochoty zrobić sobie makijaż, włożyć piękną kieckę, wysoki obcas i gdzieś wyjść. – Pewnie, zdarza się, że by się chciało czegoś innego, ale potem myślę: o Boże, musiałabym stać godzinę i się malować, a potem godzinę to zmywać? Nie! A wysoki obcas nosiłam pewnie ze trzy razy w życiu, wspominam to bardzo źle. Wolę położyć się pod kocem z dobrą książką, herbatą, bobrem na kolanach i dzikiem pod pachą.

Życie na dwa etaty Jeżurkowo

To nie był przypadek. Oktawian Szwed i jego żona Małgorzata nigdy nie chcieli żyć w mieście. A kiedy się wyprowadzili, myśleli o tym, żeby robić coś sensownego. Oboje są księgowymi. – Praca w naszej branży jest monotonna i stresująca, bo przepisy zmieniają się co kilka miesięcy – mówi Oktawian. – Mieliśmy tego dosyć, marzyliśmy o odskoczni, a że zawsze mieliśmy fioła na punkcie zwierząt, to wydawało się, że pomaganie im będzie dobrym pomysłem. I nadal tak uważamy, choć nie ukrywam, że czasem mamy dosyć. Zwłaszcza że cały stały personel Jeżurkowa to my dwoje.

Jeże to 60 procent mieszkańców Jeżurkowa (Fot. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl) Jeże to 60 procent mieszkańców Jeżurkowa (Fot. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Nie tyko jeże

Oficjalnie Jeżurkowo Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt powstał wiosną 2011 roku. Przez pierwsze lata zajmowali się tylko jeżami. – Nawiązaliśmy kontakty z lekarzami weterynarii, a wcale niełatwo znaleźć kogoś, kto chce się zajmować dzikimi zwierzętami – opowiada Oktawian. – Niewiele wtedy umieliśmy, skończyliśmy jakieś kursy, kontaktowaliśmy się z innymi ośrodkami rehabilitacji dzikich zwierząt, głównie w Wielkiej Brytanii, bo tam wcześniej niż u nas takie miejsca powstały, tak się uczyliśmy. Ale teraz, po tylu latach, już sami mamy spore doświadczenie. Myślę, że jest kilkanaście, może kilkadziesiąt osób w kraju o podobnej wiedzy dotyczącej ratowania jeży i małych ssaków.

Na początku pacjentów Jeżurkowa było niewielu. Ale po jakimś czasie okazało się, że ludzie dzwonią do ośrodka nie tylko w sprawie jeży, ale i innych zwierząt, które potrzebują pomocy, a tej pomocy było jak na lekarstwo. Oktawian: – Rozszerzyliśmy działalność, udało nam się kupić działkę, która przylegała do naszego domu, robimy tam co roku dzięki darczyńcom nowe inwestycje, woliery, zagrody dla zwierząt. Dostaliśmy zgodę Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska na leczenie i rehabilitowanie innych gatunków małych ssaków.
Jeże stanowią mniej więcej ⅔ pacjentów, 15 proc. to wiewiórki, a pozostałe 15–20 to inne niewielkie ssaki, do łasicowatych włącznie, czyli młode myszarki, zajączki, czasem zdarzają się nietoperze, wydry, kuny, rzadziej inne, jak mała łasica, lisy, trafił się borsuk czy mały kret („Uratowaliśmy go, co jest ewenementem, podobno odchowanie małego kreciątka jest praktycznie niemożliwe. Nam się udało, choć na pewno mieliśmy sporo szczęścia”).

Wszystkie odratowane zwierzęta trafiają na wolność, na tym polega rola ośrodka. Najlepiej rokującymi pacjentami są jeże i wiewiórki, odratowuje się 95 proc. miotów – tłumaczy Oktawian. – Z zajączkami trudniej, udaje się mniej więcej z połową. Gorzej, kiedy zwierzę jest po takim urazie, że trzeba dokonać amputacji kończyny, wtedy musi z nami zostać. Choć zawsze naszym celem jest, żeby było tu jak najkrócej.

Staramy się znajdować zwierzętom, które nie mogą powrócić na wolność, szczególnie jeżom, których jest najwięcej, bezpieczne ogrody. Ludzie deklarują, że chcą mieć w ogrodzie jeża, nawet niepełnosprawnego, którym będą się opiekować. Ponieważ to gatunek chroniony, trzeba mieć zgodę Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, ale to jest formalność.

Wiewiórki w azylu (Fot. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl) Wiewiórki w azylu (Fot. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Nie ma kiedy wydawać pieniędzy

Praktycznie Małgorzata i Oktawian pracują na dwa etaty. Szybko okazało się, że to, co miało być hobby, stało się z czasem treścią ich życia, siłą rzeczy więc praca zawodowa zeszła na dalszy plan. – Z premedytacją właściwie straciliśmy 70 proc. klientów, bo nie mogliśmy przeznaczać tyle czasu na pracę, zwierzęta wymagały naszej uwagi – mówi Oktawian. – Staramy się działać głównie zdalnie, w biurze jesteśmy rzadko, mamy tylko tylu klientów, żeby starczało nam na życie, bo praktycznie nie mamy już żadnych potrzeb. Musimy mieć na jedzenie, ubranie, media, czasem jakiś mały remont w domu trzeba zrobić, czasem kupić nową pralkę czy lodówkę – i to wszystko. Przecież i tak nie mielibyśmy kiedy wydawać pieniędzy.

Początkowo wszystko robili z własnych oszczędności. Przy 50 zwierzętach rocznie to jeszcze było możliwe, ale koszty karmy i opieki weterynaryjnej, sprzętu, mediów są ogromne. Nawet taki, wydaje się, drobiazg jak ręczniki papierowe – wydają na nie miesięcznie dwa tysiące złotych. – Po dwóch latach, kiedy zwierząt było już kilkaset, powołaliśmy do życia fundację. Utrzymuje ona i finansuje działalność naszego ośrodka, a także zaprzyjaźnionego ośrodka w Kłodzku.

Właściwie odkąd zaczął funkcjonować ośrodek, nie mieli urlopu. Czas pochłania praca, zwierzęta, no i nie można zapominać o mediach społecznościowych. To zamknięte koło – jeśli Jeżurkowo nie będzie popularne, fundacja nie będzie miała darczyńców, a jak nie będzie miała darczyńców, nie będzie w stanie ratować zwierząt. – Opieramy się wyłącznie na darczyńcach prywatnych, żadnej pomocy od państwa nigdy nie dostaliśmy i nawet już o nią nie zabiegamy, bo to zawracanie głowy, strata czasu i nerwów, cała para idzie w gwizdek – uważa Oktawian. – Lepiej, jak człowiek robi to, co robi, dobrze i z pełnym przekonaniem. Ludzie to widzą, wtedy łatwiej o darczyńców.
Wolne wieczory? Weekendy? – Nie nie ma czegoś takiego. Nawet jak zaczynamy jakiś serial na Netfliksie, to następny odcinek oglądamy po paru tygodniach – uśmiecha się Oktawian. – Mało śpimy, w lecie często po cztery godziny na dobę, nie więcej. Czasem śpimy na zmianę, jedno budzi się wcześniej, drugie kładzie się później, bo inaczej w ogóle byśmy tego nie ogarnęli. Dzień zaczynamy o piątej rano, kończymy mocno po północy. Dawniej zima była czasem, kiedy mieliśmy dużo mniej pracy. Okres od wiosny do końca lata to dla nas „szczyt sezonu” – pojawiają się młode osierocone mioty. Zające i wiewiórki rodzą się najwcześniej, jeże koło maja, trwa to do końca lata, zresztą wiewiórki mogą się rodzić jeszcze we wrześniu.

Zima to czas, kiedy jeże hibernują, wydaje się więc, że można odetchnąć. Ale nie jest to takie proste. Paradoksalnie dlatego, że rośnie nasza świadomość. Oktawian Szwed tłumaczy: – Kiedy hibernujący jeż zostanie wygrzebany z gniazda hibernacyjnego na przykład przez psa, co się zdarza, to często zostanie ranny, to raz, ale nawet jeśli nie, to zwierzę, które straciło gniazdo hibernacyjne, nie zahibernuje ponownie. Musi dostać pomoc, musi rozhibernować, funkcjonować w normalnej temperaturze, jaka jest w szpitalu. Może ewentualnie ponownie zahibernować, ale dopiero po paru tygodniach, kiedy nabierze zapasów – tyle że to się nie zdarza, bo zimy są teraz krótkie, jeż, który zostanie wygrzebany w połowie stycznia czy w lutym, musi już doczekać do wiosny, a ponieważ takich historii jest dużo, to dużo jeży mamy pod opieką. Najwięcej zwierząt jest u nas właśnie w zimie.

(Fot. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl) (Fot. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Zachować dystans

Nie tylko zmęczenie fizyczne daje o sobie znać. Ta praca to spore obciążenie psychiczne. Nie uda się uratować wszystkich zwierząt. A te, które trafiają do ośrodka, siłą rzeczy są w kiepskim stanie. – Kiedy dzikie zwierzę daje się złapać, to znaczy, że jest bardzo źle, bo to zawsze ostateczność pozwolić się zbliżyć drapieżnikowi, a człowiek jest przecież drapieżnikiem.
Idealnie byłoby umieć zachować dystans. Tylko że to czasami ekstremalnie trudne. – Mamy, załóżmy, 500 zwierząt rocznie. Ratujemy ¾, co oznacza, że koło setki nie ratujemy. Czyli dwa razy w tygodniu spotykamy się ze śmiercią, z odchodzeniem, z bólem. Gdyby człowiek nie potrafił zachować dystansu, to by zwariował po kilku tygodniach. Trzeba być empatycznym, ale też umieć sobie radzić z tym stresem. Czasem decydujemy się na pewnie nie najlepszy sposób, ale, prawdę mówiąc, dwie puszki piwa wieczorem poprawiają nastrój, szczególnie w takie dni, kiedy kogoś straciliśmy. Bywa, że od początku wiemy, że sprawa jest beznadziejna. Ale są też takie sytuacje, kiedy walczy się tydzień czy dwa, wydaje się, że będzie dobrze – a potem nagle przychodzi kryzys i zwierzę odchodzi. To najtrudniejsze.

Na zdjęciach w mediach społecznościowych widzimy słodkie jeżyki czy zajączki, ale codzienność jest mniej słodka. – To nie tylko nieustanne wydawanie pokarmu czy podawanie leków, zresztą robienie zastrzyków wiewiórce czy jeżowi wcale nie jest proste, nawet dla lekarza. 80 procent pracy polega na czyszczeniu klatek z odchodów – mówi Oktawian.

W Jeżurkowie jest siedem zagród dla jeży, są zagrody dla lisów, dla zajęczaków, dla wydr (z dużym oczkiem wodnym), dla łasicowatych, trzy woliery dla wiewiórek – i więcej instalacji się nie zmieści. Choć Małgorzata i Oktawian mają marzenie. Chcieliby zbudować szpital z prawdziwego zdarzenia. Na razie funkcję lecznicy pełni wyremontowany i przystosowany garaż, na pięterku jest oseskarium, miejsce na zapasy, a na parterze stalowy stół, gdzie można dokonać podstawowych zabiegów. – Ale gdybyśmy postawili szpital, dałoby się leczyć więcej zwierząt i przyjąć wreszcie kogoś do pracy. Tyle że finansowo to chyba nie do przejścia, przecież szpital to nie tylko mury, ale i sprzęt weterynaryjny, a on jest tak samo drogi jak ten dla ludzi. Rentgen czy aparat do USG kosztuje tyle, co nowy samochód. Chodzi o to, żebyśmy nie musieli jeździć z ciężkimi przypadkami do lekarzy, tylko żeby lekarz dwa razy w tygodniu przyjeżdżał do nas. To byłaby duża ulga.

Małgorzata i Oktawian mówili mi o pewnym poczuciu osamotnienia w ich misji. Ale po paru dniach napisali: – Myśleliśmy o tym i doszliśmy do wniosku, że tak nie jest. Za nami stoi przecież cała armia fanów i darczyńców. Wspierają nas nie tylko finansowo, ale i dobrymi słowami i emocjami. Razem ratujemy zwierzęta. Bez nich nie byłoby to możliwe. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze