Beata Ścibakówna – nie jestem Matką Polką

Beata Ścibakówna z córką Heleną (Fot. Weronika Ławniczak)

Córka właśnie zdała maturę, dostała się na wymarzone studia, na tym etapie wszystko wiadomo. Nie obawiam się, że sobie nie poradzi, to mocna kobieta. Raczej zastanawiam się, jak ja zniosę rozłąkę. Niewątpliwie zaczyna się nowy rozdział w jej i naszym życiu – mówi aktorka Beata Ścibakówna, mama 19-letniej Heleny.

Mamy rozmawiać o tym, jak wychowuję, a to się już właściwie dokonało. Teraz jest czas wyjmowania z tej „walizki”, do której wkładaliśmy. Od początku zależało mi na tym, żeby moja córka umiała sobie radzić w życiu, żeby nie bała się wyzwań. I oto nadszedł moment, kiedy jedno z takich wyzwań podejmuje – zaczyna studia na Uniwersytecie Nowojorskim, na Tisch School of the Arts. To jej wymarzona szkoła, prestiżowa, znajduje się w czołówce artystycznych szkół na świecie. Ten sam wydział kończyli między innymi: Martin Scorsese, Julie Delpy, Alec Baldwin, Lady Gaga. Fakt, że się dostała, to ogromny sukces.

Kocham i pracuję

Myślałam, że nie będę miała dzieci. Nie oglądałam się za maluchami w wózkach. Mam młodszego o sześć lat brata i jak rodzice wychodzili z domu, to zawsze prosiłam koleżankę, żeby ze mną została i mi pomogła, bo nie wiedziałam, jak się nim zająć. Byliśmy z mężem już pięć lat po ślubie, nawet moja mama przestała pytać o dziecko. Ale przyszedł moment, kiedy biologia upomniała się o swoje. Niepokoiłam się, że nawet w ciąży nie czuję instynktu macierzyńskiego. Pamiętam, jak dwa dni przed porodem zapytałam lekarza, znanego dzisiaj profesora, dlaczego tak się dzieje. Odpowiedział: „Spokojnie, urodzi pani, to instynkt się odezwie”. I rzeczywiście tak się stało.

Ale byłam kompletnie zielona w sprawach pielęgnacji niemowlęcia – nie wiedziałam, jak się przewija, karmi, nosi. Nie chodziłam do szkoły rodzenia, gdzie mogłabym się tego nauczyć, bo moja pani doktor powiedziała: „Aktorki potrafią oddychać, to po co pani szkoła”. A w dodatku moja mama, kiedy poprosiłam ją o wskazówki, odparła: „Nic nie pamiętam”. Myślę, że to był najpiękniejszy prezent, jaki od niej dostałam. Zostałam rzucona na głęboką wodę, co na początku było trudne, ale zrozumiałam, że to ja muszę wziąć odpowiedzialność za moją córkę, wsłuchać się w siebie, stać się dla niej tą najważniejszą osobą.

Czy chciałam być taka jak moja mama? Przeciwnie, mama była apodyktyczna, wymagająca. W soboty odbywało się w domu wielkie sprzątanie i każdy z nas miał swoje zadanie. Pamiętam, że nie cierpiałam odkurzania różnych zakamarków, wycierania ściereczką kwiatów. Ale nie było dyskusji. Musiałam wracać do domu o 22. Nie zwierzałam się mamie ze swoich problemów, nie rozmawiałyśmy o uczuciach, nie przytulałyśmy się. Takie były czasy i takie kanony wychowania. Kiedy sama zostałam matką, wiedziałam, że zrobię wszystko, żeby być blisko córki, żeby ją przytulać, mówić, że ją kocham. Tak to czułam. Dbałam o to.

To, że się urodziła, to był cud. Zmieniła moje życie. Ale nie jestem matką Polką, nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieć drugie dziecko i dać mu tyle uwagi i miłości, ile dałam Helenie. Nie wiem i nigdy się tego nie dowiem.

(Fot. Weronika Ławniczak)

Dla mnie zawsze ważna była praca. Wróciłam, jak Hela miała trzy miesiące. Mieszkaliśmy niedaleko teatru. Kiedy trwała próba, niania spacerowała z malutką po Ogrodzie Saskim, a jak zapłakała, przychodziły i ją karmiłam. Pamiętam nasze spacery po ogrodzie. I taki moment: usiadłam na huśtawce, przytuliłam ją do siebie. Byłyśmy tylko ona i ja, wszystko inne przestało istnieć, totalna bliskość. Jak grałam w „Tygrysach Europy”, jeździła ze mną na plan. Oczywiście, bez pomocy mamy i niani nie dałabym rady.

Kieruję się intuicją

Czytałam poradniki dla rodziców i te lektury mnie uspokajały, że idę w dobrym kierunku, który wyznaczała intuicja. Nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowania. Dziecko powinno znać granice, wiedzieć, co jest białe, co czarne, co mu wolno, a czego nie. Czuje się wtedy bezpiecznie. Choć Helena jest dla nas jedynaczką, to nie wychowywałam jej na księżniczkę, nie rozpieszczałam, nie chciałam, żeby miała dwie lewe ręce.

Jestem wymagająca i konsekwentna. Najpierw musiała odrobić lekcje, a dopiero potem zabawa. Na tę zabawę zresztą nie było za wiele czasu. Przyznaję, katowałam ją grą na pianinie. Sama uczyłam się gry na wiolonczeli, więc wiem, ile powinno się poświęcić czasu na ćwiczenie.

Wsłuchiwałam się w nią, przyglądałam się, co ją interesuje. W wieku trzech lat oznajmiła, że chce być baletnicą, ale przyjmowano dopiero od lat czterech i wtedy ją zapisałam. Gdy jednak powiedziała, że ma dosyć baletu, odpowiedziałam: „Dobrze, ale ponieważ mamy zapłacone do końca kwietnia, to wytrzymaj do tego czasu, a potem zdecydujesz”. Nie zrezygnowała. Nie jestem za tym, żeby zmieniać dziecku zajęcia – rok tańca klasycznego, rok współczesnego, trochę pianina, potem dżudo. W ten sposób niczego się nie nauczy. Konsekwencja musi być – zaczęłaś szkołę muzyczną, to ją skończ. Nauczysz się czytać nuty, osłuchasz z muzyką klasyczną, poznasz jej historię. Intuicja podpowiadała mi, że takie podejście ma sens.

Miała dużo obowiązków szkolnych, więc na naukę praktycznych umiejętności nie starczało czasu. Ale nadrabiała na wakacjach u dziadków. Babcia nauczyła ją cerować, szyć, a dziadek podarował scyzoryk wielofunkcyjny i nauczył obsługiwać.

Nie ma u nas tematów tabu

Jestem totalną pedantką, lubię, jak dookoła mnie jest ład i porządek, lepiej się wtedy czuję. Wściekałam się, kiedy Helena miała w pokoju bałagan. Tłumaczyłam: „Jak masz poukładane wokół siebie, to masz poukładane w głowie”. Na co ona: „Mamo, mój pokój jest najbardziej uporządkowanym pokojem, jaki znam”. Odpuściłam. Teraz, po maturze, wszystko ma ogarnięte. Ostatnio, zainspirowana książką Dominique Loreau „Sztuka sprzątania…”, zaproponowałam Heli akcję układania ubrań w szafie. W mojej po jakimś czasie był miszmasz, a u niej wszystkie rzeczy nadal wiszą uporządkowane kolorystycznie i równiutko.

(Fot. Weronika Ławniczak)

Buntowała się? Chyba wtedy, gdy chciała rzucić szkołę baletową. Owszem, bywają trudne chwile, dni, kiedy buzują hormony, a emocje nie mogą za nimi nadążyć. Przyznaję – parę razy krzyknęłam na Helenę, potem miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Muszę uważać, bo jestem wulkanem energii, roznosi mnie. Napięte sytuacje zawsze ratuje mąż. Pyta ze stoickim spokojem: „Jaki masz problem, o co chodzi?”. Po czym proponuje: „Usiądźmy, porozmawiajmy”. I to działa! My w ogóle dużo rozmawiamy. Mamy taki rytuał, że w wolne dni siadamy do wspólnego śniadania, które trwa i trwa, bo nie możemy się nagadać.

Nie ma u nas tematów tabu. O miesiączce mówiłam jej długo przed dojrzewaniem, zależało mi na tym, żeby była do tego przygotowana, żeby nie posiłkowała się opowieściami koleżanek. Kiedy podarowałam jej książkę o miesiączce, odparła, że już wszystko wie. Rozmawiamy może nie o wszystkim, bo każdy musi mieć swoje tajemnice, ale nie unikamy trudnych tematów: seksu, LGBT.

Czy chciałam, żeby poszła w nasze ślady? Aktorstwo to cudowny zawód, ale wtedy, gdy dostaje się wspaniałe role. I niewdzięczny, gdy te role nie przychodzą. Ale żeby być liderem, trzeba mieć nie tylko talent i szczęście, lecz także pewne wyjątkowe cechy indywidualne, osobowość. A kiedy osiąga się sukces, niełatwo go utrzymać i zachować w tym mądrość i dystans. Helena widziała, ile nas kosztuje uprawianie tego zawodu, że czasami mamy sukcesy, czasami niespełnienia.

Pamiętam, przyszła kiedyś ze szkoły i powiedziała z wyrzutem: „Kiedy moje koleżanki wracają ze szkoły, to ich rodzice są w domu, a kiedy ja wracam, to wy wychodzicie”. Wytłumaczyłam jej, na czym polega nasza praca. Zawsze próbowałam tak nagiąć mój plan zajęć, żeby jak najwięcej czasu spędzić z córką. Wyjeżdżaliśmy razem na wakacje, ferie, święta. A nawet – wiem, że to zakręcone – kiedy pojechała na obóz narciarski, razem z koleżanką wyruszyłyśmy za nimi, żeby podejrzeć, jak nasze dzieci radzą sobie na stoku bez nas. Wciągałam ją w moje życie: zabierałam do teatru, do kosmetyczki, na zakupy.

Korzystam z jej rad

Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie połknęła aktorskiego bakcyla. Ja długo nie miałam pomysłu, jaki zawód wybrać, decyzję podjęłam dopiero w liceum, gdy zaczęłam grać w teatrze amatorskim. Może dlatego chciałam stworzyć Helenie wiele możliwości, żeby miała wybór.

Po raz pierwszy jako osesek pojawiła się w „Superprodukcji” Juliusza Machulskiego, w której graliśmy z mężem. A potem, w wieku 12 lat, dostała małą rolę u Ryszarda Bugajskiego w „Układzie zamkniętym”. Myślę, że to po tym epizodzie zaświtała jej w głowie myśl o aktorstwie. Wcześniej, jak każda dziewczynka, lubiła się przebierać przed lustrem, moje szpilki znajdowałam pod jej biurkiem. Bawiąc się, tworzyła swój własny świat.

Z całą pewnością, chcąc nie chcąc, wpływamy na przyszłe wybory dzieci. Ja zawsze marzyłam o szkole baletowej, ale ponieważ w moim mieście takiej nie było, zapisałam się na kurs tańca towarzyskiego. I kiedy urodziła się córka, wiedziałam, że poślę ją do szkoły baletowej. Dzięki temu ma świadomość ciała, co jest bardzo ważne w naszym zawodzie. Chciałam dać jej wszystko to, czego ja nie mogłam mieć ze względu na miejsce urodzenia. Tak, pewnie chciałam w jakimś sensie w niej spełnić swoje marzenia. Kiedy miała cztery latka, całą rodziną uczyliśmy się jazdy na nartach. Teraz żadna góra nie jest nam straszna.

(Fot. Weronika Ławniczak)

Mówi się, że dzieci starszych ojców są dojrzalsze. I coś w tym jest. Helena zachowuje się nad wiek dojrzale. Nie boi się pracy, wręcz na nią czeka, inwestuje w siebie. W czasie wakacji wyszukiwała sobie różne kursy – a to angielskiego w Oksfordzie, a to aktorski w Londynie czy w ubiegłym roku w Los Angeles. Uczyła się też emisji głosu, śpiewu. Wie, czego chce. Odmawia udziału w programach typu talent show. Jest ciekawa świata – dzień zaczyna od wiadomości CNN, tego, co się dzieje w Sudanie, na Bliskim Wschodzie. Ma hopla na punkcie bycia eko, pilnuje nas, żebyśmy prawidłowo segregowali śmieci. Interesuje się modą, ma zmysł projektancki. Gdy miała dziesięć lat, narysowała szpilki ze skrzydłami. Dokładnie takie, jakie trzy lata temu stały się hitem. Ach, gdybyśmy je wtedy opatentowały! [Śmiech]. Ma kompletnie inny gust, ale pożycza ode mnie ciuchy: swetry, spodnie. Ostatnio mówi: „Chciałabym założyć obcisłą czerwoną sukienkę”. Poszperałam w szafie, znalazłam i mówię: „Jest twoja”. Te trampki [czerwone – przyp. red.] do tej sukienki [biała w czarne grochy – przyp. red.], które mam dzisiaj, podpowiedziała mi Hela. „Tylko nie szpilki” – zastrzegła. Korzystam z jej rad.

Cieszę się, że mamy naprawdę superrelację. Nie kumpelską, bo moim zdaniem matka nie powinna być kumpelą, ale przyjacielską. Że mamy do siebie zaufanie, mówimy o swoich uczuciach, czego z moją mamą już nie doświadczę. Hela wie, że może przyjść do mnie z każdą sprawą.

Nie mam pojęcia, jak to będzie, gdy wyjedzie. Nie obawiam się o nią, jest szalona, ale rozsądna i zdyscyplinowana, ma poukładane w głowie. Raczej myślę, jak ja zniosę rozłąkę. Niby są samoloty. Niby może wrócić. Ale kto wie… Nie chcę jej do niczego namawiać, wychowywałam ją nie dla siebie, ale dla świata. Dałam jej wszystko, co mogłam dać. Patrzę z dumą na to, co ma w głowie, w sercu, jak myśli o świecie, że nie jest zagubioną nastolatką bez pomysłu na życie czy rozpuszczoną księżniczką, ale mocno stąpającą po ziemi silną kobietą, która ma marzenia i odwagę, by je realizować. Czasami myślę: „Skąd ona ma taką dojrzałość?”. No, bo ja w sercu ciągle maj [śmiech].

Beata Ścibakówna, aktorka filmowa (m.in.: „Wszystko, co najważniejsze”, „Tygrysy Europy”, „Układ zamknięty”, „Skazane”, „Diagnoza”) i teatralna ( „Tartuffe albo Szalbierz”, „Garderobiany”, „Kordian”, „Balladyna”). Żona Jana Englerta, od lat związana z Teatrem Narodowym.